WIEŚCI ZE ŚWIATA

Helga zrywa sojusz z Phyonix! Nikt nie będzie bezczelnie palił jej królestwa!

Lerodas szykuje się do największego ślubu w historii. Przy tym wszystkim co się dzieje, ślub zdaje się miłym zapomnieniem. Gratulacje dla Wana i Fei.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

Polsza wystawia nowy list gończy i proponuje niebotycznie wysoką nagrodę. Byłą księżniczkę Polszy - Gabrielę - Perun pragnie dostać żywą!

9 czerwca 2020

Spisane przez: Anemone An

"Czy czujesz nadchodzący chłód...?"


Theme

Ennis

30 lat • Istota powiązana z tajemniczą inkantacją • 175cm 

Jestem urodzonym kłamcą
Przyczyną katastrofy morskiej
Jak śpiew syren zwodził marynarzy
tak ja prowokuję cię do złego moimi sztuczkami

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,blackbriar,weakness_and_lust.html
Jestem urodzonym kłamcą
Przyczyną katastrofy morskiej
Jak śpiew syren zwodził marynarzy
tak ja prowokuję cię do złego moimi sztuczkami

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,blackbriar,weakness_and_lust.html

 "Dla niektórych to niebywała rzecz, bez wahania przemieniam plan w działanie. Nie chcę patrzeć wstecz. Brak skrupułów mi, rozważę każdy czyn, to fakty. Dawno znane ci powinny one być... Zapowiada się niezły bal, gdy pokażę wam wnet swą prawdziwą twarz... "

"Normalni wprawiają mnie w lęk, szaleńców u boku chcę mieć..." 

Białe włosy czasem lśniące błękitem, a czasem różem czy fioletem. Rybia łuska, jednak twardsza niż u typowego morskiego stworzenia. Krystaliczne drobinki na całym ciele, świecące delikatnie pod wpływem promieni słonecznych. Brak skrzeli, a jednak możliwość przebywania pod wodą na okres mniej więcej pół godziny. Wyraźne błony między palcami u stóp i dłoni. Płetwa grzbietowa z ostro zakończonymi kolcami. Haczykowate zęby niczym u rekina doprawione ostrymi paznokciami, z możliwością dwucentymetrowego wysunięcia. Ciało pobierające wilgoć z powietrza i skraplające je od czasu do czasu na skórze. Urocza bestyjka z oczyma idealnymi na podwodne oraz nocne przeszpiegi.

"Pytasz co ze mnie za stwór? ... Krwią możesz splunąć na stół..."


POWIĄZANIA

POPRZEDNIA KP



______________________________________________________________
Zapraszamy do wątkowania! ^^
Tytuł: KDA (Evelynn) - VILLAIN Polish cover [AYO]
Tekst: Mad Hatter - cover Ytna
           Ashnikko - Daisy [polish cover by AYO] 
           KIRA - Machine Gun (Polish cover by Ytna)



48 odpisów

  1. Ernest zmrużył oczy, obserwując miotającego się roka. Woda Ennis skutecznie utrudniała bestii utrzymanie równowagi, ale jemu bardziej podobało się to, że odciągała jego uwagę od nich. Im mniej zwierzę myślało o tej dwójce tym lepiej. On w tym czasie przeładowywał kuszę najszybciej jak potrafił. Wyrzucił zwykłe bełty, które w aktualnej sytuacji były jedynie bezużyteczne.
    — Odpowiada mi Skarbie Twój aktualny zapłon — odpowiedział cicho, kiedy załapała o co mu chodzi. Uśmiechnął się lekko pod nosem, chociaż dalej przede wszystkim przemawiała przez niego irytacja. Ze wszystkich możliwych kreatur to musiał być ten bydlak. Oparł kolbę kuszy o ramię i przez krótką chwilę śledził ruchy bestii. Nie celował w łeb. Nie był idiotą. W takich warunkach równie dobrze mógłby rzucać kamieniami. Najlepiej było ustawić się na sam tors w okolicę organów. Nacisnął spust, a bełt przecięł powietrze. Chuja na dobrą sprawę było widać przy tej pogodzie, ale skrzek Roka dał do zrozumienia, że bestia została zraniona. W tym samym czasie usłyszał dźwięk mechanizmu, kolejny bełt poleciał praktycznie identycznym torem, a potem jeszcze kolejny. Kwas nie zadziała od razu w pełni, ale liczył, że da im wystarczająco dużo czasu. Rzucił się pędem w stronę Ennis. Akurat spływającą krew widział doskonale. Używanie magii najwyraźniej dało się jej we znaki. Schował kuszę na zaczep przy pasie, a potem wziął kobietę na ręce, tak, aby oglądała ich plecy, kiedy sam biegł dalej w las, jeżeli Rok miał spaść, zrobi to sam, jeżeli miał zdechnąć, tym bardziej nie zamierzał mu w tym przeszkadzać. Nie miał jednak zamiaru narażać się na zbędne ryzyko. Było słychać wycie, szamotanie, głośniejsze grzmoty.
    — Mów w jakiej dupie jesteśmy— poinformował ją. Do bezpiecznych koron drzew mieli mimo wszystko większy kawałek drogi. Mężczyzna starał się biec zygzakiem i chować za każdą nierównością terenu, jaka była dostępna.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  2. Ernest nie zamierzał sprawdzać, czy rok przeżyje jego strzały. Od tego była Ennis i ufał jej ocenie sytuacji. Tym bardziej, że miał ją na rękach, więc była skazana na jego przeżycie, gdyby teraz chciała nagle pokazać jak to jej na niczym nie zależy. Jemu zależało, żeby oboje wyszli z tego żywi. Wziął ją na ręce tylko i wyłącznie z czystego pragmatyzmu i nic więcej się za tym nie kryło. Zdecydowanie. Woda Ennis skutecznie utrudniała stworzeniu utrzymanie równowagi. Błoto osuwało się spod jego łap, kolejne fragmenty skarpy pękały pod ciężarem potwora, a kwas najwyraźniej zaczął robić swoje, bo skrzek zmienił się w coś znacznie bardziej nieprzyjemnego. Mimo to ptaszysko było cholernie uparte i próbowało jeszcze ruszać skrzydłami, powodując zamęt. Deszcz zacinał coraz mocniej. Ziemia była śliska, korzenie mokre, a widoczność coraz gorsza. Ernest kluczył między drzewami, omijając większe głazy i zagłębienia terenu. Co kilka sekund nasłuchiwał. Skrzeków. Łamanych pni. Uderzeń skrzydeł. Odpowiedź Ennis odnośnie tego w jakiej sytuacji się znajdowali jednak dała mu iskrę satysfakcji. Uśmiechnął się lekko pod nosem i prychnął krótko z zadowolenia cichym śmiechem. Za ich plecami nadal niosły się odgłosy szamotaniny, wycie, trzask osuwających się skał, grzmoty. Kiedy Ennis stwierdziła, że rok raczej nigdzie już nie ruszy, nie odpowiedział od razu. Biegł jeszcze przez dłuższą chwilę, zanim zwolnił. Dopiero wtedy obejrzał się przez ramię.
    — Oby — mruknął bardziej do siebie niż do niej. Nie zatrzymywał się jednak całkowicie. Z doświadczenia wiedział, że wiele rzeczy potrafi umrzeć znacznie później, niż powinny. Sam był tego przykładem. Postawił Ennis dopiero, kiedy znajdowali się głęboko w lesie, między gęstwiną drzew, gdzie ten swoim cielskiem z pewnością się nie dostanie, gdyby nagle magicznie ozdrowiał, a korony drzew uniemożliwili mu odnalezienie ich.
    — Nóg Ci nie upierdolił, ale Twoja magia jakoś Cię osłabiła, krew Ci leciała z nosa — zauważył dość rzeczowo, pokazując na sobie, gdzie dokładnie widział strumienie krwi. — Wolałaś ryzykować, że nagle się okaże, że ciało Ci odmawia posłuszeństwa przed nadużycie kryształu, czy posiedzieć chwilę w powietrzu i upewnić się, że żyjesz? — zapytał, po czym uśmiechnął się do niej szelmowsko. — Następnym razem mam Cię zostawić i sam spierdalać?
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  3. Ernest spojrzał na nią z góry, gdy wspomniała o swoim rzekomym braku współpracy. Na jego twarzy pojawił się mały grymas, który bardziej przypominał rozbawienie sytuacją. Mimo wszystko sytuacja z Rokiem i zwykłe wkurwienie na tą nagłą ucieczkę dalej przemawiała przede wszystkim w jego oczach.
    — Och, nie wątpię — mruknął. — W końcu TY jesteś wyjątkowa, Skarbie — odpowiedział, nie mając zamiaru bardziej drążyć tego tematu. On widział w swoich czynach czysty pragmatyzm i nie miał zamiaru teraz robić z siebie żadnego bohatera, czy mówić, że spodziewałby się czegokolwiek innego od niej czy od niego.
    — Całe szczęście — przechylił delikatnie głowa na bok w kwestii szarpania sią. Deszcz nadal bębnił o liście nad ich głowami. Ernest poprawił pas od plecaka i odgarnął mokre włosy z czoła. Był przemoczony do suchej nitki i brudny od błota. Na wzmiankę o kopalni spojrzał we wskazanym kierunku. Oczy lekko mu błysnęły z zainteresowaniem. Kopalnia brzmiała wręcz idealnie dla niego.
    — W tej chwili różnicę zrobiłby mi chyba dopiero pożar — odpowiedział na jej słowa. — Prowadź — dodał jeszcze, nie mając zamiaru przedłużać. Tą kopalnią zdecydowanie przykuła jego uwagę i chciał się tam znaleźć prędzej niż później.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  4. Ernest nie miał zamiaru prowadzić dalszych elaboratów. Szedł szybkim krokiem do celu. Po wejściu do kopalni odruchowo zaczął oglądać ściany. Przesuwał po nich wzrokiem, miejscami nawet dotykając odsłoniętej skały. Większość wyrobiska była zawalona, ale niektóre fragmenty wyglądały obiecująco. Stare podpory dawno zgniły, jednak w kilku miejscach spod warstw ziemi i pyłu przebijały ciemniejsze żyły minerałów. Gdyby zawaliła się trochę mniej, można byłoby znaleźć tu coś o większej wartości, biorąc pod uwagę specyficzną woń i kolory, które było ledwo widać, dodatkowo faktura też była znajoma.
    — Straszy? —- zapytał, unosząc lekko brew ku górze. Zastanowił się przez chwilę, dalej badając ściany jaskini, skupiając swój wzrok wszędzie tylko nie na niej. Duch w jego ciele był wyjątkowo rozbawiony tymi słowami jak i kolejnym pytaniem. — To wygodne wyjaśnienie — zauważył, kompletnie ignorując, że sam był opętany. Powoli przykucnął przy jednym z głazów i odłupał niewielki fragment skały. — Giną ludzie. Tunel się wali. Ktoś słyszy dziwny dźwięk. Ktoś inny widzi cień. Kilka lat później wszyscy są zgodni, że winny był duch, a autor pogłosek ma całe ruiny tylko dla siebie — dodał, oglądając odłamek, zanim schował go do plecaka. Był pewien, że ktoś znalazł tutaj jakieś inne wejście na zawalone tunele, skoro tak gadali. Nie wiedział jak wyglądało to całe straszenie i skąd brały się duchy do opętywania, ale dalej był bardziej przyziemny. Uśmiechnął się do Ennis.
    — Jeśli coś tu rzeczywiście mieszka, mam tylko nadzieję, że jest mniej problematyczne od Roka — dodał. — Wątpię, żeby miejsce mogło być nawiedzone. To albo przekręt, albo magia wiedźm, tylko po co wiedźmom taka kopalnia? Cokolwiek tutaj straszy niech trzyma się od nas z daleka — uśmiechnął się lekko do Ennis, siadając w końcu w jednym miejscu.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  5. Ernest obserwował przez chwilę, jak płomienie powoli zajmują wysuszony przez Ennis chrust. Ogień był niewielki, ale po dzisiejszej ulewie nawet tyle wydawało się luksusem. Już teraz było trochę cieplej, więc mógł nieco odetchnąć. Hipotermii nie dostanie. Nie sądził, żeby En to groziło tak czy siak, także miło, że się martwiła. Serce mu się zaraz rozpłynie z troski.
    — Jedno nie wyklucza drugiego — odpowiedział spokojnie. — Kopalnia mogła zawalić się sama, a ktoś później uznał, że pogłoski o duchach są wygodnym sposobem na odstraszenie ciekawskich — wyjaśnił swoje przypuszczenia. Aktualnie i tak były najbardziej prawdopodobne. Fakt, że jego duch sam nie reagował w żaden sposób na ten moment mógł odebrać chyba za potwierdzenie teorii. Albo mocno się zdziwi za kilka minut.Na wzmiankę o mokrych ubraniach westchnął ciężko, a kącik ust mu drgnął.
    — Liczyłem, że potargasz moje chore ciało — odparł, w tym samym czasie zaczynając już zdejmować mokre ubrania. Płaszcz rzucił bliżej ognia, resztkami czystej koszuli starł nieco brudu z siebie. Wszystko poza płaszczem rzucił na wystające żyły rudy, a potem ubrał coś suchego na siebie i wrócił do siadu. Przez chwilę siedział w milczeniu, wsłuchując się w deszcz dudniący przy wejściu do kopalni.
    — Wiesz, co mnie zastanawia? — odezwał się po dłuższej chwili. — Jeżeli miejscowi rzeczywiście wierzą w te wszystkie historie, to ktoś musiał zadbać o to, żeby były wiarygodne. Ludzie nie uciekają od jednego dziwnego dźwięku, wtedy by zapomnieli. Coś więcej musiało się zadziać, więcej wycia, może jakieś cienie, jakiś zaginiony durny poszukiwacz przygód? Co stoi za tymi pogłoskami… — przechylił lekko głowę. Ennis sobie z niego żartowała, czy stali u progu jakiejś kolejnej zagadki, która zaczynała łechtać mu mózg?

