WIEŚCI ZE ŚWIATA

Helga wypowiada otwartą wojnę Phyonix i Heimurinn! Nikt nie będzie bezczelnie palił i zalewał jej królestwa!

Lerodas szykuje się do największego ślubu w historii. Przy tym wszystkim co się dzieje, ślub zdaje się miłym zapomnieniem. Gratulacje dla Wana i Fei.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

Polsza wystawia nowy list gończy i proponuje niebotycznie wysoką nagrodę. Byłą księżniczkę Polszy - Gabrielę - Perun pragnie dostać żywą!

2 września 2026

Spisane przez: Natsu

Wtedy twoja dusza się rozpadnie, przestaniesz istnieć...

Gave nie zamierzał pozwolić Akane zginąć. Nie mogła umrzeć ani razu, co oznaczało, że czas mu się kurczył. Miał mieć rok na dopracowywanie szczegółów, planu… Miał mieć cały rok na dopieszczenie tego w najmniejszych szczegółach, ale Akane postanowiła z własnej woli ryzykować swym życiem. Nie mogła usiedzieć z tyłkiem w Phyonix. Po prostu nie mogła. Musiała zdecydować się na cholerną wyprawę z Ashanem i Tonym. Cudownie wręcz, cudownie. Patrzył na to tylko, nie mówiąc ani słowa. Nie zatrzymywał jej. Chciała żyć, a on nie miał prawa, by jej tego zabraniać… a jednak denerwował go fakt, że jej pieprzone szczęście do wpadania w kłopoty było na zastraszająco wysokim poziomie. Wrócił do Zamku Śmierci szybciej niż tego by chciał. Z ciężkim sercem, a Victor już na niego czekał z ponurą miną. W dłoni miał czarne pudełko z igłą, którą pokazywał mu kilka dni temu.

- Chodź – rzucił przez ramię nawet się z nim specjalnie nie witając.

- Mhm – chłopak zacisnął mocno wargi i ruszył za ojcem bez słowa. Victor nie oglądał się już za siebie, tylko prowadził go w tylko sobie znanym kierunku. Minęli bibliotekę, pomieszczenia sypialne, kuchnię, komnaty, które Gave dobrze znał. Zeszli niżej, znacznie niżej. Schody ciągnęły się w dół przez dłuższą chwilę, a chłopak bladł z każdą chwilą.

- Nie idziemy tam – poinformował go Victor chłodnym, acz stanowczym tonem, jakby wyczuwając obawę syna podskórnie. Nie był tak okrutny, żeby wybierać sobie loch na ten rytuał. Ominęli więc je i zeszli jeszcze niżej, aż w końcu znaleźli się przed ciężkimi, kamiennymi drzwiami. Victor przyłożył dłoń do ich powierzchni, a runy rozbłysły na moment bladym światłem. Tych run Gave jeszcze nie znał. Z zaciekawieniem wodził po nich wzrokiem, patrząc jak drzwi ustępują. – Nie przykrewniaj się, te są moje – poinformował go ojciec, a chłopak prychnął pod nosem.

- Mhm, kiedyś ustanowię je swoimi własnymi – uśmiechnął się krzywo. Jego ojciec parsknął cichym śmiechem i pokręcił lekko głową, ale nie skomentował tego w żaden inny sposób.

Drzwi stały otworem, a za nimi znajdowała się niewielka, całkowicie pozbawiona mebli komnata. Jej ściany pokrywały setki drobnych znaków. Setki drobnych run. Niektóre Gave rozpoznawał, z innych sam korzystał, ale większości nigdy wcześniej nie widział. Spojrzał po ojcu z pewnego rodzaju podziwem. Łeb to on musiał mieć jak sklep, skoro tyle ich naprodukował. Zamierzał to nawet skomentować, ale zrezygnował, gdy jego uwagę przykuł okrąg wyryty bezpośrednio w kamiennej posadzce w samym środku pomieszczenia. Victor zatrzymał się przy jego krawędzi. Machnął dłonią na syna lekko go pospieszając, a ten wziął głębszy oddech i przysunął się bliżej.

