WIEŚCI ZE ŚWIATA

Helga wypowiada otwartą wojnę Phyonix i Heimurinn! Nikt nie będzie bezczelnie palił i zalewał jej królestwa!

Lerodas szykuje się do największego ślubu w historii. Przy tym wszystkim co się dzieje, ślub zdaje się miłym zapomnieniem. Gratulacje dla Wana i Fei.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

Polsza wystawia nowy list gończy i proponuje niebotycznie wysoką nagrodę. Byłą księżniczkę Polszy - Gabrielę - Perun pragnie dostać żywą!

9 czerwca 2020

Spisane przez: Anemone An

"Czy czujesz nadchodzący chłód...?"


Theme

Ennis

30 lat • Istota powiązana z tajemniczą inkantacją • 175cm 

Jestem urodzonym kłamcą
Przyczyną katastrofy morskiej
Jak śpiew syren zwodził marynarzy
tak ja prowokuję cię do złego moimi sztuczkami

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,blackbriar,weakness_and_lust.html
Jestem urodzonym kłamcą
Przyczyną katastrofy morskiej
Jak śpiew syren zwodził marynarzy
tak ja prowokuję cię do złego moimi sztuczkami

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,blackbriar,weakness_and_lust.html

 "Dla niektórych to niebywała rzecz, bez wahania przemieniam plan w działanie. Nie chcę patrzeć wstecz. Brak skrupułów mi, rozważę każdy czyn, to fakty. Dawno znane ci powinny one być... Zapowiada się niezły bal, gdy pokażę wam wnet swą prawdziwą twarz... "

"Normalni wprawiają mnie w lęk, szaleńców u boku chcę mieć..." 

Białe włosy czasem lśniące błękitem, a czasem różem czy fioletem. Rybia łuska, jednak twardsza niż u typowego morskiego stworzenia. Krystaliczne drobinki na całym ciele, świecące delikatnie pod wpływem promieni słonecznych. Brak skrzeli, a jednak możliwość przebywania pod wodą na okres mniej więcej pół godziny. Wyraźne błony między palcami u stóp i dłoni. Płetwa grzbietowa z ostro zakończonymi kolcami. Haczykowate zęby niczym u rekina doprawione ostrymi paznokciami, z możliwością dwucentymetrowego wysunięcia. Ciało pobierające wilgoć z powietrza i skraplające je od czasu do czasu na skórze. Urocza bestyjka z oczyma idealnymi na podwodne oraz nocne przeszpiegi.

"Pytasz co ze mnie za stwór? ... Krwią możesz splunąć na stół..."


POWIĄZANIA

POPRZEDNIA KP



______________________________________________________________
Zapraszamy do wątkowania! ^^
Tytuł: KDA (Evelynn) - VILLAIN Polish cover [AYO]
Tekst: Mad Hatter - cover Ytna
           Ashnikko - Daisy [polish cover by AYO] 
           KIRA - Machine Gun (Polish cover by Ytna)



99 odpisów

  1. Ernest zmrużył oczy, obserwując miotającego się roka. Woda Ennis skutecznie utrudniała bestii utrzymanie równowagi, ale jemu bardziej podobało się to, że odciągała jego uwagę od nich. Im mniej zwierzę myślało o tej dwójce tym lepiej. On w tym czasie przeładowywał kuszę najszybciej jak potrafił. Wyrzucił zwykłe bełty, które w aktualnej sytuacji były jedynie bezużyteczne.
    — Odpowiada mi Skarbie Twój aktualny zapłon — odpowiedział cicho, kiedy załapała o co mu chodzi. Uśmiechnął się lekko pod nosem, chociaż dalej przede wszystkim przemawiała przez niego irytacja. Ze wszystkich możliwych kreatur to musiał być ten bydlak. Oparł kolbę kuszy o ramię i przez krótką chwilę śledził ruchy bestii. Nie celował w łeb. Nie był idiotą. W takich warunkach równie dobrze mógłby rzucać kamieniami. Najlepiej było ustawić się na sam tors w okolicę organów. Nacisnął spust, a bełt przecięł powietrze. Chuja na dobrą sprawę było widać przy tej pogodzie, ale skrzek Roka dał do zrozumienia, że bestia została zraniona. W tym samym czasie usłyszał dźwięk mechanizmu, kolejny bełt poleciał praktycznie identycznym torem, a potem jeszcze kolejny. Kwas nie zadziała od razu w pełni, ale liczył, że da im wystarczająco dużo czasu. Rzucił się pędem w stronę Ennis. Akurat spływającą krew widział doskonale. Używanie magii najwyraźniej dało się jej we znaki. Schował kuszę na zaczep przy pasie, a potem wziął kobietę na ręce, tak, aby oglądała ich plecy, kiedy sam biegł dalej w las, jeżeli Rok miał spaść, zrobi to sam, jeżeli miał zdechnąć, tym bardziej nie zamierzał mu w tym przeszkadzać. Nie miał jednak zamiaru narażać się na zbędne ryzyko. Było słychać wycie, szamotanie, głośniejsze grzmoty.
    — Mów w jakiej dupie jesteśmy— poinformował ją. Do bezpiecznych koron drzew mieli mimo wszystko większy kawałek drogi. Mężczyzna starał się biec zygzakiem i chować za każdą nierównością terenu, jaka była dostępna.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  2. Ernest nie zamierzał sprawdzać, czy rok przeżyje jego strzały. Od tego była Ennis i ufał jej ocenie sytuacji. Tym bardziej, że miał ją na rękach, więc była skazana na jego przeżycie, gdyby teraz chciała nagle pokazać jak to jej na niczym nie zależy. Jemu zależało, żeby oboje wyszli z tego żywi. Wziął ją na ręce tylko i wyłącznie z czystego pragmatyzmu i nic więcej się za tym nie kryło. Zdecydowanie. Woda Ennis skutecznie utrudniała stworzeniu utrzymanie równowagi. Błoto osuwało się spod jego łap, kolejne fragmenty skarpy pękały pod ciężarem potwora, a kwas najwyraźniej zaczął robić swoje, bo skrzek zmienił się w coś znacznie bardziej nieprzyjemnego. Mimo to ptaszysko było cholernie uparte i próbowało jeszcze ruszać skrzydłami, powodując zamęt. Deszcz zacinał coraz mocniej. Ziemia była śliska, korzenie mokre, a widoczność coraz gorsza. Ernest kluczył między drzewami, omijając większe głazy i zagłębienia terenu. Co kilka sekund nasłuchiwał. Skrzeków. Łamanych pni. Uderzeń skrzydeł. Odpowiedź Ennis odnośnie tego w jakiej sytuacji się znajdowali jednak dała mu iskrę satysfakcji. Uśmiechnął się lekko pod nosem i prychnął krótko z zadowolenia cichym śmiechem. Za ich plecami nadal niosły się odgłosy szamotaniny, wycie, trzask osuwających się skał, grzmoty. Kiedy Ennis stwierdziła, że rok raczej nigdzie już nie ruszy, nie odpowiedział od razu. Biegł jeszcze przez dłuższą chwilę, zanim zwolnił. Dopiero wtedy obejrzał się przez ramię.
    — Oby — mruknął bardziej do siebie niż do niej. Nie zatrzymywał się jednak całkowicie. Z doświadczenia wiedział, że wiele rzeczy potrafi umrzeć znacznie później, niż powinny. Sam był tego przykładem. Postawił Ennis dopiero, kiedy znajdowali się głęboko w lesie, między gęstwiną drzew, gdzie ten swoim cielskiem z pewnością się nie dostanie, gdyby nagle magicznie ozdrowiał, a korony drzew uniemożliwili mu odnalezienie ich.
    — Nóg Ci nie upierdolił, ale Twoja magia jakoś Cię osłabiła, krew Ci leciała z nosa — zauważył dość rzeczowo, pokazując na sobie, gdzie dokładnie widział strumienie krwi. — Wolałaś ryzykować, że nagle się okaże, że ciało Ci odmawia posłuszeństwa przed nadużycie kryształu, czy posiedzieć chwilę w powietrzu i upewnić się, że żyjesz? — zapytał, po czym uśmiechnął się do niej szelmowsko. — Następnym razem mam Cię zostawić i sam spierdalać?
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  3. Ernest spojrzał na nią z góry, gdy wspomniała o swoim rzekomym braku współpracy. Na jego twarzy pojawił się mały grymas, który bardziej przypominał rozbawienie sytuacją. Mimo wszystko sytuacja z Rokiem i zwykłe wkurwienie na tą nagłą ucieczkę dalej przemawiała przede wszystkim w jego oczach.
    — Och, nie wątpię — mruknął. — W końcu TY jesteś wyjątkowa, Skarbie — odpowiedział, nie mając zamiaru bardziej drążyć tego tematu. On widział w swoich czynach czysty pragmatyzm i nie miał zamiaru teraz robić z siebie żadnego bohatera, czy mówić, że spodziewałby się czegokolwiek innego od niej czy od niego.
    — Całe szczęście — przechylił delikatnie głowa na bok w kwestii szarpania sią. Deszcz nadal bębnił o liście nad ich głowami. Ernest poprawił pas od plecaka i odgarnął mokre włosy z czoła. Był przemoczony do suchej nitki i brudny od błota. Na wzmiankę o kopalni spojrzał we wskazanym kierunku. Oczy lekko mu błysnęły z zainteresowaniem. Kopalnia brzmiała wręcz idealnie dla niego.
    — W tej chwili różnicę zrobiłby mi chyba dopiero pożar — odpowiedział na jej słowa. — Prowadź — dodał jeszcze, nie mając zamiaru przedłużać. Tą kopalnią zdecydowanie przykuła jego uwagę i chciał się tam znaleźć prędzej niż później.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  4. Ernest nie miał zamiaru prowadzić dalszych elaboratów. Szedł szybkim krokiem do celu. Po wejściu do kopalni odruchowo zaczął oglądać ściany. Przesuwał po nich wzrokiem, miejscami nawet dotykając odsłoniętej skały. Większość wyrobiska była zawalona, ale niektóre fragmenty wyglądały obiecująco. Stare podpory dawno zgniły, jednak w kilku miejscach spod warstw ziemi i pyłu przebijały ciemniejsze żyły minerałów. Gdyby zawaliła się trochę mniej, można byłoby znaleźć tu coś o większej wartości, biorąc pod uwagę specyficzną woń i kolory, które było ledwo widać, dodatkowo faktura też była znajoma.
    — Straszy? —- zapytał, unosząc lekko brew ku górze. Zastanowił się przez chwilę, dalej badając ściany jaskini, skupiając swój wzrok wszędzie tylko nie na niej. Duch w jego ciele był wyjątkowo rozbawiony tymi słowami jak i kolejnym pytaniem. — To wygodne wyjaśnienie — zauważył, kompletnie ignorując, że sam był opętany. Powoli przykucnął przy jednym z głazów i odłupał niewielki fragment skały. — Giną ludzie. Tunel się wali. Ktoś słyszy dziwny dźwięk. Ktoś inny widzi cień. Kilka lat później wszyscy są zgodni, że winny był duch, a autor pogłosek ma całe ruiny tylko dla siebie — dodał, oglądając odłamek, zanim schował go do plecaka. Był pewien, że ktoś znalazł tutaj jakieś inne wejście na zawalone tunele, skoro tak gadali. Nie wiedział jak wyglądało to całe straszenie i skąd brały się duchy do opętywania, ale dalej był bardziej przyziemny. Uśmiechnął się do Ennis.
    — Jeśli coś tu rzeczywiście mieszka, mam tylko nadzieję, że jest mniej problematyczne od Roka — dodał. — Wątpię, żeby miejsce mogło być nawiedzone. To albo przekręt, albo magia wiedźm, tylko po co wiedźmom taka kopalnia? Cokolwiek tutaj straszy niech trzyma się od nas z daleka — uśmiechnął się lekko do Ennis, siadając w końcu w jednym miejscu.
    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  5. Ernest obserwował przez chwilę, jak płomienie powoli zajmują wysuszony przez Ennis chrust. Ogień był niewielki, ale po dzisiejszej ulewie nawet tyle wydawało się luksusem. Już teraz było trochę cieplej, więc mógł nieco odetchnąć. Hipotermii nie dostanie. Nie sądził, żeby En to groziło tak czy siak, także miło, że się martwiła. Serce mu się zaraz rozpłynie z troski.
    — Jedno nie wyklucza drugiego — odpowiedział spokojnie. — Kopalnia mogła zawalić się sama, a ktoś później uznał, że pogłoski o duchach są wygodnym sposobem na odstraszenie ciekawskich — wyjaśnił swoje przypuszczenia. Aktualnie i tak były najbardziej prawdopodobne. Fakt, że jego duch sam nie reagował w żaden sposób na ten moment mógł odebrać chyba za potwierdzenie teorii. Albo mocno się zdziwi za kilka minut.Na wzmiankę o mokrych ubraniach westchnął ciężko, a kącik ust mu drgnął.
    — Liczyłem, że potargasz moje chore ciało — odparł, w tym samym czasie zaczynając już zdejmować mokre ubrania. Płaszcz rzucił bliżej ognia, resztkami czystej koszuli starł nieco brudu z siebie. Wszystko poza płaszczem rzucił na wystające żyły rudy, a potem ubrał coś suchego na siebie i wrócił do siadu. Przez chwilę siedział w milczeniu, wsłuchując się w deszcz dudniący przy wejściu do kopalni.
    — Wiesz, co mnie zastanawia? — odezwał się po dłuższej chwili. — Jeżeli miejscowi rzeczywiście wierzą w te wszystkie historie, to ktoś musiał zadbać o to, żeby były wiarygodne. Ludzie nie uciekają od jednego dziwnego dźwięku, wtedy by zapomnieli. Coś więcej musiało się zadziać, więcej wycia, może jakieś cienie, jakiś zaginiony durny poszukiwacz przygód? Co stoi za tymi pogłoskami… — przechylił lekko głowę. Ennis sobie z niego żartowała, czy stali u progu jakiejś kolejnej zagadki, która zaczynała łechtać mu mózg?

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  6. Ernest przez chwilę milczał. Przesuwał palcami po odłamku skały, badając jego strukturę bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Ogień odbijał się w ciemniejszych żyłach minerału. Przesunął dalej spojrzeniem, teraz, kiedy było już widać dużo więcej. Im dłużej tu siedział tym zwykła nawiedzona opuszczona kopalnia była dla niego mniej prawdopodobna. Kolor skały i układ żył mówił jasno co miał przed oczyma, do tego tej charakterystycznej woni też nic nie podrobi.
    — Ludzie nakręcają się sami. Co do tego nie mam wątpliwości — przyzna. — Wystarczy jedna dobra historia i odpowiednia ilość nudy, na biednych wsiach nie ma lepszej rozrywki, ale… — urwał, sięgając po kolejny kawałek skały, którym zaczął bawić się w rękach. — Ludzie nakręcają się zwykle wokół miejsc, które mają jakąś wartość - materialną, niematerialną, ważne, żeby coś znaczyła. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że duchy są tutaj najmniej interesującą rzeczą — wrócił wzrokiem do Ennis, po czym podał jej skałę, aby sama zbadała ją dokładnie po swojemu. Opowiadał o tym kruszcu w ramach lekcji odnośnie materiałów wybuchowych. — Kopalnia została założona, bo było tutaj coś wartościowego, prawda? Zastanawiam się co znajduje się za tą zawaloną ścianą, czy nikt nie dorobił sobie dodatkowego wejścia. Jak straszą te duchy, kiedy, w jaki sposób, kogo i jak daleko sięga to ich nawiedzanie… — snuł sobie, po czym zamilkł, wracając spojrzeniem do ścian. Tak, to była całkiem interesująca zagadka. Miał coś na czym mógł się skupić zanim zaśnie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  7. Ernest parsknął cichym, gardłowym śmiechem, a kącik jego ust uniósł się w pełnym satysfakcji, nieco ironicznym uśmiechu. Oparł się wygodniej, splatając ramiona na piersi i nie spuszczał z niej wzroku, wyraźnie zadowolony z faktu, że Ennis w końcu zaczaiła co ich otacza.
    — Bingo — powiedział cicho. — Zastanawiałem się, kiedy na to wpadniesz. Ten zapach... Dla kogoś, kto spędził połowę życia przy materiałach wybuchowych, ta woń jest jak podpis. Nie da się jej pomylić z niczym innym — wyjaśnił, pochylając się lekko w jej stronę. Wskazał palcem na trzymany kamień, uśmiechając się nieco szerzej, a w oczach można było dostrzec chytry, wyrachowany blask.
    — Teraz pomyśl, kopalnia się zawaliła, a potem nagle zaczęło tu straszyć, więc nigdy nie próbowano otworzyć jej na nowo. Wygodna opowieść, prawda? Idealna, żeby odstraszyć ciekawskich, przesądnych wieśniaków i rządców, którzy baliby się tu wściubiać nos. Za taką czystą żyłę, jaką tu widzisz — przejechał powoli ręką po ścianie, jakby jeszcze raz badał prawdziwość jego podejrzeń oraz słów Ennis, a jego grymas tylko się powiększył — na czarnym rynku można ustawić się do końca życia. Ktoś bardzo dba o to, żeby ta kopalnia pozostała „opuszczona”. Moim zdaniem, jeśli cokolwiek tutaj straszy to ma bardzo materialne potrzeby. Teraz pozostaje pytanie. Czy ktoś celowo odciął tę część korytarza, żeby kopać w spokoju z drugiej strony? A może faktycznie mamy doczynienia z duchami, które będą się czaić na nasze dusze we śnie? — zapytał, unosząc delikatnie jedną brew ku górze. — I pytanie od nauczyciela, co można zrobić z takim cackiem, jakie trzymasz w ręce, hę? Od początku wiedziałaś na jakie cuda nas prowadzisz? — zagwizdał z podziwem. — Wiesz jak pobudzić zmysły faceta…

