WIEŚCI ZE ŚWIATA

Helga zrywa sojusz z Phyonix! Nikt nie będzie bezczelnie palił jej królestwa!

Lerodas szykuje się do największego ślubu w historii. Przy tym wszystkim co się dzieje, ślub zdaje się miłym zapomnieniem. Gratulacje dla Wana i Fei.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

Polsza wystawia nowy list gończy i proponuje niebotycznie wysoką nagrodę. Byłą księżniczkę Polszy - Gabrielę - Perun pragnie dostać żywą!

10 sierpnia 2026

Spisane przez: Natsu

I walk the twilight through... I search for the echo of one lost dream...




Kochana Orianno,

Na wstępie chcę zaznaczyć, że gdybym była Klarą, to potrafiłabym wyskrobać dla Ciebie piękny i kwiecisty list, który zająłby mi osiem stron, a sześć z nich stanowiłyby opisy moich uczuć, czy też tego, co widziałam lub słyszałam… Ale nie jestem Klarą, więc nie spodziewaj się ode mnie poezji, metafor o zachodzącym słońcu ani porównań do najpiękniejszych kwiatów w całym Mathyr.

Chociaż... może jeden kwiatek Ci się należy...

Nie wiem właściwie, od czego zacząć. Zawsze wydawało mi się, że najtrudniej jest napisać list wtedy, kiedy ma się komuś naprawdę dużo do powiedzenia. Kiedy człowiek zaczyna układać sobie wszystko w głowie to nagle każde słowo staje się jakieś nieodpowiednie. Zbyt zwyczajne... a ja chciałabym ci powiedzieć, że bardzo się cieszę, że cię poznałam.

Brakuje mi Ciebie.... Brakuje mi twoich uwag, sposobu patrzenia na rzeczy czy uroczych rumieńców, które to robiłaś. Brakuje mi twojego zachwytu do świata i sprawdzania tego wszystkiego co cię otacza i choć nie chcę tego pisać to dla ciebie to zrobię... brakuje mi nawet twojego zauroczenia do cholernego Satoru i szaleństwa na punkcie zołzowatej Ennis...

Mam nadzieję, że kiedy to przeczytasz w swoim domku w Argarze to będziesz bezpieczna. Że dom ten dalej będzie stał, a ty będziesz miała coś ciepłego do jedzenia. Mam nadzieję, że obok ciebie będzie ktoś, kto poda ci dłoń, w razie gdybyś potrzebowała pomocy i że ty tę pomoc przyjmiesz... bo mnie już tu nie będzie.

Nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy, ale chciałabym żebyś wiedziała, że to nie twoja wina, że stąd odchodzę. Nie twoja. W żadnym wypadku twoja. Nie uciekam, Ori, ale on tak. Mohe ucieka. Ucieka przed czymś, czego nie jestem w stanie jeszcze dobrze zrozumieć. Jego życie wisi na włosku, a ja postanowiłam iść wraz z nim.

Jest ojcem mojego dziecka, Orianno. Jestem w ciąży i strasznie się tego boję. Tego co będzie z Bąbelkiem, tego jak Mohe postanowi się do tego odnieść... bo nie jest kolorowo. Nie zrozumiał mnie, kiedy powiedziałam mu, że urodzę czy jemu się to podoba czy też nie i później również... może źle mu to wszystko tłumaczę, ale nie wiem już jak to zrobić lepiej.

A teraz on się boi... byś go zobaczyła w tamtej chwili, takiego spanikowanego... takiego... bezbronnego. Serce mi zamarło w piersi, ale nie pozwolę im go zabrać. Nie pozwolę im go zabić. Spalę, jeśli będę musiała.

