Iz, 43,2

Darcy nie mogła zasnąć, chociaż przez naprawdę długi czas uczciwie próbowała. Leżała z zamkniętymi oczami, później odwróciła się na drugi bok, poprawiła poduszkę, a kiedy to nie pomogło, zaczęła nasłuchiwać odległych odgłosów miasta, jakby nocne Phyonix mogło zająć ją czymś na tyle interesującym, żeby wreszcie przestała myśleć. Liczyła małe, urocze sulary, potem moserty, gamorty i hehku, aż wszystko skończyło się na tym, że zaczęła pod nosem nucić durną melodię usłyszaną kiedyś w Argarze. Tragicznie bezsenna noc pełną gębą. Kiedy nawet melodia Macareny przestała ją bawić, myśli po raz kolejny wróciły do spotkania z Akane i wszystkiego, czego dowiedzieli się od niej o wyznawcach Jedynego. Darcy osobiście nie znała ani Alli, ani Aku. Nie widziała zachowania dziewczyny czy jej brata, nie słyszała tonu ich głosów i nie mogła sama ocenić człowieka, którego Akane opisała jako niebezpiecznego. Miała jedynie relację kuzynki oraz raporty sporządzone po spotkaniu, ale nawet to wystarczało, żeby czuła narastający gniew. Granatowłosa mówiła, że Alli przy swoim bracie jakby gasła. Opowiedziała o kajdankach, porwaniu i człowieku, który nie chciał pozwolić jej odejść. Przede wszystkim jednak wspomniała o Jedynym, czystej krwi i ludziach gotowych wchodzić w kazirodcze związki, by zachować coś, co sami uważali za doskonałe dziedzictwo. Darcy nie potrafiła zrozumieć, jak można było spojrzeć na drugiego człowieka i zobaczyć w nim przede wszystkim narzędzie służące do przedłużenia rodu. Jeszcze mniej rozumiała, jak można było nadać czemuś podobnemu wzniosłą nazwę, dorobić religijną oprawę i udawać, że krzywda zmienia się w obowiązek tylko dlatego, że ktoś wystarczająco długo nazywa ją tradycją. Jebany debilizm, który należało w końcu wyplenić. Nic więcej. Była wściekła, ale nie zamierzała pozwolić, żeby gniew uprościł wszystko do wygodnego podziału na dobrych i złych. Bellhardowie nie byli jednym człowiekiem i nie odpowiadali zbiorowo za każde świństwo popełnione przez kogoś noszącego ich nazwisko. Kiedyś myślenie w ten sposób przychodziło jej zdecydowanie łatwiej. Było wygodne. Proste. Nie wymagało zadawania trudnych pytań ani zastanawiania się, kto jest sprawcą, kto ofiarą, a kto jednym i drugim jednocześnie. Teraz wiedziała już, że nie może wszystkich wrzucać do jednego worka, bo wtedy sama stałaby się rzeczonym jebanym debilem. Wśród Bellhardów mogli znajdować się ludzie, którzy nie wierzyli w Jedynego, tacy, którzy odrzucili dawne zasady, oraz ci, których skrzywdziły własne rodziny. Darcy nie zamierzała powtarzać błędów ludzi, którymi gardziła, i oceniać kogokolwiek wyłącznie po krwi. Miała zamiar być sprawiedliwa. Patrzeć na czyny, nie nazwiska. Dać szansę każdemu niezależnie od tego, skąd pochodził i jak wyglądał.