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  6. Ernest przez chwilę milczał. Przesuwał palcami po odłamku skały, badając jego strukturę bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Ogień odbijał się w ciemniejszych żyłach minerału. Przesunął dalej spojrzeniem, teraz, kiedy było już widać dużo więcej. Im dłużej tu siedział tym zwykła nawiedzona opuszczona kopalnia była dla niego mniej prawdopodobna. Kolor skały i układ żył mówił jasno co miał przed oczyma, do tego tej charakterystycznej woni też nic nie podrobi.
    — Ludzie nakręcają się sami. Co do tego nie mam wątpliwości — przyzna. — Wystarczy jedna dobra historia i odpowiednia ilość nudy, na biednych wsiach nie ma lepszej rozrywki, ale… — urwał, sięgając po kolejny kawałek skały, którym zaczął bawić się w rękach. — Ludzie nakręcają się zwykle wokół miejsc, które mają jakąś wartość - materialną, niematerialną, ważne, żeby coś znaczyła. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że duchy są tutaj najmniej interesującą rzeczą — wrócił wzrokiem do Ennis, po czym podał jej skałę, aby sama zbadała ją dokładnie po swojemu. Opowiadał o tym kruszcu w ramach lekcji odnośnie materiałów wybuchowych. — Kopalnia została założona, bo było tutaj coś wartościowego, prawda? Zastanawiam się co znajduje się za tą zawaloną ścianą, czy nikt nie dorobił sobie dodatkowego wejścia. Jak straszą te duchy, kiedy, w jaki sposób, kogo i jak daleko sięga to ich nawiedzanie… — snuł sobie, po czym zamilkł, wracając spojrzeniem do ścian. Tak, to była całkiem interesująca zagadka. Miał coś na czym mógł się skupić zanim zaśnie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  7. Ernest parsknął cichym, gardłowym śmiechem, a kącik jego ust uniósł się w pełnym satysfakcji, nieco ironicznym uśmiechu. Oparł się wygodniej, splatając ramiona na piersi i nie spuszczał z niej wzroku, wyraźnie zadowolony z faktu, że Ennis w końcu zaczaiła co ich otacza.
    — Bingo — powiedział cicho. — Zastanawiałem się, kiedy na to wpadniesz. Ten zapach... Dla kogoś, kto spędził połowę życia przy materiałach wybuchowych, ta woń jest jak podpis. Nie da się jej pomylić z niczym innym — wyjaśnił, pochylając się lekko w jej stronę. Wskazał palcem na trzymany kamień, uśmiechając się nieco szerzej, a w oczach można było dostrzec chytry, wyrachowany blask.
    — Teraz pomyśl, kopalnia się zawaliła, a potem nagle zaczęło tu straszyć, więc nigdy nie próbowano otworzyć jej na nowo. Wygodna opowieść, prawda? Idealna, żeby odstraszyć ciekawskich, przesądnych wieśniaków i rządców, którzy baliby się tu wściubiać nos. Za taką czystą żyłę, jaką tu widzisz — przejechał powoli ręką po ścianie, jakby jeszcze raz badał prawdziwość jego podejrzeń oraz słów Ennis, a jego grymas tylko się powiększył — na czarnym rynku można ustawić się do końca życia. Ktoś bardzo dba o to, żeby ta kopalnia pozostała „opuszczona”. Moim zdaniem, jeśli cokolwiek tutaj straszy to ma bardzo materialne potrzeby. Teraz pozostaje pytanie. Czy ktoś celowo odciął tę część korytarza, żeby kopać w spokoju z drugiej strony? A może faktycznie mamy doczynienia z duchami, które będą się czaić na nasze dusze we śnie? — zapytał, unosząc delikatnie jedną brew ku górze. — I pytanie od nauczyciela, co można zrobić z takim cackiem, jakie trzymasz w ręce, hę? Od początku wiedziałaś na jakie cuda nas prowadzisz? — zagwizdał z podziwem. — Wiesz jak pobudzić zmysły faceta…

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  8. Ernest przyjął od niej kamień i przez chwilę obracał go między palcami. Słuchał jej argumentów bez przerywania. Dopiero gdy skończyła, uniósł lekko brew.
    — Tylko jeśli zakładamy, że celem było ukrycie noksylitu — zauważył, chowając z powrotem minerał do plecaka. Zmarszczył lekko brwi, analizując różne możliwe opcje. Podobała mu się ta odskocznia od wkurwiającego ptaka.
    — Gdyby ktoś chciał ukryć samo złoże, zrobiłby to lepiej. Tak jak powiedziałaś. Nie zostawiłby tak oczywistych śladów kruszca, prawda? Dlatego bardziej interesuje mnie pytanie, dlaczego ktoś zostawił je na widoku. A może to historia o duchach ma być zabezpieczniem? — kącik jego ust drgnął. Wstał na równe nogi, przyłożył ucho do ściany i zaczął nasłuchiwać, badać, stukać lekko paznokciem o ściany, badając wszystko na swój własny sposób. Ludzie byli chciwi. Przewidywalni. Właśnie dlatego większość tajemnic dało się rozwiązać. Tutaj czegoś brakowało.
    — Jeżeli za tą ścianą znajduje się kolejne wyrobisko, ktoś musiał je znaleźć przede mną. I przed tobą. A jeśli znalazł, miał przed sobą żyłę noksylitu wartą fortunę. A mimo to miejsce jest opuszczone. Co sprawiło, że nikt nie próbuje się przez to przekopać, co jest po drugiej stronie… — zastanawiał się na głos. Widział dwie możliwości, albo pogłoska o duchach była bardzo, bardzo wiarygodna i ktoś przykładał się do tego, aby tak zostało - wtedy musieliby trafić na ślady jakiegoś nawiedzenia. Drugą opcją była tragedia, która sprawiła, że powstała legenda o duchach. A gdyby szyb się zawalił zostawiając górników, umierających z wyczerpania? Głodujący zmieniający się w kanibali, albo… poza noksylitem było coś jeszcze, ruda, która przy uderzeniu wypuszczała trujący dym, możliwe też było zamknięcie zarażonych jakąś plagą.
    — Słyniesz z tego, że dużo wiesz. Co wiesz o nawiedzonej kopalni, hm? — zapytał, wracając do niej wzrokiem. Logiczniejsze wnioski wymagały jednak lepszych informacji. Na ustach cały czas miał delikatny uśmiech, a na jej ostatni komentarz zaśmiał się delikatnie.
    — Jeszcze jedna taka niespodzianka i pomyślę, że Ci na mnie zależy. Dziękuję — odpowiedział jej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  9. Ernest stał bezruchu, pozwalając, by chłodne palce Ennis spoczywały na jego ustach jeszcze przez chwilę, po tym, jak umilkł szmer uciekającego gryzonia. Jego wzrok, dotąd utkwiony w ciemności szybu, przeniósł się gwałtownie na jej twarz. Kiedy odsunęła dłoń, a jej do niego dotarł, poczuł, jak całe rozbawienie i ciekawość momentalnie z niego wyparowują. Zastąpił je chłód. Perun? Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Przetrawił jej teorię, analizując ją z tą samą bezwzględną logiką. Ernest zmrużył oczy, a jego sylwetka stwardniała, gdy instynktownie obniżył środek ciężkości ciała. Jego dłoń, jakby mimowolnie, powędrowała w stronę kuszy. Wyraz jego twarzy stał się drapieżny, pozbawiony jakichkolwiek śladów wcześniejszego uśmiechu.
    — Monety na piasku — powtórzył cichym szeptem. — Sprytne. Cholernie sprytne, Ennis — przeniósł spojrzenie w stronę, z której chwilę wcześniej dobiegł dźwięk osuwającego się kamienia. Mysz mogła zatrzeć ślady, ale instynkt podpowiadał mu, że mały gryzoń był tylko zasłoną dla czegoś znacznie większego, co czaiło się w mroku głębszych partii korytarza. Jeśli kopalnia była pułapką zastawioną na ludzi o określonych umiejętnościach, to zawał nie musiał odgradzać wyrobiska, mógł być idealną ścianą, która zmuszała ofiarę do zatrzymania się, rozpalenia ognia i czekania na łowców. Pochylił się lekko w stronę dziewczyny, nie spuszczając oka z ciemnego wylotu korytarza.
    — Jeśli masz rację i ktoś zadał sobie trud, żeby stworzyć tę całą inscenizację specjalnie dla kogoś z moim fachowym skrzywieniem... to chyba wsadzę mu ten noksylit w mordę przed detonacją — szepnął, zaczynając powoli się przesuwać, w stronę, w którą pobiegła mysz. Gdyby to miała być pułapka, jakieś ślady z pewnością się znajdą.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  10. Ernest spojrzał w stronę, w którą zniknął uciekinier, ale nie opuścił broni. Zmarszczył brwi, przenosząc wzrok na Ennis, która zdążyła już usiąść przy ognisku. Fakt, że jej płetwa grzbietowa opadła, a kolce się schowały sprawił, że nieco zwątpił w jej czujność. Wrócił uchem do skał. Ewidentnie zawał nie był wcale zbyt mocny, sądząc po dźwięku maksmylanie kilkanaście centymetrów grubości w niektórych miejscach. Część zdawała się naturalną robotą, a część… przeszedł w stronę szybu, w którym zniknął dzieciak - całkiem sztucznie. Skrzywił się. — Dzieciak czy nie, gówniarze w czasie wojny rzadko biegają po opuszczonych kopalniach noksylitu z czystej, dziecięcej ciekawości — odezwał się wolno, przykucnął przy szczelinie, w którą zaglądała, i przyłożył dłoń do kamieni. — Masz rację. Smrody są idealnymi czujkami. Tani, szybcy, nikt nie zwraca na nich uwagi, a potrafią przynieść informacje Wyprostował się i przeszedł kilka kroków w stronę ogniska, stając tak, by jego cień odcinał się na ścianie kopalni. Teoria Ennis o nudzie i wymyślaniu scenariuszy zmusiła go do uniesienia jednego kącika ust, choć w jego oczach wciąż tlił się niepokój i sceptyzm.
    — Może i się nudzimy i rozkładamy na czynniki pierwsze każdą mysz i każdy kamyk — przyznał, siadając naprzeciwko niej i dorzucając do ognia kawałek suchego drewna, który natychmiast zajął się jasnym płomieniem. — Wolę trzy razy za dużo wyciągnąć broń na dzieciaka, niż raz dać się zaskoczyć komuś, kto przyszedł po moją głowę — dodał. Oparł przedramiona na kolanach i spojrzał na nią przez tańczące języki ognia.
    — Zastanawia mnie... jeśli ten dzieciak nas podsłuchiwał i uciekł w głąb zawału... to znaczy, że po tamtej stronie naprawdę ktoś jest. I ten ktoś wie, jak przechodzić przez te kamienie, albo ma tam swoje przejście. Jeśli to zwykły miejscowy szaber, jutro rano zastaniemy kopalnię pustą. Ale jeśli twoja teoria o wabiku ma w sobie choć ziarno prawdy... — zawiesił głos, a jego uśmiech stał się nieco drapieżniejszy. — ...to ten smród właśnie pobiegł zameldować komuś, że w starej dziurze siedzi facet, który potrafi odróżnić czysty proch burzowy od zwykłego węgla po samym zapachu. I zanim powiesz mi, że to tylko mój problem… zastanowiłbym się, czy gówniak nie widział jak suszysz drewno i czy nagle sama nie stałaś się potencjalnie dodatkowym celem — rzucił. Być może wychodziła z niego teraz paranoja, ale nie widziało mu się zostawiać tego samemu losowi. Zdecydowanie nie był już śpiący. Miał zamiar to zbadać. Odczekał jeszcze chwilę przy ognisku, jakby rzeczywiście zamierzał odpuścić temat. Dopiero kiedy upewnił się, że po drugiej stronie zawaliska nie słychać kolejnych ruchów, podniósł się z miejsca.Nie szukał przejścia na siłę. Najpierw chciał zrozumieć, co właściwie miał przed sobą. Podszedł do zawalonej ściany i przykucnął. Przesunął dłonią po kamieniach, badając ich ułożenie. Część była stara, pokryta kurzem i osadem. Inne wyglądały na stosunkowo świeżo przemieszczone. Szczególnie kilka większych głazów przy samym dole. Przez następne minuty nie próbował niczego rozbierać. Obchodził zawalisko z jednej strony na drugą, szukając miejsc, gdzie wiatr przedostawał się przez szczeliny. Co jakiś czas zatrzymywał się i po prostu nasłuchiwał. Bingo. W końcu znalazł takie miejsce. Przesunął się nieco niżej i zaczął badać podstawę zawaliska. W kilku miejscach znalazł starte krawędzie kamieni. Nie wyglądały jak naturalne uszkodzenia. Bardziej jak efekt regularnego ocierania. Ostrożnie wsunął dłoń w jedną ze szczelin. Była głębsza, niż początkowo przypuszczał. Kamienie tworzyły nieregularny tunel prowadzący gdzieś dalej. Skrzywił się. Cholernie go kusiło, żeby rozszerzyć to przejście i iść dalej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  11. Niewinny uśmiech wstąpił na twarz Ernesta na zarzuty kobiety. Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.
    — Nie ma za co — odparł w końcu, po czym odwrócił się z powrotem do zawaliska. Przykucnięty przy kamieniach przesuwał po nich dłonią, opukiwał je knykciami i szukał miejsc, gdzie rumowisko wydawało się mniej zwarte. Im dłużej się przyglądał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że część zawaliska powstała naturalnie, ale ktoś później zaczął je modyfikować.
    Patrzył jak Ennis zaczyna odkładać różnej wielkości kamienie. Po chwili dotknął jej ramienia.
    — Poczekaj… — szepnął, sięgając do plecaka. Wyjął jasne dłuto, a jego oczy błyskawicznie oceniły strukturę blokady. Zamiast marnować czas i energię na pojedyncze kamienie, Ernest uderzył precyzyjnie w jeden konkretny punkt. Pierwsze mocne uderzenie poszło w klinujący zwornik przy startej krawędzi. Skała zajęczała pod naciskiem stali. Drugi cios wymierzył tuż nad szczelinę, w której zniknął dzieciak, a na sam koniec, pchnięciem całego ciężaru ciała, podważył obluzowany blok. Z głębi zawału dobiegł głuchy chrzęst. Kilka większych głazów osunęło się z łomotem, a tuż za nimi z sypkim szelestem poleciał drobny żwir, odsłaniając surowy, ciemny otwór, przez który swobodnie mógł przejść dorosły człowiek. Przejście stanęło otworem w zaledwie kilka sekund. Spojrzał po tym z satysfakcją. Przejście nie było bóg wie jak wielkie, ale byli w stanie się przecisnąć. Zdjął plecak, aby był przy jego boku.
    — Panie przodem? — zapytał cicho. Nie miał zamiaru jednak czekać na odpowiedź. Był zbyt ciekawy tym co czai się dalej. Poprawił mechanizm kuszy i zaczął iść na drugą stronę. Po kilku chwilach, mógł już wyprostować nogi. Przestrzeń była znacznie większa, niż zakładał. Powietrze było chłodniejsze, zapach noksylitu był tu słabszy, za to wyraźnie wyczuwał woń wilgotnego płótna, spalonego tłuszczu z prymitywnych lamp - idealne potwierdzenie, że kopalnia wcale nie była opuszczona ani nawiedzona. Tym razem jego duch się odezwał. Poczuł ciarki na całym ciele, jakby towarzysz ostrzegał go przed czymś nieprzyjemnie znajomym. Skierował wzrok na ziemię. Na grubej warstwie pyłu i błota odznaczały się wyraźne, chaotyczne ślady małych, bosych stóp uciekającego gówniarza, ale tuż obok nich, głębiej w korytarzu, widniały ciężkie, głębokie odciski podkutych butów roboczych i wyraźne, podłużne żłobienia, ślady po płozach skrzyń albo ciężkich wozach, którymi wywożono kruszec. Żadnych śladów dawnego zawału czy katastrofy. Ta część kopalni tętniła życiem.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  12. Ernest puścił mimo uszu wszystkie złośliwości, choć na jego twarzy pojawił się na moment specyficzny, krzywy uśmiech. Dał jej się wepchnąć przed siebie, skoro tak bardzo chciała, najwyżej ona dostanie obuchem. Nie miał zamiaru na to narzekać, nawet uśmiechnął się nieco szerzej, kiwając lekko głową, niczym rasowy gentleman.Kiedy był już po drugiej stronie nie przestawał się rozglądać. Wzrok miał dobry, ale nos kobiety zdecydowanie bardzo by im teraz pomógł.
    — W dupie to dopiero będziemy, jak okaże się, że ten dzieciak ma tam dalej starszego brata z bandą przydupasów — mruknął pod nosem, ruszając za nią krok w krok. Jego duch nie dawał nie dawał mu spokoju. Poczuł kolejne ciarki na karku, dotknął się tam, mrużąc oczy. Nie spuszczał oczu z otaczającego go terenu, śladów, wszystkiego co mogłoby wskazać na nadchodzącą zasadzkę. Gdy Ennis szła przodem, przesuwając palcami po żłobieniach w ścianie, Ernest szedł tuż za jej ramieniem, robiąc za ewentualne wsparcie. Starał się wyłapać każdy dodatkowy szczegół, na którym się znał.
    — Popatrz na dół — rzucił przyciszonym, chłodnym głosem, wskazując czubkiem buta na głębokie bruzdy w błocie. — Ciężki transport, urobek warty fortunę, ale nie przewożą go w profesjonalny sposób. Ktoś tu stworzył cholernie amatorski taśmociąg pod osłoną nocy i bajki o duchach. Nie zdziwię się, jeśli sami sobie pierdolną przypadkową eksplozję. Do tego to oświetlenie… — wskazał ruchem brody na pochodnie. Przy wydobywaniu nostrilu ciężkimi kilofami powinni zabezpieczyć ogień, jedna nieuważna iskra i wszystko pójdzie w pieruny. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy w głębi korytarza, za dudnieniem burzy, coś cicho tąpnęło. Echo poniosło metaliczny, regularny dźwięk, jakby uderzenie blachy albo zamykanie ciężkiej skrzyni. Chwycił Ennis za ramię, przytrzymując ją na ułamek sekundy, by zmusić do nasłuchiwania. Nie podobało mu się to. Zaczynał myśleć, że wolałby chyba jednak trafić na zasadzkę Peruna niż utknąć w kopalni nostrilu z nieuważnymi kopaczami.
    — Co czujesz nosem, Pani drapieżnik? —- zapytał szeptem. On nie czuł z aż tak dużej odległości niestety. Ludzka anatomia go ograniczała, ale kobieta mogła im zdecydowanie pomóc.