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  8. Ernest przyjął od niej kamień i przez chwilę obracał go między palcami. Słuchał jej argumentów bez przerywania. Dopiero gdy skończyła, uniósł lekko brew.
    — Tylko jeśli zakładamy, że celem było ukrycie noksylitu — zauważył, chowając z powrotem minerał do plecaka. Zmarszczył lekko brwi, analizując różne możliwe opcje. Podobała mu się ta odskocznia od wkurwiającego ptaka.
    — Gdyby ktoś chciał ukryć samo złoże, zrobiłby to lepiej. Tak jak powiedziałaś. Nie zostawiłby tak oczywistych śladów kruszca, prawda? Dlatego bardziej interesuje mnie pytanie, dlaczego ktoś zostawił je na widoku. A może to historia o duchach ma być zabezpieczniem? — kącik jego ust drgnął. Wstał na równe nogi, przyłożył ucho do ściany i zaczął nasłuchiwać, badać, stukać lekko paznokciem o ściany, badając wszystko na swój własny sposób. Ludzie byli chciwi. Przewidywalni. Właśnie dlatego większość tajemnic dało się rozwiązać. Tutaj czegoś brakowało.
    — Jeżeli za tą ścianą znajduje się kolejne wyrobisko, ktoś musiał je znaleźć przede mną. I przed tobą. A jeśli znalazł, miał przed sobą żyłę noksylitu wartą fortunę. A mimo to miejsce jest opuszczone. Co sprawiło, że nikt nie próbuje się przez to przekopać, co jest po drugiej stronie… — zastanawiał się na głos. Widział dwie możliwości, albo pogłoska o duchach była bardzo, bardzo wiarygodna i ktoś przykładał się do tego, aby tak zostało - wtedy musieliby trafić na ślady jakiegoś nawiedzenia. Drugą opcją była tragedia, która sprawiła, że powstała legenda o duchach. A gdyby szyb się zawalił zostawiając górników, umierających z wyczerpania? Głodujący zmieniający się w kanibali, albo… poza noksylitem było coś jeszcze, ruda, która przy uderzeniu wypuszczała trujący dym, możliwe też było zamknięcie zarażonych jakąś plagą.
    — Słyniesz z tego, że dużo wiesz. Co wiesz o nawiedzonej kopalni, hm? — zapytał, wracając do niej wzrokiem. Logiczniejsze wnioski wymagały jednak lepszych informacji. Na ustach cały czas miał delikatny uśmiech, a na jej ostatni komentarz zaśmiał się delikatnie.
    — Jeszcze jedna taka niespodzianka i pomyślę, że Ci na mnie zależy. Dziękuję — odpowiedział jej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  9. Ernest stał bezruchu, pozwalając, by chłodne palce Ennis spoczywały na jego ustach jeszcze przez chwilę, po tym, jak umilkł szmer uciekającego gryzonia. Jego wzrok, dotąd utkwiony w ciemności szybu, przeniósł się gwałtownie na jej twarz. Kiedy odsunęła dłoń, a jej do niego dotarł, poczuł, jak całe rozbawienie i ciekawość momentalnie z niego wyparowują. Zastąpił je chłód. Perun? Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Przetrawił jej teorię, analizując ją z tą samą bezwzględną logiką. Ernest zmrużył oczy, a jego sylwetka stwardniała, gdy instynktownie obniżył środek ciężkości ciała. Jego dłoń, jakby mimowolnie, powędrowała w stronę kuszy. Wyraz jego twarzy stał się drapieżny, pozbawiony jakichkolwiek śladów wcześniejszego uśmiechu.
    — Monety na piasku — powtórzył cichym szeptem. — Sprytne. Cholernie sprytne, Ennis — przeniósł spojrzenie w stronę, z której chwilę wcześniej dobiegł dźwięk osuwającego się kamienia. Mysz mogła zatrzeć ślady, ale instynkt podpowiadał mu, że mały gryzoń był tylko zasłoną dla czegoś znacznie większego, co czaiło się w mroku głębszych partii korytarza. Jeśli kopalnia była pułapką zastawioną na ludzi o określonych umiejętnościach, to zawał nie musiał odgradzać wyrobiska, mógł być idealną ścianą, która zmuszała ofiarę do zatrzymania się, rozpalenia ognia i czekania na łowców. Pochylił się lekko w stronę dziewczyny, nie spuszczając oka z ciemnego wylotu korytarza.
    — Jeśli masz rację i ktoś zadał sobie trud, żeby stworzyć tę całą inscenizację specjalnie dla kogoś z moim fachowym skrzywieniem... to chyba wsadzę mu ten noksylit w mordę przed detonacją — szepnął, zaczynając powoli się przesuwać, w stronę, w którą pobiegła mysz. Gdyby to miała być pułapka, jakieś ślady z pewnością się znajdą.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  10. Ernest spojrzał w stronę, w którą zniknął uciekinier, ale nie opuścił broni. Zmarszczył brwi, przenosząc wzrok na Ennis, która zdążyła już usiąść przy ognisku. Fakt, że jej płetwa grzbietowa opadła, a kolce się schowały sprawił, że nieco zwątpił w jej czujność. Wrócił uchem do skał. Ewidentnie zawał nie był wcale zbyt mocny, sądząc po dźwięku maksmylanie kilkanaście centymetrów grubości w niektórych miejscach. Część zdawała się naturalną robotą, a część… przeszedł w stronę szybu, w którym zniknął dzieciak - całkiem sztucznie. Skrzywił się. — Dzieciak czy nie, gówniarze w czasie wojny rzadko biegają po opuszczonych kopalniach noksylitu z czystej, dziecięcej ciekawości — odezwał się wolno, przykucnął przy szczelinie, w którą zaglądała, i przyłożył dłoń do kamieni. — Masz rację. Smrody są idealnymi czujkami. Tani, szybcy, nikt nie zwraca na nich uwagi, a potrafią przynieść informacje Wyprostował się i przeszedł kilka kroków w stronę ogniska, stając tak, by jego cień odcinał się na ścianie kopalni. Teoria Ennis o nudzie i wymyślaniu scenariuszy zmusiła go do uniesienia jednego kącika ust, choć w jego oczach wciąż tlił się niepokój i sceptyzm.
    — Może i się nudzimy i rozkładamy na czynniki pierwsze każdą mysz i każdy kamyk — przyznał, siadając naprzeciwko niej i dorzucając do ognia kawałek suchego drewna, który natychmiast zajął się jasnym płomieniem. — Wolę trzy razy za dużo wyciągnąć broń na dzieciaka, niż raz dać się zaskoczyć komuś, kto przyszedł po moją głowę — dodał. Oparł przedramiona na kolanach i spojrzał na nią przez tańczące języki ognia.
    — Zastanawia mnie... jeśli ten dzieciak nas podsłuchiwał i uciekł w głąb zawału... to znaczy, że po tamtej stronie naprawdę ktoś jest. I ten ktoś wie, jak przechodzić przez te kamienie, albo ma tam swoje przejście. Jeśli to zwykły miejscowy szaber, jutro rano zastaniemy kopalnię pustą. Ale jeśli twoja teoria o wabiku ma w sobie choć ziarno prawdy... — zawiesił głos, a jego uśmiech stał się nieco drapieżniejszy. — ...to ten smród właśnie pobiegł zameldować komuś, że w starej dziurze siedzi facet, który potrafi odróżnić czysty proch burzowy od zwykłego węgla po samym zapachu. I zanim powiesz mi, że to tylko mój problem… zastanowiłbym się, czy gówniak nie widział jak suszysz drewno i czy nagle sama nie stałaś się potencjalnie dodatkowym celem — rzucił. Być może wychodziła z niego teraz paranoja, ale nie widziało mu się zostawiać tego samemu losowi. Zdecydowanie nie był już śpiący. Miał zamiar to zbadać. Odczekał jeszcze chwilę przy ognisku, jakby rzeczywiście zamierzał odpuścić temat. Dopiero kiedy upewnił się, że po drugiej stronie zawaliska nie słychać kolejnych ruchów, podniósł się z miejsca.Nie szukał przejścia na siłę. Najpierw chciał zrozumieć, co właściwie miał przed sobą. Podszedł do zawalonej ściany i przykucnął. Przesunął dłonią po kamieniach, badając ich ułożenie. Część była stara, pokryta kurzem i osadem. Inne wyglądały na stosunkowo świeżo przemieszczone. Szczególnie kilka większych głazów przy samym dole. Przez następne minuty nie próbował niczego rozbierać. Obchodził zawalisko z jednej strony na drugą, szukając miejsc, gdzie wiatr przedostawał się przez szczeliny. Co jakiś czas zatrzymywał się i po prostu nasłuchiwał. Bingo. W końcu znalazł takie miejsce. Przesunął się nieco niżej i zaczął badać podstawę zawaliska. W kilku miejscach znalazł starte krawędzie kamieni. Nie wyglądały jak naturalne uszkodzenia. Bardziej jak efekt regularnego ocierania. Ostrożnie wsunął dłoń w jedną ze szczelin. Była głębsza, niż początkowo przypuszczał. Kamienie tworzyły nieregularny tunel prowadzący gdzieś dalej. Skrzywił się. Cholernie go kusiło, żeby rozszerzyć to przejście i iść dalej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  11. Niewinny uśmiech wstąpił na twarz Ernesta na zarzuty kobiety. Patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.
    — Nie ma za co — odparł w końcu, po czym odwrócił się z powrotem do zawaliska. Przykucnięty przy kamieniach przesuwał po nich dłonią, opukiwał je knykciami i szukał miejsc, gdzie rumowisko wydawało się mniej zwarte. Im dłużej się przyglądał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że część zawaliska powstała naturalnie, ale ktoś później zaczął je modyfikować.
    Patrzył jak Ennis zaczyna odkładać różnej wielkości kamienie. Po chwili dotknął jej ramienia.
    — Poczekaj… — szepnął, sięgając do plecaka. Wyjął jasne dłuto, a jego oczy błyskawicznie oceniły strukturę blokady. Zamiast marnować czas i energię na pojedyncze kamienie, Ernest uderzył precyzyjnie w jeden konkretny punkt. Pierwsze mocne uderzenie poszło w klinujący zwornik przy startej krawędzi. Skała zajęczała pod naciskiem stali. Drugi cios wymierzył tuż nad szczelinę, w której zniknął dzieciak, a na sam koniec, pchnięciem całego ciężaru ciała, podważył obluzowany blok. Z głębi zawału dobiegł głuchy chrzęst. Kilka większych głazów osunęło się z łomotem, a tuż za nimi z sypkim szelestem poleciał drobny żwir, odsłaniając surowy, ciemny otwór, przez który swobodnie mógł przejść dorosły człowiek. Przejście stanęło otworem w zaledwie kilka sekund. Spojrzał po tym z satysfakcją. Przejście nie było bóg wie jak wielkie, ale byli w stanie się przecisnąć. Zdjął plecak, aby był przy jego boku.
    — Panie przodem? — zapytał cicho. Nie miał zamiaru jednak czekać na odpowiedź. Był zbyt ciekawy tym co czai się dalej. Poprawił mechanizm kuszy i zaczął iść na drugą stronę. Po kilku chwilach, mógł już wyprostować nogi. Przestrzeń była znacznie większa, niż zakładał. Powietrze było chłodniejsze, zapach noksylitu był tu słabszy, za to wyraźnie wyczuwał woń wilgotnego płótna, spalonego tłuszczu z prymitywnych lamp - idealne potwierdzenie, że kopalnia wcale nie była opuszczona ani nawiedzona. Tym razem jego duch się odezwał. Poczuł ciarki na całym ciele, jakby towarzysz ostrzegał go przed czymś nieprzyjemnie znajomym. Skierował wzrok na ziemię. Na grubej warstwie pyłu i błota odznaczały się wyraźne, chaotyczne ślady małych, bosych stóp uciekającego gówniarza, ale tuż obok nich, głębiej w korytarzu, widniały ciężkie, głębokie odciski podkutych butów roboczych i wyraźne, podłużne żłobienia, ślady po płozach skrzyń albo ciężkich wozach, którymi wywożono kruszec. Żadnych śladów dawnego zawału czy katastrofy. Ta część kopalni tętniła życiem.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  12. Ernest puścił mimo uszu wszystkie złośliwości, choć na jego twarzy pojawił się na moment specyficzny, krzywy uśmiech. Dał jej się wepchnąć przed siebie, skoro tak bardzo chciała, najwyżej ona dostanie obuchem. Nie miał zamiaru na to narzekać, nawet uśmiechnął się nieco szerzej, kiwając lekko głową, niczym rasowy gentleman.Kiedy był już po drugiej stronie nie przestawał się rozglądać. Wzrok miał dobry, ale nos kobiety zdecydowanie bardzo by im teraz pomógł.
    — W dupie to dopiero będziemy, jak okaże się, że ten dzieciak ma tam dalej starszego brata z bandą przydupasów — mruknął pod nosem, ruszając za nią krok w krok. Jego duch nie dawał nie dawał mu spokoju. Poczuł kolejne ciarki na karku, dotknął się tam, mrużąc oczy. Nie spuszczał oczu z otaczającego go terenu, śladów, wszystkiego co mogłoby wskazać na nadchodzącą zasadzkę. Gdy Ennis szła przodem, przesuwając palcami po żłobieniach w ścianie, Ernest szedł tuż za jej ramieniem, robiąc za ewentualne wsparcie. Starał się wyłapać każdy dodatkowy szczegół, na którym się znał.
    — Popatrz na dół — rzucił przyciszonym, chłodnym głosem, wskazując czubkiem buta na głębokie bruzdy w błocie. — Ciężki transport, urobek warty fortunę, ale nie przewożą go w profesjonalny sposób. Ktoś tu stworzył cholernie amatorski taśmociąg pod osłoną nocy i bajki o duchach. Nie zdziwię się, jeśli sami sobie pierdolną przypadkową eksplozję. Do tego to oświetlenie… — wskazał ruchem brody na pochodnie. Przy wydobywaniu nostrilu ciężkimi kilofami powinni zabezpieczyć ogień, jedna nieuważna iskra i wszystko pójdzie w pieruny. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy w głębi korytarza, za dudnieniem burzy, coś cicho tąpnęło. Echo poniosło metaliczny, regularny dźwięk, jakby uderzenie blachy albo zamykanie ciężkiej skrzyni. Chwycił Ennis za ramię, przytrzymując ją na ułamek sekundy, by zmusić do nasłuchiwania. Nie podobało mu się to. Zaczynał myśleć, że wolałby chyba jednak trafić na zasadzkę Peruna niż utknąć w kopalni nostrilu z nieuważnymi kopaczami.
    — Co czujesz nosem, Pani drapieżnik? —- zapytał szeptem. On nie czuł z aż tak dużej odległości niestety. Ludzka anatomia go ograniczała, ale kobieta mogła im zdecydowanie pomóc.

