Perun I wystawia nowe listy gończe, wśród których pojawiają się imiona - Akane, Gave, Emma, Natan, Morgana - chce ich żywych lub martwych.

Helga się nie zatrzymuje. Sieje zniszczenie w okolicach Ardei i Argaru. Gwałcą, jedzą kończyny, wyrywają serca. Brutalność nie zna granic!

Nikllaus zamyka bramy do Argaru. Wzmaga straż. Argar zbroi się po zęby. Przygotowuje do ostatecznego starcia.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

Gdy pójdziesz przez ogień, nie spłoniesz, a płomień cię nie strawi. I

Iz 43,2
     
    Stał pośród ruin Phyonix i patrzył na miasto, którego nie poznawał. Powietrze było ciężkie od dymu, a niebo przypominało rozżarzone sklepienie pieca. Wysokie wieże stolicy, które od dzieciństwa uważał za symbol siły i bezpieczeństwa swojej rodziny, leżały teraz roztrzaskane pomiędzy płonącymi budynkami. Ogień pochłaniał kolejne dzielnice, a jego pomarańczowy blask odbijał się od czarnych chmur unoszących się nad horyzontem. Wszędzie rozbrzmiewały krzyki. Tysiące głosów mieszało się ze sobą, tworząc przerażający hałas, którego nie potrafił zagłuszyć nawet własnymi myślami. Próbował ruszyć naprzód, lecz nogi zdawały się coraz cięższe. Każdy krok wymagał wysiłku, jakby brnął przez głębokie błoto. Mimo to szedł dalej. Musiał znaleźć rodzinę. Musiał odnaleźć rodziców, Morganę, Diego, Darcy, Eliasa, Natana, Akane, musiał pomóc mieszkańcom. Nie rozumiał otaczającej go tragedii, płomienie nigdy nie powinny w taki sposób tego miejsca, miało być odporne! Gdzie byli strażnicy, żołnierze, gromy?! Gdzie był ktokolwiek?! Widział tylko mrok, nienaturalny, pozbawiony uczuć ogień, żadnej żywej duszy, a jednak krzyki nękały jego bębenki z każdej strony. Musiał coś zrobić. Od tego był, przecież właśnie to robił przez całe życie. Pomagał. Chronił. Był tarczą i włócznią - tego od siebie oczekiwał. Tak, zawiódł, zawiódł już brata, ojca, matkę, ale jak to mogło doprowadzić do takiej tragedii?! Dlaczego dopiero teraz to widział?! Nagle dostrzegł znajomą sylwetkę. Na środku placu siedziała starsza kobieta, którą znał z pastwisk. Zajmowała się trzodą chlewną z uśmiechem na ustach - a kiedy sam przechodził siadała na ławce przy zagrodzie, odpalała papierosa i prosiła o jego towarzystwo. Teraz patrzyła na niego pustymi oczami, trzymając na kolanach martwe cielę.
— Miałeś nas chronić, książe  — powiedziała spokojnie. Ashan chciał odpowiedzieć, przeprosić,  ale nie wydobył z siebie ani słowa. — Gdzie byłeś książe? — zanim zdążył otworzyć usta sylwetka stanęła w czarnym ogniu, wydobył z siebie gardłowy krzyk, a potem pozostała po niej jedynie garstka popiołu. Kurwa mać, nic już tutaj nie zrobi. Pokręcił głową, ruszając dalej. Kilka ulic później zobaczył młodego strażnika, którego osobiście szkolił przed laty. Chłopak klęczał pośród ruin z przebitym bokiem.
— Obiecałeś… — wyszeptał, a potem obrócił się w popiół. Ashan odwrócił wzrok. Potem pojawiali się kolejni. Żołnierze. Mieszkańcy. Uchodźcy. Starcy, dorośli, dzieci. Ludzie, których nie zdążył uratować. Ludzie, których nawet nie znał. Wszyscy patrzyli na niego w ten sam sposób. Bez gniewu. Bez nienawiści - pustymi oczami pozbawionymi nadziei, rozpaczy, jakby już dawno pogodzili się ze swoim losem. Patrzyli na niego z rozczarowaniem, a potem zmieniali się w garstkę kurzu. Szedł dalej. Musiał dotrzeć do pałacu. Rodzina, musiał znaleźć rodzinę.
    W końcu dotarł do pałacu, jednak widok, który zastał, mroził krew w żyłach. Potężne drzwi były wyrwane z zawiasów, kamienne ściany nosiły wyraźne ślady zaciętej walki, a na schodach prowadzących do wejścia bezwładnie leżały ciała strażników. Ashan wbiegł do środka, ignorując narastający w piersi paraliżujący strach. Korytarze były puste - nienaturalnie, wręcz złowrogo puste. Nie słyszał służby, nie słyszał straży, nie słyszał absolutnie nikogo, nawet niedawne krzyki nagle całkowicie ucichły. Dopiero kiedy pchnął ciężkie drzwi sali tronowej, zrozumiał tragiczną przyczynę tej ciszy. Przed samym tronem, w gęstej kałuży krwi, leżeli jego rodzice. Kilka metrów dalej dostrzegł Diego, a obok niego Darcy - oboje byli na wpół spaleni, a z ich szmaragdowych oczu wydobywał się gasnący blask, jakby ostatkiem sił próbowali wykrzesać z siebie iskrę do walki. Stali chwiejnie na nogach, więc Ashan ruszył w ich kierunku sprintem. Jednak gdy tylko postawił stopę na stopniach, upadli, rozpadając się na setki czarnych kawałków, odkrywając leżącą za nimi Morganę. Ashan odruchowo zamknął oczy, nie mogąc znieść tego widoku. Dziewczyna leżała po części przemieniona, z rozdartym brzuchem, z którego wnętrzności prowadziły do nienarodzonego dziecka. Mały, martwy Elias obejmował je rączkami, sam nosząc na sobie liczne, głębokie rany. W tej jednej wtórującej sekundzie cały świat przestał dla Ashana istnieć. Nie pamiętał nawet, kiedy dokładnie upadł na kolana, wiedział jedynie, że nie potrafi oderwać wzroku od zwłok swojej rodziny. Ciała, twarze, które przetrwały wyglądały, jakby ich właściciele przed śmiercią całkowicie pogodzili się ze swoim potwornym losem.