Nie szukaj mnie, Orianno. Zmierzam w stronę Phyonix, ale nie wiem czy będzie mi dane tam dotrzeć. W najgorszym wypadku już nigdy się nie zobaczymy. W najlepszym... napiszę do ciebie, jak już będę bezpieczna... choć twoje zniknięcie wprawia me serce w żal. Nie dałaś żadnego znaku życia. Nie wiem gdzie jesteś i dokąd poszłaś i szczerze mówiąc... mam ochotę ci przypalić te twoje cztery litery... za twoje głupie i zuchwałe wychodzenie... i to jeszcze samotne. Zanim cokolwiek powiesz to przypomnę ci tylko, że ja idę z Mohe. Nie będę sama.

Dbaj o siebie, Orianno.
I proszę - wróć do mnie, cała.
Twoja Emma

9 sierpnia 2026

Spisane przez: Natsu

Listy Acaira - odsłona druga

 


Onyx, 

Nie wiem, kiedy odczytasz tę wiadomość, ale mam nadzieję, że to zrobić. Chciałbym wiedzieć, czy żyjesz... posłałem wieści, że cię szukam, posłałem zapytanie... parę osób mi odpowiedziało, że nigdzie cię nie widziało. Zniknęłaś... znowu to zrobiłaś. Znowu nie dałaś znaku życia i po prostu zniknęłaś. Nie wiem co mam o tym myśleć... 

Jeśli mnie szukasz... to jestem tam, gdzie zwykle. W tym samym lesie, w tej samej chacie... ale już nie ten sam co zawsze. Coraz częściej przerażają mnie moje własne myśli. Moje własne chęci... Boję się, że w końcu się im poddam. 

Wojna zbiera swe żniwo. Rannych nie ma końca, rąk... nie potrafię już domyć z cudzej krwi... niezależnie od tego jak mocno je szoruję, a pakunek, który otrzymałem... pochłania znaczną część mojego życia. 

Niedługo stąd ruszam.... i nie będzie ze mną kontaktu... Ruszam, bo boję się narazić innych na niebezpieczne konsekwencje... 
 A. 

Jak zwykle dołączam parę ziół. To moja najnowsza mieszanka z domieszką... czegoś potężnego. Kilka kropel wystarczy, żebyś wygrała z każdym przeciwnikiem.   


Ennis, 

Po naszym ostatnim spotkaniu, zostawiłaś mnie z mętlikiem w głowie. Nie wiem, gdzie jesteś i co robisz, ale mam nadzieję, że żyjesz. Dochodzą mnie niepokojące wieści z Fjelldod i mam cichą nadzieję, że ciebie tam nie ma... 

Moje serce podpowiada mi, że jestem naiwny z tym swoim myśleniem... dlatego mam tylko nadzieję, że jesteś bezpieczna i masz przy sobie kogoś, komu możesz zaufać. Kogoś, kto będzie potrafił zaryzykować swym życiem, żeby ci pomóc. 

Nie wiem nawet, czy ten list kiedykolwiek do ciebie dotrze. Myślę też, że nawet jeśli... to na niego nie odpiszesz. Piszę go jednak, bo chyba bardziej od niewiedzy przeraża mnie myśl, że mógłbym już nigdy od ciebie nie usłyszeć ani słowa. Piszę, żeby ci powiedzieć, że nawet jeśli chcesz mnie od siebie odciąć, to ja ciebie nie odcinam. Nigdy cię nie odetnę... 

Niedługo znów wyruszam w drogę... być może nasze drogi przetną się ze sobą, a wtedy cię uściskam, czy tego chcesz czy nie i będziesz musiała wytrzymać to dłużej niż kiedykolwiek. Nie dam ci się mnie odrzucić... 

 A

Trzymaj się z dala od Fjelldod, Ennis, ale jeśli już tam jesteś to... przesyłam ci moją najnowszą miksturę. Kilka kropel wystarczy, by twój wróg obrócił się w proch.


Kochana Grimo i najdroższa Kevusio, 

Mam nadzieję, że jesteście bezpieczne i chowacie się przed wojną. Ostatnio bardzo mi Was brakuje i chciałbym Was zobaczyć i uściskać. Tęsknie za waszym humorem i uśmiechem na twarzy. Za naszymi przekomarzankami i kłótniami... 