Po kolejnej bezskutecznej próbie zaśnięcia usiadła na łóżku i spojrzała na stos dokumentów leżących na biurku. Podczas rodzinnej narady sama zaproponowała sprawdzenie ksiąg sierocińców, starych adopcji i wszystkich przypadków, które z jakiegoś powodu mogły nie pasować do reszty. Skoro sen najwyraźniej postanowił tej nocy jej nie odwiedzać, mogła równie dobrze zrobić coś pożytecznego i dotrzymać własnej obietnicy. Narzuciła na ramiona lekką szatę, którą wcześniej rzuciła niedbale na kraniec łóżka, zapaliła dodatkową świecę i usiadła przy biurku. Początkowo nic nie zwróciło jej uwagi. Kolejne nazwiska, daty przyjęć, przeniesienia, adopcje, informacje o zdrowiu i losach wychowanków po opuszczeniu placówki. Darcy czytała uważnie, co jakiś czas robiąc krótkie notatki na osobnej kartce. Wiele dzieci pamiętała z twarzy, choć nie zawsze potrafiła od razu dopasować do nich nazwisko. Mikaela rozpoznała jednak niemal natychmiast. Pamiętała rudowłosego chłopaka o zielonych oczach i wiecznie rozbawionym wyrazie twarzy. Miał irytujący zwyczaj uśmiechania się właśnie wtedy, kiedy ktoś próbował rozmawiać z nim przesadnie poważnie, ale Darcy szybko zauważyła, że pod tą pozorną lekkością kryła się ogromna ambicja. Mikael został zakwalifikowany do szkolenia w Gromie, a nie była to droga, na którą trafiało się przypadkiem. Po osiągnięciu pełnoletności mogli szkolić się tam wyłącznie szczególnie utalentowani młodzi wojownicy, a chłopak doskonale wiedział, jak wielką szansę otrzymał. Pamiętała, jak próbował udawać, że wcale nie robi to na nim wielkiego wrażenia. Wychodziło mu fatalnie. Wystarczyło wspomnieć nazwę jednostki, a natychmiast prostował plecy, mówił szybciej i usiłował wyglądać, jakby właśnie nie spełniało się jedno z jego największych marzeń. A teraz patrzyła na wpis informujący, że miesiąc przed osiemnastymi urodzinami został adoptowany. Zmarszczyła brwi i sprawdziła datę ponownie. Adopcje starszych dzieci zdarzały się rzadko, ale same w sobie nie były niczym podejrzanym. Mógł odnaleźć się jakiś krewny. Ktoś mógł znać Mikaela od dawna i dopiero wtedy uzyskać możliwość przyjęcia go do rodziny. Istniało wiele rozsądnych wyjaśnień, więc nie chciała od razu doszukiwać się najgorszego. Sięgnęła jednak po kolejne dokumenty, te, które dostała tego dnia od Ashana. Na jednej z list kandydatów do Gromu Mikael nadal widniał. Na następnej już go nie było. Przy jego nazwisku zapisano jedynie krótką informację o zmianie sytuacji rodzinnej. Odszukała dokument adopcyjny, nazwiska nowych opiekunów i adres, a później sprawdziła kolejne wykazy. Nie znalazła żadnej dalszej informacji. Mikael nie rozpoczął szkolenia. Nie pojawił się później u Gromu i nie skontaktował się z ludźmi, którzy mieli go przyjąć. W dokumentach znajdowały się dwie krótkie wzmianki o próbach nawiązania z nim kontaktu. Obie pozostały bez odpowiedzi. Brunetka oparła łokieć o blat i przez chwilę przyglądała się zapisanym datom. Chłopak mógł zmienić zdanie. Mógł wyjechać, znaleźć dla siebie inną drogę albo z jakiegoś powodu zdecydować, że nie chce utrzymywać kontaktu z dawnym życiem. Przecież zdarzało się, że ludzie nagle zmieniali się niemal nie do poznania. Rzadko, co prawda, i zazwyczaj i tak śmierdziało to jakimś gównem, ale nie mogła całkowicie wykluczyć takiej możliwości. Z drugiej strony Mikael nie wyglądał na kogoś, kto miesiąc przed rozpoczęciem wymarzonego szkolenia nagle porzuciłby wszystko bez jednego słowa. Za bardzo się tym pasjonował. Darcy pamiętała, jak ciągle wszystkich zagadywał, ekscytował się przy każdej wizycie członka Gromu czy Pogromcy, jeszcze kiedy oboje byli wypierdkami, a za Lazarusem potrafił łazić niemal jak cień. Parsknęła cicho.Teraz Mikael pewnie nieźle by się zdziwił.
Odnalazła adres jeszcze raz. Powinna poczekać do rana. Wiedziała o tym. Mogła wysłać kogoś, sprawdzić dodatkowe rejestry, porozmawiać z sąsiadami i zrobić wszystko zgodnie z rozsądkiem oraz obowiązującymi procedurami. Problem polegał na tym, że pozostałe godziny nocy musiałaby spędzić z myślą, że być może właśnie znalazła ślad człowieka, któremu nikt nie pomógł na czas. Zamknęła księgę. Nie było, kurwa, takiej opcji. Później wysłucha opierdolu. Tata pokrzyczy, pokrzyczy, a potem przestanie. Najwyżej znowu doczepi jej rudowłosy ogon. Księżniczka szybko przeszła do garderoby i kilka minut później była już ubrana w ciemny, wygodny strój. Przy pasie umieściła dwa scimitary, a na dłonie założyła rękawice, które otrzymała od ciotki na ostatnie urodziny. Nie planowała z nikim walczyć, ale znając własne szczęście, właśnie w tę jedną noc, kiedy wyszłaby całkowicie bezbronna, wydarzyłoby się coś wyjątkowo paskudnego.