— Nie... — słowo zabrzmiało żałośnie cicho w pustej przestrzeni. — Nie, nie, ne... — powtarzał z rozpaczą, której nie mogły opisać żadne słowa, gdy nagle z głębi sali dobiegł go mroczny, drwiący śmiech. Powoli odwrócił głowę. Za tronem wyrastała ogromna postać zbudowana z czystego cienia, której ciało przypominało wirującą masę dymu i gęstej ciemności. Nie miała stałej twarzy - co chwilę przybierała inną formę, raz przypominając człowieka, raz bestię, a raz coś potwornego, czego nie potrafił nawet nazwać.
— Tak bardzo chciałeś uratować wszystkich — powiedziała istota, a jej głos wibrował w powietrzu. Ashan zacisnął pięści.
— Zamknij się! — wycedził przez zęby — cień jednak kontynuował z jadowitą satysfakcją, o której jawnie dawała znać cichym, dumnym śmiechem.
— A jednak nikogo nie ocaliłeś. Koniec końców każdy nie żyje.
W tej samej chwili plecy Ashana przeszył tak potworny, piekący ból, że z krzykiem osunął się na kamienną podłogę. Przez moment nie mógł złapać tchu, mając wrażenie, że ktoś rozdziera jego skórę rozżarzonymi do białości hakami. Gdy drżącymi dłońmi rozpaczliwie sięgnął za plecy, zamiast własnego ciała poczuł pod palcami coś przypominającego sypki popiół. Spojrzał na swoje ręce i zamarł - pokrywał je czarny pył. Zobaczył własne plecy, jakby patrzył innymi oczami. Tatuaż osypał się z ciała, a zaraz po nim drugi i trzeci. Wszystkie pieczęcie zamieniały się w proch. Czerwonowłosy patrzył z absolutnym niedowierzaniem, jak potężne pieczęcie, które nosił od lat, zaczynają bezpowrotnie znikać.
— Nie jesteś już ich strażnikiem — wyszeptał cień, a jego głos zdawał się dobiegać zewsząd. — A może… powinnam powiedzieć, że nigdy nim nie byłeś? Biedny, mały, słaby Ashan, bawiący się w rycerzyka na swoim moserciku... — wypowiedź zakończyła paskudnym, drwiącym chichotem, a on nagle odzyskał własną wizję. Zdesperowany spróbował natychmiast przywołać swój ogień, ale nic się nie wydarzyło. Spróbował ponownie, napinając do granic możliwości każdą komórkę ciała, lecz wciąż odpowiadała mu głucha nicość. Po raz pierwszy od wielu lat nie czuł zbawiennego płomienia ani siły fizycznej, która towarzyszyła mu na co dzień; nie czuł żadnego ciepła ani potężnej mocy, a w jego wnętrzu ziała teraz wyłącznie lodowata pustka. Wtedy cień wyciągnął ku niemu dłoń. Czarna mgła zaczęła pełznąć po nogach młodego mężczyzny, powoli i nieubłaganie wspinając się ku górze. Ashan spróbował się poruszyć, uciec, podjąć jakąkolwiek walkę, lecz jego ciało kompletnie nie reagowało. Czuł doskonale każdy mięsień i każdą kość, a jednak stracił nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Strach ścisnął mu gardło. Zdecydowanie nie był to lęk przed samą śmiercią, ale przed tym, co nieuchronnie nadchodziło. Ciemność dotarła do jego piersi, potem szyi, aż w końcu brutalnie objęła całą twarz, a w jednej chwili wszystko wokół ucichło. Zniknęły krzyki, ogień i wiatr, pozostawiając jedynie głęboką, nienaturalną ciszę. Ashan nadal widział, słyszał i logicznie myślał, ale stał się absolutnym więźniem we własnym ciele. Z przerażeniem patrzył, jak jego własne ręce unoszą się bez udziału woli, jak nogi same się prostują, po czym posłusznie prowadzą go przed tron, i jak na jego twarzy wykwita szeroki uśmiech, którego sam nigdy by nie wyraził. Był tylko marionetką – w pełni świadomą każdego ruchu, a jednocześnie całkowicie bezsilną wobec woli oprawcy. A wtedy cień przemówił po raz ostatni, a jego głos ociekał triumfem.
 — Wreszcie przestałeś stawiać opór…
W tym samym momencie Ashan poczuł w sercu ten charakterystyczny, bolesny ścisk, który zawsze towarzyszył mu w trakcie przemiany. Otworzył usta, chcąc wydać z siebie rozdzierający krzyk... I właśnie wtedy obudził się gwałtownie we własnym łóżku. Serce tłukło mu się szaleńczo w piersi, a koszula była całkowicie przemoczona od potu. Rozejrzał się nerwowo dookoła, próbując złapać grunt pod nogami.