    .Ernest

    OdpowiedzUsuń
  13. Ernest odruchowo przesunął dłoń na łoże kuszy, ale nie uniósł broni. Przemknął taktycznym spojrzeniem po całej zgrai, błyskawicznie licząc głowy, oceniając kąty natarcia i rodzaj trzymanego przez nich żelastwa. Widły, noże, zardzewiałe kilofy. Tłum zdesperowanych nędzarzy pod dowództwem jednego krzykacza, który najwyraźniej uważał się za króla tego podziemnego śmietnika. Kącik jego ust drgnął minimalnie na ułamek sekundy. Żałosne. Ciarki na karku wcale nie odpuściły, duchowi bardzo spodobało się spojrzenie wielkoluda, ostrzeżenie zastąpiła rządza mordu. Gdy jasnowłosy mężczyzna rzucił swoją kpiącą linijkę o skarbie, Ernest nie wytrzymał. Parsknął jadowitym śmiechem.
    . — Człowieku, jedyne, do czego wy się tu zaraz dobierzecie, to zbiorowe samobójstwo — powiedział sarkastycznie, taksując go wzrokiem. Dziki. Nic dziwnego, że nie miał najmniejszego pojęcia jak zająć się noksylitem. Idiota, ciekawe, czy już ktoś im zginął. Przeniósł na moment spojrzenie na stojących z tyłu, brudnych od błota wieśniaków. Zastanawiał się dlaczego w ogóle z nim przebywali. o ich do tego skłoniło?
    — Zgaś te pochodnie i schowajcie widły, zanim zrobicie wszystkim krzywdę — dodał, mrużąc oczy z wyraźną niechęcią. On nie chciał walczyć, nie chciał wykorzystywać swoich żadnych petard, czy to usypiających czy trujących czy czegokolwiek innego - szkoda mu było zapasów na wypadek ataku innej bestii. Poza tym miał to zostawić na kogoś innego, prawda? Więc niech ten pieprzony duch się uspokoi. Zacisnął zęby. Zrobił krok w tył. Zdecydowanie wolał, żeby to Ennis aktualnie negocjowała. Szczyciła się takimi umiejętnościami, to niech je wykorzysta, zanim on straci panowanie nad sobą.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  14. Ernest zacisnął szczęki tak mocno, że aż strzyknęło mu w zawiasach. Wolną ręką złapał się za biodro i mocno wbił paznokcie w skórę, aby się uspokoić. Nie teraz kurwa, nie teraz, nie tutaj! Później, później duch będzie mógł się zabawić, ale nie teraz, kiedy dzikus rozmawia z Ennis. Nic to nie da, jest zbyt duże ryzyko, a on nie miał zamiaru zginąć tutaj, teraz. Zemsta na Heldze i Perunie, tylko to się liczyło. Wziął wdech i wydech. Po chwili było już z nim lepiej, odzyskiwał kontrolę nad własnym umysłem. Zaczął analizować kolejne opcje, jakie mieli, słuchając przy okazji wymiany zdań między jasnowłosym a En. Bitwa w korytarzu pełnym pyłu noksylitowego i otwartego ognia była czystym debilizmem, ale oddanie broni tej zgrai nędzarzy? Niedoczekanie. Nie miał zamiaru dać im się zamknąć w jakiejś ruinie wioski. Miał inne plany. Przeanalizował topografię korytarza, układ cieni i amatorski sposób, w jaki wieśniacy podchodzili bliżej. Byli chaotyczni, zbytnio pewni siebie po słowach swojego przywódcy. Kiedy pierwsi chłopi z widłami i zardzewiałymi nożami zrobili krok w ich stronę, Ernest uniósł wolną lewą dłoń w pojednawczym, otwartym geście, ale kuszę w prawej trzymał nisko, przy udzie, skierowaną w ziemię. Zrobił dwa powolne kroki w tył, ramię w ramię z Ennis, naciągając na twarz maskę zmęczonego, zrezygnowanego faceta, który zdecydowanie nie szukał żadnych kłopotów.
    — Dobra, dobra, spokojnie... Bez gwałtownych ruchów, nikt nie szuka guza — rzucił głośniej, celowo drżącym, rzekomo wystraszonym głosem, który miał uśpić ich czujność. Zbliżył się jeszcze bardziej do Ennis, obejmując ją lekko. Przykrywka z zakochanymi zaskakująco często wydawała mu się idealnia. — Będzie dobrze — powiedział głośniej, po czym pocałował ją, udając perfekcyjnie czułość, tak jak przy wcześniejszym feralnym zleceniu. Zbliżył się do jej ucha. — Nie mam zamiaru oddawać broni, ani ginąć — szepnął, tak, aby tylko ona to usłyszała, uśmiechając się przy tym tak, jakby właśnie szeptał jej coś na pocieszenie. — Rozróba na zewnątrz? — zaproponował jeszcze szeptem, po czym przytulił się do jej twarzy na chwilę, teraz pokazując, że sam próbuje uwierzyć, w swoje pocieszające słowa. Nie mieli zbyt wymagającej widowni, więc nie zakładał, aby blef miał nie przejść.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  15. Mężczyzna patrzył na ten jakże namiętny pocałunek, a kiedy tylko zobaczył znak zareagował w ułamku sekundy. Zaśmiał się lekko - spodziewał się właśnie czegoś takiego po Ennis.Cała ta misternie tkana gra aktorska, strach i czułe uściski pękły równie szybko jak się pojawiły. Krzyknął przez zęby, czując jak duch próbuje dobrać się do mordu.
    — NIE! — wyrwało mu się, celując kuszą nisko, prosto w nogi chłopa, który trzymał ich tobołki. Bełt nasączony kwasem uderzył z potężną siłą, a żrąca, substancja momentalnie zaczęła przepalać ubranie i wgryzać się w ciało. Wieśniak wrzasnął, upuszczając bagaże i padając w błoto, gdy kwas zaczął syczeć w strugach deszczu. Ernest, wykorzystując moment totalnego szoku i paniki, dopadł do uciekających zapasów, szarpnięciem odzyskując ich rzeczy.
    — Wasz król stracił głos! — zakomunikował zimno Ernest z paskudnym uśmiechem na ustach. Wokół nich zaczęło wybuchło totalne piekło. Wieśniacy darli się wniebogłosy, zdezorientowani makabrycznym widokiem On sam za to pobiegł w deszczu do Ennis razem z ich rzeczami, które miał już w rękach. Podał kobiecie to co należało do niej, a sam zaczął przeładowywać kuszę i sięgać po granat odłamkowy. Nie musieli walczyć, nie musieli robić krwawej rozróby, ale jeśli En miała ochotę… da się jego duchowi zabawić.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  16. Zdążył tylko rzucić jej tobołek, zanim kobieta zaczęła uciekać. Widząc, że Ennis nie zamierza dalej bawić się w pojedynek, nie miał najmniejszego powodu, żeby zostawać i robić to samodzielnie, nieważne jak bardzo duch by tego chciał. Aczkolwiek pozwolił sobie sprawić im obojgu małą przyjemność. Przypiął kuszę do pasa i założył swój plecak na ramię. W chwili gdy minęła go i ruszyła biegiem w stronę wyjścia, Ernest wykonał jeszcze jedną rzecz - kciukiem zwolnił mechanizm petardy, którą miał w dłoni. Nie było tego w ogóle słychać, ruszył biegiem za kobietą i bez zatrzymywania się obrócił się przez ramię, po czym posłał odłamkową kulę szerokim łukiem w stronę Nhulu. O ile się nie przesunie to trafi prosto w jego ręce, ale to już nie bardzo go interesowało. Interesowało go to, aby zostawić po sobie taką pamiątkę, aby nikt nie miał ochoty ruszyć za nimi, przy okazji dając upust tej mrocznej części, która się w nim piekliła. Usłyszał eksplozję i różne krzyki. Czyli kilka osób dostało, idealnie. Chwilę później już biegł obok Ennis przez ścianę deszczu, nie oglądając się za siebie. Zwolnił razem z kobietą, a potem poczuł uderzenie, po którym zostało nieprzyjemne pieczenie. Zakładał, że czerwony ślad jej dłoni również tam został. Spojrzał spokojnie po białowłosej. W oczach miał chłodną kalkulację i brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia, bo plan zadziałał.
    — Przypominam sobie też, że mówiłem, że nie jesteś kobietą, która da się komukolwiek zrobić “swoją” — zauważył, masując obolałe miejsce — Wybacz, ale blef zadziałał, Ennis. Dzikus wkurwił się na tyle, że zaraz po wyjściu z kopalni zapomniał o wydawaniu rozkazów, opuścił gardę i dał się na tyle okaleczyć, że nie mogą nas gonić, bo się wykrwawi ten ich cudowny przywódca. Uważam, że to była dobra prowokacja i nigdy wcześniej Ci to nie przeszkadzało — wyjaśnił swój tok myślenia. Złagodniał po chwili, zabierając rękę z twarzy. Zaczął się rozglądać, gdzie mogliby się udać za jakimś schronieniem. — Rozumiem, że nie oszukujemy już nikogo na zakochaną parę — upewnił się spokojnie i bez żadnych wyrzutów. Nie robiło mu to żadnej różnicy, jak nie w ten sposób to inny będzie można się wyłgać z podobnych sytuacji. W końcu dostrzegł coś ciekawego.
    — Tam… tam w oddali między drzewami przy skraju lasu widać coś co wygląda jak ambona myśliwska, można tam spróbować się schować przed deszczem i przespać. Może będą też narzędzia jakieś i broń — powiedział.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  17. Strasznie szybko przeszła do kolejnych gróźb. Twarz mężczyzny jednak pozostawała niezmienna pod względem tego, że strachu nie było u niego widać.
    — Nie przeszkadza mi, że masz inne granice niż parę dni temu, ale na przyszłość zaznacz je zanim będziemy ze świrem, który nie czai, że jeden zły ruch pochodni i możemy wylecieć w powietrze i będę szukał innych gestów — wyjaśnił jej ze stoickim wyrazem twarzy. Pewnie mógł to inaczej zrobić, ale pierwsza myśl zdawała się świetnym prowokatorem, a nigdy wcześniej mu nie powiedziała, że nagle jest wielką przeciwniczką pieszczot. Trzy dni temu sama całowała go dla żartu. Najwyraźniej w końcu zaczynała pokazywać więcej siebie. To przez traumę zaczęła ściągać swoje maski? Mógł coraz lepiej zobrazować sobie to jaka była naprawdę, więc ciężko było mu teraz myśleć o strachu. Ruszył w stronę ambony, kiedy przytaknęła na jego propozycję. Przynajmniej przestaną moknąć. On przestanie, jej takie nawilżenie pewnie dobrze robiło. Kłócić się dalej nie miał zamiaru w sprawie tego co sobie życzyła a czego nie. Ona na swój sposób uszanowała, że seks go nie interesuje, więc on też kleić się nie będzie. Zwłaszcza, że jemu też to było na rękę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  18. Ernest za to nie kojarzył, aby brak okazji był powodem do bicia, ale nie miał zamiaru się wykłócać, żeby sam nie stracił zaraz języka. Wzruszył ramionami, przytakując głową na znak, że dotarło. Nie widział sensu w strzępieniu języka na ten temat, nic im to nie da, Ennis raczej nie przyzna, że przesadziła, a on swojej winy nie widział, więc nie było co liczyć na jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Podczas wędrówki sam obserwował teren na tyle na ile to było możliwe przez deszcz. Miał serdecznie dość niespodzianek, nawet jeśli miały w sobie kilka ciekawych i przyjemnych akcentów, to atrakcji na jakiś czas mu wystarczy. Nie widziało mu się dalsze marnowanie zasobów. Na szczęście nie zobaczył niczego niebezpiecznego. Wszedł na ambonę tuż za kobietą i odetchnął, kiedy był już pod zadaszeniem. Zdjął po raz kolejny ubranie, wykręcił je i powiesił na drewnie, gdzie dach jeszcze obejmował przestrzeń. Może chociaż trochę przeschnie. Potem zaczął się ubierać w coś suchego. Znowu. Przytaknął na informację odnośnie świtu. Sam nie był specjalnie zmęczony przez adrenalinę. Sięgnął do plecaka i podał Ennis pergamin oraz węgiel do pisania, kiedy już był ubrany, sam natomiast rozglądał się po różnych skrytkach w poszukiwaniu czegoś przydatnego.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  19. Ernest czuł na sobie spojrzenie Ennis. Nie trzeba było mieć sokolego wzroku, żeby kątem oka to dojrzeć, a poza tym jego własny duch dawał mu o tym jasno znać, jakby to miało cokolwiek zmienić. Nie miał zamiaru w żaden sposób na na to zareagować. Prowokowanie i zbędne pytania nie wydawały mu się teraz zbyt inteligentną opcją. Po przebraniu skupiał się na przeszukiwaniu. Znalazł kilka strzał, które mógł przerobić na dodatkowe bełty przy dodatkowej pracy, psianka, tojad… zrobi z tego ciecz do nasączenia, sztylety i jeden krótki miecz. Nic specjalnego, ale zawsze coś. Przy okazji znalazł zapadkę, w której było kilka sucharów, te schował na czarną godzinę do plecaka.
    — Nie zostało Ci dużo stali, prawda? — odparł w końcu. Położył przy niej krótki miecz oraz sztylety — Nie ma tutaj nic co pozwoli mi dokończyć kij dla Ciebie, z tym trzeba poczekać do kuźni, ale może się przyda — wyjaśnił. Usiadł po przeciwnej stronie i spojrzał w górę, obserwując zadaszenie. Dobrze, że nie przeciekało. — Co rysujesz? — zapytał. Domyślał się co to może być, nawet go kusiło, aby zobaczyć jak jej to idzie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  20. Wiedział dlaczego nie miała broni, był przecież przy tym. Uśmiechnął się kącikiem ust na jej opryskliwe wyjaśnienia i pokręcił głową, siadając nieco wygodniej.
    — Na jakiś czas, w kuźni zrobimy porządną broń, taką, która nie będzie się tak łatwo łamać — odpowiedział. Według jego projektu zniszczenie kija będzie naprawdę trudne i będzie wymagało nieco więcej niż brutalnej siły, chyba, że ktoś użyje jakiś nieznanych mu czarów, z tego co słyszał drewno, które wybrał było po utwardzeniu praktycznie niemożliwe do złamania nawet przez drakonów czy orków.
    — Księżyc jeszcze trochę oświetla, ale tak, rano będzie łatwiej — przytaknął jej. — Możesz ująć zabawkę z noksylitem, dalej mam spory kawałek tej rudy — dodał.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  21. Spojrzał na projekt Ennis, kiedy tylko został mu pokazany. Wziął go w rękę, mrużąc jedno oko. Ustawił kartkę bardziej pod światło księżyca, aby dobrze przyjrzeć się projektowi. Uśmiechnął się na widok konstrukcji. Ciekawy pomysł. Wygląda jak zaczepna bomba. Przydatne dla kogoś kto preferuje zwinną walkę w zwarciu tak jak ona.
    — To zależy, jeśli ma wybuchać i jak wybuchać, o jaką eksplozję chodzi. Jaki ma być faktyczny rozmiar, jeśli myślimy o czymś co ma przypominać dzwonek jak tutaj to szedłbym w coś małego, wtedy mechanizm zapalający powinien być połączony z haczykami, które tutaj masz. Wybuch nie powinien być od razu, więc powinien być powodowany na zasadzie utleniania, można to osiągnąć z noksylitem, ale obróbka będzie trudna i ryzykowna dla kogoś kto się dopiero uczy. Proch górniczy jest głośny, ale prosty. Gdybyśmy zrobili rafinowany noksylit eksplozja byłaby cicha podobna do dźwięku iskier ze starego krzesiwa… — obrócił nieco kartkę — Widzę też, że masz zawleczkę, gdyby aktywacja zależała od niej musisz mieć pewność, że ją wyjmiesz. Można też zrobić na jedno i drugie, pociągnąć haki tutaj do rdzenia, gdzie masz zawleczkę, będziesz mogła albo rzucić zabawką, albo ją przyczepić do kogoś i się ulotnić. Rdzeń będzie mały, więc odradzam wszystko co wymaga większego stężenia niż… na oko 15mg, wtedy konstrukt byłby niestabilny. Nie wiem też z ilu części chcesz go składać, ale polecam na dwa łączenia i zlutować, stopić — pozwolił sobie na dość szczegółowe rozeznanie. — Dobrze rysujesz i sam projekt całkiem, całkiem jak na pierwszy.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  22. Ernest przez chwilę milczał, przyglądając się miejscu, którego dotknęła. Potem przeniósł wzrok z powrotem na szkic. Przesunął palcem po narysowanym korpusie.
    — Większość ludzi myśli o eksplozji jak o fali rozchodzącej się na wszystkie strony. Dużo hałasu, dużo błysku, mało pożytku. Jasne, tak jest najczęściej, ale nie musi, jeśli zależy ci na dziurze, to energia musi pójść w jednym kierunku — odchylił kartkę i zastanowił się chwilę. — Bomba powinna mieć wielkość dużego orzecha, żeby była niepozorna i abyś mogła ją łatwo schować, tutaj przy zgrubieniu na zawleczkę w środku niech będzie pusta z małymi kuleczkami, które będą dzwonić jak się odbiją, wtedy nikt nie pomyśli, że ma bombę na sobie tylko dziwny dzwonek — wyjaśnił, a kącik jego ust drgnął lekko. — A na Twój rozum co będzie łatwiej dostępne? Stal rzemieślnicza czy orichicalum? — zapytał, a uśmiech nie schodził mu z ust. Stal rzemieślnicza nie była tak po prostu dostępna, była stopem kilku tanich metali, która przy odpowiednich proporcjach działała cuda. Sam z niej najczęściej korzystał i opracował lepsze propocje na własny użytek. Orichicalum również nie należał do rzadkości. Terranie chętnie handlowali rudą, a jej plastyczność sprawiała, że obróbka była stosunkowo prosta. Materiał nadawał się znakomicie do wyrobu broni i pancerzy. Po wykuciu stawał się wyjątkowo wytrzymały, zachowując przy tym niewielką masę. Nie bez powodu terrańskie ostrza osiągały zawrotne ceny.
    Właśnie dlatego Ernest nie był jednak do końca przekonany do użycia go tutaj. Ennis chciała stworzyć narzędzie jednorazowego użytku. Korpus miał pęknąć, rozerwać się lub przynajmniej ustąpić energii zamkniętej wewnątrz. Orichicalum robiło wszystko, by do tego nie dopuścić. Część siły wybuchu zostałaby pochłonięta przez sam materiał, szczególnie gdyby zdecydowali się na rafinowany noksylit. Efekt końcowy byłby słabszy, niż wskazywałyby na to same właściwości mieszanki. O jednym i drugim już wspominał jej wcześniej i był ciekawy czy będzie pamiętała takie różnice. Nie miał zamiaru podawać jej każdej odpowiedzi na tacy, jeśli faktycznie chciała się uczyć. Uśmiechnął się nieco szerzej na komentarz odnośnie pojeba.
    — I źle na tym nie wyszłaś, hm? — mruknął. —Rafinowany noksylit nie jest aż tak nieprzewidywalny, jak mogłoby się wydawać. Możesz go kuć, obrabiać, a nawet przypalać i nic się nie stanie. Dopóki nie wejdzie w reakcję z odpowiednią mieszanką zapalną, sama iskra go nie uruchomi. Problemem nie jest używanie go, tylko rafinacja. To ona jest trudna i niebezpieczna dla kogoś bez doświadczenia. Gdybyś chciała z nim pracować, musiałbym najpierw nauczyć cię, jak robić to we właściwy sposób. Proch górniczy to zupełnie inna historia. Nigdy nie da ci kierunkowej eksplozji. Stworzono go do rozrywania skał i żłobienia całych korytarzy w kopalniach. Jego siła rozchodzi się wszędzie, gdzie tylko znajdzie ujście. Jeśli zależy ci na precyzji, to nie jest materiał, którego szukasz. Będzie głośniejszy, prostszy w użyciu i znacznie tańszy, ale zawsze skończy się dużym wybuchem we wszystkie strony — objaśnił jej, stukając palcem o kartkę. Były też inne mieszanki, o których mówił, pytanie jak słuchała. Noksylit mieli teraz, więc można było go wykorzystać, ale był rzadki, na przyszłość może tego nie powtórzyć.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  23. — Mówimy o małej dawce zapalnika, bardzo małej dla bardzo twardego, trwałego materiału po wykończeniu. Dobra konstrukcja pozwoli Ci ukierunkować, ale przy takich rozmiarach część materiałów w ogóle nie doprowadzi do eksplozji, przy wybuchu, może zostać zatrzymana, to bby wyglądało tak, że kulka z ogromną prędkością… — urwał i oblizał usta, rozszerzając oczy. No tak, przecież to było genialne! Mała kulka z orkowej rudy! Nie do eksplozji, ale do prochowego strzelca… — Jesteś bardziej genialna niż dajesz po sobie znać — zaśmiał się. — Orichicalum byłoby ciężko osiągnąć dobrą eksplozję, nie zostawisz takiej dziury w klatce piersiowej — nakreślił jej średnicę na jej własnym torsie. Przechylił lekko głowę w bok, analizując dawkę materiału wybuchowego ewentualną wielkość i to czym był zapalnik. — Ewentualnie dałoby się zostawić dziurę, ale nie w taki sposób, jak zakładasz. Za mało miejsca na materiał. Przy tych rozmiarach większość energii zużyjesz na rozerwanie samej konstrukcji — mruknął, a następnie zmarszczył brwi i jeszcze raz spojrzał na szkic.
    — Stal rzemieślnicza będzie rozsądniejsza, tańsza, łatwiej zmieniać proporcje stopu. Na tym etapie krytyczne też jest to, czy mechanizm zadziała. Przed robieniem produkcji trzeba wszystko odpowiednio dobrać, jeśli chcesz popełniać jak najmniej wpadek i nie ryzykować, że Twoje śliczne włoski pójdą z dymem — zmienił temat na kolejny, równie ważny, przesuwając palcem po miejscu, gdzie narysowała haczyki. — Te części są ważniejsze od korpusu. Jeśli nie będą trzymać celu, reszta nie ma znaczenia. A proch górniczy naprawdę się do tego nie nadaje. Gdyby się nadawał, nie miałbym sam nigdy wymyślania zamienników, biorąc pod uwagę ceny materiałów — zakończył swój wywód i oparł kartkę o własne kolano. — I nie proponuję nauki dlatego, że chcę być bardziej przydatny. Proponuję ją dlatego, że jeśli sama spróbujesz rafinować noksylit bez przygotowania, prawdopodobnie puścisz nas z dymem. Mówiłem, że to trudne i niebezpieczne. Do stawu pełnego smacznych ryb też bym Cię nie wpuścił z nadzieją, że żadnej nie zjesz — spojrzał po Ennis wymownie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  24. — Myślę, że odpowiedź na to pytanie by Cię nie zdziwiła, gdyby była szczera, więc zostawię to bez komentarza — odpowiedział jej, patrząc przez chwilę na Ennis z zaczepnym, szelmowskim uśmiechem na twarzy, po czym wrócił do szkicowania.
    — Orkowa ruda to orichucalum, bardziej powszena nazwa — doprecyzował. Najwyraźniej w innych wyjaśnieniach tego zabrakło. — Próby i błędy zajmują czas, my tego czasu nie chcemy za bardzo marnować, poza tym w moim zawodzie zbyt dużo błędów kończy się utratą kończyny, więc… zależy od wielu aspektów — odpowiedział w pełni szczerze nakolejne pytanie. Sam testował wiele różnych rzeczy, ale wiedział jak się przy tym nie zabić przy okazji i miał cholernie dużo czasu. Teraz mieli przede wszystkim dotrzeć do Helgi. Nie skomentował tego jakby wyglądała w krótkich włosach. Wyobraził to sobie i no cóż, miała rację. Ale nie musiał jej przytakiwać w tej kwestii. Bardziej skupił się na projekcie haczyków. Patrzył przez chwilę.
    — I jak uruchomisz mechanizm po zaczepieniu? — zapytał jej badawczo. Wcześniej rozmawiali o tym, że haczyk powinien odpalać mechanizm w podobny sposób co zawleczka, aby miała dwie opcje tak na wszelki wypadek. Skoro myśleli o rafinowanym noksylicie zanim ten odpali się w takim małym urządzeniu będzie potrzebowała czasu, ale nigdy nie wiadomo na ile ruchów pozwoli jej przeciwników. Powinna to bardziej złączyć. Tak, aby mechanizm zdążył się uruchomić. Sama przyczepność nie wygląda źle, ale on przerobiłby część tego projektu. Nie miał zamiaru jednak podawać jej gotowego pomysłu na tacy czy własnego toku myślenia. Był ciekawy jak sama to sobie poukłada.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  25. Ernest uniósł lekko brew na jej wyjaśnienie. Wrócił spojrzeniem do szkicu, przesuwając końcówką węgla między narysowanymi przez nią haczykami. Jeden jako imitacja i jednocześnie włącznik? Dało się. Tylko dalej nie rozwiązywało to tego, o co mu chodziło.
    — Możesz — przyznał — wcisnąć, przekręcić, przesunąć, zerwać. Możliwości jest sporo. Tylko wtedy dalej uruchamiasz mechanizm sama — dodał, po czym dorysował krótką linię od jednego z haczyków do wnętrza korpusu, następnie stuknął w nią końcówką węgla.
    — A wcześniej chodziło o to, żebyś miała dwie możliwości. Zawleczkę, kiedy chcesz odpalić zabawkę przed rzutem i haczyk, który zrobi to za Ciebie, kiedy wbije się w cel. Jeśli jeden z nich ma być tylko ukrytym przyciskiem, to równie dobrze możemy umieścić przycisk gdziekolwiek indziej. Będzie prostszy i mniej podatny na przypadkowe uszkodzenie — pozwolił sobie zauważyć, jednocześnie przechylił szkic, patrząc na niego przez chwilę w milczeniu. Pomysł nie był zły, Ennis tylko rozdzielała elementy, które jego zdaniem powinny ze sobą współpracować. Zastanowił się przez krótką chwilę, marszcząc przy tym brwi.
    — A odpalić wcześniej oczywiście możesz. Tylko wtedy musisz dobrze wiedzieć, ile masz czasu. — spojrzał na nią z wymownym uśmiechem. Kącik ust mężczyzny drgnął lekko, kiedy wykonywał w głowie swoje własne obliczenia — I nie pomylić się w liczeniu, kiedy ktoś akurat próbuje rozciąć Ci brzuch, Ty jemu czy wszystkie inne jakże urocze ceregiele, które tak lubisz Pani Drapieżnik. Osobiście wolałbym, żebyś nie wysadziła też mnie, skoro prawdopodobnie będę gdzieś obok, przynajmniej na jakiś czas. To mogłoby negatywnie wpłynąć na naszą współpracę, moje własne plany i Twoje posiadanie mojej osoby do własnych intryg — odparł. Parsknął cicho na określenie technologicznego dziwaka. Trudno było mu się z nim kłócić. Sam prawdopodobnie użyłby gorszego, a może lepszego. Niemniej nie komentował tego określenia.
    — Chwileczkę, Skarbie. Najpierw chciałaś, żebym Cię uczył. Teraz mam tylko dostać listę życzeń i wykonać zamówienie? — zapytał z rozbawieniem — Zdecyduj się. Jedno zrobię szybciej, drugie jest ciekawsze, ale nie wiem czy nie przesadzasz. Jestem hojny, ale mam swoje granice — dodał, patrząc z szelmowskim uśmiechem po kobiecie. Na chwilę zatrzymał się na złotych tęczówkach, analizując coś. Przesunął pergamin z powrotem w jej stronę, nie spuszczając z niej wzroku, zatrzymał też palec przy narysowanych haczykach.
    — Gdybym miał zrobić to sam, już bym Ci powiedział, jak będzie wyglądać. Ale wtedy niczego się nie nauczysz, a ja nie dowiem się, czy potrafisz wymyślić coś co mnie zainteresuje w kwestii technologicznych dziwactw. Wiemy, że jesteś bez tego cholernie kreatywna, ale czasami brakuje Ci finezji — wyjaśnił dalej z tym samym uśmiechem. — Za późno. Przyprowadziłaś mnie do kopalni pełnej noksylitu — odpowiedział, wracając do szkicu. — Teraz masz cholernie trudną konkurencję — mruknął z lekkim rozbawieniem. Zaczął poprawiać jedną z linii w swoim własnym szkicu. — Pomyśl jeszcze raz o tym haczyku.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  26. Ernest przez chwilę patrzył na jej szkic, po czym skinął głową, jakby w końcu zaakceptował tok jej rozumowania.
    — Dobrze. Teraz rozumiem, co chcesz osiągnąć — przyznał. Przesunął palcem po narysowanych haczykach. — I tak, mniej więcej o to chodzi. Tylko nie chcę, żebyś po zaczepieniu jeszcze coś wciskała i zastanawiała się, czy zadziałało. Haczyk ma wykonać część pracy za Ciebie. Zaczepiasz, odchodzisz i liczysz czas — wyjaśnił. Na jej słowa o stawianiu życia na szali uniósł kącik ust.
    — Współpracuję z Tobą. Mam wrażenie, że próbuję tego regularnie — mruknął. Oparł się wygodniej, słuchając jej wywodu o nauce. Kiedy skończyła, westchnął teatralnie.
    — Lubisz mi przypominać, że jestem Ci potrzebny — zauważył, uśmiechając się w jej stronę szelmowsko. Przyciągnął szkic bliżej siebie.
    — Mogę pokazać Ci podstawę i wyjaśnić, dlaczego coś działa. Nie zrobię jednak całej reszty za Ciebie. Chcę zobaczyć, co wymyślisz sama. To znacznie ciekawsze niż wykonywanie zamówienia — odpowiedział stanowczo, ale nie twardo. Po prostu postanowił jak chciał bawić się tym projektem. Na groźbę rozwalenia okolicy prychnął.
    — Szantażowanie nauczyciela własną głupotą. Kreatywne nawet jak na Ciebie. I kuszące. Jak duży obszar planujesz właściwie zrównać z ziemią? — zapytał, wracając do niej wzrokiem. Kiedy dodała ciszej, że jej się nie spieszy, spojrzał na nią na moment dłużej. — Mnie również nie —- szepnął.Poszerzył uśmiech na jej uwagę o finezji.
    — Oczywiście, że Tobie. Ja jestem jej chodzącym ucieleśnieniem — przytaknął ruchem głowy. Nie przeszkadzał jej, kiedy nagle zaczęła coś analizować. Gdy wspomniała o kuszy, zerknął na broń, a potem ponownie na Ennis.
    — Można wykorzystać podobną zasadę — przyznał. — Jeden ruch uruchamia następny. Haczyk się przesuwa, zwalnia blokadę, mechanizm robi resztę — powiedział, po czym sięgnął po kuszę i położył ją między nimi.Przesunął broń w jej stronę i obserwował ją z lekkim uśmiechem.
    — Otwórz. Pokażę Ci, jak działa. Tylko niczego nie zepsuj. To jedna z niewielu rzeczy, do których jestem przywiązany — powiedział, zawieszając na niej spojrzenie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  27. Ernest odpowiedział jej krótkim uśmiechem, kiedy stwierdziła, że powinien przywyknąć. Najwyraźniej zamierzała konsekwentnie wystawiać jego instynkt samozachowawczy na próbę. Cóż, z nią zdecydowanie się nie nudził.
    — Obawiam się, że właśnie to robię — przyznał spokojnie, utrzymując swój uśmiech na twarzy. Na kolejną uwagę spojrzał po niej z rozbawieniem, ale nie zaprzeczył. Zamiast tego wrócił wzrokiem do szkicu. — Możliwe, że oboje czerpiemy z tego trochę za dużo przyjemności — mruknął, jakby od niechcenia, unosząc na chwilę wymownie jedną brew, aby zaraz po chwili wrócić myślami do wybuchowych zabawek. Wysłuchał jej wyjaśnienia dotyczącego nauki i skinął głową.
    — Dobrze. W takim razie pokażę Ci, jak zrobić podstawę, a Ty sama zdecydujesz, jak bardzo chcesz działać samodzielnie. Jestem ciekawy ile z tego podpłapiesz — odparł rzeczowym tonem, przypatrując się jej teraz już w większym spokojem. Była pojętna, doskonale o tym wiedział, a to jak szybko będzie się uczyć przy praktycznie niezmiernie go interesowało. Parsknął na jej groźbę, a odpowiedź dotyczącą rozmiaru eksplozji skwitował krótkim śmiechem.
    — Tego się właśnie obawiałem — rzucił, uśmiechając się nieco szerzej, widząc to wszystko oczami swojej wyobraźni, aż ciarki pojawiły mu się na plecach. Było w tej wizji coś niezwykle pięknego.Kiedy jednak zarzuciła mu, że za bardzo ją ceni, spojrzał na nią uważniej. Kącik jego ust uniósł się powoli.
    — Nie przeceniam. Po prostu widziałem już wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że stać Cię na więcej niż toporne rozwiązania — odpowiedział szczerze— Nie przyzwyczajaj się jednak do komplementów, znudziło mi się rzucanie ich w te i wewte i powtarzanie czegoś co już wiesz — wyjaśnił nieco z cynicznym uśmiechem na ustach. O swojej urodzie i charakterku już się wystarczająco nasłuchała, tego był pewny, poza tym miał wrażenie, że teraz nie muszą wymieniać się udawanymi czułościami, co i jemu ułatwiało sprawę bardzo mocno. Obserwował, jak bierze kuszę, a na jej uwagę dotyczącą delikatnego sprzętu uniósł brew. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. — Nie jestem pewien, czy powinienem czuć się uspokojony — zażartował, jednak jego mina była całkowicie pozbawiona wyrazu. Pozwolił jej znaleźć otwarcie samodzielnie, nie pomagając ani słowem. Dopiero kiedy odłożyła broń między nich, przysunął się bliżej i oparł palce przy odsłoniętym mechanizmie.
    — Patrz uważnie, Pani Drapieżnik. Nie będę powtarzał tylko dlatego, że wolisz patrzeć na maestro zamiast na jego ręce — rzucił w tym samym żartobliwym tonie, jednak teraz kącik ust zaczął już drgać powoli. Wskazał pierwszy element mechanizmu. — Tutaj zaczyna się cały ruch. Po strzale cofnięcie cięciwy napina ukrytą sprężynę, która porusza zębatką i przesuwa kolejny bełt z magazynka na prowadnicę. Gdy mechanizm wraca do pozycji wyjściowej, sprężyna ponownie naciąga cięciwę i blokuje ją na spuście, przygotowując kuszę do następnego strzału. Całkiem proste na dobrą sprawę, hm? I nie traci na swojej sile penetracji zbroi — tak, celowo powiedział w ten sposób, aby utrzymać jej uwagę — a jednocześnie użytkownik nie musi męczyć się samodzielnie, ani marnować czasu, który może spożytkować inaczej w trakcie walki — objaśnił, pokazując jej co i jak działa po kolei.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  28. Ernest uniósł brew na jej pierwszą uwagę, ale uśmiech pozostał na jego twarzy.
    — Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków, Skarbie. Jeszcze uznasz, że jestem łatwy do rozszyfrowania — odpowiedział, choć nie zaprzeczył jej wprost. Na komentarz dotyczący kłamstwa parsknął tylko cicho i pokręcił głową. — Obawa i ciekawość mogą istnieć jednocześnie. Powinnaś coś o tym wiedzieć — dodał jeszcze z takim samym wyrazem twarzy. Przesunął po niej rozbawionym spojrzeniem, ale nie zamierzał rozwijać tematu tego, jak dużą eksplozję naprawdę chętnie by zobaczył. Na słowa o komplementach prychnął. Oboje byli zadowoleni z tego układu i najwyraźniej obie strony to pokazywały. Kiedy wspomniała o jego palcach, zatrzymał jeden z nich na wskazywanym właśnie elemencie mechanizmu. Zerknął na nią z ukosa.
    — Doprawdy? Dobrze wiedzieć, że przynajmniej czymś potrafię utrzymać Twoją uwagę — powiedział jakże poważnie, zadowolony, że miał coś czym mógł zwrócić jej uwagę na faktycznie ważnych rzeczach. Nie żeby ta myśl sama w sobie była szczególnie poważna. Kompetencji nigdy odmówić jej nie mógł. Słuchał uważnie, przesuwając wzrokiem między Ennis a mechanizmem, gdy rozwijała kolejne założenia. Kilka razy drgnął mu kącik ust, zwłaszcza przy jej wyjątkowo wymownym guziczku, ale tym razem nie przerywał. Dopiero kiedy zabrała mu węgiel i zaczęła kreślić własny schemat, pochylił się bliżej pergaminu.
    — Kierunek jest dobry — przyznał po chwili. — Tylko nie potrzebujesz zębatki wyłącznie po to, żeby potrzeć krzesiwo. To niepotrzebnie zwiększa liczbę rzeczy, które mogą się zaciąć. Ruch sprężyny może zwolnić prostszy element uderzający bezpośrednio w krzesiwo — odpowiedział, po czym wyciągnął rękę, ale zamiast odbierać jej węgiel, wskazał palcem miejsce na szkicu.
    — Tutaj. Jeden ruch haczyka przesuwa blokadę, sprężyna zwalnia uderzak, jest iskra i dalej już Twój czy mój ukochany w chuj wielki wybuch — zaproponował i uśmiechnął się lekko, patrząc na nią. — A zacisk? Myślisz o nim zbyt dosłownie. Nie musisz zamykać haczyków ręcznie. Możesz je utrzymywać otwarte blokadą. Kiedy zahaczą o materiał i pojawi się opór, blokada puszcza, sprężyna je zamyka, a ten sam ruch uruchamia zapłon — przesunął palcem po jej szkicu, wyznaczając drogę działania mechanizmu — Ty decydujesz tylko, czy przed rzutem odblokowujesz zapalnik czasowy, czy mechanizm haczyka. Potem zabawka radzi sobie sama — zakończył swój wywód.
    — I proszę. Jeszcze chwilę temu zarzucałaś mi, że niczego Cię nie uczę, a teraz sama zaczynasz składać mechanizmy z kilku różnych rozwiązań. Nieźle jak na kogoś, kto podobno potrzebuje ode mnie wszystkiego podanego na tacy — pozwolił sobie skomentować. Jej szkic i pomysł był całkiem dobry, zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak krótko się czyła, pojętna była z niej uczennica i nie widział sensu w maskowaniu tego faktu. Zawiesił spojrzenie na jej złotych oczach i uśmiechnął się szelmowsko. — Ładnie.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  29. Ernest zerknął na nią, gdy sama odpowiedziała sobie na pytanie, i skinął głową.
    — Dokładnie. Dopóki mechanizm haczyka pozostaje zablokowany, możesz nosić zabawkę bez większego ryzyka, że pierwsza lepsza fałda materiału zrobi Ci bardzo nieprzyjemną niespodziankę. Dopiero po zwolnieniu zabezpieczenia opór na haczykach uruchamia dalszy ciąg — wyjaśnił. Kącik jego ust drgnął, gdy zarzuciła mu wkładanie jej słów w usta. — Nie wspominałaś. Za to bardzo sugestywnie domagałaś się odpowiedniej ilości wiedzy. Muszę jakoś dbać o swoją pozycję w tej współpracy — odpowiedział na jej zarzut lekkim tonem. Kiedy zmniejszyła dystans między nimi, nie cofnął się nawet odrobinę. Patrzył jej spokojnie w oczy, a jego uśmiech tylko nieznacznie się poszerzył. — To nie był komplement. Zwykła, chłodna ocena sytuacji — zauważył, spokojnym tonem, a jego uśmiech zniknął z twarzy, aby mógł wyglądać śmiertelnie poważnie. W tej chwili zdecydowanie nie żartował. Nie komplementował jej bez sensu. Stwierdzał fakt, nic poza tym. Pozwolił jej się odsunąć bez żadnego komentarza, choć przez krótką chwilę jeszcze obserwował ją, gdy wstawała. Na jej dalszy wywód prychnął cicho, a kącik ust drgnął na nowo.
    — Oczywiście. W takim razie będę pamiętał o regularnym karmieniu Twojego ego. Dla dobra procesu nauczania — zażartował. Przesunął kuszę z powrotem bliżej siebie i zaczął zamykać jej mechanizm, słuchając wyliczanki Ennis.
    — Zabezpieczenie. Nie chcemy, żebyś przez przypadek uruchomiła to podczas noszenia. Do tego niewielki element blokujący uderzak i coś, co odizoluje proch od przypadkowej iskry, dopóki mechanizm rzeczywiście nie zostanie uruchomiony — wymienił to czego jej zabrakło. Spojrzał w stronę jej tobołka, potem ponownie na nią. Oparł przedramię o wgłębienie w drewnianej ścianie i przyjrzał się jej z lekkim rozbawieniem.
    — Poza tym potrzebujemy narzędzi, miejsca, którego nie będzie Ci szkoda przypadkiem podpalić, i rozsądnej ilości cierpliwości —- zrobił krótką pauzę. — Ostatniego możemy mieć najmniej, ale to już zależy bardziej od Twojego nastroju, prawda?


