Iz 43,2
Stał pośród ruin Phyonix i patrzył na miasto, którego nie poznawał. Powietrze było ciężkie od dymu, a niebo przypominało rozżarzone sklepienie pieca. Wysokie wieże stolicy, które od dzieciństwa uważał za symbol siły i bezpieczeństwa swojej rodziny, leżały teraz roztrzaskane pomiędzy płonącymi budynkami. Ogień pochłaniał kolejne dzielnice, a jego pomarańczowy blask odbijał się od czarnych chmur unoszących się nad horyzontem. Wszędzie rozbrzmiewały krzyki. Tysiące głosów mieszało się ze sobą, tworząc przerażający hałas, którego nie potrafił zagłuszyć nawet własnymi myślami. Próbował ruszyć naprzód, lecz nogi zdawały się coraz cięższe. Każdy krok wymagał wysiłku, jakby brnął przez głębokie błoto. Mimo to szedł dalej. Musiał znaleźć rodzinę. Musiał odnaleźć rodziców, Morganę, Diego, Darcy, Eliasa, Natana, Akane, musiał pomóc mieszkańcom. Nie rozumiał otaczającej go tragedii, płomienie nigdy nie powinny w taki sposób tego miejsca, miało być odporne! Gdzie byli strażnicy, żołnierze, gromy?! Gdzie był ktokolwiek?! Widział tylko mrok, nienaturalny, pozbawiony uczuć ogień, żadnej żywej duszy, a jednak krzyki nękały jego bębenki z każdej strony. Musiał coś zrobić. Od tego był, przecież właśnie to robił przez całe życie. Pomagał. Chronił. Był tarczą i włócznią - tego od siebie oczekiwał. Tak, zawiódł, zawiódł już brata, ojca, matkę, ale jak to mogło doprowadzić do takiej tragedii?! Dlaczego dopiero teraz to widział?! Nagle dostrzegł znajomą sylwetkę. Na środku placu siedziała starsza kobieta, którą znał z pastwisk. Zajmowała się trzodą chlewną z uśmiechem na ustach - a kiedy sam przechodził siadała na ławce przy zagrodzie, odpalała papierosa i prosiła o jego towarzystwo. Teraz patrzyła na niego pustymi oczami, trzymając na kolanach martwe cielę.
— Miałeś nas chronić, książe — powiedziała spokojnie. Ashan chciał odpowiedzieć, przeprosić, ale nie wydobył z siebie ani słowa. — Gdzie byłeś książe? — zanim zdążył otworzyć usta sylwetka stanęła w czarnym ogniu, wydobył z siebie gardłowy krzyk, a potem pozostała po niej jedynie garstka popiołu. Kurwa mać, nic już tutaj nie zrobi. Pokręcił głową, ruszając dalej. Kilka ulic później zobaczył młodego strażnika, którego osobiście szkolił przed laty. Chłopak klęczał pośród ruin z przebitym bokiem.
— Obiecałeś… — wyszeptał, a potem obrócił się w popiół. Ashan odwrócił wzrok. Potem pojawiali się kolejni. Żołnierze. Mieszkańcy. Uchodźcy. Starcy, dorośli, dzieci. Ludzie, których nie zdążył uratować. Ludzie, których nawet nie znał. Wszyscy patrzyli na niego w ten sam sposób. Bez gniewu. Bez nienawiści - pustymi oczami pozbawionymi nadziei, rozpaczy, jakby już dawno pogodzili się ze swoim losem. Patrzyli na niego z rozczarowaniem, a potem zmieniali się w garstkę kurzu. Szedł dalej. Musiał dotrzeć do pałacu. Rodzina, musiał znaleźć rodzinę.
