Perun I bezwzględnie prze naprzód. Pali Lerodas. Jego żołnierze panoszą się na ziemiach Mathyr, wyłapują nieczystych krwiście, gwałcą, mordują, sieją zamęt.

Helga rusza w stronę Siivet Lasku. Jej oddziały ostrzą swe zęby, idąc nie zostawiają za sobą żywej duszy.

A Argar? Co z młodym państewkiem? Argar bawi się znakomicie na tańcach w Heim, śmiejąc się pozostałym w twarz.

"...a czasem to, co zwiędło, zapuszcza ciernie..." [+18]

Atmosfera w pomieszczeniu była napięta już od dłuższego czasu – tak gęsta, że zdawała się osiadać na skórze niczym wilgotna mgła. Powietrze drżało od niewypowiedzianych oskarżeń i gniewu, który od dawna nie miał gdzie ujść. Kobieta o surowym wyrazie twarzy, szarej jakby martwej od lat skórze i włosach białych jak jedwab siedziała niewzruszona w masywnym, rzeźbionym krześle, z ramionami opartymi swobodnie na podłokietnikach. Jej spojrzenie było chłodne, niemal znudzone, kiedy mężczyzna o siwych włosach po raz kolejny walnął pięścią w stół. Drewniany blat jęknął cicho pod uderzeniem. Prychnęła, poprawiając się na krześle i demonstracyjnie wywracając oczami.
— Miałaś ją uczyć i pilnować, żeby bezpiecznie tu przyjechała, a nie zostawiać na pastwę losu! — wrzasnął Jeremi, a w jego głosie drżała wściekłość podszyta strachem. Powtarzał to już któryś raz, jakby liczył, że samo wypowiedzenie tych słów cofnie czas. Kobieta odpowiedziała tylko krótkim, pogardliwym parsknięciem i powolnym ruchem pokręciła głową.
— A ty miałeś nie zabijać mojej siostry — odparła lodowatym tonem. — A ta mała sierota miała już mieć jakiś charakter, a nie ryczeć nad ludzką próbką, bo „ojej, jakie to nieetyczne” — udała prześmiewczy ton, po czym założyła ręce na piersi i spojrzała na niego z mieszaniną kpiny i dawno nieprzepracowanej urazy.
— Powinienem wyrwać ci serce! — syknął. Uniosła brew.
— Yhym. I kto wtedy znajdzie twoją córcię? — zapytała z udawaną troską, uśmiechając się krzywo, niemal bezczelnie. — Ach… no tak. Nikt. Chyba, że dalej wierzysz w tych bezużytecznych ludzkich zwiadowców, którzy nadal nie mają pewność, gdzie leży Twoja prawdziwa lojalność — zakończyła wywód z delikatnym, pełnym pogardy śmiechem. Jej wzrok powędrował ku dwóm młodszym mężczyznom stojącym pod ścianą. Przez chwilę mierzyła ich spojrzeniem, po czym zaśmiała się po raz kolejny - cicho, kpiąco. — Bo żaden z was nie ma tej magii, której tak bardzo chcieliście. Co? — jej głos był słodki jak trucizna.
— Beze mnie jej nie znajdziecie. A ja nie mam zamiaru szukać, dopóki nie dam jej szansy nauczyć się przetrwania. Las i Kryształ zjedzą ją żywcem, jeśli się nie ogarnie. Trzeba było nie trzymać jej pod kloszem. A potem jeszcze pod okiem Peruna. Żałosne. I daruj sobie wymówki. Mam je w dupie. Gdyby naprawdę Ci zależało, Twoja “córeczka” nigdy nie byłaby taką łamagą —  wyrzuciła te słowa jak oskarżenia, które nosiła w sobie od lat. Westchnęła, wyraźnie zirytowana, lecz zaraz potem na jej twarzy znów pojawił się ten bezczelny uśmiech. Tym razem jednak w oczach błysnęło coś jeszcze - cień bólu albo wyrzutów sumienia, których nie potrafiła już całkiem ukryć.
— Zabrałeś mi siostrę, Jeremi. A jedyne, co mi po niej zostało, to jej mały, o paskudnie ludzkiej skórze klon bez charakteru. Nie oddam Ci jej. Nie, kiedy ona sama daje sobą manipulować na lewo i prawo, już wolę żeby wróciła do matki w zaświatach. Podzielam wasze szlachetne ideały — prychnęła — ale zachowujecie się jak hieny. Pogadamy jak pomyślisz jak zacząć traktować ją  z sercem, no chyba, że ktoś Ci już je zeżarł —  wstała gwałtownie, z dumnie uniesioną głową, oblizując łakomie usta i skierowała się w stronę wyjścia. Zignorowała klingę miecza, która błysnęła w jej stronę, gdy jeden z mężczyzn zrobił krok do przodu. Zaśmiała się lekko.
— No dalej. Zabij mnie. A nigdy nie znajdziesz siostrzyczki — rzuciła bez cienia lęku, podchodząc do drzwi. Zatrzymała się jeszcze na moment i spojrzała na nich przez ramię. — Teraz to wy jesteście na mojej łasce. Potraktuj to jako podziękowanie za Cynthię —  rzuciła a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem.W pomieszczeniu napięcie nie opadło ani odrobinę. Wręcz przeciwnie - stało się niemal nie do zniesienia. Przez dłuższą chwilę nikt nie odważył się odezwać. Ciszę w końcu przerwał trzask rozbijanego szkła, a zaraz potem potok siarczystych przekleństw, kierowanych do wszystkiego, co wojna w Mathyr miała do zaoferowania. Jeremi stał pośród odłamków, z ciężko unoszącą się piersią. Nigdy nie sądził, że błędy przeszłości wrócą do niego w taki sposób.