Przed opuszczeniem pałacu znalazła jednego z zaufanych strażników pełniących nocną służbę. Mężczyzna spojrzał najpierw na nią, później na dwa scimitary przy jej pasie, a na końcu na kartkę z adresem, którą mu podała.
Przed opuszczeniem pałacu znalazła jednego z zaufanych strażników pełniących nocną służbę. Mężczyzna spojrzał najpierw na nią, później na dwa scimitary przy jej pasie, a na końcu na kartkę z adresem, którą mu podała.
— Idę sprawdzić jeden dom — wyjaśniła Darcy. — Jeżeli wrócę za dwie godziny, możesz udawać, że tej rozmowy nigdy nie było. Jeżeli nie wrócę, będziesz wiedział, gdzie mnie szukać.
Strażnik przeczytał adres jeszcze raz.
— Rozumiem, pani. Czy mam wezwać ludzi?
— Nie.
— Czy mam wysłać ludzi za tobą tak, żebyś o tym nie wiedziała?
Darcy spojrzała na niego z nieukrywanym oburzeniem.
— To było wyjątkowo bezczelne pytanie. I głupie. Teraz mogę ci tego zabronić.
— Staram się dopasować do sytuacji. Poza tym od czasu pewnej sytuacji możemy trochę ignorować niektóre zakazy, Wasza Wysokość — odparł mężczyzna z lekkim, ale bardzo wymownym uśmiechem. Darcy westchnęła z rezygnacją. Miała ogromną ochotę pokazać mu środkowy palec, ale resztką godności powstrzymała się przed tym pięknym gestem dyplomatycznym.
— Nie wiem nawet, czy pod tym adresem dzieje się coś złego. Być może za dwie godziny wrócę z informacją, że obudziłam bardzo przyjemną, kochającą rodzinę i zrobiłam z siebie kompletną idiotkę.
— Wolałbym ten wariant.
— Ja również. Nawet bardzo. Zamierzam wtedy przez kilka dni narzekać, że nikt nie powstrzymał mnie przed kompromitacją — zapewniła, unosząc zabawnie brwi. Strażnik westchnął ciężko.
— Właśnie próbuję.
— Nie. Ty próbujesz wysłać za mną pół nocnej zmiany.
— Nie pół.
— Ilu?
— To zależy, ilu udałoby mi się zebrać, zanim pani zauważy.
Przez chwilę oboje milczeli, mierząc się uważnymi, pełnymi nieufności spojrzeniami, aż w końcu w tym samym momencie parsknęli krótkim śmiechem.
— Doceniam szczerość. Naprawdę. Nadal nie.
— Pani, przynajmniej weź kogoś ze sobą.
— Chcę tylko sprawdzić, czy Mikael tam jest. Nie będę prowadzić oddziału pod cudzy dom na podstawie kilku niepasujących do siebie wpisów w księgach. Jeżeli wszystko jest w porządku, nie ma powodu straszyć ludzi. Jeżeli nie jest, wrócę po pomoc — wyjaśniła po raz kolejny. Mężczyzna przyjrzał jej się uważnie.
— A jeżeli nie będziesz miała czasu wrócić?
— Wtedy będę bardzo zła.
— To nie jest plan.
— Oczywiście, że jest. Może nie najlepszy, ale zdecydowanie plan.
Mężczyzna nadal nie wyglądał na przekonanego. Darcy westchnęła, po czym wskazała na trzymaną przez niego kartkę.
— Dlatego masz adres. Jeżeli nie wrócę albo nie dam żadnego znaku, zaczniesz od tego domu. Nie zamierzam znikać bez słowa i kazać wam przeszukiwać całego Phyonix. Wbrew temu, co twierdzi moja rodzina, posiadam instynkt samozachowawczy.
— Nikt nigdy tego nie twierdził.