- Zrobiłem wszystko co w mojej mocy, by zapewnić ci bezpieczeństwo – poinformował go i położył dłoń na jego ramieniu. – To jednak może nie wystarczyć…

- Mhm, wiem, zdaję sobie z tego sprawę – Gave zacisnął nerwowo pięści i rozprostował je zaraz, a potem przestąpił krawędź okręgu, by znaleźć się w środku.

- Możesz się jeszcze wycofać – zauważył Victor. – Szczerze powiedziawszy, wolałbym żebyś to zrobił – dodał jeszcze, ale Gave pokręcił głową.

- Z twoimi genami? – chłopak spróbował zażartować. – Ta opcja nie wchodzi w grę – dorzucił uśmiechając się krzywo, a Victor westchnął ciężko.

- Stań w samym centrum okręgu – polecił mu.

Gave z lekkim wahaniem przesunął się do środka, a runy wokół jego stóp rozjarzyły się kolejno. Jedna po drugiej. Krąg zamykał się wokół niego, a pewnego rodzaju ciepło wspięło się po jego ciele. Chłopak odetchnął głęboko, raz i drugi. Mimo podjętej decyzji, nie mógł powiedzieć, że się nie bał. Byłby głupcem, gdyby stał tu pozbawiony jakiegokolwiek strachu. Victor przyklęknął przy jednym z symboli i przesunął po nim palcem.

- Na początek rozdzielę twą duszę – poinformował go spokojnie. – Kiedy zacznę, nie będę w stanie przerwać procesu. Jeśli twoja dusza zacznie się opierać, może dojść do pęknięcia jej struktury. Musisz utrzymywać pełną koncentrację – spojrzał w górę, świdrując chłopaka spojrzeniem. – Jeśli tego nie zrobisz, przestaniesz być zdolny do połączenia swej duszy. Ja również nie będę mógł tego zrobić – dodał.

- Mhm… a wtedy zostanę z dziurawą duszą…

- Nie, Gave – mężczyzna pokręcił głową. – Wtedy twoja dusza się rozpadnie, a ty stracisz życie, przestaniesz istnieć – dokończył, a chłopak zamilkł na moment. Zacisnął mocno pięści. Ryzyko było ogromne, a on przecież miał dla kogo żyć… a jednak… jednak gdyby tego nie zrobił, plułby sobie później w twarz. Ostatecznie skinął głową.

- Zaczynaj – wychrypiał.

Spojrzenie Victora pociemniało. Jakby jeszcze przez moment miał nadzieję, że chłopak się wycofa, pójdzie po rozum do głowy i zrezygnuje, ale… musiał z rozżaleniem przyznać synowi rację. Nie dało się oszukać genów. Jaki ojciec taki syn.

- Usiądź i zamknij oczy – polecił mu rzeczowym, pozbawionym emocji tonem. Gave nie protestował. Wykonał polecenie, a Śmierć stanął za jego plecami. – Oddychaj spokojnie…

- Tato… nie jestem dobry w medytacji – Gave uniósł jedną powiekę i zerknął na ojca. – Serio, ta do mnie nigdy nie przemawiała…

- Nic dziwnego – skomentował Victor, po czym powtórzył polecenie, a chłopak z westchnieniem skupił się na swoim zadaniu. Oddychał głęboko. Nabierał powietrza w płuca i wypuszczał je powoli. Raz za razem. Wszystkie dźwięki w pomieszczeniu ucichły. Gave nie słyszał nic poza swoim własnym oddechem. Oddychał wolno i regularnie. Miał wrażenie, że świat zamarł. Czas się zatrzymał, a potem poczuł pierwsze ukłucie. Nie w ciele, tylko w środku. To było uczucie, którego nie dało się porównać z niczym czego do tej pory doświadczył. Jakby ktoś wsuwał rozgrzany do czerwoności sztylet pomiędzy jego myśli i zaczął rozdzielać je od siebie. Przedzierał się brutalnie. Chłopak zacisnął szczękę, a z jego gardła wydobył się pomruk bólu.