~*~ 

    Orianna nie potrafiła rozeznać się w dniach. Czas przestał istnieć w chwili, gdy po raz pierwszy przyłożył jej do twarzy nasączoną szmatę. Od tamtej pory wszystko było jednym, niekończącym się ciągiem czerni, urywanych przebłysków świadomości i powrotów w pustkę. Nie wiedziała, ile razy ją przenoszono. Nie wiedziała, czy minęły tygodnie, czy tylko kilka dni. Za każdym razem, gdy mieli ruszać w drogę, pozbawiał ją przytomności. Rutynowo, bez emocji, jakby była tylko pakunkiem. Nawet gdyby udało jej się uciec, a żadno z nich w to nie wierzyło, nie miała najmniejszego pojęcia, gdzie się znajduje. Las, góry, podziemia? Wszystko było równie możliwe. Faktyczną przytomność odzyskała dopiero w dusznej, śmierdzącej pleśnią piwnicy. Pierwsze, co poczuła, to zimno kamienia wgryzające się w skórę. Drugie - ciężar żelaza na nadgarstkach i kostkach. Była przykuta do łóżka. Gardło miała suche, język ciężki jak z ołowiu, a każdy oddech bolał, jakby powietrze było przesycone pyłem i stęchlizną. Była brudna, obolała, osłabiona  i całkowicie bezbronna. Pomieszczenie wyglądało jak wyjęte z najgorszych koszmarów. Ściany były nierówne, spękane, miejscami czarne od wilgoci. Na podłodze i murach widać było zaschnięte, brunatne ślady, których pochodzenia nie chciała nawet nazywać w myślach. Gdzieś w kącie kapała woda, każda kropla uderzała o kamień z odgłosem odmierzającym czas - powoli, nieubłaganie. Naprzeciwko niej stał masywny, brudny stół rzeźnicki. Drewno było popękane, powierzchnia pocięta i zniszczona, jakby używano go do rzeczy, których nie powinno się robić żadnej żywej istocie. Na półkach i hakach wokół rozstawiono naczynia, słoje, narzędzia, a między nimi rośliny. Znała je wszystkie. Serce ścisnęło jej się w piersi. Niektóre były trujące. Inne powodowały gorączkę, majaki, paraliż. Jeszcze inne… sprawiały, że człowiek pozostawał przytomny, choć jego ciało przestawało go słuchać. Modliła się w duchu - do kogokolwiek, kto jeszcze mógł jej słuchać - żeby nie używał ich na niej. Nawet Perun nie żądał tak okrutnych specyfików, nawet w najczarniejszych czasach. Pomieszczenie oświetlało kilka lamp naftowych, rzucających drgające, chore cienie na ściany. Ich światło sprawiało, że wszystko wydawało się jeszcze bardziej nierealne, jakby była zamknięta w jakimś wypaczonym śnie. O tym, że znajduje się w piwnicy, świadczył brak okien, wszechobecna wilgoć oraz podniszczone, zakurzone schody prowadzące w górę, tak stare, że musiały być przeżarte przez korniki od środka.    
    Nasłuchiwała. Dom był zbyt cichy. Nie widziała swojej księgi. Ani dziennika. Ani ubrań. Ani mikstur. Nie było niczego, co łączyłoby ją z dawnym życiem, z tym, kim była. Tylko kamień, żelazo, smród rozkładu i czekanie. Gdzieś nad nią coś skrzypnęło. Zamarła, wstrzymując oddech. Skrzypnięcie schodów niosło ze sobą zapach, który Orianna znała aż nazbyt dobrze - metaliczną woń świeżej krwi wymieszaną z ciężkim aromatem łoju. Do piwnicy wszedł ON. Nie mówił nic, a jego milczenie było gorsze niż jakiekolwiek groźby. W ręku trzymał zakrzywiony nóż kaletniczy, a w drugiej miskę z parującą, gęstą zawartością. Podszedł do niej powoli. Bez słowa chwycił ją za włosy, odchylając jej głowę do tyłu tak mocno, że kręgi szyjne chrupnęły w głuchym proteście.
— Jedz — wycharczał, przystawiając jej naczynie do ust. Orianna poczuła mdły, słodkawy zapach mięsa. Jej żołądek skręcił się w gwałtownym odruchu obronnym. Rozpoznała ten zapach. To nie była dziczyzna, to nie była wołowina. To było mięso kogoś, kto jeszcze kilka dni temu mógł krzyczeć w tej samej piwnicy. Gdy zacisnęła zęby, uderzył ją otwartą dłonią w twarz tak mocno, że w oczach stanęły jej mroczki, a w ustach poczuła smak własnej krwi.
— Będziesz posłuszna, Panienko. Albo kawałek po kawałku dołączysz do dzisiejszej wieczerzy — syknął, wpychając jej pierwszą łyżkę do gardła. Zmuszona do przełykania tego, co niewyobrażalne. Potem Orianna walczyła z torsjami, podczas gdy on, z sadystyczną satysfakcją, zaczął realizować kolejny punkt swojego planu. Nie było w tym namiętności, tylko chęć całkowitego odarcia jej z godności i wymuszenia bezwzględnej uległości, której potrzebował. Gwałt był brutalny, mechaniczny, obliczony na zadanie jak największego bólu i poczucia beznadziei. Każdy ruch oprawcy był jak uderzenie młota w resztki jej ducha. Nie chciała, ale płakała. Najgorsze nie był nawet ból. Najgorsza była świadomość, że przestała być kimś, a stała się czymś. Przedmiotem. Narzędziem. Rzeczą, którą można przesuwać, ustawiać, łamać wedle cudzej woli.Chciała krzyczeć, ale dźwięk ugrzązł gdzieś głęboko w gardle. Chciała zniknąć, wyparować, przestać istnieć choćby na te kilka minut. Zamiast tego leżała nieruchomo, wpatrzona w pustkę, i czuła, jak coś w niej obumiera – cicho, nieodwracalnie. Kiedy to się skończyło, nie poczuła ulgi. Tylko pustkę. I wstyd, który nie był jej winą, ale i tak palił jak kwas. Miała wrażenie, że już nigdy nie będzie potrafiła spojrzeć na siebie tak samo jak wcześni Nie pamiętała, kiedy straciła przytomność. Może stało się to od razu. Może dopiero później, kiedy umysł nie miał już gdzie uciekać.
    Świat wrócił w kawałkach. Najpierw zapach. Ten sam, którego nie dało się wypłukać z powietrza. Potem ból - tępy, rozlany, wszechobecny, jakby ciało było jednym wielkim siniakiem. I zimno. Kamień pod plecami był lodowaty, wilgotny, obcy. Leżała nieruchomo. Nie dlatego, że nie chciała się ruszyć. Dlatego, że nie była pewna, czy jeszcze potrafi. Oddychała płytko. Każdy wdech bolał tak, jakby miał być ostatnim, ale nigdy nie był. Każdy wydech był wysiłkiem. Miała wrażenie, że ktoś wymienił jej wnętrze na popiół i szkło. Serce nawet, kiedy poddało się zmęczeniu i biło spokojnie -  bolało — głucho, tępo, jakby każdy jego skurcz przesuwał po środku klatki piersiowej odłamki szkła. Nie chciała myśleć. Ale myśli przychodziły same. Fragmenty. Uczucia. Wrażenie, że coś zostało zabrane na zawsze i że to „coś” nie było tylko kawałkiem ciała. Zamknęła oczy. Za powiekami wciąż było światło lamp, cień oraz ten głos, którego nie chciała już nigdy więcej słyszeć. Zadrżała. Spróbowała poruszyć palcami. Udało się. To było… zaskakujące. Zacisnęła dłoń w pięść. Potem ją rozluźniła. Sprawdziła, czy wciąż ma nad sobą kontrolę. Czy ciało jeszcze do niej należy. Należało. Częściowo. Na razie.
