Gave nie zamierzał pozwolić Akane
zginąć. Nie mogła umrzeć ani razu, co oznaczało, że czas mu się kurczył. Miał mieć
rok na dopracowywanie szczegółów, planu… Miał mieć cały rok na dopieszczenie
tego w najmniejszych szczegółach, ale Akane postanowiła z własnej woli
ryzykować swym życiem. Nie mogła usiedzieć z tyłkiem w Phyonix. Po prostu nie
mogła. Musiała zdecydować się na cholerną wyprawę z Ashanem i Tonym. Cudownie wręcz,
cudownie. Patrzył na to tylko, nie mówiąc ani słowa. Nie zatrzymywał jej.
Chciała żyć, a on nie miał prawa, by jej tego zabraniać… a jednak denerwował go
fakt, że jej pieprzone szczęście do wpadania w kłopoty było na zastraszająco
wysokim poziomie. Wrócił do Zamku Śmierci szybciej niż tego by chciał. Z
ciężkim sercem, a Victor już na niego czekał z ponurą miną. W dłoni miał czarne
pudełko z igłą, którą pokazywał mu kilka dni temu.
- Chodź – rzucił przez ramię
nawet się z nim specjalnie nie witając.
- Mhm – chłopak zacisnął mocno
wargi i ruszył za ojcem bez słowa. Victor nie oglądał się już za siebie, tylko
prowadził go w tylko sobie znanym kierunku. Minęli bibliotekę, pomieszczenia
sypialne, kuchnię, komnaty, które Gave dobrze znał. Zeszli niżej, znacznie
niżej. Schody ciągnęły się w dół przez dłuższą chwilę, a chłopak bladł z każdą
chwilą.
- Nie idziemy tam – poinformował go
Victor chłodnym, acz stanowczym tonem, jakby wyczuwając obawę syna podskórnie. Nie
był tak okrutny, żeby wybierać sobie loch na ten rytuał. Ominęli więc je i zeszli
jeszcze niżej, aż w końcu znaleźli się przed ciężkimi, kamiennymi drzwiami.
Victor przyłożył dłoń do ich powierzchni, a runy rozbłysły na moment bladym
światłem. Tych run Gave jeszcze nie znał. Z zaciekawieniem wodził po nich
wzrokiem, patrząc jak drzwi ustępują. – Nie przykrewniaj się, te są moje –
poinformował go ojciec, a chłopak prychnął pod nosem.
- Mhm, kiedyś ustanowię je swoimi
własnymi – uśmiechnął się krzywo. Jego ojciec parsknął cichym śmiechem i pokręcił
lekko głową, ale nie skomentował tego w żaden inny sposób.
Drzwi stały otworem, a za nimi
znajdowała się niewielka, całkowicie pozbawiona mebli komnata. Jej ściany pokrywały
setki drobnych znaków. Setki drobnych run. Niektóre Gave rozpoznawał, z innych
sam korzystał, ale większości nigdy wcześniej nie widział. Spojrzał po ojcu z
pewnego rodzaju podziwem. Łeb to on musiał mieć jak sklep, skoro tyle ich
naprodukował. Zamierzał to nawet skomentować, ale zrezygnował, gdy jego uwagę przykuł
okrąg wyryty bezpośrednio w kamiennej posadzce w samym środku pomieszczenia.
Victor zatrzymał się przy jego krawędzi. Machnął dłonią na syna lekko go
pospieszając, a ten wziął głębszy oddech i przysunął się bliżej.
- Zrobiłem wszystko co w mojej
mocy, by zapewnić ci bezpieczeństwo – poinformował go i położył dłoń na jego
ramieniu. – To jednak może nie wystarczyć…
- Mhm, wiem, zdaję sobie z tego
sprawę – Gave zacisnął nerwowo pięści i rozprostował je zaraz, a potem
przestąpił krawędź okręgu, by znaleźć się w środku.
- Możesz się jeszcze wycofać –
zauważył Victor. – Szczerze powiedziawszy, wolałbym żebyś to zrobił – dodał jeszcze,
ale Gave pokręcił głową.
- Z twoimi genami? – chłopak spróbował
zażartować. – Ta opcja nie wchodzi w grę – dorzucił uśmiechając się krzywo, a
Victor westchnął ciężko.
- Stań w samym centrum okręgu –
polecił mu.
Gave z lekkim wahaniem przesunął
się do środka, a runy wokół jego stóp rozjarzyły się kolejno. Jedna po drugiej.