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  30. Ernest uniósł brew na jej uwagę dotyczącą własnej miny. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto próbować się bronić, po czym kącik jego ust drgnął.
    — Moja mina była całkowicie profesjonalna. To Ty masz skłonność do nadinterpretacji wszystkiego, co robię — odpowiedział spokojnie, chociaż tym razem kłamał, przynajmniej w kwestii miny, nie krył się też nawet z tym niewinnym kłamstwem — Szczególnie kiedy pasuje Ci to do teorii — zakończył swój wywód. Spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, gdy znów teatralnie zatrzepotała rzęsami. Obserwował, jak układa się wygodniej, a kiedy jej nogi znalazły się blisko jego własnych, zerknął na nie tylko przelotnie. Nie odsunął się jednak, wracając spojrzeniem do jej twarzy.
    — Kuźnia służy do budowania. Nie do wysadzania — zaznaczył od razu. — Możesz zapomnieć o testowaniu tam czegokolwiek, co zawiera proch. Może nam się przydać, mi się przydać, szkoda marnować dobrą kuźnię, nie ma ich wiele w Mathyr, większość to… ugh… fuszerka — powiedział, po czym oparł się wygodniej i przez chwilę wyglądał, jakby faktycznie rozważał odpowiednie miejsce.
    — Znajdziemy coś innego co Ci się spodoba, hm? Kamieniołom, opuszczone wyrobisko albo kawałek pustkowia, którego nikomu nie będzie szkoda. Najlepiej z czymś solidnym, za czym można się schować, kiedy Twój „w chuj wielki wybuch” okaże się większy, niż planowałaś. A jak się przekonamy, że działa idealnie jak chciałaś, poszukamy Ci żywych obiektów testowych — zaproponował takie rozwiązanie. Na jej kolejną zaczepkę uśmiechnął się nieznacznie.
    — O cierpliwości? Na razie radzisz sobie zaskakująco dobrze — odparł, przechylając lekko głowę — Chociaż możliwe, że po prostu znalazłaś sobie wystarczająco interesujące zajęcie. Albo towarzystwo. Inną teorią jest to, że właśnie zajęcie i towarzystwo jest nudne, więc odechciewa Ci się zabawy. Zależy od tego co o mnie uważasz — urwał znowu, zastanawiając się przez chwilę. Nie bardzo go interesowała ta kwestia, aby miał o nią pytać. A raczej takiej odpowiedzi nie chciał mieć podanej na tacy. — Ile razy w życiu straciłaś panowanie nad sobą?