    .Ernest

    OdpowiedzUsuń
  13. Ernest odruchowo przesunął dłoń na łoże kuszy, ale nie uniósł broni. Przemknął taktycznym spojrzeniem po całej zgrai, błyskawicznie licząc głowy, oceniając kąty natarcia i rodzaj trzymanego przez nich żelastwa. Widły, noże, zardzewiałe kilofy. Tłum zdesperowanych nędzarzy pod dowództwem jednego krzykacza, który najwyraźniej uważał się za króla tego podziemnego śmietnika. Kącik jego ust drgnął minimalnie na ułamek sekundy. Żałosne. Ciarki na karku wcale nie odpuściły, duchowi bardzo spodobało się spojrzenie wielkoluda, ostrzeżenie zastąpiła rządza mordu. Gdy jasnowłosy mężczyzna rzucił swoją kpiącą linijkę o skarbie, Ernest nie wytrzymał. Parsknął jadowitym śmiechem.
    . — Człowieku, jedyne, do czego wy się tu zaraz dobierzecie, to zbiorowe samobójstwo — powiedział sarkastycznie, taksując go wzrokiem. Dziki. Nic dziwnego, że nie miał najmniejszego pojęcia jak zająć się noksylitem. Idiota, ciekawe, czy już ktoś im zginął. Przeniósł na moment spojrzenie na stojących z tyłu, brudnych od błota wieśniaków. Zastanawiał się dlaczego w ogóle z nim przebywali. o ich do tego skłoniło?
    — Zgaś te pochodnie i schowajcie widły, zanim zrobicie wszystkim krzywdę — dodał, mrużąc oczy z wyraźną niechęcią. On nie chciał walczyć, nie chciał wykorzystywać swoich żadnych petard, czy to usypiających czy trujących czy czegokolwiek innego - szkoda mu było zapasów na wypadek ataku innej bestii. Poza tym miał to zostawić na kogoś innego, prawda? Więc niech ten pieprzony duch się uspokoi. Zacisnął zęby. Zrobił krok w tył. Zdecydowanie wolał, żeby to Ennis aktualnie negocjowała. Szczyciła się takimi umiejętnościami, to niech je wykorzysta, zanim on straci panowanie nad sobą.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  14. Ernest zacisnął szczęki tak mocno, że aż strzyknęło mu w zawiasach. Wolną ręką złapał się za biodro i mocno wbił paznokcie w skórę, aby się uspokoić. Nie teraz kurwa, nie teraz, nie tutaj! Później, później duch będzie mógł się zabawić, ale nie teraz, kiedy dzikus rozmawia z Ennis. Nic to nie da, jest zbyt duże ryzyko, a on nie miał zamiaru zginąć tutaj, teraz. Zemsta na Heldze i Perunie, tylko to się liczyło. Wziął wdech i wydech. Po chwili było już z nim lepiej, odzyskiwał kontrolę nad własnym umysłem. Zaczął analizować kolejne opcje, jakie mieli, słuchając przy okazji wymiany zdań między jasnowłosym a En. Bitwa w korytarzu pełnym pyłu noksylitowego i otwartego ognia była czystym debilizmem, ale oddanie broni tej zgrai nędzarzy? Niedoczekanie. Nie miał zamiaru dać im się zamknąć w jakiejś ruinie wioski. Miał inne plany. Przeanalizował topografię korytarza, układ cieni i amatorski sposób, w jaki wieśniacy podchodzili bliżej. Byli chaotyczni, zbytnio pewni siebie po słowach swojego przywódcy. Kiedy pierwsi chłopi z widłami i zardzewiałymi nożami zrobili krok w ich stronę, Ernest uniósł wolną lewą dłoń w pojednawczym, otwartym geście, ale kuszę w prawej trzymał nisko, przy udzie, skierowaną w ziemię. Zrobił dwa powolne kroki w tył, ramię w ramię z Ennis, naciągając na twarz maskę zmęczonego, zrezygnowanego faceta, który zdecydowanie nie szukał żadnych kłopotów.
    — Dobra, dobra, spokojnie... Bez gwałtownych ruchów, nikt nie szuka guza — rzucił głośniej, celowo drżącym, rzekomo wystraszonym głosem, który miał uśpić ich czujność. Zbliżył się jeszcze bardziej do Ennis, obejmując ją lekko. Przykrywka z zakochanymi zaskakująco często wydawała mu się idealnia. — Będzie dobrze — powiedział głośniej, po czym pocałował ją, udając perfekcyjnie czułość, tak jak przy wcześniejszym feralnym zleceniu. Zbliżył się do jej ucha. — Nie mam zamiaru oddawać broni, ani ginąć — szepnął, tak, aby tylko ona to usłyszała, uśmiechając się przy tym tak, jakby właśnie szeptał jej coś na pocieszenie. — Rozróba na zewnątrz? — zaproponował jeszcze szeptem, po czym przytulił się do jej twarzy na chwilę, teraz pokazując, że sam próbuje uwierzyć, w swoje pocieszające słowa. Nie mieli zbyt wymagającej widowni, więc nie zakładał, aby blef miał nie przejść.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  15. Mężczyzna patrzył na ten jakże namiętny pocałunek, a kiedy tylko zobaczył znak zareagował w ułamku sekundy. Zaśmiał się lekko - spodziewał się właśnie czegoś takiego po Ennis.Cała ta misternie tkana gra aktorska, strach i czułe uściski pękły równie szybko jak się pojawiły. Krzyknął przez zęby, czując jak duch próbuje dobrać się do mordu.
    — NIE! — wyrwało mu się, celując kuszą nisko, prosto w nogi chłopa, który trzymał ich tobołki. Bełt nasączony kwasem uderzył z potężną siłą, a żrąca, substancja momentalnie zaczęła przepalać ubranie i wgryzać się w ciało. Wieśniak wrzasnął, upuszczając bagaże i padając w błoto, gdy kwas zaczął syczeć w strugach deszczu. Ernest, wykorzystując moment totalnego szoku i paniki, dopadł do uciekających zapasów, szarpnięciem odzyskując ich rzeczy.
    — Wasz król stracił głos! — zakomunikował zimno Ernest z paskudnym uśmiechem na ustach. Wokół nich zaczęło wybuchło totalne piekło. Wieśniacy darli się wniebogłosy, zdezorientowani makabrycznym widokiem On sam za to pobiegł w deszczu do Ennis razem z ich rzeczami, które miał już w rękach. Podał kobiecie to co należało do niej, a sam zaczął przeładowywać kuszę i sięgać po granat odłamkowy. Nie musieli walczyć, nie musieli robić krwawej rozróby, ale jeśli En miała ochotę… da się jego duchowi zabawić.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  16. Zdążył tylko rzucić jej tobołek, zanim kobieta zaczęła uciekać. Widząc, że Ennis nie zamierza dalej bawić się w pojedynek, nie miał najmniejszego powodu, żeby zostawać i robić to samodzielnie, nieważne jak bardzo duch by tego chciał. Aczkolwiek pozwolił sobie sprawić im obojgu małą przyjemność. Przypiął kuszę do pasa i założył swój plecak na ramię. W chwili gdy minęła go i ruszyła biegiem w stronę wyjścia, Ernest wykonał jeszcze jedną rzecz - kciukiem zwolnił mechanizm petardy, którą miał w dłoni. Nie było tego w ogóle słychać, ruszył biegiem za kobietą i bez zatrzymywania się obrócił się przez ramię, po czym posłał odłamkową kulę szerokim łukiem w stronę Nhulu. O ile się nie przesunie to trafi prosto w jego ręce, ale to już nie bardzo go interesowało. Interesowało go to, aby zostawić po sobie taką pamiątkę, aby nikt nie miał ochoty ruszyć za nimi, przy okazji dając upust tej mrocznej części, która się w nim piekliła. Usłyszał eksplozję i różne krzyki. Czyli kilka osób dostało, idealnie. Chwilę później już biegł obok Ennis przez ścianę deszczu, nie oglądając się za siebie. Zwolnił razem z kobietą, a potem poczuł uderzenie, po którym zostało nieprzyjemne pieczenie. Zakładał, że czerwony ślad jej dłoni również tam został. Spojrzał spokojnie po białowłosej. W oczach miał chłodną kalkulację i brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia, bo plan zadziałał.
    — Przypominam sobie też, że mówiłem, że nie jesteś kobietą, która da się komukolwiek zrobić “swoją” — zauważył, masując obolałe miejsce — Wybacz, ale blef zadziałał, Ennis. Dzikus wkurwił się na tyle, że zaraz po wyjściu z kopalni zapomniał o wydawaniu rozkazów, opuścił gardę i dał się na tyle okaleczyć, że nie mogą nas gonić, bo się wykrwawi ten ich cudowny przywódca. Uważam, że to była dobra prowokacja i nigdy wcześniej Ci to nie przeszkadzało — wyjaśnił swój tok myślenia. Złagodniał po chwili, zabierając rękę z twarzy. Zaczął się rozglądać, gdzie mogliby się udać za jakimś schronieniem. — Rozumiem, że nie oszukujemy już nikogo na zakochaną parę — upewnił się spokojnie i bez żadnych wyrzutów. Nie robiło mu to żadnej różnicy, jak nie w ten sposób to inny będzie można się wyłgać z podobnych sytuacji. W końcu dostrzegł coś ciekawego.
    — Tam… tam w oddali między drzewami przy skraju lasu widać coś co wygląda jak ambona myśliwska, można tam spróbować się schować przed deszczem i przespać. Może będą też narzędzia jakieś i broń — powiedział.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  17. Strasznie szybko przeszła do kolejnych gróźb. Twarz mężczyzny jednak pozostawała niezmienna pod względem tego, że strachu nie było u niego widać.
    — Nie przeszkadza mi, że masz inne granice niż parę dni temu, ale na przyszłość zaznacz je zanim będziemy ze świrem, który nie czai, że jeden zły ruch pochodni i możemy wylecieć w powietrze i będę szukał innych gestów — wyjaśnił jej ze stoickim wyrazem twarzy. Pewnie mógł to inaczej zrobić, ale pierwsza myśl zdawała się świetnym prowokatorem, a nigdy wcześniej mu nie powiedziała, że nagle jest wielką przeciwniczką pieszczot. Trzy dni temu sama całowała go dla żartu. Najwyraźniej w końcu zaczynała pokazywać więcej siebie. To przez traumę zaczęła ściągać swoje maski? Mógł coraz lepiej zobrazować sobie to jaka była naprawdę, więc ciężko było mu teraz myśleć o strachu. Ruszył w stronę ambony, kiedy przytaknęła na jego propozycję. Przynajmniej przestaną moknąć. On przestanie, jej takie nawilżenie pewnie dobrze robiło. Kłócić się dalej nie miał zamiaru w sprawie tego co sobie życzyła a czego nie. Ona na swój sposób uszanowała, że seks go nie interesuje, więc on też kleić się nie będzie. Zwłaszcza, że jemu też to było na rękę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  18. Ernest za to nie kojarzył, aby brak okazji był powodem do bicia, ale nie miał zamiaru się wykłócać, żeby sam nie stracił zaraz języka. Wzruszył ramionami, przytakując głową na znak, że dotarło. Nie widział sensu w strzępieniu języka na ten temat, nic im to nie da, Ennis raczej nie przyzna, że przesadziła, a on swojej winy nie widział, więc nie było co liczyć na jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Podczas wędrówki sam obserwował teren na tyle na ile to było możliwe przez deszcz. Miał serdecznie dość niespodzianek, nawet jeśli miały w sobie kilka ciekawych i przyjemnych akcentów, to atrakcji na jakiś czas mu wystarczy. Nie widziało mu się dalsze marnowanie zasobów. Na szczęście nie zobaczył niczego niebezpiecznego. Wszedł na ambonę tuż za kobietą i odetchnął, kiedy był już pod zadaszeniem. Zdjął po raz kolejny ubranie, wykręcił je i powiesił na drewnie, gdzie dach jeszcze obejmował przestrzeń. Może chociaż trochę przeschnie. Potem zaczął się ubierać w coś suchego. Znowu. Przytaknął na informację odnośnie świtu. Sam nie był specjalnie zmęczony przez adrenalinę. Sięgnął do plecaka i podał Ennis pergamin oraz węgiel do pisania, kiedy już był ubrany, sam natomiast rozglądał się po różnych skrytkach w poszukiwaniu czegoś przydatnego.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  19. Ernest czuł na sobie spojrzenie Ennis. Nie trzeba było mieć sokolego wzroku, żeby kątem oka to dojrzeć, a poza tym jego własny duch dawał mu o tym jasno znać, jakby to miało cokolwiek zmienić. Nie miał zamiaru w żaden sposób na na to zareagować. Prowokowanie i zbędne pytania nie wydawały mu się teraz zbyt inteligentną opcją. Po przebraniu skupiał się na przeszukiwaniu. Znalazł kilka strzał, które mógł przerobić na dodatkowe bełty przy dodatkowej pracy, psianka, tojad… zrobi z tego ciecz do nasączenia, sztylety i jeden krótki miecz. Nic specjalnego, ale zawsze coś. Przy okazji znalazł zapadkę, w której było kilka sucharów, te schował na czarną godzinę do plecaka.
    — Nie zostało Ci dużo stali, prawda? — odparł w końcu. Położył przy niej krótki miecz oraz sztylety — Nie ma tutaj nic co pozwoli mi dokończyć kij dla Ciebie, z tym trzeba poczekać do kuźni, ale może się przyda — wyjaśnił. Usiadł po przeciwnej stronie i spojrzał w górę, obserwując zadaszenie. Dobrze, że nie przeciekało. — Co rysujesz? — zapytał. Domyślał się co to może być, nawet go kusiło, aby zobaczyć jak jej to idzie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  20. Wiedział dlaczego nie miała broni, był przecież przy tym. Uśmiechnął się kącikiem ust na jej opryskliwe wyjaśnienia i pokręcił głową, siadając nieco wygodniej.
    — Na jakiś czas, w kuźni zrobimy porządną broń, taką, która nie będzie się tak łatwo łamać — odpowiedział. Według jego projektu zniszczenie kija będzie naprawdę trudne i będzie wymagało nieco więcej niż brutalnej siły, chyba, że ktoś użyje jakiś nieznanych mu czarów, z tego co słyszał drewno, które wybrał było po utwardzeniu praktycznie niemożliwe do złamania nawet przez drakonów czy orków.
    — Księżyc jeszcze trochę oświetla, ale tak, rano będzie łatwiej — przytaknął jej. — Możesz ująć zabawkę z noksylitem, dalej mam spory kawałek tej rudy — dodał.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  21. Spojrzał na projekt Ennis, kiedy tylko został mu pokazany. Wziął go w rękę, mrużąc jedno oko. Ustawił kartkę bardziej pod światło księżyca, aby dobrze przyjrzeć się projektowi. Uśmiechnął się na widok konstrukcji. Ciekawy pomysł. Wygląda jak zaczepna bomba. Przydatne dla kogoś kto preferuje zwinną walkę w zwarciu tak jak ona.
    — To zależy, jeśli ma wybuchać i jak wybuchać, o jaką eksplozję chodzi. Jaki ma być faktyczny rozmiar, jeśli myślimy o czymś co ma przypominać dzwonek jak tutaj to szedłbym w coś małego, wtedy mechanizm zapalający powinien być połączony z haczykami, które tutaj masz. Wybuch nie powinien być od razu, więc powinien być powodowany na zasadzie utleniania, można to osiągnąć z noksylitem, ale obróbka będzie trudna i ryzykowna dla kogoś kto się dopiero uczy. Proch górniczy jest głośny, ale prosty. Gdybyśmy zrobili rafinowany noksylit eksplozja byłaby cicha podobna do dźwięku iskier ze starego krzesiwa… — obrócił nieco kartkę — Widzę też, że masz zawleczkę, gdyby aktywacja zależała od niej musisz mieć pewność, że ją wyjmiesz. Można też zrobić na jedno i drugie, pociągnąć haki tutaj do rdzenia, gdzie masz zawleczkę, będziesz mogła albo rzucić zabawką, albo ją przyczepić do kogoś i się ulotnić. Rdzeń będzie mały, więc odradzam wszystko co wymaga większego stężenia niż… na oko 15mg, wtedy konstrukt byłby niestabilny. Nie wiem też z ilu części chcesz go składać, ale polecam na dwa łączenia i zlutować, stopić — pozwolił sobie na dość szczegółowe rozeznanie. — Dobrze rysujesz i sam projekt całkiem, całkiem jak na pierwszy.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  22. Ernest przez chwilę milczał, przyglądając się miejscu, którego dotknęła. Potem przeniósł wzrok z powrotem na szkic. Przesunął palcem po narysowanym korpusie.
    — Większość ludzi myśli o eksplozji jak o fali rozchodzącej się na wszystkie strony. Dużo hałasu, dużo błysku, mało pożytku. Jasne, tak jest najczęściej, ale nie musi, jeśli zależy ci na dziurze, to energia musi pójść w jednym kierunku — odchylił kartkę i zastanowił się chwilę. — Bomba powinna mieć wielkość dużego orzecha, żeby była niepozorna i abyś mogła ją łatwo schować, tutaj przy zgrubieniu na zawleczkę w środku niech będzie pusta z małymi kuleczkami, które będą dzwonić jak się odbiją, wtedy nikt nie pomyśli, że ma bombę na sobie tylko dziwny dzwonek — wyjaśnił, a kącik jego ust drgnął lekko. — A na Twój rozum co będzie łatwiej dostępne? Stal rzemieślnicza czy orichicalum? — zapytał, a uśmiech nie schodził mu z ust. Stal rzemieślnicza nie była tak po prostu dostępna, była stopem kilku tanich metali, która przy odpowiednich proporcjach działała cuda. Sam z niej najczęściej korzystał i opracował lepsze propocje na własny użytek. Orichicalum również nie należał do rzadkości. Terranie chętnie handlowali rudą, a jej plastyczność sprawiała, że obróbka była stosunkowo prosta. Materiał nadawał się znakomicie do wyrobu broni i pancerzy. Po wykuciu stawał się wyjątkowo wytrzymały, zachowując przy tym niewielką masę. Nie bez powodu terrańskie ostrza osiągały zawrotne ceny.
    Właśnie dlatego Ernest nie był jednak do końca przekonany do użycia go tutaj. Ennis chciała stworzyć narzędzie jednorazowego użytku. Korpus miał pęknąć, rozerwać się lub przynajmniej ustąpić energii zamkniętej wewnątrz. Orichicalum robiło wszystko, by do tego nie dopuścić. Część siły wybuchu zostałaby pochłonięta przez sam materiał, szczególnie gdyby zdecydowali się na rafinowany noksylit. Efekt końcowy byłby słabszy, niż wskazywałyby na to same właściwości mieszanki. O jednym i drugim już wspominał jej wcześniej i był ciekawy czy będzie pamiętała takie różnice. Nie miał zamiaru podawać jej każdej odpowiedzi na tacy, jeśli faktycznie chciała się uczyć. Uśmiechnął się nieco szerzej na komentarz odnośnie pojeba.
    — I źle na tym nie wyszłaś, hm? — mruknął. —Rafinowany noksylit nie jest aż tak nieprzewidywalny, jak mogłoby się wydawać. Możesz go kuć, obrabiać, a nawet przypalać i nic się nie stanie. Dopóki nie wejdzie w reakcję z odpowiednią mieszanką zapalną, sama iskra go nie uruchomi. Problemem nie jest używanie go, tylko rafinacja. To ona jest trudna i niebezpieczna dla kogoś bez doświadczenia. Gdybyś chciała z nim pracować, musiałbym najpierw nauczyć cię, jak robić to we właściwy sposób. Proch górniczy to zupełnie inna historia. Nigdy nie da ci kierunkowej eksplozji. Stworzono go do rozrywania skał i żłobienia całych korytarzy w kopalniach. Jego siła rozchodzi się wszędzie, gdzie tylko znajdzie ujście. Jeśli zależy ci na precyzji, to nie jest materiał, którego szukasz. Będzie głośniejszy, prostszy w użyciu i znacznie tańszy, ale zawsze skończy się dużym wybuchem we wszystkie strony — objaśnił jej, stukając palcem o kartkę. Były też inne mieszanki, o których mówił, pytanie jak słuchała. Noksylit mieli teraz, więc można było go wykorzystać, ale był rzadki, na przyszłość może tego nie powtórzyć.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  23. — Mówimy o małej dawce zapalnika, bardzo małej dla bardzo twardego, trwałego materiału po wykończeniu. Dobra konstrukcja pozwoli Ci ukierunkować, ale przy takich rozmiarach część materiałów w ogóle nie doprowadzi do eksplozji, przy wybuchu, może zostać zatrzymana, to bby wyglądało tak, że kulka z ogromną prędkością… — urwał i oblizał usta, rozszerzając oczy. No tak, przecież to było genialne! Mała kulka z orkowej rudy! Nie do eksplozji, ale do prochowego strzelca… — Jesteś bardziej genialna niż dajesz po sobie znać — zaśmiał się. — Orichicalum byłoby ciężko osiągnąć dobrą eksplozję, nie zostawisz takiej dziury w klatce piersiowej — nakreślił jej średnicę na jej własnym torsie. Przechylił lekko głowę w bok, analizując dawkę materiału wybuchowego ewentualną wielkość i to czym był zapalnik. — Ewentualnie dałoby się zostawić dziurę, ale nie w taki sposób, jak zakładasz. Za mało miejsca na materiał. Przy tych rozmiarach większość energii zużyjesz na rozerwanie samej konstrukcji — mruknął, a następnie zmarszczył brwi i jeszcze raz spojrzał na szkic.