    Innego dnia, kiedy po  wszystkim odwróciła głowę. Na podłodze, w zasięgu wzroku, zobaczyła coś, czego wcześniej nie było. Przewrócony stołek. Rozlany płyn z jednego ze słojów. Ciemna plama, która powoli wsiąkała w kamień. Zapach był inny. Gorzki. Zielony. Ostry. Znała go. Serce zabiło szybciej, ale nie z nadziei. Z odruchu. On też kiedyś popełni błąd. Ta myśl była cicha. Mała. Ale nie zniknęła. Nie wiedziała, jak długo leżała w bezruchu. Najpierw był tylko dźwięk. Krople wody uderzające o kamień. Jedna. Druga. Trzecia. Jakby świat próbował jej powiedzieć, że czas wciąż istnieje, a ona teraz nie była pewna co ma myśleć o tym, że dalej żyje. Łatwiej byłoby pewnie umrzeć, byleby nie oddać się znowu w ręce Peruna i przestać być traktowaną jak rzecz. Głupia. Naiwna. Czuła go wszędzie. Na skórze. We włosach. Na twarzy. Miała wrażenie, że ktoś obtoczył ją w brudzie i zostawił jak porzucony przedmiot. Otworzyła oczy. Sufit był rozmazaną plamą cienia i światła. Lampy wciąż się paliły. Oczywiście, że się paliły. Tutaj nigdy nie gasły do końca. Spróbowała się poruszyć po raz kolejny. Ciało odpowiedziało bólem. Nie ostrym. Nie jednym konkretnym. Tylko… wszędzie, ale ciało odpowiadało, dalej uparcie trzymając się myśli, że należy do niej. Oddychała płytko. Każdy wdech był wysiłkiem. Każdy wydech przypominał, że wciąż jest w tym ciele. Zadrżała. Dopiero po chwili dotarło do niej uczucie. Lepkość. Chłodna, obca, rozmazana po skórze. Na udach. Na brzuchu. Między żebrami. We włosach. Zacisnęła powieki. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała nazywać. Ale i tak wiedziała. Przełknęła ślinę. Gardło miała zdarte, suche, jakby krzyczała, choć nie pamiętała dźwięku. Spróbowała unieść rękę. Łańcuch zadźwięczał cicho. Ten dźwięk sprawił, że coś w niej pękło. Nie płakała. Łzy nie chciały już płynąć. Zamiast tego przyszło coś gorszego - pusta, cicha nienawiść do własnej skóry. To nie jest moje. To nie powinno na mnie być. To nie jestem ja.  Ale było. Czuła to. Każdy centymetr ciała krzyczał, że zostało użyte jak narzędzie. Jak rzecz. Odwróciła głowę na bok i zwymiotowała - niewiele, bo w żołądku i tak prawie nic nie było. Suchy skurcz. Piekący ból w gardle. Drżenie. Najpierw musiała przetrwać. Zacisnęła zęby i bardzo, bardzo powoli zaczęła poruszać palcami dłoni. Potem stopami. Sprawdzała, co jeszcze do niej należy. Co jeszcze działa. Ciało było obce. Ale wciąż było jej.
    Ciężko było liczyć dni, pamiętać każdą rzecz do jakiej ją zmuszał, ale niektórych wspomnień nigdy się nie pozbędzie, nawet jeśli usunęłaby sobie pamięć. ON zostanie z nią już na zawsze. Osobiście dbał o to za każdym razem, kiedy widziała tą twarz tak bardzo pozbawioną człowieczeństwa.
— Masz piękną skórę, Orianno — mruknął, przeciągając ostrzem wzdłuż jej uda. — Szkoda, że muszę sprawdzić, jak bardzo jest wytrzymała — szepnął i precyzyjnym ruchem naciął naskórek, oddzielając cienki płat od żywej tkanki. Ból był palący, oślepiający. Wiedziała, że krzyk jest paliwem dla jego szaleństwa, ale nie dało się go zatrzymać. Ostrze noża było lodowate, zanim wgryzło się w rozpalone ciało. Oprawca nie śpieszył się; delektował się każdym drżeniem jej mięśni. Uniósł nóż i czubkiem zaczął powoli kreślić pierwszą literę na lewym udzie Orianny.
— Musimy cię odpowiednio podpisać, żebyś nigdy nie zapomniała, czym kończy się marudzenie. Masz być grzeczna tak jak kiedyś, albo król mi nie zapłaci. Rozumiesz, prawda? Interesy — wycharczał ze śmiechem, dociskając stal. Z gardła Orianny wyrwał się rozdzierający sznur szlochu, gdy ostrze przecięło skórę, tworząc literę D. Nie było to szybkie cięcie. On rzeźbił w niej, odrywając wąskie paski naskórka, by litery były wypukłe i krwawe. Płacz Orianny wypełnił piwnicę, odbijając się od wilgotnych ścian, ale on tylko uśmiechnął się szerzej, kończąc słowo D-Z-I-W-K-A. Krew mieszała się z brudem i nasieniem pozostawionym na jej skórze po gwałcie, tworząc makabryczną powłokę, która paliła żywym ogniem.
— Ciii... to dopiero połowa — mruknął, przesuwając zakrwawione narzędzie na jej prawe udo. Orianna szarpała się w okowach, metalowe obręcze wrzynały się w jej nadgarstki do kości, ale była zbyt osłabiona, by stawiać realny opór. Każdy ruch sprawiał, że rany na nogach rozwierały się szerzej. Oprawca zaczął pisać dalej. N-A-I-W-N-A  P-I-Z-D-A. Przy literze "Z" celowo zatrzymał nóż głębiej, obracając go w ranie. Krzyk Orianny przeszedł w chrapliwy rzężenie. Ból był tak gęsty, że niemal traciła przytomność, ale on uderzył ją w twarz, by nie pozwolić jej uciec w niebyt.
— Patrz na to! — wrzasnął, chwytając ją za podbródek i zmuszając, by spojrzała na swoje zmasakrowane nogi.
— Widzisz? To jest twoja prawdziwa tożsamość — zaśmiał się. Kiedy skończył obserwował ją jeszcze jakiś czas w milczeniu. Pożegnał ją pocałunkiem i czoło, nazwał grzeczną i po prostu poszedł. Orianna długo nie miała odwagi spojrzeć. Najpierw była tylko świadomość bólu. Tępego, rozlanego, pulsującego jakby całe ciało stało się jedną wielką raną. Potem przyszło swędzenie. Leżała nieruchomo, oddychając płytko, aż w końcu odwróciła głowę na bok. I zobaczyła. Najpierw nie zrozumiała, na co patrzy. Kształty nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Cienie. Ciemniejsze linie. Nierówności. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to jej własne ciało. Żołądek skurczył się gwałtownie. Spróbowała unieść głowę a świat zawirował, ale zmusiła się. Spojrzała niżej. Tam, gdzie kiedyś była gładka skóra, teraz były obce ślady. Świeże, brutalne, zbyt wyraźne, zbyt… znaczące. Nie były przypadkowe. Były intencjonalne. Po chwili, bardzo powoli, wyciągnęła drżącą dłoń i dotknęła jednego z opatrzonych miejsc. Skóra była: nierówna, napięta, wrażliwa jak odsłonięty nerw. Cofnęła rękę jak oparzona. Łzy w końcu przyszły. Ciche. Bez szlochu. Bez dźwięku. Po prostu spływały po bokach twarzy i wsiąkały w kamień. Przez długi czas patrzyła w sufit, próbując nie czuć. Próbując nie być.
    Skrzypienie schodów brzmiało teraz inaczej - ciężęj, zwiastując coś, co wykraczało poza fizyczny ból. Gdy Oprawca wszedł do piwnicy, nie był sam. Wlókł za sobą małego chłopca, może sześcioletniego, który poruszał się z nienaturalną, sztywną rezygnacją. Dziecko było niemową; tylko jego szeroko otwarte, przepełnione zwierzęcym strachem oczy krzyczały w absolutnej ciszy. Mężczyzna rzucił chłopca na rzeźnicki stół, tuż przed twarz Orianny. Rozwiązał jej dłonie, po czym z drwiącym uśmiechem wcisnął jej w palce zardzewiały, ząbkowany nóż.
— No, zrób to, Ori… — zachęcił, przyciskając jej dłoń z ostrzem do gardła dziecka. — Rozetnij mu klatkę piersiową. Chcę widzieć, jak wyrywasz mu serce. Podobno Nieumarli uwielbiają takie przysmaki, prawda? To przysługa, ale znaj moją łaskę, bo jeśli to zrobisz, dzisiejsza noc się skończy. Tak po prostu. Kolacja i spać — obiecał. Orianna, mimo potwornego bólu wyrytych na udach napisów, które paliły jak żywy ogień oraz wspomnień każdej innej rzeczy, którą jej zrobił, gwałtownie cofnęła rękę.
— Nie... — szepnęła, a łzy natychmiast wyżłobiły jasne ścieżki w brudzie na jej policzkach. — To tylko dziecko... błagam, zabij mnie, ale nie każ mi... — Oprawca zaśmiał się, a był to dźwięk pozbawiony jakiejkolwiek ludzkiej iskry.
 — Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Skoro nie chcesz być katem, będziesz jedynie mięsem. Ja swojego i tak dopnę —  z nieludzką siłą chwycił ją za pas i rzucił na krawędź stołu, tuż obok sparaliżowanego strachem chłopca. Orianna poczuła na twarzy lodowaty oddech dziecka i zapach jego niewinnego przerażenia. Oprawca bez słowa rozdarł resztki jej szat i wbił się w nią brutalnie, niszcząc resztki jej godności. Każde pchnięcie uderzało ciałem Orianny o stół, tuż przy twarzy chłopca. Mały niemowa patrzył prosto w jej załzawione oczy, a ona widziała w nich odbicie własnego upodlenia.
— Patrz na niego! — polecił z lubieżnym, niemoralnym zadowoleniem do jej ucha, chwytając ją za włosy i wykręcając głowę tak, by nie mogła odwrócić wzroku od dziecka. — Widzisz ten strach? On umiera z przerażenia, bo ty jesteś egoistką! Jedno cięcie i będzie po wszystkim. Ulżysz mu,Ori! — Orianna szlochała, a jej dłonie kurczowo zaciskały się na krawędzi drewna. Czuła na sobie pot oprawcy, czuła pieczenie świeżych ran, w które wdzierał się brud i nasienie, ale to wszystko było niczym w porównaniu z widokiem tego chłopca. Myślała o tym, co on musi czuć – widząc ten akt czystego zła, słysząc chrapliwy oddech potwora i widząc w niej, dorosłej, jedynej osobie, która mogłaby go ratować, tylko kolejną ofiarę. Dlaczego była taka słaba?