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  31. Ernest parsknął cicho na jej odpowiedź dotyczącą nadinterpretacji, ale nie próbował już walczyć o swoją wersję wydarzeń. Szczególnie że oboje doskonale wiedzieli, iż tym razem kłamał wyjątkowo nieudolnie. Kiedy wybuchnęła śmiechem przez jego pomyłkę dotyczącą kuźni, zmarszczył lekko brwi i spojrzał na nią z udawanym wyrzutem.
    — Wybacz, ale po kobiecie, która chwilę wcześniej z entuzjazmem zapowiedziała mi „w chuj wielki” wybuch, wolę spodziewać się wszystkiego — odpowiedział — To się nazywa odpowiedzialne przewidywanie zagrożeń. Przydatne w moim fachu — rzucił dalej z tym samym tonem. Kącik jego ust uniósł się jednak lekko. Nie wyglądał na szczególnie urażonego faktem, że ją rozbawił. Właściwie patrzył na jej śmiech przez chwilę dłużej, zanim odwrócił wzrok.
    — Dobrze, w takim razie kuźnia przeżyje. Cieszę się, że wyjaśniliśmy tę kwestię — zakończył. Na potwierdzenie planu testów skinął głową. To akurat brzmiało rozsądnie, przynajmniej według ich własnych, zapewne mocno wypaczonych standardów rozsądku. Obserwował ją przez chwilę, gdy ponownie zamknęła oczy, a na komentarz o teoriach odpowiedział jedynie krótkim uśmiechem. Nie zamierzał jej pytać, która z nich była prawdziwa. Znacznie ciekawiej było dojść do tego samemu.Na jej pytanie dotyczące liczenia lekko pokręcił głową.
    — Nie wyglądasz — przez chwilę milczał, wodząc po niej uważnym spojrzeniem — Zastanawiam się po prostu, jak często ktoś albo coś rzeczywiście jest w stanie doprowadzić Cię do momentu, w którym przestajesz kontrolować własne reakcje — wyjaśnił. Oparł głowę wygodniej, nie spuszczając z niej wzroku. — Dużo mówisz o ryzyku, chaosie i robieniu tego, na co akurat masz ochotę, ale jakoś nie wyglądasz mi na osobę, która naprawdę często traci kontrolę. Wręcz przeciwnie. Co trzeba więc zrobić, żeby odebrać Ci kontrolę?

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  32. Ernest obserwował, jak zmienia pozycję, nie spuszczając z niej wzroku podczas całego wyjaśnienia. Właściwie potwierdzała jego przypuszczenia. Chaos Ennis był w dużej mierze kontrolowany, nawet jeśli dla kogoś z zewnątrz mógł wyglądać zupełnie inaczej. Kiedy przypomniała mu tamtą sytuację, lekko zmarszczył brwi. Pamiętał jej wyraz twarzy jeszcze przed walką. Pamiętał też moment, w którym wszystko się zmieniło.
    — Nie muszę pytać — przyznał w końcu spokojnie.— Ale skoro robisz mi z tego zagadkę… —- przechylił lekko głowę, przyglądając jej się przez chwilę. Zmarszczył lekko brwi. Miał okazję podzielić się swoimi stwierdzeniami. Pytanie do samego siebie - jak bardzo szczery chciał być wobec niej. Spoważniał, nie spuszczając z niej wzroku.
    — To nie zaczęło się od złości. Jeszcze chwilę wcześniej byłaś zirytowana, ale myślałaś normalnie. Nawet zdążyłaś powiedzieć mi, dlaczego mój pomysł z granatem był do dupy — zauważył, przypominając sobie uważnie sytuację, o której myślał — Ruszyłaś dopiero, kiedy poczułaś krew i usłyszałaś, że Zoja… — urwał, nie był pewny czy dobrze zapamiętał imię. Zmarszczył brwi, ale ostatecznie przytaknął sobie, tak to była Zoja, ona wtedy zginęła — nie chciała mówić — dokończył i zamilkł na moment.
    — Moim zdaniem się przestraszyłaś. Nie o siebie, oczywiście. To byłoby do Ciebie niepodobne — mruknął — Przestraszyłaś się, że nie zdążysz. Złość przyszła zaraz później i była znacznie wygodniejsza, więc pozwoliłaś jej zrobić resztę — dodał, przesuwając po niej uważnym spojrzeniem, zatrzymując je na jej twarzy. — Tylko nie jestem przekonany, że chodziło wyłącznie o Zoję, mam wrażenie, że było w tym coś więcej, ktoś więcej — dodał. Tak, ciało kobiety w końcu zostawiła, ale jej reakcja… była zbyt emocjonalna, aby to wszystko było takie proste. W tej układance był ktoś jeszcze - ważny element jej życia, ktoś kogo ukrywała pod swoimi maskami. Teraz to było oczywiste, kiedy dłużej się nad tym zastanawiał. — Skoro już jesteśmy przy mechanizmach... powiedziałbym, że ona była zapalnikiem. Nie ładunkiem. Ładunkiem były może wspomnienia, stare lęki, albo obawy czy kogoś jeszcze może to spotkać? — rozwinął własne przemyślenia. Oparł się wygodniej, zostawiając jej chwilę na przyjęcie odpowiedzi.
    — Więc moja ostateczna teoria brzmi: strach przed utratą kogoś, kogo nie chciałaś stracić. Być może kogoś zupełnie innego niż kobieta, którą wtedy próbowałaś uratować — odpowiedział w końcu na pytanie, unosząc lekko brew. — Jak bardzo chybiłem, Pani Drapieżnik? — zapytał na koniec. Nie sądził, aby się pomylił na dobrą sprawę, ale nie sądził też, że ona powie mu teraz prawdę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  33. Ernest uniósł lekko brew na pytanie o ludzkie cechy, a potem westchnął z udawanym rozczarowaniem.
    — Wybacz. Chwila słabości. Postaram się więcej nie popełniać podobnych błędów — zapewnił ją poważnym tonem, choć kącik ust lekko mu drgnął. Akurat ona miała sporo ludzkich emocji, tego był pewien. Posiadała odruchy emocjonalne, potrafił to zauważyć, bo widział w niej zachowania, które uważał za czystą głupotę ludzkich emocji, których sam nie posiadał. Urocze jednak było to, jak udawała, że jest inaczej.
    Kiedy stwierdziła, że bardzo chybił, zmarszczył brwi. Nie wyglądał na urażonego porażką, wręcz przeciwnie. Najwyraźniej zagadka właśnie zrobiła się ciekawsza.
    — Oczywiście, że zgaduję dalej. Nie dawaj mi tak łatwych powodów do obrażenia się na moje ambicje — odpowiedział, przesuwając po niej uważnym spojrzeniem.Milczał przez chwilę. Skoro nie chodziło o samą możliwość straty, musiał spojrzeć na sytuację inaczej.
    — Dobrze. Nie boisz się, że ktoś umrze. Zakładasz, że prędzej czy później to się stanie — podsumował jej własne słowa. — Więc może nie chodziło o to, że mogłaś kogoś stracić. Tylko dlaczego —- zmrużył oczy, zastanawiając się przez chwilę. — Zoja tam była przez coś, w czym miała swój udział. Znała ryzyko, jak później sama powiedziałaś. Ale kiedy poczułaś jej krew, przestało mieć znaczenie, że podjęła własną decyzję — zauważył twardo — Może nie przeraziła Cię strata, tylko myśl, że ktoś może skończyć w ten sposób dlatego, że Ci zaufał? — zawiesił na niej spojrzenie, po czym przechylił lekko głowę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  34. Ernest zmarszczył lekko brwi, kiedy zarzuciła mu uparcie trzymanie się strachu. Nie odpowiedział od razu, przez chwilę po prostu jej się przyglądał.
    — Nie powiedziałem, że jesteś lękliwa — zauważył spokojnie. — Powiedziałem, że mogłaś się czegoś przestraszyć. To dwie zupełnie różne rzeczy, Ennis — dodał. Przechylił nieznacznie głowę. Najwyraźniej nie zamierzał jeszcze wyrzucać swojej teorii do śmieci tylko dlatego, że ona zrobiła niezadowoloną minę. Nie mógł też powiedzieć, że teraz w pełni jej wierzył.
    — Możesz nie bać się śmierci. Możesz nawet szczerze wierzyć, że pogodziłaś się ze stratą. Ale tam nie zachowywałaś się jak ktoś, kto właśnie spokojnie zaakceptował nieuniknione — stwierdził rzeczowo — Coś w Zoji przypomniało Ci o czymś innym. Albo o kimś. Albo jedno i drugie — kontynuował, nie spuszczając z niej wzroku. Zawiesił na niej uważne spojrzenie. Kobieta była jego zdaniem o wiele bardziej emocjonalna niż sama kiedykolwiek by się do tego samodzielnie przyznała. Widział w swoim życiu zbyt wiele podobnej naiwności, ba, sam się na nią nadział w pewnym sensie.
    — Więc poprawię teorię. Nie bałaś się, że ją stracisz. Przestraszyłaś się tego, co jej los oznaczał dla kogoś innego. Teraz możesz mi powiedzieć, że znowu jestem dramatycznie daleko od odpowiedzi — zakończył propozycję kolejnej teorii i nie, nie miał zamiaru teraz zrezygnować tak po prostu ze strachu.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  35. Ernest słuchał jej bez przerywania, z początku z lekkim rozbawieniem, które jednak stopniowo ustępowało bardziej uważnemu spojrzeniu. Kiedy skończyła, przez chwilę milczał. Nie przekonała go. Złość tam była, temu nie przeczył, ale nadal uważał, że przyszła po czymś innym. Ennis mogła nazywać to sobie, jak chciała, a nawet szczerze wierzyć we własną wersję. Nie zamierzał jednak ponownie się z nią o to kłócić. Znacznie ciekawsze było sprawdzenie kiedyś, czy sam miał rację - na podstawie własnych obserwacji. Mówiła mu jednak sporo interesujących rzeczy. Jeśli faktycznie mówiła czystą prawdę to mógł zacząć wierzyć, że mają więcej podobieństw niż wcześniej przypuszczał.
    — Dobrze. Przyjmijmy więc, że jestem chujowy w zgadywanki, a Ty po prostu bardzo nie lubisz, kiedy ktoś rusza Twoje rzeczy — podsumował spokojnie, z lekkim uśmiechem. Przyglądał jej się jednak nadal, analizując nie tyle samo wyjaśnienie, co słowa, których użyła. Informatorka, wolność, osoba, ciepło. Wszystko wrzucone do jednego worka rzeczy uznanych przez Ennis za własne. Najbardziej interesowało go to ciepło, bo to już nie pasowało do funkcji czysto użytkowej. Ciepło było całkowicie zbędne, niepotrzebne, nie dawało żadnych większych korzyści, które mogła zapewnić konkretna jednostka, ciepło, jakkolwiek nie byłoby rozumiane można było uzupełnić z kimkolwiek.
    — Twoją osobę? — powtórzył, unosząc lekko brew. — Interesujące określenie jak na kogoś, kto przecież trzyma mnie przy sobie tylko dlatego, że mam jeszcze robotę do wykonania. Co się kryje pod Twoja osoba? Tylko i wyłącznie funkcja? Sentymentalnie to brzmi jak na tak suche podejście — dopytał, a kącik jego ust drgnął nieznacznie. On Ennis nigdy nie nazwałby swoją. To nie miałoby sensu, była obok, była przydatna, była bardzo interesująca i czerpał satysfakcję ze wspólnie spędzanego czasu, ale nie była jego, nie była też niezastąpiona. Każdą jednostkę dało się zastąpić. — Postaram się więc nie pozwolić nikomu rozjebać mi łba przed czasem. Skoro mogłoby Cię to aż tak zirytować, czuję pewną odpowiedzialność — pozwolił sobie wrzucić niewinny żart między własnymi przemyśleniami. Oparł się wygodniej i jeszcze przez chwilę obserwował Ennis.
    — Tylko zastanawia mnie jedno. Kiedy właściwie człowiek przestaje być użyteczny, a zaczyna być Twój? — uśmiechnął się szelmowsko. — Pytam oczywiście czysto naukowo. Skoro dzisiaj już raz tak boleśnie poległem na analizowaniu Twojej skomplikowanej natury. Chciałbym wiedzieć jak to rozróżniasz, Skarbie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  36. Ernest uniósł lekko brew na sprowadzenie go do roli przydatnego wynalazcy, ale poza cieniem rozbawienia niewiele zmieniło się na jego twarzy. Właściwie nie spodziewał się innej odpowiedzi. Sam nie umieszczał jej w żadnej szczególnej kategorii, więc dlaczego ona miałaby robić to z nim?
    — Przydatny wynalazca — powtórzył z namysłem, jakby delektował się tym przydomkiem — Słyszałem gorsze określenia swojej osoby. Kilku nawet używałem sam — dodał z tym samym wyrazem twarzy. — Uspokoiłaś mnie. Jeszcze zacząłbym się zastanawiać, do czego właściwie nieświadomie aplikowałem — zażartował. Nie pytał o wymagania. Ennis wyraźnie nie zamierzała ich przedstawiać, a poza tym sama zasada zaczynała być dla niego bardziej interesująca niż jego miejsce w tym układzie. Odpowiednia funkcja, odpowiednie jej spełnianie, a później własność. W gruncie rzeczy brzmiało to znacznie mniej sentymentalnie, niż początkowo przypuszczał.Na uwagę o własnej gadatliwości parsknął cicho.
    — Masz dziś wyjątkowe szczęście. Korzystaj, zanim mi przejdzie — odpowiedział jej na ten zarzut, uśmiechając się nieco bardziej bezczelnie. Przesunął po niej spojrzeniem, kiedy wyjaśniła resztę.
    — Przyznam, że spodziewałem się bardziej skomplikowanej odpowiedzi po całej tej tajemniczości — podsumował, po czym zrobił krótką pauzę. — Chociaż teraz zaczyna mnie ciekawić coś innego. Skoro człowiek staje się Twój przez funkcję, to czym właściwie różni się od zwyczajnie przydatnego wynalazcy? Poza, rzecz jasna, tajemniczymi kwalifikacjami, których tak dramatycznie nie posiadam.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  37. Ernest przyjmował kolejne określenia z coraz większym rozbawieniem, choć przy worku na szczyny pokręcił już głową.
    — Zostańmy przy przydatnym pojebie. Ma w sobie zdecydowanie więcej godności niż worek na szczyny — zdecydował, po czym na jej zapewnienie o kojeniu nerwów parsknął cicho. — Niebywały talent. Powinnaś go rozwijać — odparł ironicznie. Kiedy pytanie odbiło się w jego stronę, przez chwilę patrzył na Ennis bez odpowiedzi. Przedmiotowe traktowanie? Nie był pewien, czy właśnie tak by to nazwał. Przedmioty były proste. Niczego nie chciały, niczego nie oczekiwały i nie potrafiły zmienić zasad w połowie gry. Ludzie byli znacznie bardziej skomplikowani, nawet jeśli ostatecznie relacje z nimi również opierały się na wymianie, a każdego dało się lepiej lub gorzej zastąpić. Ernest zwyczajnie nie widział powodu, by ubierać ją w ładniejsze słowa.
    — Nie uważam tego za przedmiotowe traktowanie. Raczej za szczerość — odpowiedział po chwili. — Ludzie czegoś od siebie chcą. Coś sobie dają, coś zabierają, korzystają ze swoich możliwości. Ja po prostu nie widzę sensu udawania, że jest inaczej —- doprecyzował, opierając się wygodniej. Przez moment zastanawiał się, ile właściwie chciał jej powiedzieć. Ostatnie lata pozostawiły w nim dość wyraźną granicę, której wcześniej nie było. Wiedział, że potrafił kiedyś przywiązać się do człowieka. W pewnym sensie, może nawet nie tyle człowieka co układu, wygody, swobody, prostoty jaką dawała długotrwałość czegoś. Wiedział też, że od dawna nie wydarzyło się to ponownie. Nie odczuwał z tego powodu szczególnego żalu. Był to raczej fakt, coś równie oczywistego jak brak palca czy stara blizna. Mimo to ciekawiło go, co Ennis zrobi z tą informacją.
    — Od kilku lat nie czuję wobec nikogo niczego, co nazwałbym przywiązaniem. Sympatia, zainteresowanie, przyjemność z czyjegoś towarzystwa? Oczywiście. Ale kiedy ktoś znika, niewiele to zmienia — powiedział spokojnie, nie spuszczając z niej wzroku. Sam zastanowił się przelotnie, dlaczego właściwie zdecydował się jej to powiedzieć. Nie znalazł jednak powodu, dla którego miałby się teraz wycofywać. — Skoro już dzisiaj tak chętnie bawimy się w analizowanie cudzych głów, powiedz mi dlaczego — kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Nie zamierzał dawać jej żadnych dodatkowych wskazówek. Skoro sama tak bardzo lubiła zagadki, mogła dostać jedną w zamian. — Ja dostałem Twoją, teraz Ty dostaniesz moją, Skarbie — dodał, a jego klatka poruszyła się nieznacznie, jakby tłumił rozbawienie całą tą sytuacją. Dopiero wtedy wrócił myślami do jej ostatniej odpowiedzi i parsknął pod nosem. Wąskie grono „jej” osób nadal go ciekawiło, ale nie na tyle, żeby próbował się do niego dostać. Znacznie bardziej interesujące było samo działanie tego dziwnego systemu Ennis.
    — Czyli najpierw trzeba zdobyć tajemnicze kwalifikacje, a dopiero później można poznać wymagania. Brzmi wyjątkowo uczciwie.


