Atmosfera w pomieszczeniu była napięta już od dłuższego czasu – tak gęsta, że zdawała się osiadać na skórze niczym wilgotna mgła. Powietrze drżało od niewypowiedzianych oskarżeń i gniewu, który od dawna nie miał gdzie ujść. Kobieta o surowym wyrazie twarzy, szarej jakby martwej od lat skórze i włosach białych jak jedwab siedziała niewzruszona w masywnym, rzeźbionym krześle, z ramionami opartymi swobodnie na podłokietnikach. Jej spojrzenie było chłodne, niemal znudzone, kiedy mężczyzna o siwych włosach po raz kolejny walnął pięścią w stół. Drewniany blat jęknął cicho pod uderzeniem. Prychnęła, poprawiając się na krześle i demonstracyjnie wywracając oczami.
— Miałaś ją uczyć i pilnować, żeby bezpiecznie tu przyjechała, a nie zostawiać na pastwę losu! — wrzasnął Jeremi, a w jego głosie drżała wściekłość podszyta strachem. Powtarzał to już któryś raz, jakby liczył, że samo wypowiedzenie tych słów cofnie czas. Kobieta odpowiedziała tylko krótkim, pogardliwym parsknięciem i powolnym ruchem pokręciła głową.
— A ty miałeś nie zabijać mojej siostry — odparła lodowatym tonem. — A ta mała sierota miała już mieć jakiś charakter, a nie ryczeć nad ludzką próbką, bo „ojej, jakie to nieetyczne” — udała prześmiewczy ton, po czym założyła ręce na piersi i spojrzała na niego z mieszaniną kpiny i dawno nieprzepracowanej urazy.
— Powinienem wyrwać ci serce! — syknął. Uniosła brew.
— Yhym. I kto wtedy znajdzie twoją córcię? — zapytała z udawaną troską, uśmiechając się krzywo, niemal bezczelnie. — Ach… no tak. Nikt. Chyba, że dalej wierzysz w tych bezużytecznych ludzkich zwiadowców, którzy nadal nie mają pewność, gdzie leży Twoja prawdziwa lojalność — zakończyła wywód z delikatnym, pełnym pogardy śmiechem. Jej wzrok powędrował ku dwóm młodszym mężczyznom stojącym pod ścianą. Przez chwilę mierzyła ich spojrzeniem, po czym zaśmiała się po raz kolejny - cicho, kpiąco. — Bo żaden z was nie ma tej magii, której tak bardzo chcieliście. Co? — jej głos był słodki jak trucizna.
— Beze mnie jej nie znajdziecie. A ja nie mam zamiaru szukać, dopóki nie dam jej szansy nauczyć się przetrwania. Las i Kryształ zjedzą ją żywcem, jeśli się nie ogarnie. Trzeba było nie trzymać jej pod kloszem. A potem jeszcze pod okiem Peruna. Żałosne. I daruj sobie wymówki. Mam je w dupie. Gdyby naprawdę Ci zależało, Twoja “córeczka” nigdy nie byłaby taką łamagą — wyrzuciła te słowa jak oskarżenia, które nosiła w sobie od lat. Westchnęła, wyraźnie zirytowana, lecz zaraz potem na jej twarzy znów pojawił się ten bezczelny uśmiech. Tym razem jednak w oczach błysnęło coś jeszcze - cień bólu albo wyrzutów sumienia, których nie potrafiła już całkiem ukryć.
— Zabrałeś mi siostrę, Jeremi. A jedyne, co mi po niej zostało, to jej mały, o paskudnie ludzkiej skórze klon bez charakteru. Nie oddam Ci jej. Nie, kiedy ona sama daje sobą manipulować na lewo i prawo, już wolę żeby wróciła do matki w zaświatach. Podzielam wasze szlachetne ideały — prychnęła — ale zachowujecie się jak hieny. Pogadamy jak pomyślisz jak zacząć traktować ją z sercem, no chyba, że ktoś Ci już je zeżarł — wstała gwałtownie, z dumnie uniesioną głową, oblizując łakomie usta i skierowała się w stronę wyjścia. Zignorowała klingę miecza, która błysnęła w jej stronę, gdy jeden z mężczyzn zrobił krok do przodu. Zaśmiała się lekko.