— Jesteś dzisiaj wyjątkowo odważny.
— Pani wychodzi samotnie po nocy z dwoma scimitarami, więc uznałem, że najwyraźniej wszyscy możemy podejmować złe decyzje.
— Nie zaczynaj.
— Godzina.
— Dwie.
— Godzina wystarczy, żeby sprawdzić adres i wrócić.
— O ile rodzina nadal tam mieszka, Mikael natychmiast otworzy mi drzwi i nie będę musiała rozejrzeć się po okolicy. Dwie godziny.
— Pani...
Darcy uniosła obie dłonie. Ogień pojawił się niemal natychmiast, najpierw pod postacią drobnych iskier przeskakujących pomiędzy palcami, a później żywych płomieni oplatających jej rękawice. Czerwone refleksy zatańczyły w szmaragdowych tęczówkach. Nadal się uśmiechała, ale strażnik dobrze znał to spojrzenie. Darcy mogła żartować, ile tylko chciała, lecz kiedy coś postanowiła, zawrócenie jej z obranej drogi graniczyło z cudem. Płomienie zgasły równie szybko, jak się pojawiły.
— Dwa scimitary, rękawice, ogień i całkiem przyzwoite umiejętności walki wręcz — wyliczyła. — Naprawdę nie jestem bezbronną dziewczynką, która zgubi się za pierwszym zakrętem.
— Tego nie powiedziałem.
— Ale pomyślałeś coś równie obraźliwego.
— Pomyślałem, że księżniczka Phyonix nie powinna chodzić samotnie po podejrzanych domach w środku nocy.
— Ach, więc chcesz rozmawiać z księżniczką Phyonix?
Strażnik od razu zmrużył oczy.
— Nie podoba mi się, dokąd to zmierza. Darcy wyprostowała się nieco i przybrała przesadnie poważną minę.
— Następczyni tronu informuje swojego niezwykle bezczelnego, choć zaskakująco kompetentnego strażnika, że wróci najpóźniej za dwie godziny.
— To nadużywanie pozycji.
— Owszem.
Przez moment mierzyli się spojrzeniami, aż w końcu mężczyzna pokręcił głową.
— Dwie godziny. Ani minuty dłużej.
— Wiedziałam, że się dogadamy. — Darcy uśmiechnęła się szerzej.
— Nie dogadaliśmy się. Zostałem pokonany przez nadużycie władzy.
— Zapisz skargę. Rozpatrzę ją osobiście.
— Jestem pewien, że bardzo bezstronnie.
Skomentowała to już tylko uroczym uśmiechem. Strażnik schował kartkę z adresem, ale nadal patrzył na nią poważnie.
— Jeżeli coś będzie nie tak, nie próbuj wszystkiego robić sama.
— Wiem. Dlatego właśnie tu stoję i daję ci adres — odpowiedziała, tym razem uśmiechając się znacznie łagodniej. To najwyraźniej wystarczyło. Strażnik skinął głową, chociaż wciąż nie wyglądał na zachwyconego jej pomysłem. Właśnie dlatego Darcy wybrała jego. Nie potrzebowała człowieka, który bezmyślnie zgodzi się z każdą jej decyzją. Potrzebowała kogoś, kto zapamięta adres, spojrzy na zegar i naprawdę zacznie jej szukać, jeżeli dwie godziny miną bez żadnej wiadomości.

Ashan obudził się gwałtownie, z ciężkim oddechem i dłonią zaciśniętą na pościeli. Przez kilka sekund patrzył przed siebie, próbując oddzielić resztki koszmaru od ciemności własnej komnaty. Znał już ten stan zdecydowanie zbyt dobrze. Czasami sny były łagodniejsze i pozostawiały po sobie jedynie nieprzyjemne napięcie oraz paskudne wspomnienie, które znikało wraz z nadejściem poranka. Innym razem budził się zlany potem, z ogniem pulsującym pod skórą i sercem próbującym wyrwać się z piersi. Koszmary różniły się obrazami, głosami i stopniem okrucieństwa, lecz kończyły zawsze tak samo. Tracił kontrolę. Klątwa wygrywała.