    — Stal rzemieślnicza będzie rozsądniejsza, tańsza, łatwiej zmieniać proporcje stopu. Na tym etapie krytyczne też jest to, czy mechanizm zadziała. Przed robieniem produkcji trzeba wszystko odpowiednio dobrać, jeśli chcesz popełniać jak najmniej wpadek i nie ryzykować, że Twoje śliczne włoski pójdą z dymem — zmienił temat na kolejny, równie ważny, przesuwając palcem po miejscu, gdzie narysowała haczyki. — Te części są ważniejsze od korpusu. Jeśli nie będą trzymać celu, reszta nie ma znaczenia. A proch górniczy naprawdę się do tego nie nadaje. Gdyby się nadawał, nie miałbym sam nigdy wymyślania zamienników, biorąc pod uwagę ceny materiałów — zakończył swój wywód i oparł kartkę o własne kolano. — I nie proponuję nauki dlatego, że chcę być bardziej przydatny. Proponuję ją dlatego, że jeśli sama spróbujesz rafinować noksylit bez przygotowania, prawdopodobnie puścisz nas z dymem. Mówiłem, że to trudne i niebezpieczne. Do stawu pełnego smacznych ryb też bym Cię nie wpuścił z nadzieją, że żadnej nie zjesz — spojrzał po Ennis wymownie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  24. — Myślę, że odpowiedź na to pytanie by Cię nie zdziwiła, gdyby była szczera, więc zostawię to bez komentarza — odpowiedział jej, patrząc przez chwilę na Ennis z zaczepnym, szelmowskim uśmiechem na twarzy, po czym wrócił do szkicowania.
    — Orkowa ruda to orichucalum, bardziej powszena nazwa — doprecyzował. Najwyraźniej w innych wyjaśnieniach tego zabrakło. — Próby i błędy zajmują czas, my tego czasu nie chcemy za bardzo marnować, poza tym w moim zawodzie zbyt dużo błędów kończy się utratą kończyny, więc… zależy od wielu aspektów — odpowiedział w pełni szczerze nakolejne pytanie. Sam testował wiele różnych rzeczy, ale wiedział jak się przy tym nie zabić przy okazji i miał cholernie dużo czasu. Teraz mieli przede wszystkim dotrzeć do Helgi. Nie skomentował tego jakby wyglądała w krótkich włosach. Wyobraził to sobie i no cóż, miała rację. Ale nie musiał jej przytakiwać w tej kwestii. Bardziej skupił się na projekcie haczyków. Patrzył przez chwilę.
    — I jak uruchomisz mechanizm po zaczepieniu? — zapytał jej badawczo. Wcześniej rozmawiali o tym, że haczyk powinien odpalać mechanizm w podobny sposób co zawleczka, aby miała dwie opcje tak na wszelki wypadek. Skoro myśleli o rafinowanym noksylicie zanim ten odpali się w takim małym urządzeniu będzie potrzebowała czasu, ale nigdy nie wiadomo na ile ruchów pozwoli jej przeciwników. Powinna to bardziej złączyć. Tak, aby mechanizm zdążył się uruchomić. Sama przyczepność nie wygląda źle, ale on przerobiłby część tego projektu. Nie miał zamiaru jednak podawać jej gotowego pomysłu na tacy czy własnego toku myślenia. Był ciekawy jak sama to sobie poukłada.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  25. Ernest uniósł lekko brew na jej wyjaśnienie. Wrócił spojrzeniem do szkicu, przesuwając końcówką węgla między narysowanymi przez nią haczykami. Jeden jako imitacja i jednocześnie włącznik? Dało się. Tylko dalej nie rozwiązywało to tego, o co mu chodziło.
    — Możesz — przyznał — wcisnąć, przekręcić, przesunąć, zerwać. Możliwości jest sporo. Tylko wtedy dalej uruchamiasz mechanizm sama — dodał, po czym dorysował krótką linię od jednego z haczyków do wnętrza korpusu, następnie stuknął w nią końcówką węgla.
    — A wcześniej chodziło o to, żebyś miała dwie możliwości. Zawleczkę, kiedy chcesz odpalić zabawkę przed rzutem i haczyk, który zrobi to za Ciebie, kiedy wbije się w cel. Jeśli jeden z nich ma być tylko ukrytym przyciskiem, to równie dobrze możemy umieścić przycisk gdziekolwiek indziej. Będzie prostszy i mniej podatny na przypadkowe uszkodzenie — pozwolił sobie zauważyć, jednocześnie przechylił szkic, patrząc na niego przez chwilę w milczeniu. Pomysł nie był zły, Ennis tylko rozdzielała elementy, które jego zdaniem powinny ze sobą współpracować. Zastanowił się przez krótką chwilę, marszcząc przy tym brwi.
    — A odpalić wcześniej oczywiście możesz. Tylko wtedy musisz dobrze wiedzieć, ile masz czasu. — spojrzał na nią z wymownym uśmiechem. Kącik ust mężczyzny drgnął lekko, kiedy wykonywał w głowie swoje własne obliczenia — I nie pomylić się w liczeniu, kiedy ktoś akurat próbuje rozciąć Ci brzuch, Ty jemu czy wszystkie inne jakże urocze ceregiele, które tak lubisz Pani Drapieżnik. Osobiście wolałbym, żebyś nie wysadziła też mnie, skoro prawdopodobnie będę gdzieś obok, przynajmniej na jakiś czas. To mogłoby negatywnie wpłynąć na naszą współpracę, moje własne plany i Twoje posiadanie mojej osoby do własnych intryg — odparł. Parsknął cicho na określenie technologicznego dziwaka. Trudno było mu się z nim kłócić. Sam prawdopodobnie użyłby gorszego, a może lepszego. Niemniej nie komentował tego określenia.
    — Chwileczkę, Skarbie. Najpierw chciałaś, żebym Cię uczył. Teraz mam tylko dostać listę życzeń i wykonać zamówienie? — zapytał z rozbawieniem — Zdecyduj się. Jedno zrobię szybciej, drugie jest ciekawsze, ale nie wiem czy nie przesadzasz. Jestem hojny, ale mam swoje granice — dodał, patrząc z szelmowskim uśmiechem po kobiecie. Na chwilę zatrzymał się na złotych tęczówkach, analizując coś. Przesunął pergamin z powrotem w jej stronę, nie spuszczając z niej wzroku, zatrzymał też palec przy narysowanych haczykach.
    — Gdybym miał zrobić to sam, już bym Ci powiedział, jak będzie wyglądać. Ale wtedy niczego się nie nauczysz, a ja nie dowiem się, czy potrafisz wymyślić coś co mnie zainteresuje w kwestii technologicznych dziwactw. Wiemy, że jesteś bez tego cholernie kreatywna, ale czasami brakuje Ci finezji — wyjaśnił dalej z tym samym uśmiechem. — Za późno. Przyprowadziłaś mnie do kopalni pełnej noksylitu — odpowiedział, wracając do szkicu. — Teraz masz cholernie trudną konkurencję — mruknął z lekkim rozbawieniem. Zaczął poprawiać jedną z linii w swoim własnym szkicu. — Pomyśl jeszcze raz o tym haczyku.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  26. Ernest przez chwilę patrzył na jej szkic, po czym skinął głową, jakby w końcu zaakceptował tok jej rozumowania.
    — Dobrze. Teraz rozumiem, co chcesz osiągnąć — przyznał. Przesunął palcem po narysowanych haczykach. — I tak, mniej więcej o to chodzi. Tylko nie chcę, żebyś po zaczepieniu jeszcze coś wciskała i zastanawiała się, czy zadziałało. Haczyk ma wykonać część pracy za Ciebie. Zaczepiasz, odchodzisz i liczysz czas — wyjaśnił. Na jej słowa o stawianiu życia na szali uniósł kącik ust.
    — Współpracuję z Tobą. Mam wrażenie, że próbuję tego regularnie — mruknął. Oparł się wygodniej, słuchając jej wywodu o nauce. Kiedy skończyła, westchnął teatralnie.
    — Lubisz mi przypominać, że jestem Ci potrzebny — zauważył, uśmiechając się w jej stronę szelmowsko. Przyciągnął szkic bliżej siebie.
    — Mogę pokazać Ci podstawę i wyjaśnić, dlaczego coś działa. Nie zrobię jednak całej reszty za Ciebie. Chcę zobaczyć, co wymyślisz sama. To znacznie ciekawsze niż wykonywanie zamówienia — odpowiedział stanowczo, ale nie twardo. Po prostu postanowił jak chciał bawić się tym projektem. Na groźbę rozwalenia okolicy prychnął.
    — Szantażowanie nauczyciela własną głupotą. Kreatywne nawet jak na Ciebie. I kuszące. Jak duży obszar planujesz właściwie zrównać z ziemią? — zapytał, wracając do niej wzrokiem. Kiedy dodała ciszej, że jej się nie spieszy, spojrzał na nią na moment dłużej. — Mnie również nie —- szepnął.Poszerzył uśmiech na jej uwagę o finezji.
    — Oczywiście, że Tobie. Ja jestem jej chodzącym ucieleśnieniem — przytaknął ruchem głowy. Nie przeszkadzał jej, kiedy nagle zaczęła coś analizować. Gdy wspomniała o kuszy, zerknął na broń, a potem ponownie na Ennis.
    — Można wykorzystać podobną zasadę — przyznał. — Jeden ruch uruchamia następny. Haczyk się przesuwa, zwalnia blokadę, mechanizm robi resztę — powiedział, po czym sięgnął po kuszę i położył ją między nimi.Przesunął broń w jej stronę i obserwował ją z lekkim uśmiechem.
    — Otwórz. Pokażę Ci, jak działa. Tylko niczego nie zepsuj. To jedna z niewielu rzeczy, do których jestem przywiązany — powiedział, zawieszając na niej spojrzenie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  27. Ernest odpowiedział jej krótkim uśmiechem, kiedy stwierdziła, że powinien przywyknąć. Najwyraźniej zamierzała konsekwentnie wystawiać jego instynkt samozachowawczy na próbę. Cóż, z nią zdecydowanie się nie nudził.
    — Obawiam się, że właśnie to robię — przyznał spokojnie, utrzymując swój uśmiech na twarzy. Na kolejną uwagę spojrzał po niej z rozbawieniem, ale nie zaprzeczył. Zamiast tego wrócił wzrokiem do szkicu. — Możliwe, że oboje czerpiemy z tego trochę za dużo przyjemności — mruknął, jakby od niechcenia, unosząc na chwilę wymownie jedną brew, aby zaraz po chwili wrócić myślami do wybuchowych zabawek. Wysłuchał jej wyjaśnienia dotyczącego nauki i skinął głową.
    — Dobrze. W takim razie pokażę Ci, jak zrobić podstawę, a Ty sama zdecydujesz, jak bardzo chcesz działać samodzielnie. Jestem ciekawy ile z tego podpłapiesz — odparł rzeczowym tonem, przypatrując się jej teraz już w większym spokojem. Była pojętna, doskonale o tym wiedział, a to jak szybko będzie się uczyć przy praktycznie niezmiernie go interesowało. Parsknął na jej groźbę, a odpowiedź dotyczącą rozmiaru eksplozji skwitował krótkim śmiechem.
    — Tego się właśnie obawiałem — rzucił, uśmiechając się nieco szerzej, widząc to wszystko oczami swojej wyobraźni, aż ciarki pojawiły mu się na plecach. Było w tej wizji coś niezwykle pięknego.Kiedy jednak zarzuciła mu, że za bardzo ją ceni, spojrzał na nią uważniej. Kącik jego ust uniósł się powoli.
    — Nie przeceniam. Po prostu widziałem już wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że stać Cię na więcej niż toporne rozwiązania — odpowiedział szczerze— Nie przyzwyczajaj się jednak do komplementów, znudziło mi się rzucanie ich w te i wewte i powtarzanie czegoś co już wiesz — wyjaśnił nieco z cynicznym uśmiechem na ustach. O swojej urodzie i charakterku już się wystarczająco nasłuchała, tego był pewny, poza tym miał wrażenie, że teraz nie muszą wymieniać się udawanymi czułościami, co i jemu ułatwiało sprawę bardzo mocno. Obserwował, jak bierze kuszę, a na jej uwagę dotyczącą delikatnego sprzętu uniósł brew. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. — Nie jestem pewien, czy powinienem czuć się uspokojony — zażartował, jednak jego mina była całkowicie pozbawiona wyrazu. Pozwolił jej znaleźć otwarcie samodzielnie, nie pomagając ani słowem. Dopiero kiedy odłożyła broń między nich, przysunął się bliżej i oparł palce przy odsłoniętym mechanizmie.
    — Patrz uważnie, Pani Drapieżnik. Nie będę powtarzał tylko dlatego, że wolisz patrzeć na maestro zamiast na jego ręce — rzucił w tym samym żartobliwym tonie, jednak teraz kącik ust zaczął już drgać powoli. Wskazał pierwszy element mechanizmu. — Tutaj zaczyna się cały ruch. Po strzale cofnięcie cięciwy napina ukrytą sprężynę, która porusza zębatką i przesuwa kolejny bełt z magazynka na prowadnicę. Gdy mechanizm wraca do pozycji wyjściowej, sprężyna ponownie naciąga cięciwę i blokuje ją na spuście, przygotowując kuszę do następnego strzału. Całkiem proste na dobrą sprawę, hm? I nie traci na swojej sile penetracji zbroi — tak, celowo powiedział w ten sposób, aby utrzymać jej uwagę — a jednocześnie użytkownik nie musi męczyć się samodzielnie, ani marnować czasu, który może spożytkować inaczej w trakcie walki — objaśnił, pokazując jej co i jak działa po kolei.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  28. Ernest uniósł brew na jej pierwszą uwagę, ale uśmiech pozostał na jego twarzy.
    — Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków, Skarbie. Jeszcze uznasz, że jestem łatwy do rozszyfrowania — odpowiedział, choć nie zaprzeczył jej wprost. Na komentarz dotyczący kłamstwa parsknął tylko cicho i pokręcił głową. — Obawa i ciekawość mogą istnieć jednocześnie. Powinnaś coś o tym wiedzieć — dodał jeszcze z takim samym wyrazem twarzy. Przesunął po niej rozbawionym spojrzeniem, ale nie zamierzał rozwijać tematu tego, jak dużą eksplozję naprawdę chętnie by zobaczył. Na słowa o komplementach prychnął. Oboje byli zadowoleni z tego układu i najwyraźniej obie strony to pokazywały. Kiedy wspomniała o jego palcach, zatrzymał jeden z nich na wskazywanym właśnie elemencie mechanizmu. Zerknął na nią z ukosa.
    — Doprawdy? Dobrze wiedzieć, że przynajmniej czymś potrafię utrzymać Twoją uwagę — powiedział jakże poważnie, zadowolony, że miał coś czym mógł zwrócić jej uwagę na faktycznie ważnych rzeczach. Nie żeby ta myśl sama w sobie była szczególnie poważna. Kompetencji nigdy odmówić jej nie mógł. Słuchał uważnie, przesuwając wzrokiem między Ennis a mechanizmem, gdy rozwijała kolejne założenia. Kilka razy drgnął mu kącik ust, zwłaszcza przy jej wyjątkowo wymownym guziczku, ale tym razem nie przerywał. Dopiero kiedy zabrała mu węgiel i zaczęła kreślić własny schemat, pochylił się bliżej pergaminu.
    — Kierunek jest dobry — przyznał po chwili. — Tylko nie potrzebujesz zębatki wyłącznie po to, żeby potrzeć krzesiwo. To niepotrzebnie zwiększa liczbę rzeczy, które mogą się zaciąć. Ruch sprężyny może zwolnić prostszy element uderzający bezpośrednio w krzesiwo — odpowiedział, po czym wyciągnął rękę, ale zamiast odbierać jej węgiel, wskazał palcem miejsce na szkicu.
    — Tutaj. Jeden ruch haczyka przesuwa blokadę, sprężyna zwalnia uderzak, jest iskra i dalej już Twój czy mój ukochany w chuj wielki wybuch — zaproponował i uśmiechnął się lekko, patrząc na nią. — A zacisk? Myślisz o nim zbyt dosłownie. Nie musisz zamykać haczyków ręcznie. Możesz je utrzymywać otwarte blokadą. Kiedy zahaczą o materiał i pojawi się opór, blokada puszcza, sprężyna je zamyka, a ten sam ruch uruchamia zapłon — przesunął palcem po jej szkicu, wyznaczając drogę działania mechanizmu — Ty decydujesz tylko, czy przed rzutem odblokowujesz zapalnik czasowy, czy mechanizm haczyka. Potem zabawka radzi sobie sama — zakończył swój wywód.
    — I proszę. Jeszcze chwilę temu zarzucałaś mi, że niczego Cię nie uczę, a teraz sama zaczynasz składać mechanizmy z kilku różnych rozwiązań. Nieźle jak na kogoś, kto podobno potrzebuje ode mnie wszystkiego podanego na tacy — pozwolił sobie skomentować. Jej szkic i pomysł był całkiem dobry, zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak krótko się czyła, pojętna była z niej uczennica i nie widział sensu w maskowaniu tego faktu. Zawiesił spojrzenie na jej złotych oczach i uśmiechnął się szelmowsko. — Ładnie.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  29. Ernest zerknął na nią, gdy sama odpowiedziała sobie na pytanie, i skinął głową.
    — Dokładnie. Dopóki mechanizm haczyka pozostaje zablokowany, możesz nosić zabawkę bez większego ryzyka, że pierwsza lepsza fałda materiału zrobi Ci bardzo nieprzyjemną niespodziankę. Dopiero po zwolnieniu zabezpieczenia opór na haczykach uruchamia dalszy ciąg — wyjaśnił. Kącik jego ust drgnął, gdy zarzuciła mu wkładanie jej słów w usta. — Nie wspominałaś. Za to bardzo sugestywnie domagałaś się odpowiedniej ilości wiedzy. Muszę jakoś dbać o swoją pozycję w tej współpracy — odpowiedział na jej zarzut lekkim tonem. Kiedy zmniejszyła dystans między nimi, nie cofnął się nawet odrobinę. Patrzył jej spokojnie w oczy, a jego uśmiech tylko nieznacznie się poszerzył. — To nie był komplement. Zwykła, chłodna ocena sytuacji — zauważył, spokojnym tonem, a jego uśmiech zniknął z twarzy, aby mógł wyglądać śmiertelnie poważnie. W tej chwili zdecydowanie nie żartował. Nie komplementował jej bez sensu. Stwierdzał fakt, nic poza tym. Pozwolił jej się odsunąć bez żadnego komentarza, choć przez krótką chwilę jeszcze obserwował ją, gdy wstawała. Na jej dalszy wywód prychnął cicho, a kącik ust drgnął na nowo.
    — Oczywiście. W takim razie będę pamiętał o regularnym karmieniu Twojego ego. Dla dobra procesu nauczania — zażartował. Przesunął kuszę z powrotem bliżej siebie i zaczął zamykać jej mechanizm, słuchając wyliczanki Ennis.
    — Zabezpieczenie. Nie chcemy, żebyś przez przypadek uruchomiła to podczas noszenia. Do tego niewielki element blokujący uderzak i coś, co odizoluje proch od przypadkowej iskry, dopóki mechanizm rzeczywiście nie zostanie uruchomiony — wymienił to czego jej zabrakło. Spojrzał w stronę jej tobołka, potem ponownie na nią. Oparł przedramię o wgłębienie w drewnianej ścianie i przyjrzał się jej z lekkim rozbawieniem.
    — Poza tym potrzebujemy narzędzi, miejsca, którego nie będzie Ci szkoda przypadkiem podpalić, i rozsądnej ilości cierpliwości —- zrobił krótką pauzę. — Ostatniego możemy mieć najmniej, ale to już zależy bardziej od Twojego nastroju, prawda?