- Spokojnie, oddychaj – powtórzył Victor, przerywając ciszę. Gave otworzył usta by coś powiedzieć, ale zabrakło mu powietrza. Spróbował go nabrać w płuca, ból był nie do zniesienia. Walczył, walczył z tym, próbując zbierać swe myśli do kupy, nie pozwalać im się rozpierzchnąć. Cholera! Cholera! Nienawidził jak ktoś mieszał w jego głowie, a teraz… teraz mieszano nie tylko w głowie, ale i w pieprzonej duszy.  Jęknął głośniej, drżąc przy tym nieco. Na jego czoło wstąpił pot.

– Skup się – dłoń na jego ramieniu nieco przywróciła go do rzeczywistości.

Próbował, naprawdę próbował to zrobić. Przez chwilę nawet wydawało mu się, że to ma. Że mu się udaje, ale potem świat zniknął. Nie słyszał ojca, nie czuł własnego ciała. Znalazł się gdzieś pomiędzy, w przestrzeni pozbawionej wszystkich zmysłów. Nie było barw ani kolorów. Nie było niczego. Ot ciemna pustka.

Potem to zobaczył. Swoją własną duszę, jakby patrzył na to wszystko z boku. Jasna struktura złożona z niezliczonych warstw, wspomnień, emocji i czegoś, czego nie potrafił nazwać, a Victor pracował dalej. Rozdzielał jej fragment ostrożnie. Czucie wróciło, a krzyk wydarł mu się z gardła.

- Jezu… przestań… - wydusił z siebie, chociaż wiedział, że już nie może się wycofać, ale to tak bolało. Tak cholernie bolało.

- Nie walcz z tym, Gave. Pozwól jej się rozdzielić.

No jasne. Łatwo było powiedzieć, a zdecydowanie trudniej zrobić. Ścisnął mocniej swe dłonie, powtarzając słowa ojca. Nie walcz. Daj się rozdzielić, nie walcz… cholernie trudno było się temu poddać. Zwłaszcza, kiedy należało się do tych, którzy jednak walczyć lubią. Jeszcze jeden oddech i kolejny. Fragment duszy oderwał się, a ból niemal go otumanił. Zaczerpnął nagle powietrza, a jego oczy na moment stały się puste.

- Gave, zostań ze mną! – fuknął na niego Victor. – Zostań ze mną!

- Jestem… jestem… - jęknął z wyraźnym wysiłkiem, ale wcale nie był pewien czy mówi prawdę. Miał wrażenie, że rozpadał się na kawałki. Czegoś brakowało. Coś było z nim nie tak. Nie był w pełni sobą. – Nie…nie czuję…

- Otwórz oczy – przerwał mu Victor, a chłopak automatycznie zastosował się do polecenia. Przed nim unosiły się dwie części jego duszy. Nieregularne części. Oddzielone od siebie. Odruchowo uniósł dłoń w ich stronę, ale Victor ścisnął mocniej jego ramię. – Nie – powiedział spokojnie, samemu łapiąc je w palce. – Nie ty prowadzisz rytuał – dodał. – To była ta łatwiejsza część – poinformował go jeszcze, po czym położył duszę we wcześniej przygotowanym miejscu i otworzył pudełko z igłą. Spoczywała na czarnym materiale, tak jak wcześniej, ale tym razem nie fascynowała. Wyglądała raczej jak coś, co nigdy nie powinno powstać. Victor nie zatrzymał się tylko na tym. Wyciągnął jeszcze drugie pudełko, w którym spoczywał fragment obcej duszy. Był zdecydowanie ciemniejszy niż te Gava. Położył ją pomiędzy duszą chłopaka i odetchnął głęboko. – Gotowy?

- A ty? – wargi chłopaka same ułożyły się w to pytanie. Victor spojrzał mu prosto w oczy, milcząc przez długą chwilę.

- Nie – odparł szczerze. – I nigdy nie będę gotowy, by robić coś takiego własnemu dziecku – poinformował go, po czym dotknął wszystkich fragmentów dłońmi. Gave wzdrygnął się. Poczuł obecność obcego zanim mężczyzna w ogóle zaczął zszywać dusze ze sobą. To było tak nienaturalne, że zrobiło mu się po prostu niedobrze. – Gave? Nie pozwól mu wejść głębiej niż powinien – polecił mu ojciec.