Wojna zbiera swe żniwo. Jest tu tylu rannych, że nie sposób odpocząć. Czasem mam wrażenie, że nie mogę domyć swych rąk z cudzej krwi, niezależnie od tego jak mocno je szoruję. Czasem zdzieram sobie przez to skórę... ale staram się ukrywać to przed W., by nie dodawać mu większych zmartwień. 

W. się żeni, wiesz? Cały las szykuje się na wielkie wesele. Jego wybranką jest piękna kobieta i całkiem oczytana. Dobrze jej patrzy z oczu, ale cała ta sprawa jakoś tak bardzo mnie martwi i kłuje. Nie wiem tylko, czy to dlatego że W. przestał mnie lubić, czy dlatego że F. jest podejrzana... Mój osąd może być tu przekłamany, więc tym bardziej chciałbym, żebyś tu była i sama to oceniła. Staram się cieszyć jego szczęściem, ale nie widzę w nim szczęścia... widzę po prostu złamanego człowieka... 

Sam chyba też jestem już złamany... czasami przerażają mnie moje myśli i to czego chcą. Przeraża mnie to, że teraz... że potrafię zobaczyć siebie zabijającego innego człowieka. Przeraża mnie to do tego stopnia, że czasem w nocy budzę się z krzykiem i ledwie mogę oddychać... ale staram się iść dalej, żyć dalej. 

Otrzymałem też pewien pakunek, żywy pakunek... ten pakunek... ma słodkie oczka i niewinną buzię, ale jest chyba na mnie wyrokiem. Boję się, że ten pakunek... sprawi, że przyniosę konsekwencję nie tylko na siebie, ale też na W. 

Niedługo stąd odchodzę. W ruchu ciężej zlokalizować pakunek... ciężej zlokalizować mnie, a W. może wreszcie się szczerze uśmiechnie, kiedy mnie nie będzie obok. Może będzie mógł znów dobrze oddychać i zobaczy życie na nowo. 

Nie wiem, kiedy znów będę mógł do ciebie napisać i nie wiem skąd to będzie... mam nadzieję, że jesteście zdrowe i szczęśliwe. Jeśli będę miał pewność, że pakunek i ja... jesteśmy bezpieczni... wtedy spróbuję cię odnaleźć, bo chciałbym Was jeszcze zobaczyć... 

 A. 

Przesyłam ci moją nową miksturę. Kilka jej kropel wystarczy, by człowiekowi rozwiązał się język i rozluźnił się na kanapie. Proszę, tylko nie podawaj jej dzieciom... na nich jej nie testowałem... no i jeszcze małą szmacianą lalkę dla Kevusi. Mam nadzieję, że się jej spodoba.  