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  30. Ernest uniósł brew na jej uwagę dotyczącą własnej miny. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto próbować się bronić, po czym kącik jego ust drgnął.
    — Moja mina była całkowicie profesjonalna. To Ty masz skłonność do nadinterpretacji wszystkiego, co robię — odpowiedział spokojnie, chociaż tym razem kłamał, przynajmniej w kwestii miny, nie krył się też nawet z tym niewinnym kłamstwem — Szczególnie kiedy pasuje Ci to do teorii — zakończył swój wywód. Spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, gdy znów teatralnie zatrzepotała rzęsami. Obserwował, jak układa się wygodniej, a kiedy jej nogi znalazły się blisko jego własnych, zerknął na nie tylko przelotnie. Nie odsunął się jednak, wracając spojrzeniem do jej twarzy.
    — Kuźnia służy do budowania. Nie do wysadzania — zaznaczył od razu. — Możesz zapomnieć o testowaniu tam czegokolwiek, co zawiera proch. Może nam się przydać, mi się przydać, szkoda marnować dobrą kuźnię, nie ma ich wiele w Mathyr, większość to… ugh… fuszerka — powiedział, po czym oparł się wygodniej i przez chwilę wyglądał, jakby faktycznie rozważał odpowiednie miejsce.
    — Znajdziemy coś innego co Ci się spodoba, hm? Kamieniołom, opuszczone wyrobisko albo kawałek pustkowia, którego nikomu nie będzie szkoda. Najlepiej z czymś solidnym, za czym można się schować, kiedy Twój „w chuj wielki wybuch” okaże się większy, niż planowałaś. A jak się przekonamy, że działa idealnie jak chciałaś, poszukamy Ci żywych obiektów testowych — zaproponował takie rozwiązanie. Na jej kolejną zaczepkę uśmiechnął się nieznacznie.
    — O cierpliwości? Na razie radzisz sobie zaskakująco dobrze — odparł, przechylając lekko głowę — Chociaż możliwe, że po prostu znalazłaś sobie wystarczająco interesujące zajęcie. Albo towarzystwo. Inną teorią jest to, że właśnie zajęcie i towarzystwo jest nudne, więc odechciewa Ci się zabawy. Zależy od tego co o mnie uważasz — urwał znowu, zastanawiając się przez chwilę. Nie bardzo go interesowała ta kwestia, aby miał o nią pytać. A raczej takiej odpowiedzi nie chciał mieć podanej na tacy. — Ile razy w życiu straciłaś panowanie nad sobą?