Krąg zamykał się wokół niego, a pewnego rodzaju ciepło wspięło się po jego
ciele. Chłopak odetchnął głęboko, raz i drugi. Mimo podjętej decyzji, nie mógł
powiedzieć, że się nie bał. Byłby głupcem, gdyby stał tu pozbawiony jakiegokolwiek
strachu. Victor przyklęknął przy jednym z symboli i przesunął po nim palcem.
- Na początek rozdzielę twą duszę
– poinformował go spokojnie. – Kiedy zacznę, nie będę w stanie przerwać
procesu. Jeśli twoja dusza zacznie się opierać, może dojść do pęknięcia jej
struktury. Musisz utrzymywać pełną koncentrację – spojrzał w górę, świdrując
chłopaka spojrzeniem. – Jeśli tego nie zrobisz, przestaniesz być zdolny do
połączenia swej duszy. Ja również nie będę mógł tego zrobić – dodał.
- Mhm… a wtedy zostanę z dziurawą
duszą…
- Nie, Gave – mężczyzna pokręcił
głową. – Wtedy twoja dusza się rozpadnie, a ty stracisz życie, przestaniesz
istnieć – dokończył, a chłopak zamilkł na moment. Zacisnął mocno pięści. Ryzyko
było ogromne, a on przecież miał dla kogo żyć… a jednak… jednak gdyby tego nie
zrobił, plułby sobie później w twarz. Ostatecznie skinął głową.
- Zaczynaj – wychrypiał.
Spojrzenie Victora pociemniało. Jakby
jeszcze przez moment miał nadzieję, że chłopak się wycofa, pójdzie po rozum do
głowy i zrezygnuje, ale… musiał z rozżaleniem przyznać synowi rację. Nie dało
się oszukać genów. Jaki ojciec taki syn.
- Usiądź i zamknij oczy – polecił
mu rzeczowym, pozbawionym emocji tonem. Gave nie protestował. Wykonał polecenie,
a Śmierć stanął za jego plecami. – Oddychaj spokojnie…
- Tato… nie jestem dobry w
medytacji – Gave uniósł jedną powiekę i zerknął na ojca. – Serio, ta do mnie
nigdy nie przemawiała…
- Nic dziwnego – skomentował Victor,
po czym powtórzył polecenie, a chłopak z westchnieniem skupił się na swoim
zadaniu. Oddychał głęboko. Nabierał powietrza w płuca i wypuszczał je powoli.
Raz za razem. Wszystkie dźwięki w pomieszczeniu ucichły. Gave nie słyszał nic
poza swoim własnym oddechem. Oddychał wolno i regularnie. Miał wrażenie, że świat
zamarł. Czas się zatrzymał, a potem poczuł pierwsze ukłucie. Nie w ciele, tylko
w środku. To było uczucie, którego nie dało się porównać z niczym czego do tej
pory doświadczył. Jakby ktoś wsuwał rozgrzany do czerwoności sztylet pomiędzy
jego myśli i zaczął rozdzielać je od siebie. Przedzierał się brutalnie. Chłopak
zacisnął szczękę, a z jego gardła wydobył się pomruk bólu.
- Spokojnie, oddychaj – powtórzył
Victor, przerywając ciszę. Gave otworzył usta by coś powiedzieć, ale zabrakło
mu powietrza. Spróbował go nabrać w płuca, ból był nie do zniesienia. Walczył,
walczył z tym, próbując zbierać swe myśli do kupy, nie pozwalać im się
rozpierzchnąć. Cholera! Cholera! Nienawidził jak ktoś mieszał w jego głowie, a
teraz… teraz mieszano nie tylko w głowie, ale i w pieprzonej duszy. Jęknął głośniej, drżąc przy tym nieco. Na jego
czoło wstąpił pot.
– Skup się – dłoń na jego
ramieniu nieco przywróciła go do rzeczywistości.
Próbował, naprawdę próbował to
zrobić. Przez chwilę nawet wydawało mu się, że to ma. Że mu się udaje, ale
potem świat zniknął. Nie słyszał ojca, nie czuł własnego ciała. Znalazł się
gdzieś pomiędzy, w przestrzeni pozbawionej wszystkich zmysłów. Nie było barw
ani kolorów. Nie było niczego. Ot ciemna pustka.
Potem to zobaczył. Swoją własną
duszę, jakby patrzył na to wszystko z boku. Jasna struktura złożona z
niezliczonych warstw, wspomnień, emocji i czegoś, czego nie potrafił nazwać, a
Victor pracował dalej. Rozdzielał jej fragment ostrożnie. Czucie wróciło, a
krzyk wydarł mu się z gardła.
- Jezu… przestań… - wydusił z
siebie, chociaż wiedział, że już nie może się wycofać, ale to tak bolało. Tak
cholernie bolało.