 — Przepraszam... tak strasznie cię przepraszam... — szeleściła wargami w stronę dziecka, ignorując ból rozrywanego ciała. Oprawca nie przestawał. Prowokował ją, celowo zadając ból w najbardziej wrażliwe miejsca, między pchnięciami szeptając jej do ucha opisy tego, co zrobi z chłopcem, jeśli ona nie weźmie noża. Mówił o powolnym przypalaniu, o wycinaniu języka, o łamaniu palców jeden po drugim.
— Wybieraj, Orianno! Twoja duma czy jego szybka śmierć? Dalej się będziesz opierać? Dalej chcesz, żebym cię tak traktował na jego oczach? Dla Ciebie to powinno być tylko mięso! Nic więcej! —  Orianna patrzyła na drżące usta niemowy. Chłopiec nie płakał – był zbyt przerażony, by wydobyć z siebie choćby łzę. Był w tym samym piekle co ona, a ona, mimo własnego cierpienia, czuła rozdzierającą serce litość. Każdy ruch oprawcy był dla niej jak chłosta, ale widok tego dziecka był gorszy niż jakiekolwiek cięcie nożem. Wiedziała, że on nie przestanie. Wiedziała, że ten potwór karmi się jej moralnym dylematem bardziej niż jej ciałem. Zaczęła majaczyć z bólu. Oprawca, widząc, że brutalny gwałt nie złamał jej woli na tyle, by chwyciła za nóż, wydał z siebie gardłowy pomruk zawodu, który szybko przeszedł w sadystyczną ekscytację. Nie przerywając rytmicznych, bolesnych pchnięć, sięgnął po leżące na stole szczypce.
— Skoro wolisz patrzeć, to patrz uważnie — wychrypiał, nachylając się nad niemym chłopcem. Zacisnął metalowe szczęki narzędzia na małym palcu dziecka i powolnym, metodycznym ruchem zaczął go miażdżyć. Chłopiec wyprężył się, jego twarz stała się purpurowa od wstrzymywanego, niemego krzyku, a z kącików oczu wypłynęły wielkie, słone łzy. Orianna czuła każde drżenie stołu, każdy skurcz małego ciała, które desperacko szukało ratunku w jej spojrzeniu.
— Przestań! Błagam, weź mnie, rób ze mną co chcesz, wycinaj kolejne słowa, ale zostaw go! Będę słuchać! Pójdę do Peruna! Wszystko, ale zostaw go! — skowyczała, dławiąc się własnymi łzami i smrodem piwnicy.
— Tnij, albo wyrwę mu każdy paznokieć, a potem zacznę przypalać mu oczy — odparł beznamiętnie oprawca, uderzając jej biodrami o kant stołu tak mocno, że jedna z ran, które ostatnio kreślił rozdarła się głębiej, brocząc krwią na nogi dziecka. Orianna patrzyła w oczy chłopca. Widziała w nich już tylko jedno: błaganie o śmierć. To nie był już strach przed nożem, to był strach przed dalszym istnieniem w rękach tego potwora. Zrozumiała, że w tym przeklętym miejscu jedynym aktem miłosierdzia, jaki jej pozostał, jest morderstwo. Z nieludzkim wyciem, w którym nie było już nic z dawnej alchemiczki, a jedynie czysta, czarna rozpacz, Orianna chwyciła nóż. Jej palce, lepkie od potu i nasienia oprawcy, zacisnęły się na rękojeści.
— Przepraszam... — szepnęła, a jej głos załamał się w chrapliwym rzężeniu. Jednym, desperackim ruchem wbiła ostrze w klatkę piersiową dziecka. Poczuła opór żeber, a potem miękkie wejście stali w płuca. Chłopiec drgnął ostatni raz, jego oczy na sekundę rozbłysły dziwnym spokojem, po czym zgasły na zawsze. Oprawca, osiągając szczyt w tym samym momencie, w którym życie opuściło dziecko, zaśmiał się triumfalnie, boleśnie wbijając palce w jej poranione biodra. Nie pozwolił jej jednak na chwilę żałoby. Brutalnie zepchnął ją ze stołu na kolana, a sam, używając tego samego noża, z wprawą rzeźnika rozciął klatkę piersiową chłopca szerzej. Wyjął wciąż ciepłe, ociekające krwią serce i rzucił je na brudną podłogę przed twarz Orianny.
— Dokończ dzieło, moja mała, smacznego — rozkazał, stając nad nią i uderzając ją w twarz, by zmusić ją do patrzenia na ochłap mięsa. — Zjedz to. Całe. Jeśli wyplujesz choć kęs, zacznę wycinać kawałki z ciebie i karmić nimi szczury na twoich oczach — obiecał. Orianna brudna i odarta z resztek człowieczeństwa, patrzyła na serce dziecka. Wiedziała, że jeśli to zrobi, ta część niej, która kochała zioła, słońce i życie, umrze na zawsze. Ale wiedziała też coś jeszcze – jako alchemiczka i ta cholerna hybryda, którą z taką lubością jej wypominał, wiedziała, że surowe mięso i krew są nośnikami energii. Jeśli ma przeżyć, by go zabić, musi stać się potworem, którego on sam stworzył. Drżącymi dłońmi podniosła krwawy organ. Jucha spływała jej po przedramionach, mieszając się z ranami na nadgarstkach. Zamknęła oczy, widząc pod powiekami twarz niemego chłopca i wgryzła się w surowe, żylaste mięso. Smak był metaliczny, ciężki, wywołujący natychmiastowy odruch wymiotny. Żuła powoli, zmuszana kopniakami w żebra do połykania każdego kęsa. Każdy przełknięty kawałek był jak gwóźdź wbijany w jej duszę. Gdy skończyła, jej twarz była cała czerwona, a oczy puste, pozbawione blasku, który wcześniej dawał jej nadzieję. Oprawca pogłaskał ją po głowie z obrzydliwą czułością.
— Widzisz? Teraz jesteś grzeczna. Całkowicie. Perun byłby dumny, gdyby Cię teraz widział — pochwalił ją zanim zostawił ją znowu sam na sam z własną rozpaczą. Czas przestał istnieć. Było tylko zimno, ciężar ciała, smak żelaza w ustach i coś jeszcze. Coś, czego nie dało się nazwać ani wypłakać. Coś, co osiadło w niej jak czarny osad na dnie studni. Nie płakała. Nie była już w stanie. Patrzyła w ścianę, ale jej nie widziała. Pod powiekami wciąż miała parę oczu, które przestały patrzeć. I wiedziała, że będzie je widzieć do końca życia. Nawet jeśli do końca tego życia zostało tylko kilka dni. Jej ciało bolało. Ale to był błahy, odległy ból. Jakby należał do kogoś innego. Prawdziwy ból był gdzie indziej. Był w świadomości, że oddycha, a ktoś inny już nie. Że ona została. Że ona zrobiła to, co było niewyobrażalne. Przez chwilę, bardzo krótką, przyszła myśl, że mogłaby po prostu przestać istnieć. Że mogłaby pozwolić, żeby wszystko się skończyło. Tu. Teraz. Ale ta myśl umarła szybciej, niż się pojawiła. Bo pod nią było coś innego. Coś twardego. Zimnego. Ciężkiego. Gniew. Nie dziki. Nie histeryczny. Krystalicznie czysty. On oddycha. On chodzi. On śpi. A dziecko nie. To zdanie wracało jak uderzenie młota. Powoli, bardzo powoli, Orianna zebrała się w sobie. Nie w ciele, w czymś głębszym. W tej części, której jeszcze nie zdołał całkiem zabić. Zrozumiała jedną rzecz z przerażającą jasnością: Jeśli umrze teraz, on wygra. Jeśli wróci do Peruna, on wygra. Jeśli się podda, tamto dziecko umrze drugi raz. Jeśli pozwoli sobie zostać tylko ofiarą, cudzą pacynką bez własnej woli - to wszystko nie będzie miało żadnego sensu. A tego nie mogła znieść. Jej dawne życie - zioła, słońce, śmiech, ciekawość świata, poznawanie i doświadczanie każdej jednej, pięknej rzeczy  - było martwe. I wiedziała, że nigdy do niego nie wróci. Ale w jego miejscu rodziło się coś nowego. Coś strasznego. I koniecznego. Nie przeżyje, żeby żyć. Przeżyje, żeby go zabić. Nie wiedziała jeszcze jak. Nie wiedziała kiedy. Nie wiedziała, ile to będzie ją kosztować. Wiedziała tylko jedno: On oddycha. I to jest błąd świata, który musi zostać naprawiony. I jeśli będzie trzeba stać się czymś, czym zawsze gardziła, jeżeli będzie trzeba spalić w sobie resztki litości, strachu, wahania - zrobi to. Kurwa, zrobi to. Nie dla siebie. Dla dziecka, które nie miało już żadnego głosu. I w tej jednej, cichej myśli po raz pierwszy od bardzo dawna nie było bezsilności. Była tylko obietnica.