— Kurwa mać — mruknął, przecierając twarz dłońmi. Był zmęczony. Nie tylko dzisiejszą nocą, ale również wszystkimi poprzednimi, które zlewały się już w jeden długi ciąg źle przespanych godzin. Najbardziej irytowała go własna bezradność. Na jawie potrafił kontrolować ogień, walczyć, podejmować trudne decyzje i zachowywać spokój nawet wtedy, gdy sytuacja stawała się naprawdę cholernie paskudna. We śnie wystarczał jeden obraz, jedno słowo albo głos, a wszystko przestawało należeć do niego. Usiadł na brzegu łóżka, opierając przedramiona na udach, i spojrzał w stronę drzwi.
Ostatnio po takich nocach ktoś czasem do niego przychodził. Nie zawsze po to, żeby rozmawiać o koszmarach. Właściwie prawie nigdy o nich nie rozmawiali. Czasami wystarczała obecność drugiej osoby, kilka zdań o niczym albo zwyczajne siedzenie w ciszy, dopóki Ashan nie przestawał czuć, jakby część snu nadal trzymała go za gardło. Tym razem korytarz za drzwiami pozostawał cichy. Naprawdę liczył, że pojawi się ktokolwiek. Straż, szpiedzy albo zwiadowcy z jakimiś informacjami. Darcy wracająca ze swoich zabaw, która usłyszała go przez ścianę, pobiegła po jego ulubione wino i przyszła sprzedać kolejną tanią wymówkę o grzdzących się na cały pałac rodzicach. Diego ze swoimi odwetami i żarcikami. Galan, próbujący po raz kolejny go pokonać. Akane z następną porcją pytań o Phyonix. Nawet Tony mógłby teraz wpaść i próbować wymusić nocny trening. Kurwa, ktokolwiek. Byleby zaczął mu gadać nad uchem. Czekał dłużej, niż chciałby przed kimkolwiek przyznać. Nie usłyszał kroków ani pukania. Oczywiście, że nie. Była noc. Ludzie mieli prawo spać i zajmować się własnym życiem. Sam regularnie marudził, że ma za mało wolnego, samotnego i spokojnego czasu. Teraz miał, kurwa, za swoje, ale świadomość tej ironii wcale nie sprawiała, że cisza stawała się mniej irytująca. W końcu wstał. Nie zamierzał leżeć i patrzeć na drzwi jak idiota. Przemył twarz zimną wodą, odgarnął z czoła wilgotne, karmazynowe włosy i ubrał się w ciemne spodnie oraz lekką koszulę. Na własne odbicie spojrzał tylko raz. Cienie pod oczami robiły się coraz trudniejsze do zignorowania, ale nie miał najmniejszej ochoty zastanawiać się nad tym dłużej. Sięgnął do szuflady, zabrał skręta oraz krzesiwo, chociaż tego drugiego właściwie nie potrzebował, po czym opuścił komnatę.
Pałacowe korytarze były prawie puste. Minął kilku strażników, którzy wyprostowali się na jego widok, ale żaden nie zadał pytania. Szkoda. Ashan przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Ogrody królewskie były o tej porze niemal opustoszałe. Lampy oświetlały alejki, a ich blask odbijał się w spokojnej powierzchni kanałów otaczających pałacową oazę. Powietrze było chłodniejsze niż za dnia, przesycone zapachem roślin i wilgotnej ziemi. Z oddali dochodził jednostajny szmer wody. Odnalazł zaciszne miejsce z dala od głównych ścieżek i usiadł na kamiennym murku. Przez chwilę po prostu patrzył przed siebie, pozwalając, żeby nocna cisza zastąpiła tę, która wcześniej panowała za drzwiami jego komnaty. To było absurdalne. Cisza w jednym miejscu drażniła go niemal do szaleństwa, a tutaj wydawała się znośniejsza. Może dlatego, że sam ją wybrał. Dopiero po chwili wyciągnął skręta. Przyłożył go do ust, a nad opuszkiem jego palca pojawił się niewielki płomień. Ogień drżał spokojnie i posłusznie, dokładnie tak, jak powinien. Spojrzał na niego z ponurym rozbawieniem. Na jawie wszystko było takie proste. Odpalił skręta, zgasił płomień i zaciągnął się głęboko. Wiedział, że to niczego nie rozwiąże. Za kilka godzin nadejdzie kolejny dzień, a następnej nocy prawdopodobnie przyjdzie kolejny sen. Klątwa nie zniknie tylko dlatego, że siedział w ogrodzie i próbował o niej nie myśleć. Na razie jednak nie chciał z niczym walczyć. Nie miał ochoty analizować, planować ani wymyślać kolejnych sposobów na odzyskanie kontroli nad czymś, czego nawet do końca nie rozumiał. Chciał tylko siedzieć w ogrodzie, palić i przez kilka chwil mieć poczucie, że przynajmniej tutaj nadal sam decyduje o tym, co dzieje się w jego własnej głowie.