W końcu dotarł do pałacu, jednak widok, który zastał, mroził krew w żyłach. Potężne drzwi były wyrwane z zawiasów, kamienne ściany nosiły wyraźne ślady zaciętej walki, a na schodach prowadzących do wejścia bezwładnie leżały ciała strażników. Ashan wbiegł do środka, ignorując narastający w piersi paraliżujący strach. Korytarze były puste - nienaturalnie, wręcz złowrogo puste. Nie słyszał służby, nie słyszał straży, nie słyszał absolutnie nikogo, nawet niedawne krzyki nagle całkowicie ucichły. Dopiero kiedy pchnął ciężkie drzwi sali tronowej, zrozumiał tragiczną przyczynę tej ciszy. Przed samym tronem, w gęstej kałuży krwi, leżeli jego rodzice. Kilka metrów dalej dostrzegł Diego, a obok niego Darcy - oboje byli na wpół spaleni, a z ich szmaragdowych oczu wydobywał się gasnący blask, jakby ostatkiem sił próbowali wykrzesać z siebie iskrę do walki. Stali chwiejnie na nogach, więc Ashan ruszył w ich kierunku sprintem. Jednak gdy tylko postawił stopę na stopniach, upadli, rozpadając się na setki czarnych kawałków, odkrywając leżącą za nimi Morganę. Ashan odruchowo zamknął oczy, nie mogąc znieść tego widoku. Dziewczyna leżała po części przemieniona, z rozdartym brzuchem, z którego wnętrzności prowadziły do nienarodzonego dziecka. Mały, martwy Elias obejmował je rączkami, sam nosząc na sobie liczne, głębokie rany. W tej jednej wtórującej sekundzie cały świat przestał dla Ashana istnieć. Nie pamiętał nawet, kiedy dokładnie upadł na kolana, wiedział jedynie, że nie potrafi oderwać wzroku od zwłok swojej rodziny. Ciała, twarze, które przetrwały wyglądały, jakby ich właściciele przed śmiercią całkowicie pogodzili się ze swoim potwornym losem.
— Nie... — słowo zabrzmiało żałośnie cicho w pustej przestrzeni. — Nie, nie, ne... — powtarzał z rozpaczą, której nie mogły opisać żadne słowa, gdy nagle z głębi sali dobiegł go mroczny, drwiący śmiech. Powoli odwrócił głowę. Za tronem wyrastała ogromna postać zbudowana z czystego cienia, której ciało przypominało wirującą masę dymu i gęstej ciemności. Nie miała stałej twarzy - co chwilę przybierała inną formę, raz przypominając człowieka, raz bestię, a raz coś potwornego, czego nie potrafił nawet nazwać.
— Tak bardzo chciałeś uratować wszystkich — powiedziała istota, a jej głos wibrował w powietrzu. Ashan zacisnął pięści.
— Zamknij się! — wycedził przez zęby — cień jednak kontynuował z jadowitą satysfakcją, o której jawnie dawała znać cichym, dumnym śmiechem.
— A jednak nikogo nie ocaliłeś. Koniec końców każdy nie żyje.
W tej samej chwili plecy Ashana przeszył tak potworny, piekący ból, że z krzykiem osunął się na kamienną podłogę. Przez moment nie mógł złapać tchu, mając wrażenie, że ktoś rozdziera jego skórę rozżarzonymi do białości hakami. Gdy drżącymi dłońmi rozpaczliwie sięgnął za plecy, zamiast własnego ciała poczuł pod palcami coś przypominającego sypki popiół. Spojrzał na swoje ręce i zamarł - pokrywał je czarny pył. Zobaczył własne plecy, jakby patrzył innymi oczami. Tatuaż osypał się z ciała, a zaraz po nim drugi i trzeci. Wszystkie pieczęcie zamieniały się w proch. Czerwonowłosy patrzył z absolutnym niedowierzaniem, jak potężne pieczęcie, które nosił od lat, zaczynają bezpowrotnie znikać.