— Kurwa… — warknął wściekle, łapiąc się oburącz za głowę. Oddychał chaotycznie, desperacko próbując uporządkować to wszystko w myślach. Ten pierdolony sen. To był tylko kurewsko nieprzyjemny, chory sen. Zsunął się z łóżka i szybkim krokiem ruszył do łazienki, chcąc za wszelką cenę przepłukać twarz. Zatrzymał się przed miską z wodą osadzoną na marmurowo-drewnianej półce, zaczerpnął dłońmi lodowatego płynu i potarł skórę, próbując zmyć z siebie resztki koszmaru. Frustracja i lęk wzięły jednak górę. Z całej siły uderzył pięścią w lustro, które natychmiast pękło z głośnym trzaskiem. Przez sieć pęknięć, w wysokim zwierciadle stojącym w kącie, dojrzał nagle odbicie swoich własnych pleców. Coś mu drastycznie nie pasowało. Ostrożnie wziął do ręki jeden z ostrych, połamanych kawałków szkła, aby dokładnie obejrzeć skórę. Tatuaże dalej tam były, ale zdawały się jakieś inne… jakby bledsze. Nie, to niemożliwe. To była tylko jego własna wyobraźnia, która musiała stroić sobie z niego teraz jakiś zjebany żart. Ignorując narastający niepokój, założył czarną koszulę i przeszedł z powrotem do sypialni. Usiadł ciężko przy pianinie, drżącymi palcami chwycił papierosa, którego natychmiast odpalił i uderzając w klawisze, zaczął grać cichą, uspokajającą melodię.
— Ashan? — usłyszał nagle cichy, znajomy głos. Oderwał na chwilę dłonie od klawiszy i spojrzał w stronę drzwi, wypuszczając wolno gęsty dym z nosa. W progu sypialni stała Darcy, jego najmłodsza siostra. Widok jej żywej, uśmiechniętej twarzy przyniósł mu natychmiastową, niemal fizyczną ulgę, brutalnie zmazując z pamięci potworny obraz jej szmaragdowych, gasnących oczu z koszmaru.
— No tak, zanim zapytasz, czemu, tutaj jestem, to… po prostu nie mogłam spać — zaczęła dziewczyna, wchodząc głębiej do pokoju i niosąc w ręku ciemną butelkę. — Tyle się dzisiaj działo, że ja pierdole… na dodatek z mojego pokoju wyjątkowo głośno było słychać te pierdolone wyznania naszych cudownych rodziców. Są dzisiaj wyjątkowo i kurewsko głośno, ale nikogo poza mną… i Tobą, najwyraźniej, to nie obudziło. Przyszłam z darami, mam winko, całkiem cierpkie. A skoro już tu grasz… to co powiesz na mały duecik?
— Wskakuj, zanim zmienię zdanie — mruknął Ashan, przesuwając się na ławce i robiąc jej miejsce. Darcy usiadła obok niego z szerokim uśmiechem, wyciągając korek z butelki i podając mu alkohol.
— Zajebiście, że nie śpisz. Dobrze pograć w samym środku nocy, zupełnie jak za dawnych lat. Zresztą Ty moja droga stara dupo, od zawsze potrafiłeś genialnie wczuć się w moje ulubione klimaty. Nocna atmosfera tylko dodaje Ci skrzydeł. Wypisz, wymaluj Ashani w pełnej krasie!
— Bo do normalnego życia trzeba mieć odpowiedni podkład muzyczny — odparł z suchym uśmiechem, biorąc solidnego łyka cierpkiego wina i oddając jej butelkę. Ashan uderzył w niskie tony, rozpoczynając kolejną melodię. Tym razem inną. Darcy natychmiast podchwyciła rytm. Jej palce bezbłędnie wbiły się w wyższe rejestry, idealnie uzupełniając jego melodię. Grali czysto, dynamicznie, zaszczepiając w muzyce nutę szaleństwa. W pewnym momencie Darcy, nie przerywając idealnego, szybkiego tempa lewą ręką, prawą sięgnęła po jego paczkę papierosów. Chwyciła jednego i odpaliła, zaciągnęła się głęboko, chcąc wyglądać równie mrocznie jak muzyka, którą tworzyli, ale natychmiast skrzywiła się, zakrztusiła i wypluła dym z głośnym kaszlem.
— Ja pierdolę, jakie to jest obrzydliwe, dalej smakuje jak kurwy i koks… jak ty możesz to gówno palić? — zaklnęła, machając ręką przed twarzą, choć na jej ustach malował się szeroki uśmiech.
— Trzeba umieć się trzuć. Poza tym… skąd wiesz jak smakują kurwy i koks, hm? — zaśmiał się cicho Ashan, płynnie przejmując jej partię na klawiszach, żeby utwór nie stracił impetu. Darcy poruszyła wymownie brwiami, wracając jednocześnie do gry. Cztery ręce tańczyły po klawiaturze w szaleńczym, horrorowym tempie, a ponure dźwięki mieszały się z ich cichym rozbawieniem. Nagle dziewczyna zniżyła głos i z demonicznym, niemal teatralnym uśmiechem zaczęła cicho nucić tekst.
— Zyg, zyg na kościach, uderzaj we dzwon... królestwo gnicia zaprasza na tron!
— Przestań, bo to robi się kurewsko klimatyczne — rzucił z rozbawieniem Ashan, uderzając potężny, finałowy akord, który zatrząsł pomieszczeniem. Darcy zaśmiała się głośno, opierając głowę o jego ramię. Potem sama przeszła do kolejnego utworu, śmiejąc się pod nosem. Tym razem zaczęła śpiewać “Balladę o czarnej śmierci”, a on przygrywał, odpalając kolejnego papierosa.
— Chuj Ci w dupeeee…. — zaśpiewała, przerywając na chwilę refren, po czym wróciła do grania. Ciepło bijące od siostry i ta czysta, nieskrępowana bliskość powoli wypierały lęki zrodzone przez chory koszmar. Patrząc na Darcy, Ashan oddychał spokojnie, a w jego myślach z chaosu zaczynała rodzić się iskierka nadziei, że nie jest bezużytecznym bratem i zakałą dla tego narodu. Powtarzał sobie w duchu, jak mantrę, że wszystko będzie dobrze. Bez względu na to, jakie demony rzucały mu wyzwanie w ciemnościach nocy - da radę. Ocali ich. Ochroni tych wszystkich bliskich sobie ludzi, obroni cały kraj i nie pozwoli, by jakikolwiek cień kiedykolwiek odebrał mu to, co kocha. A blaknące tatuaże? To była tylko jego wyobraźnia. W końcu, pierwszy raz w życiu, miał prawie wszystko czego potrzebował. Gdyby jeszcze tylko Luna tutaj była… 