Phyonix nocą było spokojniejsze, lecz dalekie od martwego. W kilku tawernach wciąż paliły się światła, gdzieś pracował piec, a z jednej z bocznych ulic dobiegała muzyka i głośny śmiech. Darcy szła szybko, powtarzając sobie, że zapewne niczego nie znajdzie. Może rodzina Mikaela się przeprowadziła. Może chłopak wyjechał i po prostu nie chciał utrzymywać kontaktu z dawnym życiem. Może za chwilę stanie przed nią zaspany, spojrzy na dwa scimitary przy jej pasie i będzie chciał wiedzieć, dlaczego księżniczka nachodzi go w środku nocy uzbrojona jak przed wyprawą przeciwko bandytom. Miała szczerą nadzieję, że właśnie tak to się skończy. Wolała przez kilka kolejnych dni słuchać żartów strażników, niż później dowiedzieć się, że mogła coś sprawdzić wcześniej i tego nie zrobiła. Im dalej odchodziła od centrum, tym mniej ludzi spotykała. Szerokie ulice ustępowały węższym przejściom pomiędzy starymi kamiennymi budynkami, a muzyka i gwar stopniowo cichły. W części miasta, do której prowadził zapisany w dokumentach adres, wciąż paliły się pojedyncze lampy, ale większość okien pozostawała ciemna. Zwolniła dopiero wtedy, gdy znalazła właściwą ulicę. Sprawdziła numer domu na kartce, później spojrzała na budynek i dla pewności porównała jedno z drugim jeszcze raz. Adres się zgadzał. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Dwupiętrowy budynek stał pomiędzy dwoma podobnymi, może odrobinę węższy i bardziej zaniedbany od swoich sąsiadów. Tynk odpadł w kilku miejscach, jedna z szyb na piętrze była pęknięta, a niewielkie podwórze oddzielał od ulicy niski mur. Nie wyglądał jednak ani na ruinę, ani na miejsce opuszczone od wielu lat. Gdyby przechodziła obok niego za dnia, prawdopodobnie nawet nie zwróciłaby na niego uwagi. Przez chwilę stała po drugiej stronie ulicy i obserwowała dom, próbując wychwycić jakikolwiek ruch. Nie zobaczyła światła ani cienia przechodzącego za oknem. Nikt nie wchodził ani nie wychodził. W sąsiednim budynku zasyczał hehku, dalej odezwały się czyjeś głosy, a z końca ulicy dobiegł stuk zamykanych okiennic. Tutaj nie działo się nic. Czarnowłosa przeszła przez ulicę i weszła na niewielkie podwórze. Nie próbowała się skradać. Nadal zakładała, że mogła za chwilę obudzić zupełnie niewinną rodzinę, a trudno byłoby później rozsądnie wyjaśnić, dlaczego następczyni tronu czaiła się pod cudzymi oknami z dwoma scimitarami przy pasie. Zapukała do drzwi i odczekała chwilę. Kiedy nikt nie odpowiedział, zrobiła to ponownie, tym razem mocniej.
— Mikael? — zawołała. — Jest tu ktoś?
Odpowiedziała jej cisza. Odczekała jeszcze kilka oddechów, nasłuchując kroków albo głosu dochodzącego z głębi domu. Nie usłyszała niczego, więc nacisnęła klamkę bardziej odruchowo niż z rzeczywistą nadzieją, że drzwi się otworzą. A jednak ustąpiły bez najmniejszego oporu. Zatrzymała się z dłonią na klamce i spojrzała w ciemną sień. Przez chwilę nic nie robiła, tylko nasłuchiwała. Nadal nie dochodził do niej żaden ruch, kaszel, rozmowa ani odgłos kroków. Mogło to znaczyć, że mieszkańcy spali albo zwyczajnie nie było ich w domu, ale pozostawienie otwartych drzwi nie pasowało jej do żadnego z tych wyjaśnień.
— Świetnie — mruknęła cicho. — Oczywiście, że nie mogło być normalnie.