— Nie jesteś już ich strażnikiem — wyszeptał cień, a jego głos zdawał się dobiegać zewsząd. — A może… powinnam powiedzieć, że nigdy nim nie byłeś? Biedny, mały, słaby Ashan, bawiący się w rycerzyka na swoim moserciku... — wypowiedź zakończyła paskudnym, drwiącym chichotem, a on nagle odzyskał własną wizję. Zdesperowany spróbował natychmiast przywołać swój ogień, ale nic się nie wydarzyło. Spróbował ponownie, napinając do granic możliwości każdą komórkę ciała, lecz wciąż odpowiadała mu głucha nicość. Po raz pierwszy od wielu lat nie czuł zbawiennego płomienia ani siły fizycznej, która towarzyszyła mu na co dzień; nie czuł żadnego ciepła ani potężnej mocy, a w jego wnętrzu ziała teraz wyłącznie lodowata pustka. Wtedy cień wyciągnął ku niemu dłoń. Czarna mgła zaczęła pełznąć po nogach młodego mężczyzny, powoli i nieubłaganie wspinając się ku górze. Ashan spróbował się poruszyć, uciec, podjąć jakąkolwiek walkę, lecz jego ciało kompletnie nie reagowało. Czuł doskonale każdy mięsień i każdą kość, a jednak stracił nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Strach ścisnął mu gardło. Zdecydowanie nie był to lęk przed samą śmiercią, ale przed tym, co nieuchronnie nadchodziło. Ciemność dotarła do jego piersi, potem szyi, aż w końcu brutalnie objęła całą twarz, a w jednej chwili wszystko wokół ucichło. Zniknęły krzyki, ogień i wiatr, pozostawiając jedynie głęboką, nienaturalną ciszę. Ashan nadal widział, słyszał i logicznie myślał, ale stał się absolutnym więźniem we własnym ciele. Z przerażeniem patrzył, jak jego własne ręce unoszą się bez udziału woli, jak nogi same się prostują, po czym posłusznie prowadzą go przed tron, i jak na jego twarzy wykwita szeroki uśmiech, którego sam nigdy by nie wyraził. Był tylko marionetką – w pełni świadomą każdego ruchu, a jednocześnie całkowicie bezsilną wobec woli oprawcy. A wtedy cień przemówił po raz ostatni, a jego głos ociekał triumfem.
— Wreszcie przestałeś stawiać opór…
W tym samym momencie Ashan poczuł w sercu ten charakterystyczny, bolesny ścisk, który zawsze towarzyszył mu w trakcie przemiany. Otworzył usta, chcąc wydać z siebie rozdzierający krzyk... I właśnie wtedy obudził się gwałtownie we własnym łóżku. Serce tłukło mu się szaleńczo w piersi, a koszula była całkowicie przemoczona od potu. Rozejrzał się nerwowo dookoła, próbując złapać grunt pod nogami.
— Kurwa… — warknął wściekle, łapiąc się oburącz za głowę. Oddychał chaotycznie, desperacko próbując uporządkować to wszystko w myślach. Ten pierdolony sen. To był tylko kurewsko nieprzyjemny, chory sen. Zsunął się z łóżka i szybkim krokiem ruszył do łazienki, chcąc za wszelką cenę przepłukać twarz. Zatrzymał się przed miską z wodą osadzoną na marmurowo-drewnianej półce, zaczerpnął dłońmi lodowatego płynu i potarł skórę, próbując zmyć z siebie resztki koszmaru. Frustracja i lęk wzięły jednak górę. Z całej siły uderzył pięścią w lustro, które natychmiast pękło z głośnym trzaskiem. Przez sieć pęknięć, w wysokim zwierciadle stojącym w kącie, dojrzał nagle odbicie swoich własnych pleców. Coś mu drastycznie nie pasowało. Ostrożnie wziął do ręki jeden z ostrych, połamanych kawałków szkła, aby dokładnie obejrzeć skórę. Tatuaże dalej tam były, ale zdawały się jakieś inne… jakby bledsze. Nie, to niemożliwe. To była tylko jego własna wyobraźnia, która musiała stroić sobie z niego teraz jakiś zjebany żart. Ignorując narastający niepokój, założył czarną koszulę i przeszedł z powrotem do sypialni. Usiadł ciężko przy pianinie, drżącymi palcami chwycił papierosa, którego natychmiast odpalił i uderzając w klawisze, zaczął grać cichą, uspokajającą melodię.
— Ashan? — usłyszał nagle cichy, znajomy głos. Oderwał na chwilę dłonie od klawiszy i spojrzał w stronę drzwi, wypuszczając wolno gęsty dym z nosa. W progu sypialni stała Darcy, jego najmłodsza siostra. Widok jej żywej, uśmiechniętej twarzy przyniósł mu natychmiastową, niemal fizyczną ulgę, brutalnie zmazując z pamięci potworny obraz jej szmaragdowych, gasnących oczu z koszmaru.
— No tak, zanim zapytasz, czemu, tutaj jestem, to… po prostu nie mogłam spać — zaczęła dziewczyna, wchodząc głębiej do pokoju i niosąc w ręku ciemną butelkę. — Tyle się dzisiaj działo, że ja pierdole… na dodatek z mojego pokoju wyjątkowo głośno było słychać te pierdolone wyznania naszych cudownych rodziców. Są dzisiaj wyjątkowo i kurewsko głośno, ale nikogo poza mną… i Tobą, najwyraźniej, to nie obudziło. Przyszłam z darami, mam winko, całkiem cierpkie. A skoro już tu grasz… to co powiesz na mały duecik?