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  31. Ernest parsknął cicho na jej odpowiedź dotyczącą nadinterpretacji, ale nie próbował już walczyć o swoją wersję wydarzeń. Szczególnie że oboje doskonale wiedzieli, iż tym razem kłamał wyjątkowo nieudolnie. Kiedy wybuchnęła śmiechem przez jego pomyłkę dotyczącą kuźni, zmarszczył lekko brwi i spojrzał na nią z udawanym wyrzutem.
    — Wybacz, ale po kobiecie, która chwilę wcześniej z entuzjazmem zapowiedziała mi „w chuj wielki” wybuch, wolę spodziewać się wszystkiego — odpowiedział — To się nazywa odpowiedzialne przewidywanie zagrożeń. Przydatne w moim fachu — rzucił dalej z tym samym tonem. Kącik jego ust uniósł się jednak lekko. Nie wyglądał na szczególnie urażonego faktem, że ją rozbawił. Właściwie patrzył na jej śmiech przez chwilę dłużej, zanim odwrócił wzrok.
    — Dobrze, w takim razie kuźnia przeżyje. Cieszę się, że wyjaśniliśmy tę kwestię — zakończył. Na potwierdzenie planu testów skinął głową. To akurat brzmiało rozsądnie, przynajmniej według ich własnych, zapewne mocno wypaczonych standardów rozsądku. Obserwował ją przez chwilę, gdy ponownie zamknęła oczy, a na komentarz o teoriach odpowiedział jedynie krótkim uśmiechem. Nie zamierzał jej pytać, która z nich była prawdziwa. Znacznie ciekawiej było dojść do tego samemu.Na jej pytanie dotyczące liczenia lekko pokręcił głową.
    — Nie wyglądasz — przez chwilę milczał, wodząc po niej uważnym spojrzeniem — Zastanawiam się po prostu, jak często ktoś albo coś rzeczywiście jest w stanie doprowadzić Cię do momentu, w którym przestajesz kontrolować własne reakcje — wyjaśnił. Oparł głowę wygodniej, nie spuszczając z niej wzroku. — Dużo mówisz o ryzyku, chaosie i robieniu tego, na co akurat masz ochotę, ale jakoś nie wyglądasz mi na osobę, która naprawdę często traci kontrolę. Wręcz przeciwnie. Co trzeba więc zrobić, żeby odebrać Ci kontrolę?