- Nie walcz z tym, Gave. Pozwól
jej się rozdzielić.
No jasne. Łatwo było powiedzieć,
a zdecydowanie trudniej zrobić. Ścisnął mocniej swe dłonie, powtarzając słowa
ojca. Nie walcz. Daj się rozdzielić, nie walcz… cholernie trudno było się temu
poddać. Zwłaszcza, kiedy należało się do tych, którzy jednak walczyć lubią. Jeszcze
jeden oddech i kolejny. Fragment duszy oderwał się, a ból niemal go otumanił. Zaczerpnął
nagle powietrza, a jego oczy na moment stały się puste.
- Gave, zostań ze mną! – fuknął na
niego Victor. – Zostań ze mną!
- Jestem… jestem… - jęknął z
wyraźnym wysiłkiem, ale wcale nie był pewien czy mówi prawdę. Miał wrażenie, że
rozpadał się na kawałki. Czegoś brakowało. Coś było z nim nie tak. Nie był w
pełni sobą. – Nie…nie czuję…
- Otwórz oczy – przerwał mu Victor,
a chłopak automatycznie zastosował się do polecenia. Przed nim unosiły się dwie
części jego duszy. Nieregularne części. Oddzielone od siebie. Odruchowo uniósł
dłoń w ich stronę, ale Victor ścisnął mocniej jego ramię. – Nie – powiedział spokojnie,
samemu łapiąc je w palce. – Nie ty prowadzisz rytuał – dodał. – To była ta
łatwiejsza część – poinformował go jeszcze, po czym położył duszę we wcześniej
przygotowanym miejscu i otworzył pudełko z igłą. Spoczywała na czarnym
materiale, tak jak wcześniej, ale tym razem nie fascynowała. Wyglądała raczej
jak coś, co nigdy nie powinno powstać. Victor nie zatrzymał się tylko na tym. Wyciągnął
jeszcze drugie pudełko, w którym spoczywał fragment obcej duszy. Był
zdecydowanie ciemniejszy niż te Gava. Położył ją pomiędzy duszą chłopaka i
odetchnął głęboko. – Gotowy?
- A ty? – wargi chłopaka same
ułożyły się w to pytanie. Victor spojrzał mu prosto w oczy, milcząc przez długą
chwilę.
- Nie – odparł szczerze. – I nigdy
nie będę gotowy, by robić coś takiego własnemu dziecku – poinformował go, po
czym dotknął wszystkich fragmentów dłońmi. Gave wzdrygnął się. Poczuł obecność
obcego zanim mężczyzna w ogóle zaczął zszywać dusze ze sobą. To było tak
nienaturalne, że zrobiło mu się po prostu niedobrze. – Gave? Nie pozwól mu
wejść głębiej niż powinien – polecił mu ojciec.
- Jak? Jak mam to zrobić? –
zapytał go zaraz chłopak, czując się nieźle zagubionym w tym wszystkim.
- Wykonuj moje polecenia, słuchaj
mojego głosu – Victor przyłożył obcy fragment do miejsca, które wcześniej
przygotował w duszy Gava. Przez chwilę nic się nie działo, a chłopak po prostu
oddychał. Cały czas, oddychał regularnie, ale wtedy przeszyło go przeraźliwe
zimnoe. Zimno, które pojawiło się w samym środku jego duszy.
- Tato…
- Oddychaj Gave, jestem przy
tobie – spokojny głos mężczyzny odrobinę go uspokajał. Zacisnął powieki w
momencie, gdy igła dotknęła jego duszy. Nastawiał się na ból, na ukłucie, ale
nic nie przygotowało go do czegoś takiego. Nawet pieprzona niewola u Peruna nie
dorównywała temu bólowi. Wrzasnął, a jego ciało gwałtownie wygięło się do tyłu,
ręce zacisnęły się na kamiennej posadzce.
- Nie ruszaj się – padło kolejne
polecenie.
- Łatwo ci mówić! – fuknął na ojca
Gave. – Jezu! Szybciej! – chłopak starał się zachować przytomność i nie skupiać
na bólu, na obcym fragmencie. Nić przechodziła przez wszystkie fragmenty, a on
to wszystko czuł. Każdy ruch igły, każde przejście nici. Każde ukłucie. Wcześniej
ktoś zabierał mu myśli, teraz próbował je zszyć. Zszywał myśli, wspomnienia, charakter.
Przerabiał całe jego istnienie. Oddech ugrzązł mu w gardle, łzy spływały po
policzkach. Próbował być spokojny, próbował oddychać, ale nic mu nie
wychodziło. Dygotał na posadzce, zaciskał wargi. Przeklinał swoje wszystkie
decyzje w myślach. Krzyczał przy tym wszystkim.