    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  38. Ernest patrzył na nią przez chwilę po pytaniu o szczerość wobec samego siebie.Analizował, jak dużo z odpowiedzi w ogóle miało sens wypowiadać na głos. Nie okłamywał samego siebie. Przynajmniej nie w sprawach, które miały znaczenie. To była strata czasu, a czas i tak zbyt często próbowano mu kiedyś odebrać. Kłamstwa wobec innych bywały użyteczne. Kłamstwo wobec samego siebie było wadliwym mechanizmem, który prędzej czy później powodował problemy. Problemy się eliminowało.
    — Jestem wobec siebie szczery częściej, niż mogłoby Ci się wydawać — odpowiedział w końcu spokojnie. — To praktyczne. Trudno dobrze przetrwać, jeśli nie wiesz, co naprawdę Tobą porusza — dodał, opierając się wygodniej. Nie spuszczał też z niej wzroku. Nikt nigdy nie uczył go normalnych uczuć. Nie w sposób, w jaki zapewne rozumiała to większość ludzi. Wszystko zawsze miało cenę, funkcję, konsekwencję albo właściciela. Uczucia, jeśli już się pojawiały, nie były bezpiecznym ciepłem ani wzniosłą prawdą o duszy. Były błędem w obliczeniach. Raz pozwolił sobie potraktować coś zbyt osobiście i skończył w miejscu, które bardzo skutecznie wyjaśniło mu, dlaczego nie powinien powielać podobnych błędów. Lochy, ból, gwałt i pięć lat rozkładania go na części były dość przekonującymi argumentami. Perun był najbardziej przekonujący w tym wszystkim. Transakcje z kolei przynajmniej miały zasady. Można było je kontrolować, zerwać, renegocjować albo wykorzystać. Przywiązanie robiło z człowieka uchwyt, za który ktoś inny mógł szarpnąć.
    — Nie twierdzę, że niczego nie czuję — dodał po chwili. — Gniew, nienawiść, satysfakcję, rozbawienie, pożądanie, czasem nawet coś wystarczająco bliskiego szczęściu, żeby nie szukać dla tego lepszej nazwy. Jestem żywy i myślę, więc organizm oraz umysł reagują. To dość proste — zauważył, uśmiechając się lekko. — Ale jeśli chodzi o to całe ciepło w sercu, to nie. Nigdy nie czułem niczego, co pasowałoby do tej bajki. Poza tym nie zrozum mnie źle. Naprawdę nie narzekam. Bardzo wygodnie żyje się ze świadomością, że najbardziej podniecają mnie moje własne wynalazki, to, co robią z innymi, i to, jak seksowny Skarbek z nich korzysta — zakończył. Zastanowił się jeszcze przez chwile. — Więc nie udaje wobec samego siebie, a Ty… hmm… jesteś zainteresowana na tyle, żeby dalej pytać, czyż nie? Czy to dla zabicia czasu, podkurwienia mnie czy własnej zabawy, nie uważasz tego za tyle nudne, żeby zmieniać temat na coś innego albo po prostu kazać mi się zamknąć — uśmiechnąć się do niej nieco szerzej, bardziej zaczepnie. .
    — Twoja odpowiedź nie jest głupia — przyznał. — Brak wystarczająco istotnego śladu to część problemu. Druga część jest taka, że nie każdy ślad służy do tęsknienia. Niektóre zostają po to, żeby przypominać, gdzie już nie wkładać dłoni, albo co należy zniszczyć — doprecyzował, ale nie rozwijał już tego mocniej. Wystarczyło. Jeśli Ennis była tak bystra, jak oboje lubili zakładać, sama mogła sobie dopisać kilka możliwych wniosków. Na jej wyjaśnienie dotyczące wymagań i kwalifikacji uniósł lekko brew, a uśmiech nie schodził mu z ust.
    — To akurat ma sens — przyznał. — Podasz wymagania, a każdy wystarczająco sprytny lizodup zacznie je odgrywać. Nie podasz niczego, zostaną tylko ci, którzy pasują przez przypadek albo są zbyt uparci, żeby odejść, kiedy jeszcze mogą. Interesujące jednostki pewnie stają się Twoimi — zaśmiał się lekko. Nie widział w tym schemacie samego siebie ani innych swojego pokroju, prędzej kogoś, kto widziałby w Ennis coś dobrego i chciałby to pielęgnować, a on tego zwyczajnie nie potrafił.
    — Okrutne, ale skuteczne. Zaczynam rozumieć, dlaczego tak lubisz udawać, że wszystko u Ciebie jest proste.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  39. — Nie myl tonowania z ukrywaniem — odpowiedział spokojnie, z lekko uniesionym kącikiem ust. — Wynalazek nie wykorzysta później mojej reakcji przeciwko mnie. Człowiek potrafi być pod tym względem znacznie bardziej upierdliwy — dodał i przesunął po niej spojrzeniem, nieco dłużej zatrzymując je na jej twarzy — Poza tym mechanizm można rozebrać, poprawić i złożyć od nowa. Z ludźmi jest więcej bałaganu. Dlatego przy ludziach kontrola jest zwyczajnie rozsądniejsza — dalej patrzył na nią w ten sam sposób. Przechylił jednak delikatnie głowę w bok i zniżył spojrzenie, zatrzymując się na zapięciach ubrań. Miała coś do rozebrania, ale to nie był mechanizm jej umysłu, a fizyczność nie była dla niego. Na jej pytanie o zamknięcie się parsknął cicho. Udawał, że się zastawia, aczkolwiek mógłby odpowiedzieć jej od razu.
    — To zależy — stwierdził w końcu. — Jeśli kazałabyś mi się zamknąć, bo miałabyś dość mojego głosu, prawdopodobnie mówiłbym dalej. Z czystej uprzejmości, rzecz jasna — przechylił głowe na drugą stronę, przetaksował ją dokładniej spojrzeniem, wracając do tych drapieżnych oczu. — Jeśli jednak kazałabyś mi się zamknąć, bo chciałabyś sprawdzić, co zrobię z ciszą... wtedy mógłbym rozważyć współpracę — kącik jego ust drgnął szelmowsko, ale nie ciągnął tego dalej. Wolał wrócić do jej odpowiedzi o śladach, bo była mniej głupia, niż próbowała udawać.
    — Pozytywny ślad — powtórzył po niej z namysłem. — Tak, to rzeczywiście bardziej pasuje do Twojej teorii. Negatywne są tanie. Wystarczy trochę bólu, zdrady, przemocy albo zwyczajnej głupoty i już coś zostaje. Nic wyjątkowego. Łatwo się tego pozbyć — oparł się wygodniej, patrząc po niej uważnie. Uśmiechnął się lekko, gdy nie zaprzeczyła w kwestii interesujących jednostek. To też sobie odnotował. Ktoś uparty. Ktoś interesujący. Ktoś, kto najwyraźniej pasował tam, gdzie Ernestowi brakowało kwalifikacji.
    — Oczywiście, że dla Ciebie to jest proste — powiedział po chwili.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  40. Ernest patrzył na nią spokojnie, gdy pochyliła się bliżej. Nie cofnął się, ale też nie wyszedł jej naprzeciw. Pozostał w tej samej pozycji, z lekkim uśmiechem przy ustach, czekał, czy sama uzna, że chce zmniejszyć dystans jeszcze bardziej.
    — Możliwe, że mówi więcej — przyznał. — Ale dalej zostaje pytanie, czy widzisz to, co rzeczywiście jest, czy to, co pasuje Ci do zabawy — zerknął przelotnie na ruch jej stóp, a potem wrócił spojrzeniem do jej twarzy.
    — Rozsądek bywa przydatny. Zwłaszcza kiedy ktoś bardzo starannie sprawdza, ile wystarczy, żeby go komuś odebrać — pozwolił sobie zauważyć. Na pytanie o mechanizm zapięcia kącik jego ust drgnął.
    — Wygląda na sprawny — odparł spokojnie. — A ja zwykle nie rozbieram mechanizmów, które nie wymagają naprawy — zawiesił na niej spojrzenie na dłuższą chwilę. Po raz kolejny. — Chyba, że właścicielka uzna inaczej.
    Na wzmiankę o kneblowaniu parsknął cicho.
    — Wierzę, że znasz kilka skutecznych metod. Pytanie tylko, czy bardziej interesuje Cię cisza, czy to, co trzeba zrobić, żeby ją uzyskać — szepnął cicho. Sam pamiętał twarz Nhulu oraz policzek, który dostał. Nie miał zamiaru ryzykować. Jeżeli czegoś chciała, to musiała sama po to sięgnąć, a doskonale wiedzieli, że nie chciała niczego. Przynajmniej nie od niego. Zdążyła to zaznaczyć wystarczająco dosadnie. Przez chwilę przyglądał się jej uważnie, kiedy mówiła o śladach. Tym razem nie przerwał, pozwalając jej skończyć.
    — Może rzeczywiście nie mam najlepszego nosa do towarzystwa — przyznał po chwili. — Albo po prostu wolę takich ludzi, po których od razu widać, że mogą ugryźć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  41. Ernest parsknął cicho na wzmiankę o biednych byłych kobietach, jakby samo określenie było dla niego zabawniejsze niż cała reszta jej zaczepki. Przez chwilę patrzył po Ennis z tym samym spokojnym rozbawieniem, a potem lekko przechylił głowę.
    — Byłe kobiety to bardzo ambitna nazwa, Skarbie. Jeśli pytasz o seks, to owszem, lubiłem przeglądy. Lubiłem też eksperymenty. I, żeby niepotrzebnie nie udawać skromności, byłem w nich całkiem dobry — kącik jego ust drgnął, trochę wyżej niż zazwyczaj. — Różnica polega na tym, że zwykle robiłem to tam, gdzie cena była jasna. Człowiek ma swoje potrzeby, a żeby chcieć zaryzykować… — urwał i przesunął po niej spojrzeniem po raz kolejny tej nocy i ponownie wrócił do jej oczy. Musiał przyznać, że jak na pragmatyka bardzo mu się podobały — najpierw trzeba poznać kogoś wystarczająco interesującego, żeby odkładać rozsądek na bok. Kobiety, które spotkałem i zdawały się jakkolwiek ciekawe, cóż, udawały, że straciły dla mnie głowę, najczęściej były bardziej zainteresowane tym, jakie sekrety można wyjąć z mojej głowy, gdyby po wszystkim położyć mnie wykończonego spać. Można było je wziąć krótko, szybko i iść w swoją stronę, ale to bardziej przypominało wyrzucanie niepotrzebnego materiału niż ekscytującą grę — wyjaśnił i uśmiechnął się leniwie, niemal niewinnie. — Więc wybacz, jeśli nie płaczę nad brakiem romantycznych wspomnień o zapinkach — dodał tym samym, niewinnym tonem, który udawał, że nie robił niczego złego przez całe życie. Na jej słowa o ciszy uniósł lekko brew.
    — Wierzę, że potrafisz kogoś skutecznie uciszyć.Potrafię sobie wyobrazić więcej niż jeden spektakularny sposób… Bardziej zastanawia mnie, czy bardziej lubisz samą ciszę, czy drogę do niej — odparł. Osobiście miał wrażenie, że największą przyjemność czerpała by z uciszania, cholerna Drapieżniczka. Kiedy wspomniała o kąśnięciach, przyglądał jej się chwilę w milczeniu. Nie wyglądał, jakby zamierzał zaprzeczać.
    — Może masz rację. Ciepło brzmi mało praktycznie. Kąśnięcia przynajmniej zostawiają człowieka z pytaniem, czy powinien zabrać rękę, czy podsunąć ją bliżej — zgodził się z nią, nie spuszczając z niej wzroku. Ostatecznie jednak po chwili sam się położył, usiłując zmrużyć oczy chociaż na chwilę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  42. Ernest nawet nie otworzył oczu, kiedy usłyszał jej śmiech. Kącik jego ust drgnął jedynie lekko. Domyślał się tego zarzutu z jej ust. Pokiwał głową.
    — Gdybym nie był aktualnie impotentem, może poddałbym się szczerej, konstruktywnej krytyce — odparł leniwie — Niestety musisz zadowolić się teorią i wspomnieniami — dorzucił. Nie sądził, żeby był w stanie zmienić jej zdanie i nie uważał też tego za koniecznie. I tak nie planowali iść w tą stronę, a ona zdecydowanie już wcześniej dała znać, że nie ma ochoty na nic takiego. Jemu to nie przeszkadzało. Dopiero po chwili uchylił jedno oko i spojrzał na nią z ukosa.
    — Yhym… biedny, nudny Ernest… chcesz mnie za to ukołysać do snu? — zaproponował, nieco odwracając sens jej słów, dalej lekko się uśmiechając pod nosem.
    — Możliwe, że mam zły nos do ludzi — przyznał spokojnie. — Ale aktualnie nie narzekam — przechylił głowę z zamkniętymi powiekami w jej stronę i poprawił kosmyki włosów. Na jej ostatnie słowa nie odpowiedział od razu. Leżał przez chwilę w milczeniu.. Nie zamierzał jej już ciągnąć za język. Nie teraz.
    — Zbieram dane, Skarbie — mruknął jeszcze ciszej. — Jak na razie nie są nudne — pozwolił sobie na tym zakończyć swoją część dyskusji. Potem zamilkł już naprawdę, próbując choć na chwilę przysnąć, zanim będzie musiał wstać, pozbierać kuszę, szkice i resztę ich rzeczy, a potem ruszyć z nią dalej w stronę kuźni. Niespodzianki mogły dalej na nich czekać, lepiej było chociaż trochę wypocząć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  43. Ernest nie uchylił oczu, ale kącik jego ust drgnął lekko. Nie wyglądał na urażonego. Ciężko w końcu było poczuć się urażonym czymś o co w ogóle się nie starasz. Ennis jak piękna czy interesująca by nie była dalej nie mogła znaczyć dla niego niczego więcej. Nie potrafił tak. A zwykłe zaspokojenie potrzeb? Najpierw musiałby je odzyskać, a i to… przeszkadzałoby w interesach. Zdecydowanie wolał nie wrzucać jej do kategorii przygody na jedną noc. Na jej słowa o bliskości przytaknął tylko niemal niewidocznie.
    . — Przynajmniej żadnemu z nas nie jest z tego powodu smutno — odpowiedział cicho z nikłym uśmiechem, a potem już zamilkł, pozwalając ciszy opaść między nimi, aż w końcu przysnął na krótko. Rano obudził się bez większego ociągania, chwilę nasłuchiwał otoczenia, po czym zapisał kilka ważnych pomysłow odnośnie orichucalum i sięgnął po znalezione strzały oraz narzędzia. Nie budził Ennis, wiedział, że sama niedługo wstanie. Usiadł tylko wygodniej i zaczął przerabiać strzały na bełty do kuszy, skracając je, poprawiając lotki i sprawdzając wyważenie. Praca szła mu bardzo szybko w świetle dnia, więc uśmiechał się nieco przy tym zadowolony.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  44. Ernest zerknął na nią przelotnie, kiedy zajrzała mu przez ramię, ale nie przerwał pracy. Obrócił skracany bełt w palcach, sprawdził jego ciężar, a potem poprawił lotkę.
    — Myślę, oczywiście, że tak — odparł w końcu, odkładając gotowy bełt obok reszty. — Ale bez roboty nie wprowadzę ich w życie — dodał, przenosząc na nią wzrok. Uśmiechnął się lekko. — Ty lubisz odgryzać języki a ja strzelać kwasem w ludzi dla przykładu — rzucił przelotnie. Wczorajszy widok na przykład bardzo przyjemnie zapadł mu w pamięci, ciężko było jednak spełniać jego własne marzenia i fantazje bez pracy. — Każdy ma swoje dziwcatwa, Skarbie — dodał jeszcze, wstając na równe nogi. Sam wziął trochę suszonego mięsa i zaczął wszystko pakować. Poczekał aż skończy jeść oraz aż deszcz nieco się uspokoi zanim ruszą dalej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  45. Ernest dopiął tobołek i zerknął na nią z lekkim rozbawieniem, kiedy schodziła po drabinie.
    — Wyobraź sobie, jak niezręcznie bym się poczuł, gdyby okazja do strzelenia komuś kwasem rzeczywiście się trafiła, a ja byłbym nieprzygotowany — odparł spokojnie. — Ty też zwyczajnie nie musisz ciągle czegoś szykować — zauważył jeszcze, przenosząc na nią wzrok. — Różnica biologiczna, mnie natura nie obdarzyła naturalną bronią. Niemniej oboje lubimy dobre okrucieństwo przy odpowiedniej okazji — zakończył swój wywód. Nie sądził, aby tutaj się mylił. Zarzucił kuszę na miejsce, zgarnął resztę rzeczy i ruszył za nią. Zszedł na mokrą ziemię i spojrzał w stronę dalszej drogi.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  46. Nie chodziło mu tyle o kamuflaż, co fakt, że jej ciało zdecydowanie było o wiele bardziej przystosowane do krwawych gierek od tego, które należało do niego. On z taką łatwością nie potrafił odgryzać języka, nie miał też ostrych jak brzytwa pazurów. Szedł tuż obok niej. Zarzucił kaptur w płaszcza na głowę, aby nie moknąć za bardzo. Sam nie miał ochoty rozchorować się w drodze. Zaśmiał się lekko.
    — Każdy gatunek ma bardzo ciekawe cechy, pytanie jak każda jednostka to indywidualnie wykorzystuje — odpowiedział szczerze. — Chociaż to co natura daje po prostu każdemu do użytku moim zdaniem jest najciekawsze — dodał. Duch odezwał się w nim na chwilę i mężczyzna poczuł, że ten absolutnie się z nim nie zgadzał. — Jakby wcześniej były problemem… — rzucił w eter.