______
zaczynam sobie taką parabellumową serię ^^



Misja Bellhardzi - Wyznawcy Jedynego III

    Po zabandażowaniu rany Akane podniosła się z taboretu i spojrzała po odzieży, którą dostała od Alli. Wróciła wzrokiem do dziewczyny.
- Dziękuję - kiwnęła jej głową, po czym nałożyła sukienkę na to co miała aktualnie ubrane.
- Liczyłem na mały pokaz - padło z ust Aku, który nadal ją bacznie obserwował. An przesunęła po nim jedynie spojrzeniem, bardzo było wymowne. Alli z kolei szturchnęła brata w rękę. Pokręciła głową i sama wstała, by ogarnąć zakrwawione przybory.
- Jestem wdzięczna za pomoc, przy okazji zwrócę sukienkę - zapowiedziała, ruszając w stronę drzwi wyjściowych, ale kiedy już je uchylała Aku pojawił się przy jej ramieniu i zatrzasnął je, przytrzymując dłonią.
- A gdzie Ty się wybierasz? - zapytał dziwnym, spokojnym, pozbawionym emocji głosem. Akane skrzyżowała z nim spojrzenie i zmarszczyła czoło. To co od niego czuła zdecydowanie jej się nie podobało. - Myślisz, że moja siostra tak za darmo wszystkich składa? - uniósł brew.
- Aku... - Alli zrobiła krok w ich stronę, ale brat zatrzymał ją gestem dłoni. Dziewczyna zwiesiła głowę i zamilkła.
- Nie ma problemu, mam pieniądze, mogę zapłacić - odpowiedziała An, mimo wszystko nie chciała eskalować tej sytuacji. Chłopak zaśmiał się kpiąco.
- Pieniądze? Kiedy ja nie chcę pieniędzy... - odparł ze specyficznym uśmieszkiem.
- Ty? A co Ty masz do tego? Ona mi pomogła... - tu przechyliła się w bok by wyjrzeć zza niego na dziewczynę. Wyglądała na strasznie stłamszoną. Czerwonowłosy zacmokał i wyraźnie rozczarowany pokręcił głową.
- Jak wróci Jedyny to ukróci te pyskate gęby bab - powiedział bardziej do siebie, a An lekko uniosła brew. Jedyny? Pyskate gęby? No niezły jej się przypadek trafił.
- Po co to utrudniasz? Po prostu mnie wypuść, to Ci pyskatej gęby przed twarzą ubędzie - odparła.
- Nie - uśmiechnął się cynicznie. Akane uniosła brwi i pokręciła głową. Cofnęła się o dwa kroki, obróciła na pięcie i ruszyła w stronę najbliższego okna. Nie będzie się szarpać z idiotą, kiedy w ich oknach nawet szyb nie było. Zrobiła jednak tylko trzy kroki, bo zaraz złapał ją za nadgarstek i pociągnął mocno w tył, tak, że przydepnęła sobie nieco za dużą kiecę i upadła pośladkami na podłogę. Spiorunowała go wzrokiem.
- Tknij mnie kurwa raz jeszcze, a nim przybędzie ten Twój Jedyny to pewna pyskata gęba ukruci Cię o głowę! - warknęła. Patrzył po niej z wyższością i satysfakcją w oczach.
- Strażnicy na pewno bardzo się ucieszą - rzucił i uśmiechnął się zadowolony. - Na taką wkurwioną to nawet chętniej sobie popatrzę - szepnął. An zacisnęła zęby. Co za chory typ, był po prostu chory, a kiedy tylko patrzyła mu w oczy to utwierdzała się w tym przekonaniu. Czuła intencje, były tak samo chore jak on sam. Alli w końcu się ruszyła i kucnęła przy Akane, lekko ją osłaniając.
- Daj spokój, Aku, proszę... Nie wszystkich musisz sprawdzać, nie tak... Po prostu ją wypuść - poprosiła. Nawet na nią nie spojrzał, wgapiał się w twarz Akane z perfidnym uśmiechem. Oblech... Rzygać się jej chciało, gdy na niego patrzyła.
- Nie ufam jej, nigdzie nie pójdzie - oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Alli zacisnęła usta i przepraszająco spojrzała na krótkowłosą. I co? I tyle? Zamierzała mu pozwolić?! O co tu chodziło?! Czuła od niej żal, żal, ale i uległość.
- Chyba kpicie, na mnie ktoś czeka, nie zamierzam dać się tu przetrzymywać - oznajmiła i chciała wstać, wtedy aura Alli uległa zmianie. Uległość wzięła górę. An została przytrzymana przy podłodze. Szarpnęła się kilka razy, jednak Aku zaraz przyszedł wesprzeć siostrę, przyłożyli jej coś wilgotnego do ust i nagle ją po prostu ścięło. Tego nie przewidziała.
 