Jeszcze raz rozejrzała się po ulicy, lecz nikogo nie zauważyła. Weszła więc do środka i pozostawiła drzwi uchylone, nie chcąc odcinać sobie drogi wyjścia. Jedną dłoń trzymała blisko rękojeści scimitara, a nad palcami drugiej rozpaliła niewielki płomień. Ogień był spokojny, wystarczający, żeby oświetlić najbliższe otoczenie bez zalewania całego domu blaskiem.
Pierwsza izba wyglądała zupełnie zwyczajnie. Stał w niej drewniany stół, kilka krzeseł oraz komoda. Na półkach ułożono naczynia, a na ścianie wisiała tkana ozdoba z motywem feniksa. Nic nie było przewrócone ani rozbite. Darcy nie dostrzegła śladów walki, a jednak już po kilku krokach poczuła, że coś jej nie odpowiada. Przesunęła palcem po blacie stołu i spojrzała na opuszki. Kurz. Nie gruba warstwa, nie taka, jaka zbierała się przez miesiące, lecz wystarczająca, żeby stwierdzić, że od kilku dni nikt nie korzystał z tego miejsca. Dokładnie taka sama warstwa, o którą kiedyś Gave robił jej wyrzuty, kiedy nie chciało jej się na bieżąco sprzątać we własnym domu. To właśnie stąd znała różnicę.
Pokręciła głową, tłumiąc uśmiech wywołany przyjemnym wspomnieniem, i zmusiła się do ponownego skupienia na otoczeniu. Dopiero teraz zauważyła, że krzesła były równo przysunięte, a na stole nie pozostawiono żadnego naczynia ani osobistego drobiazgu. Dom wyglądał niemal tak, jakby ktoś celowo zostawił go w porządku przed dłuższym wyjazdem. To mogło być dobre wyjaśnienie. Może rzeczywiście pojechali na wakacje jako nowa, szczęśliwa rodzinka, a ona właśnie robiła z siebie idiotkę. Mimo wszystko przeszła do kuchni. W piecu znajdował się jedynie zimny popiół, a na półkach pozostało trochę suchej żywności. Spiżarnia nie była pełna, ale też jej nie opróżniono. Kilka glinianych pojemników stało na swoich miejscach, na haku wisiała patelnia, a przy ścianie oparto miotłę. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko nikt z tego nie korzystał. Darcy zajrzała do paleniska i dotknęła jego metalowej krawędzi, choć wiedziała, że niczego nowego się w ten sposób nie dowie. Była zupełnie chłodna.
— Mikael? — zawołała ponownie, tym razem znacznie głośniej. Nadal nic.
Darcy wróciła do sieni i spojrzała na schody prowadzące na piętro. Ogień na jej dłoni zatańczył mocniej, gdy ruszyła w górę. Każdy krok stawiała ostrożnie, nie dlatego, że się bała, ale dlatego, że coraz mniej wierzyła w prostą historię o przeprowadzce albo dłuższym wyjeździe. Na piętrze znajdowały się trzy pomieszczenia. Pierwsze musiało należeć do dorosłych. Łóżko było starannie posłane, na niewielkiej szafce leżał grzebień, a w szafie nadal wisiały ubrania. Zatrzymała na nich wzrok. Zdecydowanie za dużo rzeczy jak na ludzi, którzy planowali długi wyjazd, chyba że nowi opiekunowie Mikaela byli większymi minimalistami, niż potrafiła sobie wyobrazić. Drugi pokój od razu wydał jej się inny. Był mniejszy i mniej uporządkowany. Na półce stały dwie książki, kilka kamieni o ciekawych kształtach i drewniany model miecza, a na parapecie leżał kawałek materiału z niezdarnie naszytym symbolem Gromu. Darcy podeszła bliżej i wzięła go do ręki. Nie był częścią żadnego oficjalnego stroju ani oznaczenia jednostki. Ktoś wykonał go ręcznie, niezbyt równo, prawdopodobnie długo przed rozpoczęciem szkolenia. Brunetka niemal widziała Mikaela próbującego udawać, że ten drobiazg nic dla niego nie znaczy, a później poprawiającego go trzy razy dziennie, żeby leżał idealnie. Uśmiechnęła się czule. Podejrzewała nawet kilka osób, które mogły zrobić ten