— No dalej. Zabij mnie. A nigdy nie znajdziesz siostrzyczki — rzuciła bez cienia lęku, podchodząc do drzwi. Zatrzymała się jeszcze na moment i spojrzała na nich przez ramię. — Teraz to wy jesteście na mojej łasce. Potraktuj to jako podziękowanie za Cynthię — rzuciła a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem.W pomieszczeniu napięcie nie opadło ani odrobinę. Wręcz przeciwnie - stało się niemal nie do zniesienia. Przez dłuższą chwilę nikt nie odważył się odezwać. Ciszę w końcu przerwał trzask rozbijanego szkła, a zaraz potem potok siarczystych przekleństw, kierowanych do wszystkiego, co wojna w Mathyr miała do zaoferowania. Jeremi stał pośród odłamków, z ciężko unoszącą się piersią. Nigdy nie sądził, że błędy przeszłości wrócą do niego w taki sposób.
~*~
Orianna nie potrafiła rozeznać się w dniach. Czas przestał istnieć w chwili, gdy po raz pierwszy przyłożył jej do twarzy nasączoną szmatę. Od tamtej pory wszystko było jednym, niekończącym się ciągiem czerni, urywanych przebłysków świadomości i powrotów w pustkę. Nie wiedziała, ile razy ją przenoszono. Nie wiedziała, czy minęły tygodnie, czy tylko kilka dni. Za każdym razem, gdy mieli ruszać w drogę, pozbawiał ją przytomności. Rutynowo, bez emocji, jakby była tylko pakunkiem. Nawet gdyby udało jej się uciec, a żadno z nich w to nie wierzyło, nie miała najmniejszego pojęcia, gdzie się znajduje. Las, góry, podziemia? Wszystko było równie możliwe. Faktyczną przytomność odzyskała dopiero w dusznej, śmierdzącej pleśnią piwnicy. Pierwsze, co poczuła, to zimno kamienia wgryzające się w skórę. Drugie - ciężar żelaza na nadgarstkach i kostkach. Była przykuta do łóżka. Gardło miała suche, język ciężki jak z ołowiu, a każdy oddech bolał, jakby powietrze było przesycone pyłem i stęchlizną. Była brudna, obolała, osłabiona i całkowicie bezbronna. Pomieszczenie wyglądało jak wyjęte z najgorszych koszmarów. Ściany były nierówne, spękane, miejscami czarne od wilgoci. Na podłodze i murach widać było zaschnięte, brunatne ślady, których pochodzenia nie chciała nawet nazywać w myślach. Gdzieś w kącie kapała woda, każda kropla uderzała o kamień z odgłosem odmierzającym czas - powoli, nieubłaganie. Naprzeciwko niej stał masywny, brudny stół rzeźnicki. Drewno było popękane, powierzchnia pocięta i zniszczona, jakby używano go do rzeczy, których nie powinno się robić żadnej żywej istocie. Na półkach i hakach wokół rozstawiono naczynia, słoje, narzędzia, a między nimi rośliny. Znała je wszystkie. Serce ścisnęło jej się w piersi. Niektóre były trujące. Inne powodowały gorączkę, majaki, paraliż. Jeszcze inne… sprawiały, że człowiek pozostawał przytomny, choć jego ciało przestawało go słuchać. Modliła się w duchu - do kogokolwiek, kto jeszcze mógł jej słuchać - żeby nie używał ich na niej. Nawet Perun nie żądał tak okrutnych specyfików, nawet w najczarniejszych czasach. Pomieszczenie oświetlało kilka lamp naftowych, rzucających drgające, chore cienie na ściany. Ich światło sprawiało, że wszystko wydawało się jeszcze bardziej nierealne, jakby była zamknięta w jakimś wypaczonym śnie. O tym, że znajduje się w piwnicy, świadczył brak okien, wszechobecna wilgoć oraz podniszczone, zakurzone schody prowadzące w górę, tak stare, że musiały być przeżarte przez korniki od środka.