***

    Pierwsza wróciła świadomość, niestety, bo pierwsze co usłyszała to odgłosy tych specyficznych jęków i posuwisty ruch jakiegoś mebla. W pierwszej chwili łzy napłynęły jej do oczu, ale wtedy zaczęło do niej powoli docierać, że to nie ona się rusza, że dźwięk dochodzi z pomieszczenia obok, a jęki wydają dwie strony. Słyszała i męski, i żeński głos. Ktoś ewidentnie się pieprzył za ścianą... Ściana, tak... To było w pokoju obok. Powoli wracało jej czucie w palcach, później kończynach. Kiedy była już w stanie się poruszać, tam po sąsiedzku właśnie szczytowali. Wzięła głębszy wdech i chciała się podnieść do siadu. Udało się, ale poczuła napór na nadgarstku. Zamrugała oczyma, przytrzymała sobie głowę, bolała i czuła się jakaś taka bez energii. Obraz przed oczami był trochę zamglony, ale zauważyła kształt przy swojej dłoni. Kajdanki? Od razu zaczęła się szybciej rozbudzać. Szarpnęła ręką.
- To jakiś pieprzony żart... - syknęła do samej siebie. W tych kajdankach było coś dziwnego, czuła się jakoś tak... Wybrakowana? Zaczęła się zastanawiać o co chodzi, a wtedy drzwi pokoju obok otworzyły się. Wyszedł zza nich Aku, całkowicie goły, z powoli opadającym sprzętem.
- No dzień dobry śpiąca królewno - uśmiechnął się do Akane w tej swój specyficzny sposób. Patrzyła po nim z obrzydzonym wyrazem twarzy. Może i ciało miał ciekawe, ale sam sobą tak bardzo ją odpychał, że odruch wymiotny wyrwał jej się automatycznie. Chłopak zaśmiał się gardłowo. - Źle się czujesz? Jak mi przykro... Widziałaś już swoje bransoletki? - rozciągnął usta w specyficznym uśmiechu.
- Was naprawdę posrało... - rzuciła, kręcąc głową. Myśleli, że kajdanki ją tu zatrzymają? Amatorzy.
- Urocza jesteś. Nie próbuj nawet nic palić, bo Ci się nie uda - puścił jej oko i pokazał na swój nadgarstek, po czym zadowolony odwrócił się na pięcie i ruszył przemyć. Emanował zupełnie inną energią. Nadal nieprzyjemną, ale inną. Spojrzała na kajdanki... Nie uda się, tak? Dziwne... Wyraźnie czuła, że jej psychoaktywne zdolności działają, ale... Spojrzała po podłodze i kiedy próbowała poruszyć lekko drobinami piasku, te ani drgnęły. No nieźle... Spojrzała za Aku. Skąd zwykły feniks ma takie cacka? Jego zabawki w jakiś sposób blokowały część jej umiejętności. Pewnie dalej by się nad tym zastanawiała, ale zaraz drzwi do pokoju obok znowu się otworzyły i wyszła zza nich Alli, okryta jedynie czymś w stylu prześcieradła. Akane uniosła wysoko brwi. Zaraz... Czy oni...? Razem? Ze sobą...? Skrzywiła się tak bardzo, że aż ją to zabolało i tym razem jednak po prostu zwymiotowała. Alli dość szybko znalazła się obok niej i spojrzała z troską.
- Wszystko dobrze? - zapytała. Nie było od niej czuć fałszu, ale kiedy dotknęła ramienia An, ta uderzyła ją w dłoń i pokręciła głową.
- Serio pytasz?! - syknęła. Alli przyłożyła palec do ust.
- Cii, proszę. Musiałam, on by nie odpuścił... Widziałam to w jego oczach... On... Nie dałybyśmy rady. Ja... Ja nie mogłabym go zranić... To mój brat... - zaczęła tłumaczyć.
- Och, doprawdy? - An przesunęła spojrzeniem po jej zasłoniętym ciele i uniosła wysoko brew. Przed chwilą się z nim pieprzyła. Alli zacisnęła usta, ale spojrzała trochę bardziej hardo w oczy Akane.