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  32. Ernest obserwował, jak zmienia pozycję, nie spuszczając z niej wzroku podczas całego wyjaśnienia. Właściwie potwierdzała jego przypuszczenia. Chaos Ennis był w dużej mierze kontrolowany, nawet jeśli dla kogoś z zewnątrz mógł wyglądać zupełnie inaczej. Kiedy przypomniała mu tamtą sytuację, lekko zmarszczył brwi. Pamiętał jej wyraz twarzy jeszcze przed walką. Pamiętał też moment, w którym wszystko się zmieniło.
    — Nie muszę pytać — przyznał w końcu spokojnie.— Ale skoro robisz mi z tego zagadkę… —- przechylił lekko głowę, przyglądając jej się przez chwilę. Zmarszczył lekko brwi. Miał okazję podzielić się swoimi stwierdzeniami. Pytanie do samego siebie - jak bardzo szczery chciał być wobec niej. Spoważniał, nie spuszczając z niej wzroku.
    — To nie zaczęło się od złości. Jeszcze chwilę wcześniej byłaś zirytowana, ale myślałaś normalnie. Nawet zdążyłaś powiedzieć mi, dlaczego mój pomysł z granatem był do dupy — zauważył, przypominając sobie uważnie sytuację, o której myślał — Ruszyłaś dopiero, kiedy poczułaś krew i usłyszałaś, że Zoja… — urwał, nie był pewny czy dobrze zapamiętał imię. Zmarszczył brwi, ale ostatecznie przytaknął sobie, tak to była Zoja, ona wtedy zginęła — nie chciała mówić — dokończył i zamilkł na moment.
    — Moim zdaniem się przestraszyłaś. Nie o siebie, oczywiście. To byłoby do Ciebie niepodobne — mruknął — Przestraszyłaś się, że nie zdążysz. Złość przyszła zaraz później i była znacznie wygodniejsza, więc pozwoliłaś jej zrobić resztę — dodał, przesuwając po niej uważnym spojrzeniem, zatrzymując je na jej twarzy. — Tylko nie jestem przekonany, że chodziło wyłącznie o Zoję, mam wrażenie, że było w tym coś więcej, ktoś więcej — dodał. Tak, ciało kobiety w końcu zostawiła, ale jej reakcja… była zbyt emocjonalna, aby to wszystko było takie proste. W tej układance był ktoś jeszcze - ważny element jej życia, ktoś kogo ukrywała pod swoimi maskami. Teraz to było oczywiste, kiedy dłużej się nad tym zastanawiał. — Skoro już jesteśmy przy mechanizmach... powiedziałbym, że ona była zapalnikiem. Nie ładunkiem. Ładunkiem były może wspomnienia, stare lęki, albo obawy czy kogoś jeszcze może to spotkać? — rozwinął własne przemyślenia. Oparł się wygodniej, zostawiając jej chwilę na przyjęcie odpowiedzi.
    — Więc moja ostateczna teoria brzmi: strach przed utratą kogoś, kogo nie chciałaś stracić. Być może kogoś zupełnie innego niż kobieta, którą wtedy próbowałaś uratować — odpowiedział w końcu na pytanie, unosząc lekko brew. — Jak bardzo chybiłem, Pani Drapieżnik? — zapytał na koniec. Nie sądził, aby się pomylił na dobrą sprawę, ale nie sądził też, że ona powie mu teraz prawdę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  33. Ernest uniósł lekko brew na pytanie o ludzkie cechy, a potem westchnął z udawanym rozczarowaniem.
    — Wybacz. Chwila słabości. Postaram się więcej nie popełniać podobnych błędów — zapewnił ją poważnym tonem, choć kącik ust lekko mu drgnął. Akurat ona miała sporo ludzkich emocji, tego był pewien. Posiadała odruchy emocjonalne, potrafił to zauważyć, bo widział w niej zachowania, które uważał za czystą głupotę ludzkich emocji, których sam nie posiadał. Urocze jednak było to, jak udawała, że jest inaczej.
    Kiedy stwierdziła, że bardzo chybił, zmarszczył brwi. Nie wyglądał na urażonego porażką, wręcz przeciwnie. Najwyraźniej zagadka właśnie zrobiła się ciekawsza.
    — Oczywiście, że zgaduję dalej. Nie dawaj mi tak łatwych powodów do obrażenia się na moje ambicje — odpowiedział, przesuwając po niej uważnym spojrzeniem.Milczał przez chwilę. Skoro nie chodziło o samą możliwość straty, musiał spojrzeć na sytuację inaczej.
    — Dobrze. Nie boisz się, że ktoś umrze. Zakładasz, że prędzej czy później to się stanie — podsumował jej własne słowa. — Więc może nie chodziło o to, że mogłaś kogoś stracić. Tylko dlaczego —- zmrużył oczy, zastanawiając się przez chwilę. — Zoja tam była przez coś, w czym miała swój udział. Znała ryzyko, jak później sama powiedziałaś. Ale kiedy poczułaś jej krew, przestało mieć znaczenie, że podjęła własną decyzję — zauważył twardo — Może nie przeraziła Cię strata, tylko myśl, że ktoś może skończyć w ten sposób dlatego, że Ci zaufał? — zawiesił na niej spojrzenie, po czym przechylił lekko głowę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  34. Ernest zmarszczył lekko brwi, kiedy zarzuciła mu uparcie trzymanie się strachu. Nie odpowiedział od razu, przez chwilę po prostu jej się przyglądał.
    — Nie powiedziałem, że jesteś lękliwa — zauważył spokojnie. — Powiedziałem, że mogłaś się czegoś przestraszyć. To dwie zupełnie różne rzeczy, Ennis — dodał. Przechylił nieznacznie głowę. Najwyraźniej nie zamierzał jeszcze wyrzucać swojej teorii do śmieci tylko dlatego, że ona zrobiła niezadowoloną minę. Nie mógł też powiedzieć, że teraz w pełni jej wierzył.
    — Możesz nie bać się śmierci. Możesz nawet szczerze wierzyć, że pogodziłaś się ze stratą. Ale tam nie zachowywałaś się jak ktoś, kto właśnie spokojnie zaakceptował nieuniknione — stwierdził rzeczowo — Coś w Zoji przypomniało Ci o czymś innym. Albo o kimś. Albo jedno i drugie — kontynuował, nie spuszczając z niej wzroku. Zawiesił na niej uważne spojrzenie. Kobieta była jego zdaniem o wiele bardziej emocjonalna niż sama kiedykolwiek by się do tego samodzielnie przyznała. Widział w swoim życiu zbyt wiele podobnej naiwności, ba, sam się na nią nadział w pewnym sensie.
    — Więc poprawię teorię. Nie bałaś się, że ją stracisz. Przestraszyłaś się tego, co jej los oznaczał dla kogoś innego. Teraz możesz mi powiedzieć, że znowu jestem dramatycznie daleko od odpowiedzi — zakończył propozycję kolejnej teorii i nie, nie miał zamiaru teraz zrezygnować tak po prostu ze strachu.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  35. Ernest słuchał jej bez przerywania, z początku z lekkim rozbawieniem, które jednak stopniowo ustępowało bardziej uważnemu spojrzeniu. Kiedy skończyła, przez chwilę milczał. Nie przekonała go. Złość tam była, temu nie przeczył, ale nadal uważał, że przyszła po czymś innym. Ennis mogła nazywać to sobie, jak chciała, a nawet szczerze wierzyć we własną wersję. Nie zamierzał jednak ponownie się z nią o to kłócić. Znacznie ciekawsze było sprawdzenie kiedyś, czy sam miał rację - na podstawie własnych obserwacji. Mówiła mu jednak sporo interesujących rzeczy. Jeśli faktycznie mówiła czystą prawdę to mógł zacząć wierzyć, że mają więcej podobieństw niż wcześniej przypuszczał.
    — Dobrze. Przyjmijmy więc, że jestem chujowy w zgadywanki, a Ty po prostu bardzo nie lubisz, kiedy ktoś rusza Twoje rzeczy — podsumował spokojnie, z lekkim uśmiechem. Przyglądał jej się jednak nadal, analizując nie tyle samo wyjaśnienie, co słowa, których użyła. Informatorka, wolność, osoba, ciepło. Wszystko wrzucone do jednego worka rzeczy uznanych przez Ennis za własne. Najbardziej interesowało go to ciepło, bo to już nie pasowało do funkcji czysto użytkowej. Ciepło było całkowicie zbędne, niepotrzebne, nie dawało żadnych większych korzyści, które mogła zapewnić konkretna jednostka, ciepło, jakkolwiek nie byłoby rozumiane można było uzupełnić z kimkolwiek.
    — Twoją osobę? — powtórzył, unosząc lekko brew. — Interesujące określenie jak na kogoś, kto przecież trzyma mnie przy sobie tylko dlatego, że mam jeszcze robotę do wykonania. Co się kryje pod Twoja osoba? Tylko i wyłącznie funkcja? Sentymentalnie to brzmi jak na tak suche podejście — dopytał, a kącik jego ust drgnął nieznacznie. On Ennis nigdy nie nazwałby swoją. To nie miałoby sensu, była obok, była przydatna, była bardzo interesująca i czerpał satysfakcję ze wspólnie spędzanego czasu, ale nie była jego, nie była też niezastąpiona. Każdą jednostkę dało się zastąpić. — Postaram się więc nie pozwolić nikomu rozjebać mi łba przed czasem. Skoro mogłoby Cię to aż tak zirytować, czuję pewną odpowiedzialność — pozwolił sobie wrzucić niewinny żart między własnymi przemyśleniami. Oparł się wygodniej i jeszcze przez chwilę obserwował Ennis.
    — Tylko zastanawia mnie jedno. Kiedy właściwie człowiek przestaje być użyteczny, a zaczyna być Twój? — uśmiechnął się szelmowsko. — Pytam oczywiście czysto naukowo. Skoro dzisiaj już raz tak boleśnie poległem na analizowaniu Twojej skomplikowanej natury. Chciałbym wiedzieć jak to rozróżniasz, Skarbie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  36. Ernest uniósł lekko brew na sprowadzenie go do roli przydatnego wynalazcy, ale poza cieniem rozbawienia niewiele zmieniło się na jego twarzy. Właściwie nie spodziewał się innej odpowiedzi. Sam nie umieszczał jej w żadnej szczególnej kategorii, więc dlaczego ona miałaby robić to z nim?
    — Przydatny wynalazca — powtórzył z namysłem, jakby delektował się tym przydomkiem — Słyszałem gorsze określenia swojej osoby. Kilku nawet używałem sam — dodał z tym samym wyrazem twarzy. — Uspokoiłaś mnie. Jeszcze zacząłbym się zastanawiać, do czego właściwie nieświadomie aplikowałem — zażartował. Nie pytał o wymagania. Ennis wyraźnie nie zamierzała ich przedstawiać, a poza tym sama zasada zaczynała być dla niego bardziej interesująca niż jego miejsce w tym układzie. Odpowiednia funkcja, odpowiednie jej spełnianie, a później własność. W gruncie rzeczy brzmiało to znacznie mniej sentymentalnie, niż początkowo przypuszczał.Na uwagę o własnej gadatliwości parsknął cicho.
    — Masz dziś wyjątkowe szczęście. Korzystaj, zanim mi przejdzie — odpowiedział jej na ten zarzut, uśmiechając się nieco bardziej bezczelnie. Przesunął po niej spojrzeniem, kiedy wyjaśniła resztę.
    — Przyznam, że spodziewałem się bardziej skomplikowanej odpowiedzi po całej tej tajemniczości — podsumował, po czym zrobił krótką pauzę. — Chociaż teraz zaczyna mnie ciekawić coś innego. Skoro człowiek staje się Twój przez funkcję, to czym właściwie różni się od zwyczajnie przydatnego wynalazcy? Poza, rzecz jasna, tajemniczymi kwalifikacjami, których tak dramatycznie nie posiadam.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  37. Ernest przyjmował kolejne określenia z coraz większym rozbawieniem, choć przy worku na szczyny pokręcił już głową.
    — Zostańmy przy przydatnym pojebie. Ma w sobie zdecydowanie więcej godności niż worek na szczyny — zdecydował, po czym na jej zapewnienie o kojeniu nerwów parsknął cicho. — Niebywały talent. Powinnaś go rozwijać — odparł ironicznie. Kiedy pytanie odbiło się w jego stronę, przez chwilę patrzył na Ennis bez odpowiedzi. Przedmiotowe traktowanie? Nie był pewien, czy właśnie tak by to nazwał. Przedmioty były proste. Niczego nie chciały, niczego nie oczekiwały i nie potrafiły zmienić zasad w połowie gry. Ludzie byli znacznie bardziej skomplikowani, nawet jeśli ostatecznie relacje z nimi również opierały się na wymianie, a każdego dało się lepiej lub gorzej zastąpić. Ernest zwyczajnie nie widział powodu, by ubierać ją w ładniejsze słowa.
    — Nie uważam tego za przedmiotowe traktowanie. Raczej za szczerość — odpowiedział po chwili. — Ludzie czegoś od siebie chcą. Coś sobie dają, coś zabierają, korzystają ze swoich możliwości. Ja po prostu nie widzę sensu udawania, że jest inaczej —- doprecyzował, opierając się wygodniej. Przez moment zastanawiał się, ile właściwie chciał jej powiedzieć. Ostatnie lata pozostawiły w nim dość wyraźną granicę, której wcześniej nie było. Wiedział, że potrafił kiedyś przywiązać się do człowieka. W pewnym sensie, może nawet nie tyle człowieka co układu, wygody, swobody, prostoty jaką dawała długotrwałość czegoś. Wiedział też, że od dawna nie wydarzyło się to ponownie. Nie odczuwał z tego powodu szczególnego żalu. Był to raczej fakt, coś równie oczywistego jak brak palca czy stara blizna. Mimo to ciekawiło go, co Ennis zrobi z tą informacją.
    — Od kilku lat nie czuję wobec nikogo niczego, co nazwałbym przywiązaniem. Sympatia, zainteresowanie, przyjemność z czyjegoś towarzystwa? Oczywiście. Ale kiedy ktoś znika, niewiele to zmienia — powiedział spokojnie, nie spuszczając z niej wzroku. Sam zastanowił się przelotnie, dlaczego właściwie zdecydował się jej to powiedzieć. Nie znalazł jednak powodu, dla którego miałby się teraz wycofywać. — Skoro już dzisiaj tak chętnie bawimy się w analizowanie cudzych głów, powiedz mi dlaczego — kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Nie zamierzał dawać jej żadnych dodatkowych wskazówek. Skoro sama tak bardzo lubiła zagadki, mogła dostać jedną w zamian. — Ja dostałem Twoją, teraz Ty dostaniesz moją, Skarbie — dodał, a jego klatka poruszyła się nieznacznie, jakby tłumił rozbawienie całą tą sytuacją. Dopiero wtedy wrócił myślami do jej ostatniej odpowiedzi i parsknął pod nosem. Wąskie grono „jej” osób nadal go ciekawiło, ale nie na tyle, żeby próbował się do niego dostać. Znacznie bardziej interesujące było samo działanie tego dziwnego systemu Ennis.
    — Czyli najpierw trzeba zdobyć tajemnicze kwalifikacje, a dopiero później można poznać wymagania. Brzmi wyjątkowo uczciwie.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  38. Ernest patrzył na nią przez chwilę po pytaniu o szczerość wobec samego siebie.Analizował, jak dużo z odpowiedzi w ogóle miało sens wypowiadać na głos. Nie okłamywał samego siebie. Przynajmniej nie w sprawach, które miały znaczenie. To była strata czasu, a czas i tak zbyt często próbowano mu kiedyś odebrać. Kłamstwa wobec innych bywały użyteczne. Kłamstwo wobec samego siebie było wadliwym mechanizmem, który prędzej czy później powodował problemy. Problemy się eliminowało.
    — Jestem wobec siebie szczery częściej, niż mogłoby Ci się wydawać — odpowiedział w końcu spokojnie. — To praktyczne. Trudno dobrze przetrwać, jeśli nie wiesz, co naprawdę Tobą porusza — dodał, opierając się wygodniej. Nie spuszczał też z niej wzroku. Nikt nigdy nie uczył go normalnych uczuć. Nie w sposób, w jaki zapewne rozumiała to większość ludzi. Wszystko zawsze miało cenę, funkcję, konsekwencję albo właściciela. Uczucia, jeśli już się pojawiały, nie były bezpiecznym ciepłem ani wzniosłą prawdą o duszy. Były błędem w obliczeniach. Raz pozwolił sobie potraktować coś zbyt osobiście i skończył w miejscu, które bardzo skutecznie wyjaśniło mu, dlaczego nie powinien powielać podobnych błędów. Lochy, ból, gwałt i pięć lat rozkładania go na części były dość przekonującymi argumentami. Perun był najbardziej przekonujący w tym wszystkim. Transakcje z kolei przynajmniej miały zasady. Można było je kontrolować, zerwać, renegocjować albo wykorzystać. Przywiązanie robiło z człowieka uchwyt, za który ktoś inny mógł szarpnąć.
    — Nie twierdzę, że niczego nie czuję — dodał po chwili. — Gniew, nienawiść, satysfakcję, rozbawienie, pożądanie, czasem nawet coś wystarczająco bliskiego szczęściu, żeby nie szukać dla tego lepszej nazwy. Jestem żywy i myślę, więc organizm oraz umysł reagują. To dość proste — zauważył, uśmiechając się lekko. — Ale jeśli chodzi o to całe ciepło w sercu, to nie. Nigdy nie czułem niczego, co pasowałoby do tej bajki. Poza tym nie zrozum mnie źle. Naprawdę nie narzekam. Bardzo wygodnie żyje się ze świadomością, że najbardziej podniecają mnie moje własne wynalazki, to, co robią z innymi, i to, jak seksowny Skarbek z nich korzysta — zakończył. Zastanowił się jeszcze przez chwile. — Więc nie udaje wobec samego siebie, a Ty… hmm… jesteś zainteresowana na tyle, żeby dalej pytać, czyż nie? Czy to dla zabicia czasu, podkurwienia mnie czy własnej zabawy, nie uważasz tego za tyle nudne, żeby zmieniać temat na coś innego albo po prostu kazać mi się zamknąć — uśmiechnąć się do niej nieco szerzej, bardziej zaczepnie. .
    — Twoja odpowiedź nie jest głupia — przyznał. — Brak wystarczająco istotnego śladu to część problemu. Druga część jest taka, że nie każdy ślad służy do tęsknienia. Niektóre zostają po to, żeby przypominać, gdzie już nie wkładać dłoni, albo co należy zniszczyć — doprecyzował, ale nie rozwijał już tego mocniej. Wystarczyło. Jeśli Ennis była tak bystra, jak oboje lubili zakładać, sama mogła sobie dopisać kilka możliwych wniosków. Na jej wyjaśnienie dotyczące wymagań i kwalifikacji uniósł lekko brew, a uśmiech nie schodził mu z ust.
    — To akurat ma sens — przyznał. — Podasz wymagania, a każdy wystarczająco sprytny lizodup zacznie je odgrywać. Nie podasz niczego, zostaną tylko ci, którzy pasują przez przypadek albo są zbyt uparci, żeby odejść, kiedy jeszcze mogą. Interesujące jednostki pewnie stają się Twoimi — zaśmiał się lekko. Nie widział w tym schemacie samego siebie ani innych swojego pokroju, prędzej kogoś, kto widziałby w Ennis coś dobrego i chciałby to pielęgnować, a on tego zwyczajnie nie potrafił.
    — Okrutne, ale skuteczne. Zaczynam rozumieć, dlaczego tak lubisz udawać, że wszystko u Ciebie jest proste.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  39. — Nie myl tonowania z ukrywaniem — odpowiedział spokojnie, z lekko uniesionym kącikiem ust. — Wynalazek nie wykorzysta później mojej reakcji przeciwko mnie. Człowiek potrafi być pod tym względem znacznie bardziej upierdliwy — dodał i przesunął po niej spojrzeniem, nieco dłużej zatrzymując je na jej twarzy — Poza tym mechanizm można rozebrać, poprawić i złożyć od nowa. Z ludźmi jest więcej bałaganu. Dlatego przy ludziach kontrola jest zwyczajnie rozsądniejsza — dalej patrzył na nią w ten sam sposób. Przechylił jednak delikatnie głowę w bok i zniżył spojrzenie, zatrzymując się na zapięciach ubrań. Miała coś do rozebrania, ale to nie był mechanizm jej umysłu, a fizyczność nie była dla niego. Na jej pytanie o zamknięcie się parsknął cicho. Udawał, że się zastawia, aczkolwiek mógłby odpowiedzieć jej od razu.
    — To zależy — stwierdził w końcu. — Jeśli kazałabyś mi się zamknąć, bo miałabyś dość mojego głosu, prawdopodobnie mówiłbym dalej. Z czystej uprzejmości, rzecz jasna — przechylił głowe na drugą stronę, przetaksował ją dokładniej spojrzeniem, wracając do tych drapieżnych oczu. — Jeśli jednak kazałabyś mi się zamknąć, bo chciałabyś sprawdzić, co zrobię z ciszą... wtedy mógłbym rozważyć współpracę — kącik jego ust drgnął szelmowsko, ale nie ciągnął tego dalej. Wolał wrócić do jej odpowiedzi o śladach, bo była mniej głupia, niż próbowała udawać.
    — Pozytywny ślad — powtórzył po niej z namysłem. — Tak, to rzeczywiście bardziej pasuje do Twojej teorii. Negatywne są tanie. Wystarczy trochę bólu, zdrady, przemocy albo zwyczajnej głupoty i już coś zostaje. Nic wyjątkowego. Łatwo się tego pozbyć — oparł się wygodniej, patrząc po niej uważnie. Uśmiechnął się lekko, gdy nie zaprzeczyła w kwestii interesujących jednostek. To też sobie odnotował. Ktoś uparty. Ktoś interesujący. Ktoś, kto najwyraźniej pasował tam, gdzie Ernestowi brakowało kwalifikacji.
    — Oczywiście, że dla Ciebie to jest proste — powiedział po chwili.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  40. Ernest patrzył na nią spokojnie, gdy pochyliła się bliżej. Nie cofnął się, ale też nie wyszedł jej naprzeciw. Pozostał w tej samej pozycji, z lekkim uśmiechem przy ustach, czekał, czy sama uzna, że chce zmniejszyć dystans jeszcze bardziej.
    — Możliwe, że mówi więcej — przyznał. — Ale dalej zostaje pytanie, czy widzisz to, co rzeczywiście jest, czy to, co pasuje Ci do zabawy — zerknął przelotnie na ruch jej stóp, a potem wrócił spojrzeniem do jej twarzy.
    — Rozsądek bywa przydatny. Zwłaszcza kiedy ktoś bardzo starannie sprawdza, ile wystarczy, żeby go komuś odebrać — pozwolił sobie zauważyć. Na pytanie o mechanizm zapięcia kącik jego ust drgnął.
    — Wygląda na sprawny — odparł spokojnie. — A ja zwykle nie rozbieram mechanizmów, które nie wymagają naprawy — zawiesił na niej spojrzenie na dłuższą chwilę. Po raz kolejny. — Chyba, że właścicielka uzna inaczej.
    Na wzmiankę o kneblowaniu parsknął cicho.
    — Wierzę, że znasz kilka skutecznych metod. Pytanie tylko, czy bardziej interesuje Cię cisza, czy to, co trzeba zrobić, żeby ją uzyskać — szepnął cicho. Sam pamiętał twarz Nhulu oraz policzek, który dostał. Nie miał zamiaru ryzykować. Jeżeli czegoś chciała, to musiała sama po to sięgnąć, a doskonale wiedzieli, że nie chciała niczego. Przynajmniej nie od niego. Zdążyła to zaznaczyć wystarczająco dosadnie. Przez chwilę przyglądał się jej uważnie, kiedy mówiła o śladach. Tym razem nie przerwał, pozwalając jej skończyć.
    — Może rzeczywiście nie mam najlepszego nosa do towarzystwa — przyznał po chwili. — Albo po prostu wolę takich ludzi, po których od razu widać, że mogą ugryźć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  41. Ernest parsknął cicho na wzmiankę o biednych byłych kobietach, jakby samo określenie było dla niego zabawniejsze niż cała reszta jej zaczepki. Przez chwilę patrzył po Ennis z tym samym spokojnym rozbawieniem, a potem lekko przechylił głowę.
    — Byłe kobiety to bardzo ambitna nazwa, Skarbie. Jeśli pytasz o seks, to owszem, lubiłem przeglądy. Lubiłem też eksperymenty. I, żeby niepotrzebnie nie udawać skromności, byłem w nich całkiem dobry — kącik jego ust drgnął, trochę wyżej niż zazwyczaj. — Różnica polega na tym, że zwykle robiłem to tam, gdzie cena była jasna. Człowiek ma swoje potrzeby, a żeby chcieć zaryzykować… — urwał i przesunął po niej spojrzeniem po raz kolejny tej nocy i ponownie wrócił do jej oczy. Musiał przyznać, że jak na pragmatyka bardzo mu się podobały — najpierw trzeba poznać kogoś wystarczająco interesującego, żeby odkładać rozsądek na bok. Kobiety, które spotkałem i zdawały się jakkolwiek ciekawe, cóż, udawały, że straciły dla mnie głowę, najczęściej były bardziej zainteresowane tym, jakie sekrety można wyjąć z mojej głowy, gdyby po wszystkim położyć mnie wykończonego spać. Można było je wziąć krótko, szybko i iść w swoją stronę, ale to bardziej przypominało wyrzucanie niepotrzebnego materiału niż ekscytującą grę — wyjaśnił i uśmiechnął się leniwie, niemal niewinnie. — Więc wybacz, jeśli nie płaczę nad brakiem romantycznych wspomnień o zapinkach — dodał tym samym, niewinnym tonem, który udawał, że nie robił niczego złego przez całe życie. Na jej słowa o ciszy uniósł lekko brew.
    — Wierzę, że potrafisz kogoś skutecznie uciszyć.Potrafię sobie wyobrazić więcej niż jeden spektakularny sposób… Bardziej zastanawia mnie, czy bardziej lubisz samą ciszę, czy drogę do niej — odparł. Osobiście miał wrażenie, że największą przyjemność czerpała by z uciszania, cholerna Drapieżniczka. Kiedy wspomniała o kąśnięciach, przyglądał jej się chwilę w milczeniu. Nie wyglądał, jakby zamierzał zaprzeczać.
    — Może masz rację. Ciepło brzmi mało praktycznie. Kąśnięcia przynajmniej zostawiają człowieka z pytaniem, czy powinien zabrać rękę, czy podsunąć ją bliżej — zgodził się z nią, nie spuszczając z niej wzroku. Ostatecznie jednak po chwili sam się położył, usiłując zmrużyć oczy chociaż na chwilę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  42. Ernest nawet nie otworzył oczu, kiedy usłyszał jej śmiech. Kącik jego ust drgnął jedynie lekko. Domyślał się tego zarzutu z jej ust. Pokiwał głową.
    — Gdybym nie był aktualnie impotentem, może poddałbym się szczerej, konstruktywnej krytyce — odparł leniwie — Niestety musisz zadowolić się teorią i wspomnieniami — dorzucił. Nie sądził, żeby był w stanie zmienić jej zdanie i nie uważał też tego za koniecznie. I tak nie planowali iść w tą stronę, a ona zdecydowanie już wcześniej dała znać, że nie ma ochoty na nic takiego. Jemu to nie przeszkadzało. Dopiero po chwili uchylił jedno oko i spojrzał na nią z ukosa.
    — Yhym… biedny, nudny Ernest… chcesz mnie za to ukołysać do snu? — zaproponował, nieco odwracając sens jej słów, dalej lekko się uśmiechając pod nosem.
    — Możliwe, że mam zły nos do ludzi — przyznał spokojnie. — Ale aktualnie nie narzekam — przechylił głowę z zamkniętymi powiekami w jej stronę i poprawił kosmyki włosów. Na jej ostatnie słowa nie odpowiedział od razu. Leżał przez chwilę w milczeniu.. Nie zamierzał jej już ciągnąć za język. Nie teraz.
    — Zbieram dane, Skarbie — mruknął jeszcze ciszej. — Jak na razie nie są nudne — pozwolił sobie na tym zakończyć swoją część dyskusji. Potem zamilkł już naprawdę, próbując choć na chwilę przysnąć, zanim będzie musiał wstać, pozbierać kuszę, szkice i resztę ich rzeczy, a potem ruszyć z nią dalej w stronę kuźni. Niespodzianki mogły dalej na nich czekać, lepiej było chociaż trochę wypocząć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  43. Ernest nie uchylił oczu, ale kącik jego ust drgnął lekko. Nie wyglądał na urażonego. Ciężko w końcu było poczuć się urażonym czymś o co w ogóle się nie starasz. Ennis jak piękna czy interesująca by nie była dalej nie mogła znaczyć dla niego niczego więcej. Nie potrafił tak. A zwykłe zaspokojenie potrzeb? Najpierw musiałby je odzyskać, a i to… przeszkadzałoby w interesach. Zdecydowanie wolał nie wrzucać jej do kategorii przygody na jedną noc. Na jej słowa o bliskości przytaknął tylko niemal niewidocznie.
    . — Przynajmniej żadnemu z nas nie jest z tego powodu smutno — odpowiedział cicho z nikłym uśmiechem, a potem już zamilkł, pozwalając ciszy opaść między nimi, aż w końcu przysnął na krótko. Rano obudził się bez większego ociągania, chwilę nasłuchiwał otoczenia, po czym zapisał kilka ważnych pomysłow odnośnie orichucalum i sięgnął po znalezione strzały oraz narzędzia. Nie budził Ennis, wiedział, że sama niedługo wstanie. Usiadł tylko wygodniej i zaczął przerabiać strzały na bełty do kuszy, skracając je, poprawiając lotki i sprawdzając wyważenie. Praca szła mu bardzo szybko w świetle dnia, więc uśmiechał się nieco przy tym zadowolony.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  44. Ernest zerknął na nią przelotnie, kiedy zajrzała mu przez ramię, ale nie przerwał pracy. Obrócił skracany bełt w palcach, sprawdził jego ciężar, a potem poprawił lotkę.
    — Myślę, oczywiście, że tak — odparł w końcu, odkładając gotowy bełt obok reszty. — Ale bez roboty nie wprowadzę ich w życie — dodał, przenosząc na nią wzrok. Uśmiechnął się lekko. — Ty lubisz odgryzać języki a ja strzelać kwasem w ludzi dla przykładu — rzucił przelotnie. Wczorajszy widok na przykład bardzo przyjemnie zapadł mu w pamięci, ciężko było jednak spełniać jego własne marzenia i fantazje bez pracy. — Każdy ma swoje dziwcatwa, Skarbie — dodał jeszcze, wstając na równe nogi. Sam wziął trochę suszonego mięsa i zaczął wszystko pakować. Poczekał aż skończy jeść oraz aż deszcz nieco się uspokoi zanim ruszą dalej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  45. Ernest dopiął tobołek i zerknął na nią z lekkim rozbawieniem, kiedy schodziła po drabinie.
    — Wyobraź sobie, jak niezręcznie bym się poczuł, gdyby okazja do strzelenia komuś kwasem rzeczywiście się trafiła, a ja byłbym nieprzygotowany — odparł spokojnie. — Ty też zwyczajnie nie musisz ciągle czegoś szykować — zauważył jeszcze, przenosząc na nią wzrok. — Różnica biologiczna, mnie natura nie obdarzyła naturalną bronią. Niemniej oboje lubimy dobre okrucieństwo przy odpowiedniej okazji — zakończył swój wywód. Nie sądził, aby tutaj się mylił. Zarzucił kuszę na miejsce, zgarnął resztę rzeczy i ruszył za nią. Zszedł na mokrą ziemię i spojrzał w stronę dalszej drogi.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  46. Nie chodziło mu tyle o kamuflaż, co fakt, że jej ciało zdecydowanie było o wiele bardziej przystosowane do krwawych gierek od tego, które należało do niego. On z taką łatwością nie potrafił odgryzać języka, nie miał też ostrych jak brzytwa pazurów. Szedł tuż obok niej. Zarzucił kaptur w płaszcza na głowę, aby nie moknąć za bardzo. Sam nie miał ochoty rozchorować się w drodze. Zaśmiał się lekko.
    — Każdy gatunek ma bardzo ciekawe cechy, pytanie jak każda jednostka to indywidualnie wykorzystuje — odpowiedział szczerze. — Chociaż to co natura daje po prostu każdemu do użytku moim zdaniem jest najciekawsze — dodał. Duch odezwał się w nim na chwilę i mężczyzna poczuł, że ten absolutnie się z nim nie zgadzał. — Jakby wcześniej były problemem… — rzucił w eter.