____
przepraszam.


A solid giggle should do the trick


Lilith "Lily"

Doukas
diabelstwo | związana paktem czarnoksiężniczka | Argarka | 07.01 | 18 lat | 166cm | Mathyr
Lilith urodziła się w Argarze, gdzie magia była codziennością. Jej rodzina od pokoleń należała do potężnego rodu czarnoksiężników, którzy nie mieli oporów przed oddaniem fragmentów dusz, wspomnień czy przyszłości demonom i innym potwornym bytom z koszmarów w zamian za kolejne stopnie w hierarchii. W tym świecie Lilith była czymś zupełnie niepasującym. Od najmłodszych lat była uśmiechniętym, ciepłym dzieckiem, które kochało kolory, śmiech i radość, a mrok noszony przez jej rodziców i krewnych zwyczajnie ją przerażał. Jej jedynym prawdziwym przyjacielem był pluszowy miś Bubu, stary i trochę zniszczony, ale zawsze obecny przy niej. Gdy miała pięć lat, wydarzyło się coś, czego nikt z rodu się nie spodziewał. Zamiast kolejnego demona czy istoty z Pustki odpowiedziała jej patronka z Fey, byt będący ucieleśnieniem śmiechu, odwagi i nieugiętej radości - Elariel, Królowa Przekory. Pakt, który wtedy zawarły, nie był umową opartą na krwi ani strachu. Bubu został jej chowańcem, gdyż przez niego potężna Fey przekazała Lily magiczne talenty — moc emocji, kolorów, chaosu i światła. W zamian patronka miała karmić się radością i odwagą Lilith, a ona sama nigdy więcej nie miała być bezbronna ani ugiąć się przed mrokiem. Cena była natychmiastowa i widoczna: skóra Lilith przybrała fioletowy odcień, wyrosły jej rogi i ogon, a ona sama przestała wyglądać jak zwykły człowiek - stała się czymś co w księgach opisywano jako diabelstwo - rzadki skutek uboczny, kiedy dar patrona jest wyjątkowo potężny, a ciało nie jest w stanie go do końca przyjąć, ale czego można było się spodziewać po drobnej pięciolatce? Elariel była za to zachwycona jej nowym wyglądem i tak jak nagle się pojawiła równie szybko zniknęła w obłokach tęczy, pachnących watą cukrową. W rodzinie gdzie wszyscy zachowywali ludzkie oblicza mimo swoich potwornych paktów, stała się żywym, niewygodnym symbolem. Rodzice nie zabiła jej i nie oddała żadnej mrocznej istocie, ale od tamtej pory już nigdy nie była dla nich córką. Stała się dowodem na to, że można zawrzeć pakt inny niż ich własne, a to było dla nich niewybaczalne. Gdy miała piętnaście lat, została wyrwana z Argaru przez nieznaną siłę i rzucona do świata Mathyr, świata potworów, kryształów, ruin i niekończących się konfliktów. Po raz pierwszy w życiu nie wyróżniała się wyglądem — wśród dziwnych ras i istot przestała być wyjątkiem. Przez kolejne trzy lata wędrowała samotnie, przemierzając góry Oclarii, bagna Terry i lasy Lerodas. Spała w ruinach, jaskiniach i pod gołym niebem, żyjąc na granicy świata ludzi, zaglądając do wiosek tylko na krótko, by popatrzeć na życie, posłuchać śmiechu i nacieszyć się zwyczajnością. Bubu chronił ją, ostrzegał przed niebezpieczeństwami i pomagał przetrwać w dziczy, a ona uczyła się świata, który mimo okrucieństwa był uczciwszy niż Argar. Kiedy w Mathyr wybuchła wojna, Lilith zrozumiała, że jeśli nic nie zrobi, inne dzieci będą bały się tak jak ona kiedyś. Postanowiła odnaleźć innych przybyszów z Argaru i spróbować zakończyć ten konflikt w najbardziej cukierkowy, absurdalny sposób, jaki tylko potrafi, by pokazać zagubionym i przerażonym, że nie muszą rezygnować ze swojego śmiechu, żeby przetrwać kolejny dzień. Dziś rzadko pokazuje inne emocje niż radość, żart i prześmiewczą lekkość — nie dlatego, że nic jej nie boli, ale dlatego, że to jej zbroja. Wierzy, że razem z Bubu mogą wszystko, a śmiech jest najlepszym lekarstwem na rozpacz i najlepszą maską, jaką można założyć światu.

POWIĄZANIA/DODATKOWE


 _____________________________________________________________________
cytat: Gloryhammer – The Land of Unicorns

Kryształowy Lesie, here I come!

 

Rzadko kiedy coś takiego robił. Głównie dlatego, że nie bardzo miał na to czas i ochotę. Dziś jednak zamierzał porozmawiać z Nikitą i Shikitą, a chciał by miało to podłoże bardziej przyjacielskie niż służbowe. Mimo tego, że w teorii był podwładnym tych dwojga to nigdy tego od nich nie odczuł. No i oni oboje wiedzieli, że gdyby było coś co mu się nie spodoba to Sato po prostu tego nie wykona. Orianna była w Ardei na jednym z szalonych wypadów, więc miał dom cały dla siebie. Przygotował go więc, sprzątając co nieco. Głównie jednak skupił się na kulinarnych doznaniach. W całym domu pachniało od samego rana. Sushi, stek z cieniostwóra, potrawka z kurczaka oraz czekoladowe szaleństwo. Zastawił suto stół, dorzucając do tego whiskey ze starego świata dla łezki nostalgii. Zadowolony z efektu usiadł na kanapie czekając aż dwoje ważniaków przybędzie na spotkanie. Z tego wszystkiego przysnął sobie na chwilę.

Shiya nie spodziewała się zaproszenia na kolację. Wraz z Niklausem byli tak pochłonięci przygotowywaniem się do bitew, że często po prostu zapominali o samych sobie. Zbieranie informacji, dyrygowanie pracami usprawniającymi obronę ich małej społeczności, przyjmowanie interesantów czy też nauczanie chętnych łucznictwa zabierało cały jej czas, zostawiając go tylko odrobinę na wieczorne przytulasy w ramionach swojego mężczyzny z niemalże codziennym seksem. Mimo to przyjęli to zaproszenie, uznając je za na tyle nietypowe, że aż ciekawe. Nie specjalnie się na nie przygotowywali. Nie było żadnego dress codu. Shi spojrzała po Niklausie, gdy wychodzili z domu.

- Alkohol powinien wystarczyć na prezent - stwierdziła, patrząc po butelce którą niósł Niklaus. - Myślisz, że chce nam powiedzieć, że ma nas już serdecznie dość? - rzuciła luźno.