- Nie każdy chce brudzić naszą krew, myślałam, że to akurat rozumiesz... - rzuciła z wyrzutem.
- Hę? Brudzić? Pewnie, że nie chcę jej brudzić, ale z bratem?! Czy Ty... Wy... Zakładacie, że będzie z tego potomstwo?! - wyraźnie się zdziwiła. Alli też spojrzała na nią pytająco.
- A niby co innego ma być? Po to jest seks, prawda? Idziemy śladem Jedynego. Krew z krwi, najczystszy z możliwych, Bellhard nad Bellhardami... - mówiła. Akane patrzyła po niej z niedowierzaniem.
- Śladem Jedynego? - powtórzyła. Co za ciemnogród...
- Tak, Jedynego! - Alli wyraźnie się zirytowała. - Może nie każdy to popiera, ale my tak! Prawowity książę kiedyś do nas powróci i przywróci tu porządek! - zaznaczyła twardo. Czyli o to chodziło... Akane oparła się o ścianę i patrzyła po Alli, dalej nie dowierzając.
- Porządek? Zamknie mordy wyszczekanym babom? Naprawdę popierasz taki porządek? - spojrzała jej w oczy. - Naprawdę o taką przyszłość dla siebie samej chcesz walczyć? A co jak zajdziesz w ciążę i urodzisz córkę? Dla niej też chcesz takiego losu? - zasypała ją pytaniami. Alli spuściła głowę. An czuła, że dziewczyna walczy z samą sobą. Przecież też miała iskrę, widziała to, widziała nim do domu wrócił jej... słowo "brat" nie mogło przejść przez myśli. Obrzydziłoby jej to tą rolę, a swojego brata kochała nad życie i nie zamierzała do tego doprowadzić. Nastała chwila ciszy. - Poza tym... - dalej mówiła An - ... po jaką cholerę na kogokolwiek czekać? Hm? Nie sądzisz, że przydałoby się wziąć sprawy w swoje ręce? - zapytała. Alli podniosła na nią spojrzenie. Kącik jej ust drgnął ledwo widocznie, patrzyła teraz na Akane, jakby widziała kogoś innego.
- Muszę Cię z kimś poznać... - zaczęła, ale wtedy kotara łazienkowa się odsłoniła, a wzrok Aku zmienił się drastycznie, gdy zobaczył siostrę przy krótkowłosej. Ruszył z kopyta, Akane w odruchu odsunęła się najdalej jak jej pozwalały kajdany. - Aku nie! - krzyknęła Alli, jednak została zlekceważona. Chłopak strzelił fiołkowookiej w twarz, a siła uderzenie rozcięła jej wargę. Głowa odwróciła się w bok pod wpływem ciosu.
- Nie będziesz jej nastawiać przeciwko mnie! - warknął. Akane spojrzała na niego, zebrało się w niej sporo gniewu, co chyba dało się zobaczyć w spojrzeniu, bo czerwonowłosy cofnął się o krok, poczuła też od niego to specyficzne ukłucie niepewności i lęku, który się w nim obudził. Lekko, ale jednak.
- Och, nie muszę... - oblizała ranę przy ustach. - Sam robisz to perfekcyjnie... - podsumowała, nie spuszczając z niego oczu. Prychnął pod nosem. Alli wstała z podłogi, owinęła się ciaśniej materiałem i spojrzała na brata.
- Zostaw ją, nie nadaje się, sprawdziłam... Ona... - zaczęła, ale zamilkła, gdy na nią spojrzał, drgnęła nawet lekko.
- Sam to ocenie - przesunął spojrzeniem po siostrze i ruszył do pokoju obok, trzaskając za sobą drzwiami. Alli przymknęła oczy, drżąc lekko na to trzaśnięcie. Spojrzała po Akane.
- Pomogę Ci... - szepnęła. - Po obiedzie, zajmę się nim, jak zawsze... Wtedy uciekniesz - dodała. An spojrzała po niej uważnie. Znowu, nie czuła fałszu... Obawiała się, że Alli może za coś takiego nieźle oberwać, ale teraz... cóż, aktualnie bardziej patrzyła tu na siebie. Miała dość tego miejsca... Skoro tak mogła się wyrwać, to nie zamierza narzekać.
 