22 lipca 2026

Spisane przez: Pingwin

W łonie jej były bliźnięta



Darcy siedziała nieruchomo, z dłońmi złożonymi na brzuchu, chociaż nie potrafiła powiedzieć, kiedy właściwie je tam położyła. Palce jej drżały. Wpatrywała się w odsłoniętą skórę, płaską i wyglądającą dokładnie tak samo jak jeszcze wczoraj. Nic nie wskazywało na to, że w jej wnętrzu miały znajdować się dwie małe istoty. Nie czuła ich. Nie widziała. Wiedziała jednak, że tam były, a ta świadomość rozrastała się w niej szybciej niż jakakolwiek radość.
Dwie córki.
Spróbowała powtórzyć to w głowie łagodniej, tak jak powinno się myśleć o własnych dzieciach. Córeczki. Jej małe dziewczynki. Powinna poczuć ciepło, rozczulenie, może wzruszenie podobne do tego, które ogarniało ją zawsze na widok niemowląt. Powinna natychmiast chcieć je chronić, mówić do nich, obiecywać im cały świat. Zamiast tego poczuła ucisk w gardle i tak silne pragnienie, żeby to wszystko nie było prawdą, że natychmiast cofnęła dłonie od brzucha.
Nie chciała, żeby się urodziły.
Myśl pojawiła się zbyt wyraźnie, żeby mogła udawać, że jej nie było. Darcy zacisnęła palce na materiale spódnicy, jakby mogła przytrzymać nimi własne ciało i nie pozwolić, żeby zdradziło ją jeszcze bardziej. Zrobiło jej się niedobrze. Nie przez ciążę, przynajmniej nie fizycznie. Przez siebie. Jak mogła pomyśleć coś takiego o własnych dzieciach? Nie o jakiejś niechcianej odpowiedzialności, politycznym problemie czy konsekwencji jednej nocy. O dwóch niewinnych istotach, które niczego jej nie zrobiły. Nie wybrały momentu. Nie wybrały wojny, jej wieku, pozycji ani tego, kto był ich ojcem. Nie prosiły, żeby pojawić się pod jej sercem właśnie teraz, kiedy wszystko wokół krzyczało, że nie ma dla nich miejsca.
A jednak Darcy nie potrafiła znaleźć w sobie miejsca dla nich.
Wojna rozlewała się coraz szerzej. Wrogowie wyrastali z ziemi szybciej, niż udawało się ich nazwać. Phyonix potrzebowało następczyni, która będzie trzeźwo myśleć, podejmować decyzje i w razie potrzeby walczyć, a nie głupiej, naiwnej, ciężarnej księżniczki, która budziła się rano z lękiem, czy jej dzieci przeżyją kolejny dzień, która popełniła tak ogromną głupotę dla chwili nic nieznaczącej przyjemności. Miała obowiązki, plany i ludzi, za których już odpowiadała. Nie wiedziała, czy za kilka miesięcy jej kraj nadal będzie bezpieczny, a teraz miała sprowadzić na świat dwie dziewczynki, które od pierwszego oddechu staną się częścią polityki, rodu i sukcesji Będą księżniczkami. Musiały nimi być. Byłyby jej córkami, wnuczkami Kapłanki, dziećmi następczyni tronu. Nie miało znaczenia, że zostały poczęte poza małżeństwem. Przynajmniej nie dla Darcy. Dla innych z pewnością miało. Ludzie znajdą odpowiednie słowa, by zrobić z nich skandal, ostrzeżenie albo narzędzie. Wymówkę do tego, że Lexi Parabellum i cała jej rodzina zwyczajnie nie nadawała się do tego, aby prowadzić ten kraj. Zacisnęła wargi. Będą mówić o nieprawym łożu, choć żadna z dziewczynek nie będzie miała wpływu na to, czy ich rodzice kiedykolwiek stanęli przed ołtarzem. Ona zostanie ladacznicą. Czuła, że właśnie pomogła bardzo wszystkim, którzy chcieli skrzywdzić już żyjących członków rodziny. A Ryu zapewne znienawidzi ich tytuły. Może uzna, że pałac odbiera mu córki, zanim zdąży je poznać. Może będzie chciał zabrać je do Argaru, z dala od dworu, ceremonii i obowiązków, albo w ogóle na koniec świata, z daleka od wszystkiego i wszystkich. Darcy nie mogła mu na to pozwolić, ale nie chciała też zamknąć go poza ich życiem. To będzie tragedia. Po prostu tragedia. Nie miała też pojęcia czego ona chciała. Dziewczynki będą musiały zostać księżniczkami? A może będzie mogła odmówić? Uciec i oszczędzić im tej odpowiedzialności. 