Nasłuchiwała. Dom był zbyt cichy. Nie widziała swojej księgi. Ani dziennika. Ani ubrań. Ani mikstur. Nie było niczego, co łączyłoby ją z dawnym życiem, z tym, kim była. Tylko kamień, żelazo, smród rozkładu i czekanie. Gdzieś nad nią coś skrzypnęło. Zamarła, wstrzymując oddech. Skrzypnięcie schodów niosło ze sobą zapach, który Orianna znała aż nazbyt dobrze - metaliczną woń świeżej krwi wymieszaną z ciężkim aromatem łoju. Do piwnicy wszedł ON. Nie mówił nic, a jego milczenie było gorsze niż jakiekolwiek groźby. W ręku trzymał zakrzywiony nóż kaletniczy, a w drugiej miskę z parującą, gęstą zawartością. Podszedł do niej powoli. Bez słowa chwycił ją za włosy, odchylając jej głowę do tyłu tak mocno, że kręgi szyjne chrupnęły w głuchym proteście.
— Jedz — wycharczał, przystawiając jej naczynie do ust. Orianna poczuła mdły, słodkawy zapach mięsa. Jej żołądek skręcił się w gwałtownym odruchu obronnym. Rozpoznała ten zapach. To nie była dziczyzna, to nie była wołowina. To było mięso kogoś, kto jeszcze kilka dni temu mógł krzyczeć w tej samej piwnicy. Gdy zacisnęła zęby, uderzył ją otwartą dłonią w twarz tak mocno, że w oczach stanęły jej mroczki, a w ustach poczuła smak własnej krwi.
— Będziesz posłuszna, Panienko. Albo kawałek po kawałku dołączysz do dzisiejszej wieczerzy — syknął, wpychając jej pierwszą łyżkę do gardła. Zmuszona do przełykania tego, co niewyobrażalne. Potem Orianna walczyła z torsjami, podczas gdy on, z sadystyczną satysfakcją, zaczął realizować kolejny punkt swojego planu. Nie było w tym namiętności, tylko chęć całkowitego odarcia jej z godności i wymuszenia bezwzględnej uległości, której potrzebował. Gwałt był brutalny, mechaniczny, obliczony na zadanie jak największego bólu i poczucia beznadziei. Każdy ruch oprawcy był jak uderzenie młota w resztki jej ducha. Nie chciała, ale płakała. Najgorsze nie był nawet ból. Najgorsza była świadomość, że przestała być kimś, a stała się czymś. Przedmiotem. Narzędziem. Rzeczą, którą można przesuwać, ustawiać, łamać wedle cudzej woli.Chciała krzyczeć, ale dźwięk ugrzązł gdzieś głęboko w gardle. Chciała zniknąć, wyparować, przestać istnieć choćby na te kilka minut. Zamiast tego leżała nieruchomo, wpatrzona w pustkę, i czuła, jak coś w niej obumiera – cicho, nieodwracalnie. Kiedy to się skończyło, nie poczuła ulgi. Tylko pustkę. I wstyd, który nie był jej winą, ale i tak palił jak kwas. Miała wrażenie, że już nigdy nie będzie potrafiła spojrzeć na siebie tak samo jak wcześni Nie pamiętała, kiedy straciła przytomność. Może stało się to od razu. Może dopiero później, kiedy umysł nie miał już gdzie uciekać.
Świat wrócił w kawałkach. Najpierw zapach. Ten sam, którego nie dało się wypłukać z powietrza. Potem ból - tępy, rozlany, wszechobecny, jakby ciało było jednym wielkim siniakiem. I zimno. Kamień pod plecami był lodowaty, wilgotny, obcy. Leżała nieruchomo. Nie dlatego, że nie chciała się ruszyć. Dlatego, że nie była pewna, czy jeszcze potrafi. Oddychała płytko. Każdy wdech bolał tak, jakby miał być ostatnim, ale nigdy nie był. Każdy wydech był wysiłkiem. Miała wrażenie, że ktoś wymienił jej wnętrze na popiół i szkło. Serce nawet, kiedy poddało się zmęczeniu i biło spokojnie - bolało — głucho, tępo, jakby każdy jego skurcz przesuwał po środku klatki piersiowej odłamki szkła. Nie chciała myśleć. Ale myśli przychodziły same. Fragmenty. Uczucia. Wrażenie, że coś zostało zabrane na zawsze i że to „coś” nie było tylko kawałkiem ciała. Zamknęła oczy. Za powiekami wciąż było światło lamp, cień oraz ten głos, którego nie chciała już nigdy więcej słyszeć. Zadrżała. Spróbowała poruszyć palcami. Udało się. To było… zaskakujące. Zacisnęła dłoń w pięść. Potem ją rozluźniła. Sprawdziła, czy wciąż ma nad sobą kontrolę. Czy ciało jeszcze do niej należy. Należało. Częściowo. Na razie.