prezent. Bardzo uroczy prezent. Odłożyła materiał dokładnie na to samo miejsce. Teraz wiedziała już, że znalazła pokój Mikaela. Na biurku leżały zapisane kartki. Dziewczyna nie lubiła przeglądać cudzych rzeczy bardziej, niż było to konieczne, ale coraz mniej miała wrażenie, że prowadzi zwyczajną wizytę. Przejrzała kilka pierwszych stron i znalazła rozpisane ćwiczenia oraz listę rzeczy, które Mikael chciał zabrać ze sobą na szkolenie. Ubrania, bandaże, osełka, dodatkowy pas. Niżej ktoś innym charakterem pisma dopisał przypomnienie o szczotce do butów. Darcy zacisnęła szczękę. Jeszcze przygotowywał się do Gromu. Nie wyglądało to na człowieka, który nagle zmienił zdanie i z własnej woli postanowił zniknąć bez jednego słowa. Przeszukała pokój dokładniej, sprawdzając skrzynię, szafę i przestrzeń pod łóżkiem. Nie znalazła niczego niezwykłego. Część ubrań, książki, drobiazgi i plany dotyczące szkolenia nadal czekały na właściciela. Trzecie pomieszczenie było niemal puste. Stare meble, skrzynie z kocami, narzędzia i kilka popękanych naczyń nie powiedziały jej niczego. Darcy sprawdziła wszystko mimo to, po czym wróciła na korytarz i zeszła na parter. Tam zatrzymała się pośrodku sieni. Dom był pusty, ale nie wyglądał na opuszczony w normalny sposób. Nikt nie spakował całego dobytku. Nie było śladów nagłej ucieczki ani walki. Jednocześnie wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy nie wracali od kilku dni. Uniosła płonącą dłoń nieco wyżej i rozejrzała się jeszcze raz.
Dopiero wtedy zauważyła wąskie drzwi ukryte w cieniu pod schodami. Wcześniej uznała je za wejście do niewielkiego schowka i nie poświęciła im większej uwagi. Teraz podeszła bliżej i nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte. Przesunęła palcem po metalowym zamku. Był znacznie solidniejszy, niż potrzebowałby zwyczajny schowek na miotły i narzędzia. Ponownie zerknęła na opuszki. Skrzywiła się. Tutaj kurzu już nie było. No dobrze. W tej chwili zaczynało się robić naprawdę podejrzanie. Ukryte pomieszczenie. Zupełnie jak w relacji Akane. Czarnowłosa spojrzała na drzwi uważniej, a wcześniejszy niepokój powrócił z podwójną siłą. Przyłożyła ucho do drewna, ale z drugiej strony nie usłyszała absolutnie niczego. Tym razem przestała już powtarzać sobie, że zapewne istnieje jakieś rozsądne wyjaśnienie.

❦
Przepraszam, że zakrywam cudne opowiadanie Mary, ale tyle opek ostatnio wychodzi, że ciężko było powstrzymać wenę. Z całego serduszka też dziękuję Lexi za pozwolenie w zamieszaniu się w kult Jedynego :)
Oho, zarówno strażnik jak i Darcy może się spodziewać srogiego opierdolu od samej Kapłanki. A Ashana mi tu po prostu szkoda, towarzystwo zdecydowanie by mu się w takiej chwili przydało.
OdpowiedzUsuńJa bym strażnika zwolnił, a Darcy dał szlaban na co najmniej miesiąc. Zakaz opuszczania pałacu z 5-tką cieniów na ogonie. Ashan wrzuca sobie za dużo na głowę, ale rozumiem go w pewien sposób i jest mi go szkoda. Miejmy nadzieję, że znajdzie sobie towarzystwo - Grandsand zaprasza do swojej samotni xD Btw co do Darcy - kto normalny zaczyna śledztwo od tak, bo nagle jej się zachciało i spać nie mogła? Bez przygotowania? Ech... ^^
OdpowiedzUsuńAshan jest taki biedny. Żal mi go tutaj. Naprawdę przyda mu się ktoś do rozmowy. Ktoś kto pocieszy.
OdpowiedzUsuńSam początek intrygi jest intrygujący, acz zgadzam się z poprzednikami, że Dar jest w gorącej wodzie kąpana. Tak tam marudzi innym, a sama robi dokładnie to samo. Ashanowi to szczerze współczuję tych nocy...
OdpowiedzUsuń