- Nie walcz z bólem, Gave. Nie
walcz. Pozwól mu przez siebie przepływać – stanowczy głos Victora przywracał go
do rzeczywistości, ale słowa nie miały dla niego większego sensu. Docierały jak
przez mgłę. Gdyby dotarły, pewnie zjechałby ojca raz dwa za tak tandetne rady.
- Tato… - chłopak nabrał głębszego
oddechu, ale zaraz go stracił. Kolejne pociągnięcie nici sprawiło, że zobaczył
coś, czego nie powinien. Nie było to wspomnienie, żaden obraz z życia obcej
duszy, tylko uczucie. Przerażające uczucie. Samotność. Samotność tak ogromną,
że na moment przestał czuć własny ból. Ta samotność mieszała się z jego własną.
– Czuję… czuję go… - wydusił z siebie.
- Wiem Gave, to normalne. Nie
skupiaj się na tym i nie walcz z tym. Nie rozmawiaj z tym, przyjmij, zaakceptuj
– cichy głos Victora przebijał się przez wszystko, ale chłopak potrząsnął
głową.
- On jest…samotny…tak strasznie…
samotny – wydusił z siebie.
Victor przerwał pracę i złapał
twarz chłopaka w obie dłonie.
- Gave, patrz na mnie – polecił mu.
– Patrz na mnie, jestem tu z tobą. Jestem przy tobie – powtarzał, dopóki
chłopak nie uniósł wzroku. Odczekał jeszcze chwilę, upewniając się, że ten kontaktuje.
– Zaakceptuj, nie próbuj zmieniać – szepnął, wbijając igłę ponownie. Ból wrócił
ze zdwojoną siłą. Gave krzyknął, a runy wokół niego gwałtownie rozbłysły. Victor
skupił się na pracy. Zostały mu dwa ostatnie szwy. Pracował szybko, chcąc oszczędzić
chłopakowi większego cierpienia. W końcu, po paru długich minutach, które dla
dzieciaka zdawały się wiecznością, odłożył igłę.
- Gotowe – powiedział, ale Gave
mu nie odpowiedział. Siedział tylko, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
Ból zniknął. Zniknął tak, jak ktoś go zaczarował. Nie było bólu, nie było niczego…
a jednak coś było inaczej. Czuł obcą obecność w środku samego siebie. Ukrytą
głęboko w nim.
- Czuję ją… - wyszeptał w końcu,
masując się po piersi. – Gdzieś głęboko…czuję… czuję ją… - powtórzył.
- Wiem, ale pamiętaj, że ona nie
jest tobą – Victor zatrzasnął pudełko i znów złapał twarz syna w dłonie. – Nie pozwól
jej przejąć nad sobą kontroli, nie pozwól jej stać się tobą – dodał stanowczo.
Gave milczał przez długi czas. Wpatrywał się w ojca, ale jakby go nie widział.
W końcu jednak skinął powoli głową.
- Nie pozwolę – wychrypiał bez
przekonania.
- Kim jesteś? – padło nagłe
pytanie z ust jego ojca. Aż zmarszczył brwi.
- Hm?
- Odpowiedz mi.
- Gave, jestem Gave… jestem twoim
synem…ojcem Maliki i Raji… żyję w Argarze… jestem…jestem adeptem Śmierci… - szepnął,
uśmiechając się słabo, a jego wzrok stał się przytomniejszy. Powoli wracał do
siebie.
Victor odetchnął z wyraźną ulgą i
skinął głową.
- Dobrze – mruknął, by pomóc
chłopakowi wstać. Złapał go mocno, zanim ten upadł. – Spokojnie – poradził, powoli
prowadząc go do drzwi. – Możesz jeszcze przez pewien czas czuć się osłabiony.
Masz do tego prawo – dodał. – Ech naprawdę mam nadzieję, że wiesz co robisz… -
westchnął ciężko.
- Ja też tato… mam nadzieję, że
wiem – wymamrotał brunet, po czym spojrzał po ojcu. – Dziękuję – dodał szeptem,
ale Victor już na to nie odpowiedział. Nie było czego dziękować. Sam czuł się
fatalnie z tym co zrobił, a jego myśli nie należały do tych dobrych, bo chociaż
zdawał sobie sprawę z tego, że Akane nie była niczego świadoma, to mimo
wszystko miał ochotę zabrać jej duszę i pozbawić ją życia. To co jego syn był w
stanie dla niej zrobić robiło się bardzo niebezpieczne.