Chciała móc porozmawiać z Ryu. Nie o ich uczuciach ani o tym, co było między nimi. O dzieciach. O strachu. O tym, gdzie będą mieszkały, jak je wychowają i czy potrafią zapewnić im choć odrobinę normalności. Chciała wiedzieć, że kiedy nie będzie umiała podjąć decyzji, on nie odwróci się i nie wyjdzie. Że nie będzie musiała obawiać się każdej trudnej rozmowy. Że będą dla siebie faktycznym wsparciem, nawet jeżeli nic innego pomiędzy nimi nie zostanie. Z kimś musiała to dźwigać, powinna z ojcem jej dzieci, prawda? Nie umiała jednak sobie tego wyobrazić. Nie umiała wyobrazić sobie ich jako rodziny. Nawet nie jako pary — tego nie próbowała. Nie potrafiła zobaczyć ich razem nad dziecięcym łóżeczkiem ani przy stole, kiedy dziewczynki zaczną zadawać pytania. Nie wiedziała, czy Ryu będzie przy niej podczas porodu, czy będzie chciał pierwszy wziąć córki na ręce, czy przestraszy się i zniknie, gdy wszystko stanie się zbyt prawdziwe. Nie wiedziała, czy ona będzie chciała, żeby tam był.
Ręce znowu zaczęły jej drżeć. Darcy uniosła je przed twarz i przez chwilę patrzyła na własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Tymi samymi dłońmi nosiła dzieci z sierocińca, siostrzeńca i całą grupę słodkich pociech z Grandszkola. Za każde z nich oddałaby życie bez zawahania. Kochała dzieci przyjaciół. Kochała swojego siostrzeńca. Kochała każde niewinne życie. Potrafiła pochylić się nad zupełnie obcym niemowlęciem i w jednej chwili uznać, że jego bezpieczeństwo jest ważniejsze niż jej własne.
Dlaczego więc, kiedy chodziło o jej dzieci, chciała, żeby ich nie było?
Zacisnęła powieki, ale łzy i tak przedostały się na policzki. Bała się, że nie pokocha ich bezwarunkowo. Że kiedy pierwszy raz weźmie je na ręce, zobaczy nie córki, tylko wszystko, czego przez nie nie mogła zrobić, że zobaczy tylko to jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby ich w ogóle nie było. Jeszcze bardziej bała się, że w głębi duszy liczyła, że ta ciąża sama się zakończy. Że pewnego dnia obudzi się, a problem zniknie, zanim ktokolwiek jeszcze się dowie. Mogłaby płakać, cierpieć i nienawidzić siebie, ale nie musiałaby zostać matką. Nie musiałaby zastanawiać się, czy jest wystarczająco dojrzała, dobra i silna. Jej życie wróciłoby do poprzedniego kształtu.Tylko, że już na samą myśl o ich utracie jej palce odruchowo wróciły na brzuch. Przycisnęła obie dłonie do skóry, jakby chciała osłonić znajdujące się pod nią życie przed własnymi myślami. Płakała teraz mocniej, cicho i ze złością, bo żadna odpowiedź nie wydawała się właściwa. Nie chciała ich narodzin, ale nie chciała również ich śmierci. Nie wiedziała, czy to oznaczało miłość, czy wyłącznie instynkt, poczucie winy i lęk przed stratą. Chciała kochać je natychmiast, czysto i bezwarunkowo. Chciała poczuć to, co podobno każda matka powinna poczuć, kiedy dowiaduje się o dziecku. Nie czuła. Czuła głównie strach.
Darcy odetchnęła kilka razy, próbując uspokoić dłonie. Nie mogła dzisiaj powiedzieć o tym nikomu. Nie potrafiłaby spojrzeć bliskim w oczy i przyznać, że część niej nie chce, żeby jej córki przyszły na świat. Wiedziała, że będą ją wspierać. Wiedziała, że są wśród nich cudowni rodzice, ludzie zdolni pokochać dzieci tak mocno, że cała reszta świata przestawała mieć znaczenie. Właśnie dlatego ich potrzebowała, nawet jeżeli jeszcze nie mogła powiedzieć im prawdy.