***

    Alli jej nie okłamała. Kilka godzin później dostała nawet małą porcję obiadu, nie zjadła, ale to nie było istotne. Ważne było, że razem z porcją dostała też kluczyk od kajdanek. Tak jak było powiedziane, po obiedzie parka znowu poszła się parzyć, a ona wykorzystała tą chwilę na ucieczkę. Przy okazji przywłaszczyła sobie kluczyk do kajdanek. Wyszła oknem, co by przypadkiem żadne drzwi jej nie zdradziły. Bolała ją głowa, twarz, miała rozciętą wargę. Niechlujnie ścięte włosy targał wiatr, a skóra przy nadgarstku nosiła znamiona ciasnych kajdanek. Czuła zmęczenie, dobrze, że chociaż otumanienie lekiem już zniknęło. Biegła... Biegła w stronę chaty. Lexi na czas zadania, przydzieliła jej niewielki domek z ukrytym, ewakuacyjnym korytarzem. Wbiegła do niego, zatrzasnęła drzwi, zrzuciła z siebie suknię Alli i przywarła do drewna plecami, uspokajając myśli oraz oddech. Nie było jej dobre dwadzieścia cztery godziny, miała wyjść tylko na zwiady. Ktoś mógł się martwić, dziewczynki na pewno się zdziwiły, że nie przyszła ich na noc ucałować. Do oczu znowu napłynęły łzy. Cholera... Dopiero teraz docierało do niej co ten popierdoleniec chciał zrobić. Docierało do niej jak wiele miała szczęścia, że jednak nie spełnił swoich obleśnych fantazji. Jeszcze kilka głębszych oddechów... Bardzo chciała przytulić dzieci. Jedyny plus jaki w tym wszystkim widziała, to że chociaż udało się dowiedzieć czegoś ciekawego. Najwyraźniej pewien odłam wyznawców Bellhardów czekał na swojego wybawcę. Jedynego. Prawowitego księcia. Książę był wymysłem, czy może rzeczywiście istniał ktoś taki? Pokręciła głową. To już raczej zostawi ludziom Kapłanki do rozwiązania. Ona aktualnie nie miała ochoty więcej się dowiadywać, nie w tym temacie. Miała jeszcze inne tropy do sprawdzenia. Teraz ruszyła w stronę ukrytego wejścia, to w nim zdjęła swoje przebranie, wypiła też miksturę, odpowiedzialną za przywrócenie prawowitego koloru jej oczu. Spojrzała po zmasakrowanej peruce. Nie było tragedii, da się ją doprowadzić do ładu i jeszcze wykorzystać. Wzięła jeszcze kilka uspokajających wdechów i ruszyła, ruszyła do wyjścia, a potem prosto do swoich dzieci.


The End

_________________________________________________
Bez obaw, to tylko jedna z misji naszej Pöllö, szykują się jeszcze inne. ^^