- Jak? Jak mam to zrobić? – zapytał go zaraz chłopak, czując się nieźle zagubionym w tym wszystkim.

- Wykonuj moje polecenia, słuchaj mojego głosu – Victor przyłożył obcy fragment do miejsca, które wcześniej przygotował w duszy Gava. Przez chwilę nic się nie działo, a chłopak po prostu oddychał. Cały czas, oddychał regularnie, ale wtedy przeszyło go przeraźliwe zimnoe. Zimno, które pojawiło się w samym środku jego duszy.

- Tato…

- Oddychaj Gave, jestem przy tobie – spokojny głos mężczyzny odrobinę go uspokajał. Zacisnął powieki w momencie, gdy igła dotknęła jego duszy. Nastawiał się na ból, na ukłucie, ale nic nie przygotowało go do czegoś takiego. Nawet pieprzona niewola u Peruna nie dorównywała temu bólowi. Wrzasnął, a jego ciało gwałtownie wygięło się do tyłu, ręce zacisnęły się na kamiennej posadzce.

- Nie ruszaj się – padło kolejne polecenie.

- Łatwo ci mówić! – fuknął na ojca Gave. – Jezu! Szybciej! – chłopak starał się zachować przytomność i nie skupiać na bólu, na obcym fragmencie. Nić przechodziła przez wszystkie fragmenty, a on to wszystko czuł. Każdy ruch igły, każde przejście nici. Każde ukłucie. Wcześniej ktoś zabierał mu myśli, teraz próbował je zszyć. Zszywał myśli, wspomnienia, charakter. Przerabiał całe jego istnienie. Oddech ugrzązł mu w gardle, łzy spływały po policzkach. Próbował być spokojny, próbował oddychać, ale nic mu nie wychodziło. Dygotał na posadzce, zaciskał wargi. Przeklinał swoje wszystkie decyzje w myślach. Krzyczał przy tym wszystkim.

- Nie walcz z bólem, Gave. Nie walcz. Pozwól mu przez siebie przepływać – stanowczy głos Victora przywracał go do rzeczywistości, ale słowa nie miały dla niego większego sensu. Docierały jak przez mgłę. Gdyby dotarły, pewnie zjechałby ojca raz dwa za tak tandetne rady.

- Tato… - chłopak nabrał głębszego oddechu, ale zaraz go stracił. Kolejne pociągnięcie nici sprawiło, że zobaczył coś, czego nie powinien. Nie było to wspomnienie, żaden obraz z życia obcej duszy, tylko uczucie. Przerażające uczucie. Samotność. Samotność tak ogromną, że na moment przestał czuć własny ból. Ta samotność mieszała się z jego własną. – Czuję… czuję go… - wydusił z siebie.

- Wiem Gave, to normalne. Nie skupiaj się na tym i nie walcz z tym. Nie rozmawiaj z tym, przyjmij, zaakceptuj – cichy głos Victora przebijał się przez wszystko, ale chłopak potrząsnął głową.

- On jest…samotny…tak strasznie… samotny – wydusił z siebie.

Victor przerwał pracę i złapał twarz chłopaka w obie dłonie.

- Gave, patrz na mnie – polecił mu. – Patrz na mnie, jestem tu z tobą. Jestem przy tobie – powtarzał, dopóki chłopak nie uniósł wzroku. Odczekał jeszcze chwilę, upewniając się, że ten kontaktuje. – Zaakceptuj, nie próbuj zmieniać – szepnął, wbijając igłę ponownie. Ból wrócił ze zdwojoną siłą. Gave krzyknął, a runy wokół niego gwałtownie rozbłysły. Victor skupił się na pracy. Zostały mu dwa ostatnie szwy. Pracował szybko, chcąc oszczędzić chłopakowi większego cierpienia. W końcu, po paru długich minutach, które dla dzieciaka zdawały się wiecznością, odłożył igłę.

- Gotowe – powiedział, ale Gave mu nie odpowiedział. Siedział tylko, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Ból zniknął. Zniknął tak, jak ktoś go zaczarował. Nie było bólu, nie było niczego… a jednak coś było inaczej. Czuł obcą obecność w środku samego siebie. Ukrytą głęboko w nim.