Może ich ciepło okaże się zaraźliwe? Może kiedy będzie patrzyła, jak troszczą się o swoje dzieci, nauczy się wyobrażać sobie siebie w podobny sposób. Może wystarczy mówić o córkach jak o kimś upragnionym, nazywać je swoimi dziewczynkami i powtarzać, że je kocha, aż któregoś dnia przestanie zastanawiać się, czy te słowa są prawdziwe, bo po prostu będą prawdą. Chciała w to wierzyć. Chciała wierzyć, że miłości można się nauczyć, zamiast po prostu czuć. Tony powiedziałby, że teraz w ogóle nic nie czują, tak? Że to tylko zarodki. Jej niechciane małe płody. Darcy przesunęła kciukiem po skórze brzucha i przełknęła ślinę.
— Kocham was — wyszeptała. Słowa zabrzmiały obco i po części fałszywie. Nie umiała sobie uwierzyć. Naprawdę je kochała? To czemu liczyła, że nie przetrwają w jej ciele? Powtórzyła, że je kocha drugi raz, potem trzeci, coraz ciszej, aż przestała wiedzieć, czy mówi do córek, czy próbuje przekonać samą siebie. Chciała, żeby to było prawdą. Chciała obudzić się następnego dnia i już nie liczyć w najciemniejszej części własnego umysłu, że jednak nie przyjdą na świat. Nie wiedziała, czy je kochała. Wiedziała tylko, że rozpaczliwie chciała nauczyć się je kochać, zanim jej strach zrobi im pierwszą krzywdę. Wróciła wzrokiem na zbieraninę przy ognisku, butelkę pomiędzy kołem i wolne miejsce dla niej. Lekki uśmiech wkradł się na jej usta. Była bardzo wdzięczna, że ich miała. Nawet jeśli nie będzie musiała mówić szczerze czy z przekonaniem, oni będą mogli podzielić się z nią ciepłem, dotknąć, zapewnić, że nie jest sama. Jej prawdziwa rodzina… im nie potrafiła powiedzieć zdecydowanie. Nie w najbliższym czasie. Nie umiała. Diego… Diego ją znienawidzi, a nie była gotowa na to. Nie była gotowa rozstać się z więzami, które miała. Odetchnęła. Musiała się przygotować odpowiednio. Poprawiła włosy, odetchnęła głęboko i kilka razy rozluźniła napięte mięśnie twarzy. Pierwszy uśmiech wyszedł źle, zbyt sztywno. Drugi wyglądał jak ten, którego używała podczas oficjalnych spotkań. Dopiero trzeci przypominał jej codzienny uśmiech — ciepły, i wystarczająco szczery, by nikt nie zaczął zadawać pytań. Taki jak zawsze. Nie pierwszy raz ukrywała emocje, ale teraz robiła to w dobrej wierze. Chciała udawać przez chwilę, aż sami wyciągną z niej radość. Wstała i ruszyła w stronę pozostałych. Nie musiała dzisiaj udawać wszystkich emocji. Radość z ich obecności była prawdziwa. Czułość do Grimy, rozbawienie Tonym i wdzięczność wobec Gava czy Akane również. Przyszła w trakcie tłumaczenia zasad, miejsce było ewidentnie pozostawione, pomiędzy Grimą a Gavem, więc nie było sensu go nie zapełniać. Przyszła więc ze swoim codziennym ciepłym uśmiechem, kiedy mogła go już utrzymywać bez większych problemów. Po drodze na miejsce zgarnęła sobie tylko dzbanek z lemoniadą, którą sobie zrobiła, ostrzejszą i kwaśniejszą. Oparła się o ramię Gava. Wiedziała, że wszyscy wiedzieli, więc nawet nic nie mówiła.  Gave zmienił trochę pozycję, obejmując ją tylko ramieniem i pomasował ją po jej własnym. Przymknęła oczy i zacisnęła usta