Misja Bellhardzi - Wyznawczy Jedynego II

    Dziewczyny mierzyły się przez chwilę spojrzeniem, Alli odpuściła jako pierwsza, odsunęła się od kuchennego blatu i ruszyła do jednego z pokoi.
- Poczekaj, przyniosę Ci ciuchy - poinformowała. An miała chwilę by wypuścić powietrze ustami. Rozejrzała się jeszcze raz, uważnie po domostwie. Wyglądało dość standardowo jak na tutejsze warunki. Ani za biednie, ani za bogato. Nie widziała nic co by jakoś bardziej ją zaniepokoiło. Głowna izba, pokój, do którego weszła dziewczyna a poza tym... zrobiła kilka kroków po pomieszczeniu. Tak, za zasłoną małe pomieszczenie do przemycia się, dwie pary zamkniętych drzwi. Wychodek zapewne na zewnątrz. Alli oparła się o framugę drzwi swojego pokoju i patrzyła po krótkowłosej. Uśmiechnęła się pod nosem. W dłoni trzymała luźne ubranie, była tylko trochę wyższa od nowo poznanej, więc powinno jej pasować.
- I co? Znalazłaś coś niepokojącego? - zapytała. An zatrzymała krok i obejrzała się na nią przez ramię. Przesunęła wzrokiem po całej jej posturze.
- Tak - odpowiedziała krótko i sama uniosła kącik ust. - Twoje niepokojące zaangażowanie w pomoc mi - odpowiedziała i odwróciła się przodem do dziewczyny. Alli zaśmiała się, przytaknęła jej głową i podeszła, podając suknię.
- Racja, pewnie nie co dzień ktoś pomaga Ci się ukryć przed psami Parabellum - zauważyła.
- Psy Parabellum? - dalej patrzyła po niej podejrzliwie. - Nad wyraz otwarcie mówisz o nich z tą swoją niechęcią - zauważyła, przyjmując ubranie. Alli wzruszyła ramionami i kiwnęła głową na ranę An.
- Chodź, najpierw to opatrzymy, po co masz brudzić krwią materiał - poleciła i ruszyła do kuchni po odpowiednie przybory. Akane nie przestawała jej obserwować, musiała przyznać, że dom ten był dość solidnie wyposażony w opatrunki i tym podobne. Zrobiła te kilka kroków za gospodynią, a potem po prostu usiadła na taborecie przy stole.
- Nie sądzę by szycie było konieczne - zauważyła. Alli kiwnęła głową.
- Masz rację, ale opatrunek się przyda - wzięła co potrzebowała, nabrała nieco wody z miski i usiadła na taborecie naprzeciw krótkowłosej. An podała jej rękę bez słów, a ona zaczęła przemywać ranę.
- A więc? Skąd w Tobie tyle... - słowo jej na chwilę uciekło, musiała poszukać go w pamięci - ... uczynności? - dokończyła. Długowłosa uśmiechnęła się lekko, ale nie odrywała wzroku od swojego zajęcia.
- Ciekawość? Wizja? Wiara? - dopiero teraz skrzyżowała wzrok z Akane. Patrzyły po sobie w milczeniu, Alli jednak zaraz westchnęła. - Widziałam co umiesz ze sztyletem, słyszałam Cię przy fontannie, Ciebie i tego Twojego kochasia - wzruszyła ramionami.
- To nie jest mój kochaś - sprostowała An, a Alli uśmiechnęła się pod nosem.
- Dobrze wiedzieć - stwierdziła i znowu skrzyżowała z nią wzrok. Akane uniosła jedną brew i może nawet by coś powiedziała, ale nagle mimika twarzy Alli dość mocno się zmieniła, a drzwi domu otworzyły się dość agresywnie. Do środka wszedł młody mężczyzna, rzucając siarczyste obelgi w stronę cholera wie kogo. Akana spięła się odrobinę, typ emanował nad wyraz dziwną energią. Aż na kark wstąpiły nieprzyjemne dreszcze. Zatrzymał się gwałtownie na widok dziewczyn, zacisnął wargi i spiorunował Alli wzrokiem.
- Co to za jedna?! - warknął, od razu zmniejszając dystans, przeczucie mówiło Akane, że zaraz jej przywali, jego czerwone tęczówki kipiały wręcz agresją.
- Przestań! - Alli podniosła się i zaszła mu drogę, rozkładając ręce na boki. An od razu przeniosła dłoń na rękojeść sztyletu i zmieniła pozycję, gotowa się bronić. Spojrzała hardo w oczy faceta i patrzyli tak po sobie chwilę.
- Miałaś tu sieroto nikogo nie sprowadzać! - czerwonowłosy w końcu zerwał kontakt wzrokowy z krótkowłosą i spojrzał w oczy drugiej dziewczyny.
- Nie nikogo! - fuknęła na niego i chwilę patrzyli po sobie. Ewidentnie ich spojrzenia były teraz porozumiewawcze. Atmosfera była gęsta, w końcu jednak chłopak znowu spojrzał na An.
- Ona? Ten karakan? - parsknął pod nosem.
- Ten karakan może zaraz Ci skopać rzyć - wtrąciła się krótkowłosa, nie wstając z miejsca.
- Och, doprawdy...? - chciał zrobić krok w jej stronę, ale druga dziewczyna dalej stała mu na drodze.
- Doprawdy - zwróciła się do niego długowłosa. Znowu po sobie spojrzeli. Chłopak parsknął pod nosem po raz kolejny i przestał napierać na dziewczynę przed sobą. Odwrócił się i zaczął nerwowo chodzić po chacie, kręcił kółka. Alli uspokoiła oddech i spojrzała po An. - Wybacz, to mój brat. Jest... nieco przewrażliwiony - chciała go jakoś wytłumaczyć.
- Nieco? - Akane uniosła jedną brew, Alli uniosła ledwo widocznie kącik ust, a Pan agresor zerknął w jej stronę z dość wymownym wyrazem twarzy.
- Daj tą rękę, jeszcze chwila i będzie koniec... - długowłosa przywołała ją gestem. Ta dopiero teraz puściła rękojeść sztyletu i podała rękę, zerkała jednak w stronę mężczyzny. Przez spięcie mięśni rana znowu trochę mocniej krwawiła. Chłopak pochodził chwilę, ale chyba niewiele mu to dało, stanął zaraz za plecami siostry i bacznie obserwował zarówno ranę, jak i samą nieznajomą.
- Pöllö, Aku, Aku, Pöllö - przedstawiła ich sobie. Akane nie spuszczała go z oczu, typ był podejrzany i to bardzo.
- Miło poznać... - rzucił, mrużąc przy tym oczy. Akane nic nie odpowiedziała, posłała mu krótki, sztuczny uśmiech. Bardzo jej coś w nim nie pasowało.

 
 
CDN.
_____________________________
Tak, wiem, nie ta ręka, ale się chat uparł. xD 
^