Innego dnia, kiedy po wszystkim odwróciła głowę. Na podłodze, w zasięgu wzroku, zobaczyła coś, czego wcześniej nie było. Przewrócony stołek. Rozlany płyn z jednego ze słojów. Ciemna plama, która powoli wsiąkała w kamień. Zapach był inny. Gorzki. Zielony. Ostry. Znała go. Serce zabiło szybciej, ale nie z nadziei. Z odruchu. On też kiedyś popełni błąd. Ta myśl była cicha. Mała. Ale nie zniknęła. Nie wiedziała, jak długo leżała w bezruchu. Najpierw był tylko dźwięk. Krople wody uderzające o kamień. Jedna. Druga. Trzecia. Jakby świat próbował jej powiedzieć, że czas wciąż istnieje, a ona teraz nie była pewna co ma myśleć o tym, że dalej żyje. Łatwiej byłoby pewnie umrzeć, byleby nie oddać się znowu w ręce Peruna i przestać być traktowaną jak rzecz. Głupia. Naiwna. Czuła go wszędzie. Na skórze. We włosach. Na twarzy. Miała wrażenie, że ktoś obtoczył ją w brudzie i zostawił jak porzucony przedmiot. Otworzyła oczy. Sufit był rozmazaną plamą cienia i światła. Lampy wciąż się paliły. Oczywiście, że się paliły. Tutaj nigdy nie gasły do końca. Spróbowała się poruszyć po raz kolejny. Ciało odpowiedziało bólem. Nie ostrym. Nie jednym konkretnym. Tylko… wszędzie, ale ciało odpowiadało, dalej uparcie trzymając się myśli, że należy do niej. Oddychała płytko. Każdy wdech był wysiłkiem. Każdy wydech przypominał, że wciąż jest w tym ciele. Zadrżała. Dopiero po chwili dotarło do niej uczucie. Lepkość. Chłodna, obca, rozmazana po skórze. Na udach. Na brzuchu. Między żebrami. We włosach. Zacisnęła powieki. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała nazywać. Ale i tak wiedziała. Przełknęła ślinę. Gardło miała zdarte, suche, jakby krzyczała, choć nie pamiętała dźwięku. Spróbowała unieść rękę. Łańcuch zadźwięczał cicho. Ten dźwięk sprawił, że coś w niej pękło. Nie płakała. Łzy nie chciały już płynąć. Zamiast tego przyszło coś gorszego - pusta, cicha nienawiść do własnej skóry. To nie jest moje. To nie powinno na mnie być. To nie jestem ja. Ale było. Czuła to. Każdy centymetr ciała krzyczał, że zostało użyte jak narzędzie. Jak rzecz. Odwróciła głowę na bok i zwymiotowała - niewiele, bo w żołądku i tak prawie nic nie było. Suchy skurcz. Piekący ból w gardle. Drżenie. Najpierw musiała przetrwać. Zacisnęła zęby i bardzo, bardzo powoli zaczęła poruszać palcami dłoni. Potem stopami. Sprawdzała, co jeszcze do niej należy. Co jeszcze działa. Ciało było obce. Ale wciąż było jej.
Ciężko było liczyć dni, pamiętać każdą rzecz do jakiej ją zmuszał, ale niektórych wspomnień nigdy się nie pozbędzie, nawet jeśli usunęłaby sobie pamięć. ON zostanie z nią już na zawsze. Osobiście dbał o to za każdym razem, kiedy widziała tą twarz tak bardzo pozbawioną człowieczeństwa.