Niklaus na zaproszenie od Satoru był równie mocno zaskoczony co Shiya, o ile nie bardziej. Lubił tego gościa, ale w sumie ich relacja mało kiedy wychodziła poza służbową, chociaż zdecydowanie na pierwszy rzut oka na służbową nie wyglądała. Nik nie miał potrzeby z kimkolwiek tutaj ustalać jakiś wyraźnych hierarchii. Przygotowania do wojny były czasochłonne, chociaż musiał przyznać, że od kiedy bardziej skupił się na zadaniach związanych z wyspą, a od wędrowania miał Meliodasa, syna, Sato czy innych ludzi, to jakoś bardziej mu się to miano przywódcy widziało. O ile sama wojna nie była dobrą wizją, to przywykł i lubił te przygotowania, przynajmniej od strony technicznej. Psychicznie sprawa była męcząca, więc pomysł z kolacją wydał mu się dobry, dla samego rozluźnienia. 

Kiedy wychodził z Shiyą, z domu, objął ją ramieniem. 

- Powinien - przytaknął jej głową zerkając po butelce dobrego bimberku. - Nie mam pojęcia, z nim jest wszystko możliwe. Może nawet chodzić o jakąś pierdołę w stylu… “jaki krawat na wojnę” - Nik uśmiechnął się pod nosem. - Chociaż stawiam, że jakby miał nas dość, to prędzej by się wprosił do nas, nie zapraszał do siebie - dodał.

- Możesz mieć rację - zaśmiała się na propozycję dot. pierdoły. Chętnie się w niego wtuliła trochę mocniej, gdy otoczył ją ramieniem. - Albo… na pierwszą bitwę wziąć czarny czy czerwony? Bo podczas ostatniej to wiadomo… butelkowa zieleń - dorzuciła wyciągając palec w górę i ruszając nim lekko niczym w zastanowieniu. - A skoro już o tym mowa… - odchrząknęła. - Trzeba by ci jakąś koronę załatwić - parsknęła. - Monarcho wielki. 

Niklaus parsknął śmiechem.

- Ocho… Tylko nie rzucaj takimi pomysłami przy nim, bo zaraz coś wymyśli - zaśmiał się. - Już widzę jakiś znakomity nocnik na swojej głowie - rzucił rozbawiony

- Postaram się powstrzymać me zapędy - odparła puszczając do niego oczko. - Ale niczego nie mogę obiecać - dodała śmiejąc się pod nosem, objęła go w pasie ramionami i mocniej ścisnęła. - Jak mi nagle przyjdzie do głowy, że chcę zobaczyć ten nocnik na twej głowie… - mruknęła. - To będziesz tylko siebie mógł winić za podsunięcie mi takich obrazów - parsknęła, gdy docierali do niepozornego domostwa Satoru. Zapukała do drzwi i wyprostowała się, choć nie odsuwała za mocno od Niklausa. Czarnowłosy otworzył chwilę później i ziewnął na powitanie.

- Wolniej się nie dało? - zapytał, przepuszczając ich w progu. - Oj Nikita, kości już nie te? - rzucił w ramach żartu. 

Niklaus uśmiechnął się do żony na te jej wizje w głowie, wcale by się nie zdziwił, gdyby jednak ją coś podkusiło.

- Osobiście mam kilka ciekawszych wizji w głowie, ale podzielę się nimi dopiero po kolacji - rzucił zaczepnie i zaraz spojrzał po gospodarzu, który otworzył im drzwi.

- Te, jak najbardziej te, kości, ciało, w tym problem, czasem człowieka pokusi przed wyjściem i nie patrzy tak na czas - uśmiechnął się zadziornie do Satoru, puszczając Shi przodem i zaraz za nią wchodząc do środka. Mnogość zapachów od razu w niego uderzyła. - Osz kurwa… To jakaś uczta, a nie kolacja… Ktoś jeszcze będzie? - zapytał, patrząc chwilę później po syto zastawionym stole. - Szykujesz się na jakiś konkurs kulinarny? - zapytał z lekkim przekąsem. Nawet nie wiedział, że Sato jest tak uzdolniony w temacie gotowania.

Sato przesunął spojrzeniem po Shi, szukając oznaków na to, że była odpowiednio “dojebana”, ale jakoś nie mógł ich znaleźć. Ostatecznie doskoczył do kobiety i zaczął się jej intensywnie przyglądać. Tu spojrzał na jej biust, potem przesunął wzrokiem po talii, złapał ją za rękę i okręcił by zerknąć na tyłeczek. Cmoknął ostatecznie.

- Coś chyba właśnie nie te… skoro jeszcze ma siłę chodzić - rzucił do Niklausa, a Shi prychnęła pod nosem.

- Nie tak łatwo jest mnie zmęczyć - puknęła Satoru w czoło i podeszła do Nika, by ucałować go mocno w usta. - Poza tym… wisienkę na torcie odbiorę po tym spotkaniu - dorzuciła.

- Ja sobie byle jakiej żony nie wybrałem - Niklaus uśmiechnął się zadowolony i zaraz sam przyciągnął Shi do siebie, by ucałować jej policzek. - Mhm, wisienki są najlepsze - przytaknął jej głową i lekko się zaśmiał, po czym odsunął jej krzesło, co by sobie usiadła, sam zajął miejsce obok.

- No tak, nie ta liga - Satoru uśmiechnął się lekko, po czym sam zajął miejsce przy stole. - Nie, do konkursu nie - pokręcił głową. - Myślę nad wprowadzeniem paru dań do waszej gospody - rzucił z zadziornym uśmiechem. - Za delikatną prowizją oczywiście - dorzucił. - No i kuchnia polowa… coś by przydało się wypracować, szybkie, niewymagające a sycące masę gąb na raz - mruknął przy okazji. 

- Gospoda i kuchnia to już rozmowa z Shiyą i Febe, ja się w to nie wtrącam, ufam kobietom - oznajmił Niklaus, bo rzeczywiście w pewnych tematach nie widział sensu wściubiać nosa, co najwyżej prosił o informacje gdy coś ulegnie zmianie, aby wiedzieć. Spojrzał zaraz po Satoru. - No ale dobra… Nie chce mi się wierzyć, że zaprosiłeś nas tu tylko na degustację - zauważył i postawił jeszcze butelkę na stole. - Tak dla przeczyszczenia kubków smakowych - uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał zaraz na Shi, wzrokiem pytając czy coś jej podać. Kobieta dotknęła dłonią swojego kieliszka, podsuwając go bliżej Nika, po czym sama poczęstowała się sushi i jednocześnie podała je blondynowi.

- Sushi możesz śmiało wprowadzać - wypaliła, bo chociaż tak jak i Nik nie wierzyła, by degustacja była powodem spotkania to danie to sprawiło, że wróciły wspomnienia. Aż się łezka zakręciła w oczach. - Niesamowicie ci wyszło - przyznała.

- A dziękuję. Dopracowywałem na kubkach smakowych Rybci - skomentował Satoru. - Wymagająca diablica - otarł wyimaginowany pot z czoła, po czym również podstawił swój kieliszek do Niklausa. Skoro już nalewał to zamrugał swoimi rzęskami prosząco. - Och jeszcze wszystkiego nie spróbowałeś, nie napiłeś się… a już do rzeczy chcesz przechodzić? Wyluzuj, Nikita - wstał by stanąć za blondynem i rozpocząć masowanie jego ramion. - Nikt nie umarł - zapewnił go, łokciem dociskając nieco mocniej miejsce między łopatkami mężczyzny. - Czas wyluzować. 

Niklaus chętnie ściągnął i dla siebie kilka krążków na talerz, a potem rozlał alkohol do trzech naczyń. Spojrzał pytająco po Sato na wspomnienie Rybci-diablicy, ale nie dopytywał. Wiedział o kogo chodzi, a przynajmniej tak sądził. Zaśmiał się krótko na stwierdzenie czarnowłosego.

- Widzisz, konkretny ze mnie facet, mógłbyś też czasem spróbować - rzucił żartobliwie i zaraz wyprostował się nieco, na ten jego masaż. 