- Czuję ją… - wyszeptał w końcu, masując się po piersi. – Gdzieś głęboko…czuję… czuję ją… - powtórzył.

- Wiem, ale pamiętaj, że ona nie jest tobą – Victor zatrzasnął pudełko i znów złapał twarz syna w dłonie. – Nie pozwól jej przejąć nad sobą kontroli, nie pozwól jej stać się tobą – dodał stanowczo. Gave milczał przez długi czas. Wpatrywał się w ojca, ale jakby go nie widział. W końcu jednak skinął powoli głową.

- Nie pozwolę – wychrypiał bez przekonania.

- Kim jesteś? – padło nagłe pytanie z ust jego ojca. Aż zmarszczył brwi.

- Hm?

- Odpowiedz mi.

- Gave, jestem Gave… jestem twoim synem…ojcem Maliki i Raji… żyję w Argarze… jestem…jestem adeptem Śmierci… - szepnął, uśmiechając się słabo, a jego wzrok stał się przytomniejszy. Powoli wracał do siebie.

Victor odetchnął z wyraźną ulgą i skinął głową.

- Dobrze – mruknął, by pomóc chłopakowi wstać. Złapał go mocno, zanim ten upadł. – Spokojnie – poradził, powoli prowadząc go do drzwi. – Możesz jeszcze przez pewien czas czuć się osłabiony. Masz do tego prawo – dodał. – Ech naprawdę mam nadzieję, że wiesz co robisz… - westchnął ciężko.

- Ja też tato… mam nadzieję, że wiem – wymamrotał brunet, po czym spojrzał po ojcu. – Dziękuję – dodał szeptem, ale Victor już na to nie odpowiedział. Nie było czego dziękować. Sam czuł się fatalnie z tym co zrobił, a jego myśli nie należały do tych dobrych, bo chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że Akane nie była niczego świadoma, to mimo wszystko miał ochotę zabrać jej duszę i pozbawić ją życia. To co jego syn był w stanie dla niej zrobić robiło się bardzo niebezpieczne.

24 sierpnia 2026

Spisane przez: Jagód

Malowane życiem vol 3

Wojna rozlewa gorycz w naszych sercach. Trup ściele się gęsto, Perun nie zatrzymuje się, Helga wzmacnia swoje działania, ale wojna nie trwa tylko na tym polu. W sercach naszych ulubieńców również się zagnieździła!


Orianna, niegdyś panna niedotykalska, straciła swe dziewictwo z Satoru, a potem spotkała ją wielka krzywda. Przyrzekła sobie wówczas, że nie pójdzie z żadnym facetem do łóżka, ale cóż to... Niedługo później na jej horyzoncie pojawił się nie kto inny, jak Yerbe. Ten ork rozpala jej kruche serduszko. Moim zdaniem dziewczyna szybciutko zmięknie i tam na dole...


Nasza Akane, łamaczka męskich serc, znów w akcji. Tym razem na swój obiekt zainteresowania wybrała Klausa. Och już nie mogę się doczekać tego płomiennego romansu. Niby niewinne flirty, ale jednak. Coś tam się kroi, choć dziewczyna usilnie temu zaprzecza. Wciąż próbuje powstrzymać swe rządze, ale czy na długo...? 


Morgana wreszcie posłuchała swojego serducha i udało się jej wyciągnąć Natana na miłą randeczkę. Szkoda tylko, że jest w ciąży, bo widzicie... może byśmy się doczekali kolejnego dzieciątka... Ale i tak jestem z niej dumna! Dziewczyno działaj tak dalej! Bierz byka za ogon i duś jak cytrynę!


Nie mogło nam tu też zabraknąć Darcy, ta dziewczyna ostatnio ma większe libido nawet niż jej bracia. Można ją było dostrzec ostatnio z nowym nabytkiem w Phyonix - Yumi. Chłopak ten wpada jak po swoje i rozpala każde serduszko. Oj dziewczyno... w coś ty się wpakowała!