— Masz piękną skórę, Orianno — mruknął, przeciągając ostrzem wzdłuż jej uda. — Szkoda, że muszę sprawdzić, jak bardzo jest wytrzymała — szepnął i precyzyjnym ruchem naciął naskórek, oddzielając cienki płat od żywej tkanki. Ból był palący, oślepiający. Wiedziała, że krzyk jest paliwem dla jego szaleństwa, ale nie dało się go zatrzymać. Ostrze noża było lodowate, zanim wgryzło się w rozpalone ciało. Oprawca nie śpieszył się; delektował się każdym drżeniem jej mięśni. Uniósł nóż i czubkiem zaczął powoli kreślić pierwszą literę na lewym udzie Orianny.
— Musimy cię odpowiednio podpisać, żebyś nigdy nie zapomniała, czym kończy się marudzenie. Masz być grzeczna tak jak kiedyś, albo król mi nie zapłaci. Rozumiesz, prawda? Interesy — wycharczał ze śmiechem, dociskając stal. Z gardła Orianny wyrwał się rozdzierający sznur szlochu, gdy ostrze przecięło skórę, tworząc literę D. Nie było to szybkie cięcie. On rzeźbił w niej, odrywając wąskie paski naskórka, by litery były wypukłe i krwawe. Płacz Orianny wypełnił piwnicę, odbijając się od wilgotnych ścian, ale on tylko uśmiechnął się szerzej, kończąc słowo D-Z-I-W-K-A. Krew mieszała się z brudem i nasieniem pozostawionym na jej skórze po gwałcie, tworząc makabryczną powłokę, która paliła żywym ogniem.
— Ciii... to dopiero połowa — mruknął, przesuwając zakrwawione narzędzie na jej prawe udo. Orianna szarpała się w okowach, metalowe obręcze wrzynały się w jej nadgarstki do kości, ale była zbyt osłabiona, by stawiać realny opór. Każdy ruch sprawiał, że rany na nogach rozwierały się szerzej. Oprawca zaczął pisać dalej. N-A-I-W-N-A P-I-Z-D-A. Przy literze "Z" celowo zatrzymał nóż głębiej, obracając go w ranie. Krzyk Orianny przeszedł w chrapliwy rzężenie. Ból był tak gęsty, że niemal traciła przytomność, ale on uderzył ją w twarz, by nie pozwolić jej uciec w niebyt.
— Patrz na to! — wrzasnął, chwytając ją za podbródek i zmuszając, by spojrzała na swoje zmasakrowane nogi.
— Widzisz? To jest twoja prawdziwa tożsamość — zaśmiał się. Kiedy skończył obserwował ją jeszcze jakiś czas w milczeniu. Pożegnał ją pocałunkiem i czoło, nazwał grzeczną i po prostu poszedł. Orianna długo nie miała odwagi spojrzeć. Najpierw była tylko świadomość bólu. Tępego, rozlanego, pulsującego jakby całe ciało stało się jedną wielką raną. Potem przyszło swędzenie. Leżała nieruchomo, oddychając płytko, aż w końcu odwróciła głowę na bok. I zobaczyła. Najpierw nie zrozumiała, na co patrzy. Kształty nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Cienie. Ciemniejsze linie. Nierówności. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to jej własne ciało. Żołądek skurczył się gwałtownie. Spróbowała unieść głowę a świat zawirował, ale zmusiła się. Spojrzała niżej. Tam, gdzie kiedyś była gładka skóra, teraz były obce ślady. Świeże, brutalne, zbyt wyraźne, zbyt… znaczące. Nie były przypadkowe. Były intencjonalne. Po chwili, bardzo powoli, wyciągnęła drżącą dłoń i dotknęła jednego z opatrzonych miejsc. Skóra była: nierówna, napięta, wrażliwa jak odsłonięty nerw. Cofnęła rękę jak oparzona. Łzy w końcu przyszły. Ciche. Bez szlochu. Bez dźwięku. Po prostu spływały po bokach twarzy i wsiąkały w kamień. Przez długi czas patrzyła w sufit, próbując nie czuć. Próbując nie być.