- Nie chcesz tego zobaczyć - Sato nachylił się do jego ucha by mruknąć ten komentarz. - Jak przechodzę do konkretów to trup się ściele… - dodał jeszcze, kontynuując masaż. Shi uniosła lekko brew widząc jak Niklaus się rozsiada. Paskud wredny. Nigdy więcej od niej nie otrzyma masażu. Niech sobie nie myśli. 

Niklaus rozsiadł się nieco na krześle, pozwalając na masaż.

- Konkrety nie muszą dotyczyć tylko zabijania - uśmiechnął się pod nosem. - Chyba nie sądzisz, że przestraszysz mnie stertą trupów, co? - zaśmiał się lekko.

- Gdybym chciał cię straszyć to nie zapraszałbym cię na kolację… jest mi po prostu smutno, że zamiast docenić starań… a spędziłem pół dnia w kuchni… to ty już chcesz konkretów - zachlipiał Satoru. 

- Od kiedy Ty się taki emocjonalny zrobiłeś? - spojrzał po nim Nik, dalej z lekkim rozbawieniem. - Nikt nie mówił, że Cię porzucimy zaraz po konkretnych nowinach. Mamy kupę jadła, flaszeczkę do obalenia, a i trochę relaksu się przyda. Wolę po prostu o ważnych sprawach mówić od razu, bo przy tym bimberku to zaraz może nam wiele ulecieć z głowy - zaznaczył i puścił jeszcze oko Shi, która właśnie obaliła pierwszy kieliszek bimberku. W domu sam ją wymasuje.

- Zawsze byłem taki emocjonalny - Sato odsunął się od niego i wrócił na swe miejsce częstując się sushi i wsuwając sobie jeden krążek do buzi. - Ale żeby to zobaczyć, trzeba zasłużyć. Ciebie dziś kopnął ten zaszczyt - poinformował go konkretnie i bez zabijania. No chyba, że mowa była o krążku, który właśnie zniknął w jego brzuchu i za jakiś czas miał zostać zaatakowany przez jego własne soki trawienne. Nie ma co. Jednak trup się ściele tak czy siak. 

Shiya przytaknęła Niklausowi co do konkretnych nowin i faktu, że relaks się przyda.

- Mhm zdecydowanie nie zamierzam stąd wychodzić dopóki nie obalimy bimberku - stwierdziła spokojnie. - Co do nowin… - wbiła spojrzenie w Satoru. - …wiesz my po prostu nie jesteśmy zbyt cierpliwi, a ciekawość zżera nas od samego rana - przyznała. - Założyliśmy się nawet o to co to za nowina, więc nie trzymaj nas dłużej w niepewności - poprosiła uśmiechając się do Sato łagodnie.

- Dobra, dobra… - Satoru wywrócił oczyma. - Zero funu z wami - prychnął pod nosem. - Zamierzam udać się do Lasu i wyrwać mu kamyczek dla samego siebie - wypalił prosto z mostu. - Jak umrę to poproszę na nagrobku napis “Tu spoczywa niepowtarzalnie emocjonalna pierdoła, przyjaciel, kochanek, narzeczony… Świrnięty Matematyk” - dodał. - A nagrobek najlepiej na środku tego pokoju - wskazał palcem odpowiednią deskę.  

Dobrze, że Niklaus dopiero co przełknął krążek, bo informacja przyszła zaraz po i ten ściągnął wyraźnie brwi. Spojrzał pytająco po Shi i zaraz wrócił wzrokiem do Satoru. Kryształ? Argarczycy jakoś specjalnie się po te cacka nie pchali… Aktualnie nie były im one potrzebne, więc pomysł był dość… postrzelony. Czyli w sumie idealnie pasował do Satoru.

- Co Cię tak nagle naszło? - zainteresował się i zaraz spojrzał na deskę, którą wyznaczył na swoją ewentualną mogiłę. Pewnie za tą decyzją stały jakieś skomplikowane obliczenia. Tytuły, których użył do opisania napisu też go zastanawiały, ale do nich akurat nie przykładał tak wagi, nie przy tym typie. Shi nie odezwała się. Niklaus wyraził i jej zdziwienie w tych swoich słowach. Wyciągnęła jednak kawałek papirusa i nabazgrała słowa, które mieli zamieścić na płycie nagrobkowej. W innym wypadku szybko mogłyby jej wypaść z pamięci. Wbiła spojrzenie w Satoru zastanawiając się nad tym całym kryształem przez chwilę. To ryzykowne przedsięwzięcie, a Satoru w tym czasie wsunął kolejny kawałek sushi i chwilę milczał przeżuwając go.

- Ryu - odparł poważnie. - Skoro dzieciakowi kamyk poszerza zdolności, mnie też je poszerzy - spojrzał po Niklausie, po czym przeniósł wzrok na Shi, by ostatecznie popatrzeć na swoje dłonie. Zacisnął je kilka razy w pięści i rozluźnił je chwilę później. - Istnieje więc szansa, że będę w stanie neutralizować działanie kryształów - dodał. - No, a tak prywatnie to nagle zapragnąłem utrzeć nosa Rybencji - wyszczerzył się do nich. 

Niklaus słysząc o Ryu zmarszczył lekko czoło. Z początku nie bardzo rozumiał, ale kiedy Satoru wyjaśnił co ma na myśli stało się to czytelniejsze. Dalej jednak nie rozumiał skąd u Satoru taki przejaw altruizmu. Szybko jednak zrozumiał. Uśmiechnął się pod nosem. Ach te kobiety, co one potrafiły robić z facetami. Spojrzał na Shiye i chrząknął lekko, wyraźnie rozbawiony.

- Już się obawiałem, że źle się czujesz, ale skoro tak stawiasz sprawę… - przyznał i zaśmiał się lekko, szybko jednak spoważniał. - Jest tylko pewna sprawa… Czas… Wojna może dojść do skutku w każdej chwili, a Ty… jesteś tu aktualnie bardzo przydatny… Do tego dalej nie wiemy co może znaczyć ta wiadomość od Victora… Nie jestem pewien czy hasanie po Lesie w takiej chwili to najlepszy pomysł… - przyznał.

- Doceniam twą troskę - Satoru odetchnął głęboko. - Ale koniec końców to moja decyzja czy wybiorę się jutro czy za tydzień czy poczekam do końca wojny - stwierdził bez ogródek, wchodząc w nieco poważniejszy ton. - Wojna może dojść do skutku w każdej chwili, więc to tym bardziej argument za tym, by spróbować szalonego pomysłu z Lasem - dodał. - Po drodze mogę dalej informować was o ruchach wojsk Polszańskich czy Fjeldodzkich, wbijać im niewielkie szpile. Z tego co mi wiadomo… - spojrzał po Shi. - Kanji nie jest tu popularne - zauważył. - Nie sądzę, by tak łatwo je odczytali nawet jeśli przechwyciliby wiadomość ode mnie - wyjaśnił. - A o tym ciągu liczb to mi nawet nie wspominaj! - trzasnął dłonią o stół i oparł czoło o niego. - Sprawia, że robię się głupszy z każdą chwilą… żadnej teorii, żadnego działania matematycznego, żadnego twierdzenia… niczego się to nie trzyma - prychnął wzdychając. - Kody też już przetestowałem i dupa… nic mi to nie mówi - wywrócił oczyma. - Nie możecie go wprost zapytać? Zetniemy tu jakąś głowę, zatrzymamy ducha i się Victor po niego połasi…? 

Niklaus uśmiechnął się lekko pod nosem.

- Nikt tu Cię nie zamierza na siłę trzymać - zaznaczył, bo rzeczywiście ostatecznie decyzja wybycia należała do Satoru. - Bardziej mam na myśli mimo wszystko czas. Podróż tam zajmie Ci sporo czasu, nie wiadomo ile posiedziś w środku i czy w ogóle wyjdziesz… Jak wyjdziesz to nie wiadomo w jakim stanie plus powrót też sporo zajmie. Ten pomysł może wykluczyć Cię z wojny całkowicie, a wtedy zdobycie kryształu… cóż, w wojnie się nie przysłuży, ale zostanie Tobie - wyjaśnił o co chodzi, mimo wszystko utrata dobrego członka załogi nie była dla niego korzystną wizją. - Zbieranie nowin i Kanji brzmi dobrze, ale nie wiem czy po prostu na miejscu nie przysłużył byś się bardziej - tu spojrzał po Shi, bo chciał poznać i jej opinię. W temacie wiadomości wysłuchał go i znowu spojrzał po żonie.