    Po kilku godzinach marszu dotarli do praktycznie pustej osady. Ci, którzy się tu kręcili zdecydowanie mieli na bakier z jakąkolwiek władzą, ale nie byli też żadną zorganizowaną grupą. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądali jak przypadkowa zbieranina uciekająca przed wojną. Ernest dalej prowadził Ennis. Przeszli praktycznie przez całą wieś i jeszcze kawałek dalej, aż dotarli do małego wzniesienia, gdzie znajdowała się kamienna chata ze sporym kominem, w środku znajdowało się ukryte przejście pod ziemię.
    Głęboko pod ziemią z kolei skrywała się opuszczona kuźnia, do której prowadził zawalony korytarz i ciężkie drzwi z czarnego żelaza. W ogromnej skalnej komorze stał wygaszony piec, niegdyś zdolny roztapiać najtwardsze i najrzadsze metale. Wokół niego pozostawiono potężne kowadła, precyzyjne młoty, szczypce i narzędzia wykonane przez najlepszych rzemieślników. Na półkach leżały sztaby niezwykłych stopów.. Kamienne kadzie do hartowania wyschły, a wielkie koła szlifierskie dawno przestały się obracać. Na stojakach wisiały niedokończone miecze, topory i groty, pozostawione w chwili nagłego porzucenia kuźni. Wszystko pokrywała gruba warstwa sadzy, pyłu i rdzy, lecz część wyposażenia nadal nadawała się do użycia. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.
    — Jest o wiele lepiej niż myślałem — odparł, patrząc po kobiecie. Strzelił karkiem i obserwował jej reakcję.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  47. Ernest spojrzał na ostrze wycelowane w jego stronę, potem na Ennis, a kącik jego ust drgnął lekko.
    — Po pierwsze, nie machaj mi pod nosem niedokończoną fuszerką, nawet Ty nie sprawisz, że ten miecz będzie wyglądać użytkowo — odparł spokojnie. — Po drugie, Pan Żelaznoręki zaraz doprowadzi to miejsce do stanu używalności samodzielnie. Będziemy bawić się z prochem, nie chcemy, żeby kurz starty na odpierdol gdzieś nam wleciał — wyjaśnił też jeszcze, bo faktycznie już nawet nie chodziło o to, że nie chciał jej wykorzystywać. Podszedł do jednego ze stołów i przesunął dłonią po blacie, oceniając kurz, sadzę i stan narzędzi. Nie wyglądał na zrażonego. Przeciwnie.
    — Sprzątaniem zajmę się ja. Ty w tym czasie weź swój szkic, popraw go ostatecznie i wybierz materiały, które wcześniej wybrałaś. Zobaczę potem czy potrafisz je odróżnić — zaznaczył, wracając do niej wzrokiem. Odstawił kilka narzędzi na bok, po czym sięgnął po ciężkie szczypce i sprawdził ich zawias.
    — Kiedy skończę uruchamiać piec, pokażesz mi projekt i materiały. A wtedy już sprawdzimy, czy Twoja pierwsza zabawka będzie eleganckim narzędziem mordu, czy tylko bardzo kosztownym sposobem na urwanie sobie ręki. Dzisiaj Ty się będziesz bardziej nudzić, ja sobie pospazmuje za to — dodał weselej. Jak mu brakowało zapachu prawdziwej pracowni i tego widoku. Spiął włosy i od razu wziął się do roboty.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  48. — Teraz jestem na swoim, więc jak najbardziej — przytaknął w kwestii hardości. Czy to był jedyny powód raczej ciężko było powiedzieć. Być może na wszystko wpływał też fakt, że nie uważał, aby sama chciała go teraz skrzywdzić, czy nie podobała jej się droga tutaj czy też to, że w razie najgorszego wiedział co zrobić, żeby pociągnąć ją za sobą, nawet jeśli wyszłaby już z samej pracowni. Niemniej dla niego najważniejsze i tak było to gdzie teraz tutaj byli i po co tutaj byli, a to zdecydowanie poprawiło mu humor o wiele bardziej niż odreagowanie na kilku wieśniakach z dzikusem na czele. Szybko uwinął się ze sprzątaniem. Jego były mentor nie zmienił tego jak układał rzeczy nawet po tylu latach, więc nim En zdążyła wybrać wszystko piec już zaczynał się powoli nagrzewać. Ernest przejechał po nim ręką, czując przyjemne dreszcze. Nie mógł się doczekać, aż sam wykuje tutaj polimery i zabudowną kuszę samostrzelną, do której musiał jeszcze wymyślić odpowiednią nazwę. Później przesunął wzrok na rudy, które wybrała. Tylko jedna z nich była stopem, który był stalą rzemieślniczą.
    — To dość normalne z początku, ale byłem ciekaw jak spostrzegawcza jesteś, nie poszło Ci tragicznie — uśmiechnął się do niej, kiedy podszedł tuż obok.Wziął jedną ze złych próbek. — Ta jest za miękka. Krawędź już jest starta, widzisz? Przy haczykach albo blokadzie szybko zmieni kształt i cały mechanizm zacznie pracować inaczej — wyjaśnił jej. — To jest veridium i nadaje się do robienia pancerzy, tarcz, plastyczna, stłuczenie wygnie materiał, ale nie zniszczy, ale to nie nadaje się do szczepów — dokończył, odkładając ją. Potem przesunął palcem po drugiej i podał kobiecie.
    — Ta z kolei jest twardsza, ale krucha. Wytrzyma nacisk raz, może drugi, a potem pęknie w najmniej wygodnym momencie. Ciemne żelazo, proste do stopu, ale nadaje się raczej do robienia pękających grotów, ale to sobie odłoże… — uśmiechnął się pod nosem. Tak w tym mógł zamknąć proch, przy odpowiednim uderzeniu roztrzaska się i bum. Na końcu sięgnął po właściwą stal rzemieślniczą.
    — A tutaj idealnie trafiłaś. Wszystkie mają prawie identyczny odcień i identyczną fakturę na pierwszy rzut oka, ale jak dokładnie dotkniesz, przesuniesz uważnie opuszkami palców to powinnaś czuć tą subtelną różnicę, poza tym jest też zapach. Masz dobry nos, prawda? Powąchaj każdą z nich — zaproponował.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  49. Ernest uniósł próbkę ciemnego żelaza i obrócił ją między palcami.
    — Można zrobić również takie, o jakich mówisz, ale to dość prymitywne zastosowanie. Ten grot ma pęknąć przy uderzeniu, nie podczas wyciągania — wyjaśnił, po czym uśmiechnął się szerzej, a oczy błysnęły mu z pasji, którą darzył destrukcję, jaką potrafił stworzyć swoimi zabawkami — Wydrążasz w nim komorę, zamykasz proch, substancję łatwopalną albo truciznę. Materiał musi wytrzymać wystrzał, a rozpaść się dopiero w celu i uwolnić zawartość. Wada staje się wtedy funkcją. Bardzo przydatną funkcją — dokończył swój wywód i odłożył ciemne żelazo na bok. Z tego sam zamierzał jeszcze dzisiaj skorzystać, było wręcz idealne do przechowywania prochu. Kiedy En wspomniała o cieplejszych obiektach, przesunął spojrzeniem po badających smukłych, badających próbki palcach kobiety, a potem wrócił wzrokiem do jej twarzy.
    — Na cieplejszych obiektach zapach bywa znacznie ciekawszy, a opór można zmieniać na różne, interesujące sposoby — odparł z lekkim uśmiechem. Nie tłumaczył jednak dokładnie tego co miał na myśli. Poczekał, aż przyniesie pozostałe kawałki stali, po czym sprawdził je kolejno. Jeden przesunął po kamieniu, drugi stuknął o krawędź stołu, wsłuchując się w dźwięk, a trzeci krótko zważył w dłoni.
    — Tym razem wszystkie są właściwe — potwierdził i dopiero wtedy pochylił się nad szkicem. Przez chwilę śledził linie projektu, aż w końcu stuknął palcem w narysowany korpus dzwonka. — Tego jeszcze nie policzysz. Masz kształt, ale nie masz wymiarów ani grubości ścianek. Na razie narysowałaś pomysł, nie przedmiot — mruknął, po czym sięgnął po kawałek węgla i zaznaczył na projekcie wewnętrzny obrys korpusu.
    — Najpierw ustalasz, ile miejsca potrzebujesz na ładunek, zapalnik i mechanizm. To daje Ci wymiary wewnętrzne. Potem dodajesz ściany wystarczająco grube, żeby dzwonek nie pękł przy noszeniu ani uzbrajaniu, ale nie tak grube, żeby proch nie zdołał rozerwać obudowy. Obok pierwszej linii nakreślił drugą, pokazując jej przekrój. Następnie nakreślił wzór matematyczny, rozpisał właściwości materiałów, z których korzystają i jak przekładają się na obliczenia, a uśmiech cały czas gościł na jego ustach.
    — Objętość zewnętrzna minus wewnętrzna daje ilość stali w gotowym korpusie. Mnożysz ją przez ciężar stali rzemieślniczej, osobno doliczasz denko, mocowanie i elementy mechanizmu, a na końcu dodajesz jedną piątą zapasu. Część stracisz na zgorzelinie, przycinaniu i poprawkach. Jeśli zabraknie Ci materiału w połowie kucia, nie dokleisz go na śliczny uśmiech, nawet jeśli nie nikt nie ma ładniejszej maseczki od Ciebie, Skarbie — dodał, kończąc wypisywać wszystkie potrzebne informacje. Przesunął w jej stronę przymiar oraz węgiel.
    — Dopisz wysokość, średnicę w najszerszym miejscu, grubość ścianek i pojemność komory. Potem policzymy pierwszy razem. Gdybym od razu podał Ci gotową wagę, nie nauczyłabyś się jak samej tworzyć potem inne zabaweczki, prawda? — zauważył dziwnie wesoło jak na samego siebie. — Zacznij liczyć od tego a średnica i wysokość Ci wyjdą z obliczeń, potem będziemy dalej mnożyć. A i zanim zapytasz… wzory przyszły z praktyką. Męczyło mnie robienie wszystkiego na oko, nie było w tym żadnej finezji a zabawki nie miały tej klasy i perfekcji — dodał, patrząc po niej wymownie, podkreślając ostatnie słowo nieco dosadniej.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  50. Ernest patrzył jeszcze przez moment na pergamin, zanim w ogóle po niego sięgnął. Jej pierwsze rozważania o grocie skinął głową. Słuchał jej z uwagą. Szybko łapała zasady i dochodziła do dobrych wniosków. Podobała mu się ta inteligencja. Miał nawet w głowie, że to strata, że nie czuje pociągu do tworzenia takich zabawek. Z jej wyobraźnią mogłaby stworzyć naprawdę piękne rzeczy; chociażby te dzwoneczki go fascynowały. Urocze, ale zabójcze. Lekki dzwoneczek przynoszący śmierć.
    — Dokładnie. Przy odpowiedniej substancji nie musisz nawet liczyć na to, że samo trafienie załatwi sprawę. Wystarczy, że grot zrobi swoją robotę i zostawi coś po sobie — odparł, uśmiechając się szerzej — Chociaż trucizna jest najmniej widowiskowa. No chyba, że ta Twoja ma specjalne właściwości — dodał nachylając się lekko w jej stronę z szelmowskim, zadziornym uśmiechem na ustach. Po niej zdecydowanie mógłby spodziewać się takiej trutki, od której nie będzie można oderwać wzroku, gdy zacznie już działać.
    Krótki śmiech Ennis po jego uwadze o cieplejszych obiektach wystarczył mu za odpowiedź. Nie zamierzał jej niczego ułatwiać rozwijaniem tematu. Kiedy zaś zatrzepotała rzęsami po poprawnym dobraniu stali, uniósł brew.
    — Imponujące — mruknął. Potem przyszła matematyka i najwyraźniej cały jej wcześniejszy sukces został wystawiony na ciężką próbę. Ernest obserwował każde kolejne „ja pierdolę” z rozbawieniem, którego nawet specjalnie nie ukrywał. Uroczo się irytowała na te wszystkie liczby. Nie komentował jednak tego, tylko po prostu cieszył się widokiem. Oparł się wygodniej o stół, przenosząc wzrok to na jej obliczenia to na twarz.
    — Dlatego właśnie tłumaczę powoli, Skarbie. — zauważył na jej przytyk. Potem przestał na powrót się odzywać i pozwolił jej liczyć w spokoju i względnym skupieniu.
    — Jedna udana zabawka zwykle wystarcza tylko do chwili, w której zobaczysz, jak dobrze działa — stwierdził. — Potem pojawia się myśl, że można zrobić drugą. Trochę mniejszą. Trochę skuteczniejszą. Albo taką, która robi coś znacznie paskudniejszego. To naprawdę uzależnia, ale nie będę Cię nawracał — skomentował, kiedy już skończyła. Na uwagę o ideałach parsknął cicho. Oparł dłonie o blat i spojrzał na nią przez chwilę trochę dłużej.
    — Ideały wolę tworzyć. Do pracy są mało praktyczne — odpowiedział. Kącik ust drgnął mu nieznacznie. — Jednak znalezienie żywego ideału potrafi mocno przyciągnąć uwagę i oderwać myśli od przedmiotów nieożywionych — dodał, po czym sięgnął po pergamin, odwracając wzrok od Ennis. Skupił się na jej obliczeniach, sprawdzał czy nie popełniła błędów, zostosowała dobrą metodę i jak jej poszło na pierwszy raz. Uśmiechnął się dumnie. Potrafiła czynami potwierdzić swoją inteligencję na wielu polach.
    Przeleciał wzrokiem pierwsze obliczenie. Potem drugie. Zmarszczył lekko brwi, wrócił do jednego z wcześniejszych wyników i jeszcze raz przesunął palcem po zapisanych wartościach. Milczał zdecydowanie dłużej, niż było to potrzebne, po czym spojrzał na Ennis.
    — Nic — powiedział krótko i oddał jej pergamin. — Niczego nie zjebałaś — doprecyzował z wyraźnym brakiem entuzjazmu. — Co jest trochę rozczarowujące. Liczyłem, że przynajmniej przez następny tydzień będę miał co komentować i samemu zjechać Cię jak Ty mnie — dodał jeszcze niby poważnie, niby żartobliwie.
    — Teraz sprawdzimy, czy rozumiesz coś poza cyframi. Masz wyniki. Potrafisz przenieść je na metal? — zapytał. Wskazał kolejno korpus i zaznaczone wcześniej elementy projektu.
    — Od czego zaczynasz obróbkę? Gdzie zostawisz naddatek? I dobrze się zastanów, zanim odpowiesz, bo interesuje mnie również, czego nie wolno Ci odchudzić. Korpus, denko i mocowania haczyków. Każde z nich pracuje inaczej — wyjaśnił, uśmiechając się teraz bardziej uroczo niż zaczepnie. Przesunął ku niej pozostałe kawałki materiału.
    — I jeszcze jedno. Spójrz na to, co wybrałaś. Masz z tego zrobić korpus, denko, mocowanie, mechanizm i zostawić sobie materiał na poprawki. Wystarczy? — zapytał. To akurat była pułapka, ale chciał wiedzieć co powie. Sam doskonale wiedział, że wystarczy.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  51. Ernest nie naciskał w sprawie trucizny. Jej odpowiedź wystarczyła, żeby uśmiechnął się jeszcze szerzej, a zainteresowanie wzrosło jeszcze bardziej. Nie lubił niespodzianek tylko wtedy, gdy mogły go zabić. W każdej innej sytuacji potrafił je całkiem docenić. Zwłaszcza takie. Tym bardziej poczuł lekką niecierpliwość.
    — W takim razie nie mogę się doczekać — mruknął w odpowiedzi. Na określenie go pojebem parsknął cicho. Nie wyglądał na szczególnie urażonego, właściwie potraktował to niemal jak komplement. Zwłaszcza, kiedy powtarzała to tak często.
    — Nie przeczę. Tylko zaczynam podejrzewać, że nasze rodzaje pojebania mają więcej punktów wspólnych, niż próbujesz mi wmówić — zauważył swobodnie na podstawie własnych, skromnych obserwacji. Nie wiedział jak bardzo Ennis go analizowała, ale on swoje wnioski zdążył już jako tako wyciągnąć. Znacznie ciekawsza była jednak kolejna zaczepka. Ernest uniósł wzrok znad pergaminu i przez moment zwyczajnie patrzył na jej zadowoloną twarz.
    — Och, En. Jeśli naprawdę tak bardzo chcesz zobaczyć, jak ostro Cię zjeżdżam, nie musisz specjalnie popełniać błędu przy projekcie — odpowiedział spokojnie, z ledwie widocznym uśmiechem. — Wystarczy poprosić — dodał, imitując jedno z jej flirciarskich spojrzeń, którymi zdarzało się jej go obdarzyć.
    Słuchał jej odpowiedzi odnośnie rozpoczynania i tego w jakiej kolejności miała pracować. Przytaknął, gdy powiedziała, że chce zacząć od denka.
    — Przy denku tok myślenia masz właściwy, chociaż „bo jest podstawą” brzmi dość słabo jak na Twoje możliwości — skomentował, następnie stuknął palcem w środek przekroju.
    — Ale jeszcze czegoś Ci brakuje — powiedział ciszej, przenosząc na nią wzrok — Mechanizm musi się na czymś oprzeć, a korpus ma kilka miejsc, których nie możesz osłabić tylko dlatego, że na pergaminie wyglądają niepozornie. Policzyłaś je — zauważył, nie mówiąc za bardzo wprost, żeby załapała o co chodzi. Konstrukcje teoretycznie można zacząć od denka, ale musi mieć też gotowy mechanizm, który będzie mogła umieścić. Jej projket nie pozwalał za bardzo na swobodne modyfikacje po założeniu go. — I pomyśl o kolejności. Jak najpierw złożysz sobie śliczną zamkniętą bombkę, a potem odkryjesz, że mechanizm wymaga poprawek to możesz mieć problem — spojrzał na nią z lekkim, zadowolonym uśmiechem. To co? Będzie mógł ją za chwilę jednak zjebać?