— Wskakuj, zanim zmienię zdanie — mruknął Ashan, przesuwając się na ławce i robiąc jej miejsce. Darcy usiadła obok niego z szerokim uśmiechem, wyciągając korek z butelki i podając mu alkohol.
— Zajebiście, że nie śpisz. Dobrze pograć w samym środku nocy, zupełnie jak za dawnych lat. Zresztą Ty moja droga stara dupo, od zawsze potrafiłeś genialnie wczuć się w moje ulubione klimaty. Nocna atmosfera tylko dodaje Ci skrzydeł. Wypisz, wymaluj Ashani w pełnej krasie!
— Bo do normalnego życia trzeba mieć odpowiedni podkład muzyczny — odparł z suchym uśmiechem, biorąc solidnego łyka cierpkiego wina i oddając jej butelkę. Ashan uderzył w niskie tony, rozpoczynając kolejną melodię. Tym razem inną. Darcy natychmiast podchwyciła rytm. Jej palce bezbłędnie wbiły się w wyższe rejestry, idealnie uzupełniając jego melodię. Grali czysto, dynamicznie, zaszczepiając w muzyce nutę szaleństwa. W pewnym momencie Darcy, nie przerywając idealnego, szybkiego tempa lewą ręką, prawą sięgnęła po jego paczkę papierosów. Chwyciła jednego i odpaliła, zaciągnęła się głęboko, chcąc wyglądać równie mrocznie jak muzyka, którą tworzyli, ale natychmiast skrzywiła się, zakrztusiła i wypluła dym z głośnym kaszlem.
— Ja pierdolę, jakie to jest obrzydliwe, dalej smakuje jak kurwy i koks… jak ty możesz to gówno palić? — zaklnęła, machając ręką przed twarzą, choć na jej ustach malował się szeroki uśmiech.
— Trzeba umieć się trzuć. Poza tym… skąd wiesz jak smakują kurwy i koks, hm? — zaśmiał się cicho Ashan, płynnie przejmując jej partię na klawiszach, żeby utwór nie stracił impetu. Darcy poruszyła wymownie brwiami, wracając jednocześnie do gry. Cztery ręce tańczyły po klawiaturze w szaleńczym, horrorowym tempie, a ponure dźwięki mieszały się z ich cichym rozbawieniem. Nagle dziewczyna zniżyła głos i z demonicznym, niemal teatralnym uśmiechem zaczęła cicho nucić tekst.
— Zyg, zyg na kościach, uderzaj we dzwon... królestwo gnicia zaprasza na tron!
— Przestań, bo to robi się kurewsko klimatyczne — rzucił z rozbawieniem Ashan, uderzając potężny, finałowy akord, który zatrząsł pomieszczeniem. Darcy zaśmiała się głośno, opierając głowę o jego ramię. Potem sama przeszła do kolejnego utworu, śmiejąc się pod nosem. Tym razem zaczęła śpiewać “Balladę o czarnej śmierci”, a on przygrywał, odpalając kolejnego papierosa.
— Chuj Ci w dupeeee…. — zaśpiewała, przerywając na chwilę refren, po czym wróciła do grania. Ciepło bijące od siostry i ta czysta, nieskrępowana bliskość powoli wypierały lęki zrodzone przez chory koszmar. Patrząc na Darcy, Ashan oddychał spokojnie, a w jego myślach z chaosu zaczynała rodzić się iskierka nadziei, że nie jest bezużytecznym bratem i zakałą dla tego narodu. Powtarzał sobie w duchu, jak mantrę, że wszystko będzie dobrze. Bez względu na to, jakie demony rzucały mu wyzwanie w ciemnościach nocy - da radę. Ocali ich. Ochroni tych wszystkich bliskich sobie ludzi, obroni cały kraj i nie pozwoli, by jakikolwiek cień kiedykolwiek odebrał mu to, co kocha. A blaknące tatuaże? To była tylko jego wyobraźnia. W końcu, pierwszy raz w życiu, miał prawie wszystko czego potrzebował. Gdyby jeszcze tylko Luna tutaj była…