- Czyli co? Najciemniej pod latarnią? Rzeczywiście data? To akurat pasuje… Wypada za kilka tygodni… - wspomniał o tym, o czym już rozmawiali między sobą. Spojrzał jeszcze na Satoru. - A umiesz zatrzymać ducha? - zaśmiał się lekko, bo poza Gavem nie znał nikogo kto to potrafi.

- Ja nie, ale Febe… znalazłaby taki sposób…

- Ona z nimi bardziej gada, ale… ewentualnie pewnie by coś wymyśliła… Skoro wtedy z Fasolami dała radę… - pomyślał chwilę.

- Zawsze można zwabić tu młodego i zatrzymać jako zakładnika… - odchrząknął Sato. 

Niklaus ostatecznie pokręcił głową.

- To nic nie da. Victor wspominał, że nie może nam oficjalnie pomagać, rzuciłby co najwyżej kolejną zagadką do rozszyfrowania - stwierdził.

Shiya słuchała ich obu, przygryzając lekko swój palec wskazujący. Zastanawiała się nad różnymi opcjami. To prawda, że Satoru przydałby im się tu. Każda zaufana dusza przydawała się w Argarze, zwłaszcza teraz, kiedy miało rozpętać się piekło. Mimo to, gdyby jakimś cudem rozpętało się trochę później, a mężczyzna byłby w stanie zdobyć kryształ… to mogłoby im pomóc. Westchnęła ciężko i sięgnęła sobie po steka. Odkroiła kawałek i wsunęła do buzi, by przez chwilę mieć zajęcie. Słysząc o wiadomości skinęła głową.

- Tak, zdaje się, że mogliśmy przekombinować, a Victor po prostu podał nam datę… jeśli ona się zgadza to mamy jeszcze kilka tygodni - spojrzała po swoim mężu. - W takim wypadku… - zerknęła na Satoru. - …wyprawa po kryształ brzmi sensownie - przyznała. - Moglibyśmy poprosić Meliodasa, by przyspieszył ją trochę. Wiesz z jego sposobem podróżowania mógłby skrócić chociaż o parę dni czas oczekiwania na powrót Sato - powiedziała, po czym znów zerknęła na Satoru. - Tylko bardziej martwi mnie sam twój pobyt w Lesie - stwierdziła. - Nie mamy żadnej pewności, że wyjdziesz z niego żywy - powiedziała. - Zważywszy na to co wiemy i co Nik widział na własne oczy… Las nie jest przyjaznym miejscem - zauważyła spokojnie. - To może być misja samobójcza. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - wbiła spojrzenie w Satoru. 

Satoru odetchnął głęboko, dalej opierając czoło o stół. Przez długą chwilę milczał, zanim odchylił się na krześle dość gwałtownie. Parsknął śmiechem i przez dłuższą chwilę po prostu śmiał się jak jakiś wariat.

- Zasiedziałem się tu - stwierdził właściwie do samego siebie. Skoro nawet tych dwoje niechętnie chciało go wypuścić to sprawa była oczywista. Zdecydowanie zbyt długo siedział w Argarze. Aż się wzdrygnął na samą myśl o tym. - Zbyt długo już tu siedzę - dodał spokojnie, po czym przesunął wzrokiem po Niklausie i Shiyi. - Rozumiem was i wasze argumenty są dla mnie jasne. Nawet do mnie przemawiają - przyznał szczerze. - Ale palce mnie świerzbią… - dodał z lekkim uśmiechem. - A sama myśl o tym wyzwaniu… o Lesie, o czymś tak niebezpiecznym sprawia, że chcę tam iść jeszcze bardziej - przyznał. - Kto wie… może zginę? - rzucił z lekkim uśmiechem na twarzy. - Ale mam też szansę, że wyjdę z tego cało - mruknął. - I chyba postawię na tę szansę. 

Nik wysłuchał Shi i przytaknął jej głową, gdy mówiła o pobycie w Lesie. Ten zdecydowanie nie był przyjaźnie nastawiony. Nie mniej, kiedy do głosu doszedł Satoru, jasne było, że prędzej czy później chłop się tam wybierze. W trakcie jego napadu śmiechu blondyn po prostu nałożył sobie kolejną porcję jedzenia i smakując dania, czekał na jakieś konkrety. Satoru mówił dość jasno, chociaż Nik westchnął na jego słowa. Jemu już przeszło szukanie na siłę adrenaliny, ale po części rozumiał Satoru. Kiedyś miał w końcu podobnie, ciężko siedziało się na dupie w jednym miejscu, gdy nie miało się w tym konkretnych celów.

- No to idź… - odparł w końcu, wzruszając ramionami. - Może zginiesz, może nie i zdążysz pomóc w wojnie, a może nie zdążysz, ale będziesz miał kryształ, a to też może otworzyć nam kilka aktualnie zamkniętych drzwi - stwierdził. Śmierć Sato byłaby najgorszym scenariuszem, ale nie jakimś nie do zniesienia. Cenił tego typa, lubił go, ale w razie śmierci nie miałby większego problemu się z nią pogodzić. - Idź zaryzykować i poszaleć, skoro na to akurat masz ochotę, to nie będę stawał na drodze - podsumował.

Shiya oparła głowę o ramię Niklausa i spojrzała po nim uważnie.

- Mnie też byś tak puścił? - zainteresowała się obserwując jego tęczówki. Musnęła jego policzek ustami i pokręciła głową. - Jeśli chciałabym iść, bo na ten moment w ogóle mnie w tamtą stronę nie ciągnie - dodała zaraz z lekkim uśmiechem na twarzy, po czym spojrzała po Satoru i wstała by objąć chłopaka od tyłu ramionami. - Tylko nie możesz zginąć - poinformowała go. - To jest ten jedyny moment, w którym nadużywam władzy. To rozkaz - mruknęła jeszcze i złapała swój kieliszek bimberku. - W takim razie wypijmy za powodzenie Leśnej misji, a także za to, żebyśmy tu na spokojnie ze wszystkim zdążyli - szepnęła. - I żebyśmy w końcu dostali wiadomość od Lexi, że dzieciaki do niej dotarły - dokończyła.

Niklaus spojrzał po żonie i uśmiechnął się do niej lekko, głaszcząc wolny policzek.

- Nie - odparł szczerze. - Wszędzie, ale nie tam i na pewno nie tak łatwo, ale puściłbym, gdziekolwiek indziej, gdybyś naprawdę tego potrzebowała lub chciała - przyznał. Nie zamierzał przecież trzymać jej w klatce, ale jednocześnie była zbyt ważna by beztrosko pozwolić jej iść do tego Lasu. Powędrował zaraz wzrokiem za żoną i przytaknął jej głową.

- Nawet nie będę się z tym rozkazem spierać, mogę jedynie go podbić - oznajmił i złapał kieliszek bimberku, po czym wzniósł w górę na toast ukochanej. - Więc niech będzie, za wszystkie argardzkie misje, wszelakiego pochodzenia - podsumował i zaraz przechylił kielonek.

Satoru uniósł kielonek w górę i przechylił go zaraz całego, po czym zatarł ręce z uciechy. 

- Lesie, here I come! - wstał z miejsca i porwał Shiyę do lekkiego tańca w rytm tylko sobie znanej melodii, po czym to samo zrobił z Niklausem, co by ten nie poczuł się odrzucony. Serce drżało mu z radości, bo Kryształowy Las fascynował go od jakiegoś czasu. Ciężko było przejść obok jego tematu obojętnie, a teraz wreszcie go podbije, a przynajmniej nie podda się bez walki! 

 

 

 

 

 

Dziękuję ślicznie Anemone An za dołączenie do zabawy podczas tego, krótkiego docka!


^