Drodzy Państwo, moi Mili, doczekaliśmy się! Powrót największego romansu. Akane znów go do siebie przyciągnęła. Gave nie potrafi jej odmówić, a łańcuch, którym zostali skuci tylko ich rozpalił! Czyżbyśmy mogli spodziewać się kolejnego dziecka od tych dwojga? Wiemy dobrze, że niewiele im brakuje... ale Gave! Uważaj! Ta panna kręci nie tylko z Klausem... ona ma też na oku Ashana! Kandydaci walą do niej drzwiami i oknami, ale ja... kibicuję tobie!


A na koniec gratka dla miłośników Darcy i Ryu. Tych dwoje mają za sobą burzliwe przejścia. Ostatnio niezbyt ciekawie między nimi było, ale coś czuję po kościach, że jeszcze o nich usłyszymy. Sam fakt, że Ryu chętne przytula Dar i szepcze jej miłe słówka nam to potwierdza. A wiadomo, że za zamkniętymi drziwami różne rzeczy mogą się wydarzyć. Yumi! Radzę ci się pospieszyć ze zdobywaniem tej panny! Lubi grać na dwa fronty, a niby taka niewinna z niej sztuka. Oj Darcy, Darcy... co z ciebie wyrośnie?! 

Do zobaczenia w kolejnej odsłonie moi drodzy, coś czuję, że będzie szybciej niż dalej! Sytuacja na froncie miłosnym zmienia się tu jak w kalejdoskopie. Istna Moda na Sukces!!!

18 sierpnia 2026

Spisane przez: Permanentna Maruda

[KP] I tak właśnie kończy się świat. Nie hukiem a skomleniem

Yumi Imito
Yumi Imito
Mieszanka nefilima i medium - Zamieszkuje lasy - 24 lata - Nadludzka siła i kontaktowanie się z duchami - Żołnierz
Szaleństwo bywa dziedziczne.
Zrozumiał to zbyt wcześnie i przez lata obserwował powolny proces w którym z każdym rokiem upodobniał się do ojca; wpierw rysy twarzy, kształt nosa i mimo, że ten łamał go jak zapałki wciąż widział podobieństwo przez które nie mógł sypiać nocami. Później przyszły oczy, które z roku na rok zachodziły czerwienią w końcu upodabniając się do starego Imito, na które matka spoglądała z coraz większą rezerwą. Nigdy nie pytał co zrobił Kuro, wystarczyły własne wspomnienia, by gniew na ojca zmienił się w autodestrukcję. Może dlatego ku zdziwieniu wszystkich porzucił edukację zaciągając się do wojska, gdy w Tamtym wymiarze zaczęła się wojna. Chyba lubił się unieszczęśliwiać.
Miał dom i rodzinę, kogoś kto zastępował mu matkę i ojca, a mimo wszystko chwytał za broń drążąc w umyśle, doszukując się kolejnych powodów, by zacząć się nienawidzić.
W końcu przyszły głosy.
Przyszły po cichu, śmiejąc się za każdym razem, gdy spoglądał w lustro, gdy wyszeptywały imię które nie powinno paść z niczyich ust. Kuro. Szepty zbywał, udawał i śmiał się z żartów ojca, wymykał się z Christopherem do miasta tak, jakby jego umysł nie zaczął wymyślać cieni podążających za nim krok w krok. Pierwsza odkryła matka, spojrzała mu wtedy w oczy łapiąc za twarz, jakby mogła wbić się w jego duszę i patrzył na nią wtedy, czując jak oboje się rozpadają.
Wtedy dostał listy, zdjęcia, pokazała mu papiery. Płakał widząc diagnozę Kuro, słysząc nad sobą słabe wyjaśnienia o tym, że wszystko będzie w porządku. Poradzą sobie.
Schizofrenia paranoidalna.
Szaleństwo, które widział w Imito w końcu dotarło, wbiło w niego zęby zaciskając się z roku na rok coraz mocniej, zwłaszcza gdy uciekli poza Tamten wymiar. Zwłaszcza, że znów się odłączył poszukując w życiu czegoś więcej, niż szepty za każdym razem, gdy ktoś z rodziny spojrzy w krwiste tęczówki.
Szaleństwo bywa dziedziczne.
On już o tym wiedział.
Ładowanie...
YouTube
code by EMME