    Po kilku godzinach marszu dotarli do praktycznie pustej osady. Ci, którzy się tu kręcili zdecydowanie mieli na bakier z jakąkolwiek władzą, ale nie byli też żadną zorganizowaną grupą. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądali jak przypadkowa zbieranina uciekająca przed wojną. Ernest dalej prowadził Ennis. Przeszli praktycznie przez całą wieś i jeszcze kawałek dalej, aż dotarli do małego wzniesienia, gdzie znajdowała się kamienna chata ze sporym kominem, w środku znajdowało się ukryte przejście pod ziemię.
    Głęboko pod ziemią z kolei skrywała się opuszczona kuźnia, do której prowadził zawalony korytarz i ciężkie drzwi z czarnego żelaza. W ogromnej skalnej komorze stał wygaszony piec, niegdyś zdolny roztapiać najtwardsze i najrzadsze metale. Wokół niego pozostawiono potężne kowadła, precyzyjne młoty, szczypce i narzędzia wykonane przez najlepszych rzemieślników. Na półkach leżały sztaby niezwykłych stopów.. Kamienne kadzie do hartowania wyschły, a wielkie koła szlifierskie dawno przestały się obracać. Na stojakach wisiały niedokończone miecze, topory i groty, pozostawione w chwili nagłego porzucenia kuźni. Wszystko pokrywała gruba warstwa sadzy, pyłu i rdzy, lecz część wyposażenia nadal nadawała się do użycia. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.
    — Jest o wiele lepiej niż myślałem — odparł, patrząc po kobiecie. Strzelił karkiem i obserwował jej reakcję.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  47. Ernest spojrzał na ostrze wycelowane w jego stronę, potem na Ennis, a kącik jego ust drgnął lekko.
    — Po pierwsze, nie machaj mi pod nosem niedokończoną fuszerką, nawet Ty nie sprawisz, że ten miecz będzie wyglądać użytkowo — odparł spokojnie. — Po drugie, Pan Żelaznoręki zaraz doprowadzi to miejsce do stanu używalności samodzielnie. Będziemy bawić się z prochem, nie chcemy, żeby kurz starty na odpierdol gdzieś nam wleciał — wyjaśnił też jeszcze, bo faktycznie już nawet nie chodziło o to, że nie chciał jej wykorzystywać. Podszedł do jednego ze stołów i przesunął dłonią po blacie, oceniając kurz, sadzę i stan narzędzi. Nie wyglądał na zrażonego. Przeciwnie.
    — Sprzątaniem zajmę się ja. Ty w tym czasie weź swój szkic, popraw go ostatecznie i wybierz materiały, które wcześniej wybrałaś. Zobaczę potem czy potrafisz je odróżnić — zaznaczył, wracając do niej wzrokiem. Odstawił kilka narzędzi na bok, po czym sięgnął po ciężkie szczypce i sprawdził ich zawias.
    — Kiedy skończę uruchamiać piec, pokażesz mi projekt i materiały. A wtedy już sprawdzimy, czy Twoja pierwsza zabawka będzie eleganckim narzędziem mordu, czy tylko bardzo kosztownym sposobem na urwanie sobie ręki. Dzisiaj Ty się będziesz bardziej nudzić, ja sobie pospazmuje za to — dodał weselej. Jak mu brakowało zapachu prawdziwej pracowni i tego widoku. Spiął włosy i od razu wziął się do roboty.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  48. — Teraz jestem na swoim, więc jak najbardziej — przytaknął w kwestii hardości. Czy to był jedyny powód raczej ciężko było powiedzieć. Być może na wszystko wpływał też fakt, że nie uważał, aby sama chciała go teraz skrzywdzić, czy nie podobała jej się droga tutaj czy też to, że w razie najgorszego wiedział co zrobić, żeby pociągnąć ją za sobą, nawet jeśli wyszłaby już z samej pracowni. Niemniej dla niego najważniejsze i tak było to gdzie teraz tutaj byli i po co tutaj byli, a to zdecydowanie poprawiło mu humor o wiele bardziej niż odreagowanie na kilku wieśniakach z dzikusem na czele. Szybko uwinął się ze sprzątaniem. Jego były mentor nie zmienił tego jak układał rzeczy nawet po tylu latach, więc nim En zdążyła wybrać wszystko piec już zaczynał się powoli nagrzewać. Ernest przejechał po nim ręką, czując przyjemne dreszcze. Nie mógł się doczekać, aż sam wykuje tutaj polimery i zabudowną kuszę samostrzelną, do której musiał jeszcze wymyślić odpowiednią nazwę. Później przesunął wzrok na rudy, które wybrała. Tylko jedna z nich była stopem, który był stalą rzemieślniczą.
    — To dość normalne z początku, ale byłem ciekaw jak spostrzegawcza jesteś, nie poszło Ci tragicznie — uśmiechnął się do niej, kiedy podszedł tuż obok.Wziął jedną ze złych próbek. — Ta jest za miękka. Krawędź już jest starta, widzisz? Przy haczykach albo blokadzie szybko zmieni kształt i cały mechanizm zacznie pracować inaczej — wyjaśnił jej. — To jest veridium i nadaje się do robienia pancerzy, tarcz, plastyczna, stłuczenie wygnie materiał, ale nie zniszczy, ale to nie nadaje się do szczepów — dokończył, odkładając ją. Potem przesunął palcem po drugiej i podał kobiecie.
    — Ta z kolei jest twardsza, ale krucha. Wytrzyma nacisk raz, może drugi, a potem pęknie w najmniej wygodnym momencie. Ciemne żelazo, proste do stopu, ale nadaje się raczej do robienia pękających grotów, ale to sobie odłoże… — uśmiechnął się pod nosem. Tak w tym mógł zamknąć proch, przy odpowiednim uderzeniu roztrzaska się i bum. Na końcu sięgnął po właściwą stal rzemieślniczą.
    — A tutaj idealnie trafiłaś. Wszystkie mają prawie identyczny odcień i identyczną fakturę na pierwszy rzut oka, ale jak dokładnie dotkniesz, przesuniesz uważnie opuszkami palców to powinnaś czuć tą subtelną różnicę, poza tym jest też zapach. Masz dobry nos, prawda? Powąchaj każdą z nich — zaproponował.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
Puść wodze wyobraźni! Czuj się wolny i leć w morenki!

Use your imagination! Feel free, only +18 here!