Skrzypienie schodów brzmiało teraz inaczej - ciężęj, zwiastując coś, co wykraczało poza fizyczny ból. Gdy Oprawca wszedł do piwnicy, nie był sam. Wlókł za sobą małego chłopca, może sześcioletniego, który poruszał się z nienaturalną, sztywną rezygnacją. Dziecko było niemową; tylko jego szeroko otwarte, przepełnione zwierzęcym strachem oczy krzyczały w absolutnej ciszy. Mężczyzna rzucił chłopca na rzeźnicki stół, tuż przed twarz Orianny. Rozwiązał jej dłonie, po czym z drwiącym uśmiechem wcisnął jej w palce zardzewiały, ząbkowany nóż.
— No, zrób to, Ori… — zachęcił, przyciskając jej dłoń z ostrzem do gardła dziecka. — Rozetnij mu klatkę piersiową. Chcę widzieć, jak wyrywasz mu serce. Podobno Nieumarli uwielbiają takie przysmaki, prawda? To przysługa, ale znaj moją łaskę, bo jeśli to zrobisz, dzisiejsza noc się skończy. Tak po prostu. Kolacja i spać — obiecał. Orianna, mimo potwornego bólu wyrytych na udach napisów, które paliły jak żywy ogień oraz wspomnień każdej innej rzeczy, którą jej zrobił, gwałtownie cofnęła rękę.
— Nie... — szepnęła, a łzy natychmiast wyżłobiły jasne ścieżki w brudzie na jej policzkach. — To tylko dziecko... błagam, zabij mnie, ale nie każ mi... — Oprawca zaśmiał się, a był to dźwięk pozbawiony jakiejkolwiek ludzkiej iskry.
— Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Skoro nie chcesz być katem, będziesz jedynie mięsem. Ja swojego i tak dopnę — z nieludzką siłą chwycił ją za pas i rzucił na krawędź stołu, tuż obok sparaliżowanego strachem chłopca. Orianna poczuła na twarzy lodowaty oddech dziecka i zapach jego niewinnego przerażenia. Oprawca bez słowa rozdarł resztki jej szat i wbił się w nią brutalnie, niszcząc resztki jej godności. Każde pchnięcie uderzało ciałem Orianny o stół, tuż przy twarzy chłopca. Mały niemowa patrzył prosto w jej załzawione oczy, a ona widziała w nich odbicie własnego upodlenia.
— Patrz na niego! — polecił z lubieżnym, niemoralnym zadowoleniem do jej ucha, chwytając ją za włosy i wykręcając głowę tak, by nie mogła odwrócić wzroku od dziecka. — Widzisz ten strach? On umiera z przerażenia, bo ty jesteś egoistką! Jedno cięcie i będzie po wszystkim. Ulżysz mu,Ori! — Orianna szlochała, a jej dłonie kurczowo zaciskały się na krawędzi drewna. Czuła na sobie pot oprawcy, czuła pieczenie świeżych ran, w które wdzierał się brud i nasienie, ale to wszystko było niczym w porównaniu z widokiem tego chłopca. Myślała o tym, co on musi czuć – widząc ten akt czystego zła, słysząc chrapliwy oddech potwora i widząc w niej, dorosłej, jedynej osobie, która mogłaby go ratować, tylko kolejną ofiarę. Dlaczego była taka słaba?
— Przepraszam... tak strasznie cię przepraszam... — szeleściła wargami w stronę dziecka, ignorując ból rozrywanego ciała. Oprawca nie przestawał. Prowokował ją, celowo zadając ból w najbardziej wrażliwe miejsca, między pchnięciami szeptając jej do ucha opisy tego, co zrobi z chłopcem, jeśli ona nie weźmie noża. Mówił o powolnym przypalaniu, o wycinaniu języka, o łamaniu palców jeden po drugim.
— Wybieraj, Orianno! Twoja duma czy jego szybka śmierć? Dalej się będziesz opierać? Dalej chcesz, żebym cię tak traktował na jego oczach? Dla Ciebie to powinno być tylko mięso! Nic więcej! — Orianna patrzyła na drżące usta niemowy. Chłopiec nie płakał – był zbyt przerażony, by wydobyć z siebie choćby łzę. Był w tym samym piekle co ona, a ona, mimo własnego cierpienia, czuła rozdzierającą serce litość. Każdy ruch oprawcy był dla niej jak chłosta, ale widok tego dziecka był gorszy niż jakiekolwiek cięcie nożem. Wiedziała, że on nie przestanie. Wiedziała, że ten potwór karmi się jej moralnym dylematem bardziej niż jej ciałem. Zaczęła majaczyć z bólu. Oprawca, widząc, że brutalny gwałt nie złamał jej woli na tyle, by chwyciła za nóż, wydał z siebie gardłowy pomruk zawodu, który szybko przeszedł w sadystyczną ekscytację. Nie przerywając rytmicznych, bolesnych pchnięć, sięgnął po leżące na stole szczypce.
— Skoro wolisz patrzeć, to patrz uważnie — wychrypiał, nachylając się nad niemym chłopcem. Zacisnął metalowe szczęki narzędzia na małym palcu dziecka i powolnym, metodycznym ruchem zaczął go miażdżyć. Chłopiec wyprężył się, jego twarz stała się purpurowa od wstrzymywanego, niemego krzyku, a z kącików oczu wypłynęły wielkie, słone łzy. Orianna czuła każde drżenie stołu, każdy skurcz małego ciała, które desperacko szukało ratunku w jej spojrzeniu.
— Przestań! Błagam, weź mnie, rób ze mną co chcesz, wycinaj kolejne słowa, ale zostaw go! Będę słuchać! Pójdę do Peruna! Wszystko, ale zostaw go! — skowyczała, dławiąc się własnymi łzami i smrodem piwnicy.
— Tnij, albo wyrwę mu każdy paznokieć, a potem zacznę przypalać mu oczy — odparł beznamiętnie oprawca, uderzając jej biodrami o kant stołu tak mocno, że jedna z ran, które ostatnio kreślił rozdarła się głębiej, brocząc krwią na nogi dziecka. Orianna patrzyła w oczy chłopca. Widziała w nich już tylko jedno: błaganie o śmierć. To nie był już strach przed nożem, to był strach przed dalszym istnieniem w rękach tego potwora. Zrozumiała, że w tym przeklętym miejscu jedynym aktem miłosierdzia, jaki jej pozostał, jest morderstwo. Z nieludzkim wyciem, w którym nie było już nic z dawnej alchemiczki, a jedynie czysta, czarna rozpacz, Orianna chwyciła nóż. Jej palce, lepkie od potu i nasienia oprawcy, zacisnęły się na rękojeści.
— Przepraszam... — szepnęła, a jej głos załamał się w chrapliwym rzężeniu. Jednym, desperackim ruchem wbiła ostrze w klatkę piersiową dziecka. Poczuła opór żeber, a potem miękkie wejście stali w płuca. Chłopiec drgnął ostatni raz, jego oczy na sekundę rozbłysły dziwnym spokojem, po czym zgasły na zawsze. Oprawca, osiągając szczyt w tym samym momencie, w którym życie opuściło dziecko, zaśmiał się triumfalnie, boleśnie wbijając palce w jej poranione biodra. Nie pozwolił jej jednak na chwilę żałoby. Brutalnie zepchnął ją ze stołu na kolana, a sam, używając tego samego noża, z wprawą rzeźnika rozciął klatkę piersiową chłopca szerzej. Wyjął wciąż ciepłe, ociekające krwią serce i rzucił je na brudną podłogę przed twarz Orianny.
— Dokończ dzieło, moja mała, smacznego — rozkazał, stając nad nią i uderzając ją w twarz, by zmusić ją do patrzenia na ochłap mięsa. — Zjedz to. Całe. Jeśli wyplujesz choć kęs, zacznę wycinać kawałki z ciebie i karmić nimi szczury na twoich oczach — obiecał. Orianna brudna i odarta z resztek człowieczeństwa, patrzyła na serce dziecka. Wiedziała, że jeśli to zrobi, ta część niej, która kochała zioła, słońce i życie, umrze na zawsze. Ale wiedziała też coś jeszcze – jako alchemiczka i ta cholerna hybryda, którą z taką lubością jej wypominał, wiedziała, że surowe mięso i krew są nośnikami energii. Jeśli ma przeżyć, by go zabić, musi stać się potworem, którego on sam stworzył. Drżącymi dłońmi podniosła krwawy organ. Jucha spływała jej po przedramionach, mieszając się z ranami na nadgarstkach. Zamknęła oczy, widząc pod powiekami twarz niemego chłopca i wgryzła się w surowe, żylaste mięso. Smak był metaliczny, ciężki, wywołujący natychmiastowy odruch wymiotny. Żuła powoli, zmuszana kopniakami w żebra do połykania każdego kęsa. Każdy przełknięty kawałek był jak gwóźdź wbijany w jej duszę. Gdy skończyła, jej twarz była cała czerwona, a oczy puste, pozbawione blasku, który wcześniej dawał jej nadzieję. Oprawca pogłaskał ją po głowie z obrzydliwą czułością.
— Widzisz? Teraz jesteś grzeczna. Całkowicie. Perun byłby dumny, gdyby Cię teraz widział — pochwalił ją zanim zostawił ją znowu sam na sam z własną rozpaczą. Czas przestał istnieć. Było tylko zimno, ciężar ciała, smak żelaza w ustach i coś jeszcze. Coś, czego nie dało się nazwać ani wypłakać. Coś, co osiadło w niej jak czarny osad na dnie studni. Nie płakała. Nie była już w stanie. Patrzyła w ścianę, ale jej nie widziała. Pod powiekami wciąż miała parę oczu, które przestały patrzeć. I wiedziała, że będzie je widzieć do końca życia. Nawet jeśli do końca tego życia zostało tylko kilka dni. Jej ciało bolało. Ale to był błahy, odległy ból. Jakby należał do kogoś innego. Prawdziwy ból był gdzie indziej. Był w świadomości, że oddycha, a ktoś inny już nie. Że ona została. Że ona zrobiła to, co było niewyobrażalne. Przez chwilę, bardzo krótką, przyszła myśl, że mogłaby po prostu przestać istnieć. Że mogłaby pozwolić, żeby wszystko się skończyło. Tu. Teraz. Ale ta myśl umarła szybciej, niż się pojawiła. Bo pod nią było coś innego. Coś twardego. Zimnego. Ciężkiego. Gniew. Nie dziki. Nie histeryczny. Krystalicznie czysty. On oddycha. On chodzi. On śpi. A dziecko nie. To zdanie wracało jak uderzenie młota. Powoli, bardzo powoli, Orianna zebrała się w sobie. Nie w ciele, w czymś głębszym. W tej części, której jeszcze nie zdołał całkiem zabić. Zrozumiała jedną rzecz z przerażającą jasnością: Jeśli umrze teraz, on wygra. Jeśli wróci do Peruna, on wygra. Jeśli się podda, tamto dziecko umrze drugi raz. Jeśli pozwoli sobie zostać tylko ofiarą, cudzą pacynką bez własnej woli - to wszystko nie będzie miało żadnego sensu. A tego nie mogła znieść. Jej dawne życie - zioła, słońce, śmiech, ciekawość świata, poznawanie i doświadczanie każdej jednej, pięknej rzeczy - było martwe. I wiedziała, że nigdy do niego nie wróci. Ale w jego miejscu rodziło się coś nowego. Coś strasznego. I koniecznego. Nie przeżyje, żeby żyć. Przeżyje, żeby go zabić. Nie wiedziała jeszcze jak. Nie wiedziała kiedy. Nie wiedziała, ile to będzie ją kosztować. Wiedziała tylko jedno: On oddycha. I to jest błąd świata, który musi zostać naprawiony. I jeśli będzie trzeba stać się czymś, czym zawsze gardziła, jeżeli będzie trzeba spalić w sobie resztki litości, strachu, wahania - zrobi to. Kurwa, zrobi to. Nie dla siebie. Dla dziecka, które nie miało już żadnego głosu. I w tej jednej, cichej myśli po raz pierwszy od bardzo dawna nie było bezsilności. Była tylko obietnica.
____
przepraszam.