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  52. Satoru obserwował całe zdarzenie. Obserwował i pilnował Ennis. Zdejmował strażników, kiedy zagrożenie dla kobiety było zbyt wielkie. Przy okazji zdołał nabawić się kilku niezbyt groźnych ran, które na bieżąco sobie opatrywał. Gwiżdżąc pod nosem szył sobie ranę na przedramieniu, schowany za jedną z grani, kiedy Ennis zaczynała swój spektakl. Sam przetestował miecz na jednym z krysztalników. Tu musiał się trochę namachać. Nawet w pewnej chwili rozważał wycofanie się, ale ostatecznie udało mu się złamać jego obronę i dotknąć. Wówczas kryształ przeciwnika wyłączył się. To nawet Sato poczuł. Uśmiechnął się wówczas dość szaleńczo i zacmokał.
    - Proszę, proszę - skomentował wesoło. - Znowu jestem w całości - dodał jeszcze, kiedy kończył żywot krysztalnika. Wyciął serce z piersi Fjelldoskiego wojownika i zgniótł je w dłoniach, po czym Oblizał usta i znów przeszedł w tryb obserwacji i własnej regeneracji.
    Wtedy to właśnie zaczęła się wodna atrakcja Ennis. Przyczaił się tak, by móc obserwować spektakl samobójczyni z pierwszych siedzeń. Gwizdnął, gdy woda wzniosła się do góry i zaczęła obmywać skałę, stojącą pod twierdzą. Z mocą wielu prądów. Potem wszystko stało się szybko. Skała zaczęła pękać, a on odruchowo wycofał się ze swojego stanowiska, zjeżdżając nieco niżej. No, jeśli miał jej pomóc to nie mógł zostać pochłonięty przez jej własną zemstę. Obserwował jak skała się kruszy, a na ustach brzmiała piosenka.
    - A mury runą, runą, runą... i pogrzebią cały świat... - patrzył spokojnie, jak twierdza spada w dół wraz z kłębami wody, miesza się razem z nimi. Obserwował to wszystko z jakimś takim spokojem. Dopiero, gdy fala zdołała się trochę uspokoić to zaczął przemykać w dół kaniony, acz trzymając się cienia, by nie zwrócić na siebie zbyt dużej uwagi. Szukał jej wśród skał, na brzegu, wśród pobojowiska. Przez dłuższą chwilę był pewien, że jednak jej nie odnajdzie, ale w końcu dostrzegł. Leżała na skałach i wyglądała jak siedem nieszczęść. Przysiadł obok niej i wyciągnął ze swojej torby kawałek suszonego mięsa. Najpierw wsunął część do buzi, po czym kawałek jego podał Ennis do ssania.
    - Wyrwij murom, zęby krat, zerwij kajdany, połam bat - zaśpiewał jej cicho, otwierając swoją torbę w poszukiwaniu odpowiednich narzędzi do pracy nad jej ciałkiem. Oszacowanie ran było tu niezwykle ważne. - A mury runą, runą, runą... i pogrzebią cały świat - spojrzał jej prosto w oczy. - No, to teraz możesz wyjaśniać sprawę tego serca, które nawet jak stanie miałem zabezpieczać - rzucił swobodnie.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  53. Ernest obserwował cały jej pokaz z lekko uniesioną brwią. Nie cofnął się, kiedy znalazła się tuż przed nim. Przesunął jedynie wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując go na oczach, a w jego głowie rozległ się wyjątkowo zadowolony chichot. Zignorował go. Nie zamierzał dawać ani Ennis, ani swojemu pasażerowi satysfakcji większej, niż było to konieczne. Zmarszczył na chwilę jedną brew, walcząc o kontrolę nad własnym ciałem, ale ten ruch nie wyglądał inaczej niż próba dokładniejszej obserwacji kobiety. Na szczęście w jej oczach było łatwo się zgubić, nawet kiedy tego nie robił w pełni.
    — Piękne — skwitował, gdy wróciła na miejsce. — Nie sądziłem, że za życia usłyszę tak namiętną przemowę o denku. Imponujesz mi, Ennis. Naprawdę przestaje wierzyć, że Cię to nuży. Co więcej, zastawiam się, co będzie, kiedy rzeczywiście przejdziemy do bolca. Może powinienem zostawić Was wtedy samych, Skarbie — powiedział cicho, niemal szeptem, a także uśmiechnął się szelmowsko — Mechaniczne? Hmm… — wzruszył ramionami. — Myślałem, że wolisz, żebym był bardziej szczery — dodał, patrząc po niej zadziornie, zaczepnie. Być może właśnie w ten sposób potrafił pokazać jakąś prawdziwą emocję? O ile je faktycznie posiadał, ale w to szczerze wątpił. Perun skutecznie go ich oduczył. Na jej pretensje odpowiedział jedynie krótkim parsknięciem. Nie zamierzał przepraszać za to, za dobrze się przy tym bawił. Gdyby chciał sprawdzić, czy Ennis potrafi powtórzyć własne słowa, mógłby postawić przed nią lustro i oszczędzić sobie roboty.
    — Pytałem o konstrukcję, bo obudowę dostosowujesz do tego, co ma znaleźć się w środku, a nie odwrotnie. Chcę wiedzieć, czy widzisz mechanizm, czy tylko ładną skorupę — wyjaśnił spokojnie — Ale tak, logiczne — dodał jeszcze. Środkowy palec przyjął z nikłym uśmiechem. Później już milczał. Oparł dłonie o krawędź stołu i przyglądał się jej pracy, nie poprawiając każdego ruchu. Nie składała części całkiem na oślep, nawet jeśli właśnie takie wrażenie próbowała sprawiać. Była w tym nawet swojego rodzaju finezja. Patrzył na pracujące dłonie z zainteresowaniem. Miała dryg. Kiedy wreszcie oznajmiła, że ma gotowy układ, Ernest pochylił się nad mechanizmem. Przez chwilę oglądał go w milczeniu, śledząc drogę każdego ruchomego elementu. Dotknął paznokciem sprężyny, później uderzaka i zatrzymał palec przy prowadnicy blokady.
    — Sprężyna ma miejsce. Uderzak dochodzi tam, gdzie powinien, a izolator nie blokuje ruchu. Nieźle — przyznał, pozwalając sobie na krótką pauzę. — ale… — przesunął palcem wskazany element ledwie o odrobinę.
    — Tutaj masz tylko jeden punkt podparcia. Kiedy zamkniesz obudowę, mocniejsze uderzenie może przesunąć blokadę, zanim haczyki złapią cel. W najlepszym przypadku dzwonek nie zadziała. W gorszym zadziała przy Twoim pasku, a wtedy rzeczywiście połączy wszystkie elementy w jedną spójną całość. Razem z kawałkiem Twojego biodra — znowu zrobił pauzę, spojrzał po niej z szerokim uśmiechem — I będzie smutne boom, bo Cię stracę — rzucił z przekąsem i zaśmiał lekko. Wyprostował się i skrzyżował ręce na torsie. Na jego ustach pojawił się zadowolony, odrobinę prowokujący uśmiech.
    — Poza tym jedna poprawka po pierwszym samodzielnym podejściu to wyjątkowo mało. Psujesz mi całą przyjemność ze zjebki — zauważył z pretensją w głosie. Wskazał podbródkiem na rozłożone części.
    — Rozłóż wszystko i złóż jeszcze raz. Tym razem poprawnie. Przy każdym elemencie powiesz mi, po co go wkładasz i co uruchamia, żebyś się za bardzo nie nudziła — oznajmił, po czym przechylił lekko głowę. — A później przejdziemy do bolca — dodał, acz celowo nie doprecyzował, że chodzi o konstrukcyjny.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  54. Ernest uniósł lekko brew na jej przejęzyczenie. Nie wierzył nawet przez chwilę, że było przypadkowe. Przechylił głowę, powoli przesuwając wzrokiem po Ennis, a na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech.
    — W takim razie zdecydowanie powinienem zostawić Cię z nim samą. Nie chciałbym przeszkadzać, skoro liczysz, że tak dobrze Ci wejdzie — odpowiedział cicho, uśmiechając się szerzej — Albo wyjdzie. Rzecz jasna.
    Zatrzymał spojrzenie na jej teatralnie trzepoczących rzęsach. Doprawdy, niewinność aż od niej promieniowała. Ciekawe ile osób na to nabrała zanim pokazała swoje drapieżne pazurki. Gdyby nie znał jej choć trochę, może nawet sam padłby ofiarą tego pokazu.
    — Moja szczerość ma tę zaletę, że sama decydujesz, kiedy w nią uwierzyć. Dzięki temu każde z nas może być zadowolone z własnej wersji — stwierdził i uśmiechnął się wymownie, po czym parsknął śmiechem cicho — Chociaż przyznaję, obserwowanie Cię podczas szukania nowych zastosowań dla bolca mogłoby być całkiem pouczające.
    Na propozycję zastąpienia jej innymi bombkami parsknął cicho. Oparł dłoń o stół i pochylił się odrobinę w jej stronę.
    — Nie doceniasz swojej wartości, Skarbie. Znalezienie bombki, która robi tyle zamieszania jeszcze przed wybuchem, mogłoby być trudne — zauważył. — Może tuzin bombek by dorównał, gdyby były mojej roboty — dodał zalotnie. Wyprostował się, pozostawiając jej ten sam prowokacyjny uśmiech. Później pozwolił Ennis wrócić do pracy. Uważnie obserwował, jak ponownie składała mechanizm i wyjaśniała przeznaczenie każdego elementu. Przy kolejnych słowach przytakiwał nieznacznie głową.
    — Dobrze. Tym razem wszystko jest tam, gdzie powinno. Rozumiesz też, co uruchamia cały ciąg, więc istnieje szansa, że nie wysadzisz własnego biodra — podsumował — Dokończ mechanizm, sprawdź jego ruch bez dawki zapalnej, a później zajmij się obudową. Jak skończysz, przyjdź do mnie. Obejrzę całość, zanim pozwolę Ci włożyć do środka coś, co rzeczywiście robi kaboom — dodał jeszcze, strzelając karkiem. Oczy na chwilę błysnęły mu innym rodzajem zainteresowania i oblizał wargi. Odszedł do drugiego końca kuźni, gdzie wcześniej przygotował dla siebie osobne stanowisko. Zsunął z blatu niepotrzebne narzędzia i rozwinął pergamin ze szkicem własnego projektu. Widniała na nim broń pozbawiona ramion oraz cięciwy, krótsza od kuszy i oparta na zupełnie innym sposobie nadawania pociskowi siły. Ułożył obok rysunku przygotowane elementy prototypu. Przynajmniej to co zdążył poskładać między sprzątaniem. Największym wyzwaniem pozostawało skierowanie całej jej siły naprzód i stworzenie broni, która nie rozpadnie się w dłoni właściciela.Przesunął palcami po metalowej komorze, sprawdził jej dopasowanie do reszty konstrukcji, a później sięgnął po pilnik. Kącik ust uniósł mu się lekko. Nareszcie mógł wrócić do własnej zabawki.
    — I nie każ mi zbyt długo czekać, Skarbie. Bo jeszcze zatęsknię za Twoim gadaniem — rzucił jeszcze w stronę Ennis, nie odrywając spojrzenia od projektu.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  55. Pilnik zatrzymał się na metalu zaledwie na ułamek sekundy. Ernest nie podniósł głowy, jednak kącik jego ust opadł nieznacznie. Zdanie Ennis wywołało w jego głowie kolejny chichot, zaraz za nim pojawił się wyjątkowo rozbawiony szept. „Będzie Ci jej brakowało”. Zacisnął mocniej palce na narzędziu. Nie będzie. Bzdura. Sam zaczął, ale to była bzdura. Ludzie pojawiali się, zabierali to, czego potrzebowali, i znikali. On robił dokładnie to samo. Ich układ od początku miał jasno wyznaczony cel oraz koniec. Ennis nie powiedziała niczego, czego sam już nie wiedział. Przywiązywanie się było słabość. Słabość oznaczała śmierć. A jego życie miało dla niego wartość. Wątpił, żeby ktoś przebił ofertę kiedykolwiek.
    — Nie zostaniesz, nawet jak ładnie poproszę? — odpowiedział w końcu, wracając do piłowania elementu. Zmarszczył brwi. Który z nich to powiedział? — Jestem przyzwyczajony do znikających ludzi. Transakcje mają początek i koniec — dodał. Miał nadzieję, że nie odniesie się do tego pytania Przesunął kciukiem po wygładzonej krawędzi, sprawdzając efekt swojej pracy. Dopasował część do pozostałych, ale połączenie nadal nie odpowiadało mu w pełni. Minimalne przesunięcie wystarczyłoby, żeby siła zamiast podążyć wzdłuż lufy, uderzyła również w komorę. W teorii konstrukcja powinna to wytrzymać. W praktyce Ernest nie zamierzał ryzykować dłoni dla sprawdzenia, czy miał rację. Sięgnął po kolejny pergamin i zaczął liczyć. Jeślii mu się uda jego nowa zabawka będzie wystarczająco efektywna i głośna, jak ona. Skarcił się w myślach za nazwę jaką wymyślił. Miał wrażenie, że zachowuje się teraz jak debil. W jego głowie ponownie rozległ się śmiech. Tym razem Ernest zignorował go całkowicie. Spojrzał na swoje obliczenia, skupiając się przede wszystkim na tym. Sięgnął po mały mechanizm i nacisnął spust. Wewnątrz rozległo się suche kliknięcie, ale jedna z części wróciła na miejsce wolniej, niż powinna. Zmarszczył brwi, rozebrał konstrukcję i ułożył elementy przed sobą w odpowiedniej kolejności. Sam strzał nie był największym problemem. Potrzebował broni, która pozwoli oddać następny bez mozolnego składania jej od początku. Inaczej równie dobrze mógł pozostać przy kuszy, ta przynajmniej się przeładowywała samodzielnie. Zagryzł wargę, stukając węglem o pergamin. Tak, to miało sens. Naniósł poprawki, a potem poszedł po materiały do robienia odlewu. Zza pleców dobiegały go ciche dźwięki pracy Ennis. Metal uderzał o metal, części przesuwały się po blacie. Nie oglądał się. Dopóki nie usłyszy eksplozji albo wyjątkowo kreatywnego potoku przekleństw, mógł założyć, że radziła sobie dobrze.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  56. Przez dłuższą chwilę Ernest naprawdę próbował myśleć wyłącznie o projekcie. Odpowiedź Ennis nie była przecież niczym innym jak przedłużeniem zaczepki, grą, żeby dalej była zainteresowana, a nie żadną zachętą. Nie zamierzał prosić. Prośba stawiała proszącego niżej, uzależniała go od cudzej decyzji i dawała drugiej osobie coś, co mogła później wykorzystać. Poza tym nie tęskniłby. To byłoby niemożliwe. Tak, była ciekawa, ale przecież mógł znaleźć tysiąc innych ciekawych osób. „ HA! A jednak chcesz poznać odpowiedź. Zapytam za Ciebie, co Ty na to? 5 minut…”
    Zignorował szept. Przygotował glinianą formę dla jednego z elementów zamka krótkiej rusznicy. Musiała być dostatecznie dokładna, żeby część nie wymagała później wielu godzin obróbki. Poprawił jedno wgłębienie, porównał je ze szkicem i zaklął pod nosem. Zrobił je zbyt głębokie. Rozproszył się. „Poproś. Albo sam to zrobię. W końcu zaśniesz.”
    Nie. Ennis odejdzie albo zostanie niezależnie od tego, czego on chciał. Jego zdanie nie miało znaczenia. Tak działały transakcje. Trwały, dopóki obie strony czerpały z nich korzyści. Każda inna interpretacja była naiwnością. Poza tym, to była właśnie En. Najpierw liczyła się jej przyjemność, potem ewentualne korzyści. Teraz mieli wspólną korzyść i właśnie na tym powinien się skupić.
    Dobiegający zza pleców głos kobiety mieszał się z chrzęstem metalu oraz trzaskiem paleniska. Ernest nie wsłuchiwał się w słowa, a przynajmniej próbował tego nie robić. Mimo to wyobraził sobie tę samą kuźnię bez jej głosu, podrygiwania i nieustannego przesuwania części po stole. Cisza powinna być przyjemna, znajoma, a jednak czegoś mu brakowało w tej wizji. Zacisnął szczękę i zniszczył nieudaną formę, nim zaczął przygotowywać następną. Obok niej położył odłożoną wcześniej lufę oraz grubszy fragment przeznaczony na komorę. W nowej broni nie potrzebował cięciwy, tylko dostatecznie wytrzymałego metalu oraz zamka, który pozwoliłby mu zapanować nad gwałtowną siłą prochu.
    “Tchórzysz, słabo, słabo, Panie Żelaznoręki.”
    — Zamknij się — mruknął tak cicho, że słowa niemal zginęły pośród dźwięków kuźni. Byleby nie usłyszała, że właśnie mu odpierdala przez tego zasranego ducha. Nie mógł się skupić przez to pierdolenie. Westchnął, wypuszczając powietrze nosem. Spróbował raz jeszcze.
    Przyłożył model części do poprawionej formy. Tym razem pasował. Powinien zająć się pracą i niczym więcej.
    — Taka rusznica nie powstanie w jednym podejściu. Po pierwszej próbie zapewne będę musiał ją poprawić, później zrobić następną i znaleźć kogoś, kto nie spierdoli testów — powiedział pozornie obojętnie — Po Heldze też znajdzie się kilka miejsc wartych wysadzenia. Jeżeli nie będziesz miała nic ciekawszego do roboty, mogę pokazać Ci jeszcze kilka miejsc, gdzie możesz dać czadu — dodał, nie za głośno i dość obojętnie, acz był zwyczajnie wkurwiony na samego siebie i ducha, który go dręczył. ”Można? Jak słodko. Zaraz naprawdę się oświadczysz!” Usłyszał ten paskudny śmiech w głowie i wywrócił oczami. To nie była prośba, tylko sugestia. Zaproszenie do dalszej współpracy.Nic więcej. ”Oczywiście. Ernest zmarszczył brwi i skupił się na przygotowywaniu kolejnych elementów zamka. Nie zamierzał niczego dodawać ani wdawać się w żadne dyskusje. Na żywo, czy to w głowie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  57. Ernest parsknął cicho. Jej odpowiedź była wystarczająca. Nie zgodziła się, ale też nie odmówiła. Ależ to było do niej podobne. Dalsze rozważanie tematu nie miało sensu, zwłaszcza że rozmowa zaczęła niebezpiecznie oddalać się od prostego układu opartego na wzajemnej użyteczności. Uśmiechnął się do niej szarmacko, kłaniając się lekko, kiedy oderwał się na chwilę od swojej pracy.
    — Pierwsza randka w wilgotnej jaskini nadal obowiązuje — zapewnił, oglądając się na nią z szelmowskim uśmiechem. — Kolejna była jedynie wstępną propozycją zawodową z możliwością poszerzenia pakietu. Nie wiedziałem, że tak szybko zaczniesz doszukiwać się zobowiązań — zauważył, patrząc po niej zaczepnie. — Z drugiej strony, tam gdzie znaleźliśmy lazuryt (tak to się nazywało? nie mogę znaleźć XD) było już ciasno i wiglotno – rzucił. Zwrócił się z powrotem do swojego stołu. — Ale rozsądnie. Do dalszych negocjacji wrócimy, kiedy poprawisz swoją pozycję. Najlepiej gotową bombką i pełnym kompletem bioder.
    „Zadowolony?” Nie wiedział, co miałoby oznaczać to pytanie. „Nie odmówiła.” Ernest zignorował ducha i wrócił na profesjonalne tory. Umieścił przygotowany materiał w palenisku, a następnie zajął się miechem. Potrzebował niewielkiego, solidnego elementu zamka do krótkiej rusznicy. Lufa była już niemal gotowa, podobnie jak wzmocniona komora. Brakowało mu sposobu na połączenie wszystkiego w odpowiedni mechanizm. Kiedy materiał nadawał się do dalszej pracy, wypełnił poprawioną formę. Po ostygnięciu wydobył z niej część, usunął nierówności i kilkukrotnie porównał ją ze szkicem. Za pierwszym razem nie pasowała. Za drugim ruch zamka nadal był zbyt ciężki. Dopiero po kolejnych poprawkach Ernest uzyskał efekt, który go zadowalał. Złożył pusty mechanizm i nacisnął spust. Rozległo się suche kliknięcie. Rozebrał go, poprawił jeden z zaczepów i złożył ponownie. Następna próba przebiegła płynniej. Od tego momentu całkowicie skupił się na własnej pracy. Miała przyjść, kiedy skończy, zgodnie z ustaleniem. Dopóki nie usłyszał eksplozji, mógł uznać, że nie wymagała nadzoru. Wiedział, że jest, bo dalej słyszał jak nuciła, więc nie wyszła też nigdzie po cichu z asortymentem, który mogłaby zawinąć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  58. Mężczyzna przez dłuższą chwilę zignorował jej słowa, oceniając jej stan zdrowia. Jej torsje również co nieco mu podpowiedziały. W pierwszej chwili zabezpieczył jej głowę, po czym spojrzał po niej i uniósł lekko brew.
    - Masochistka się znalazła, pozwól że sam zadecyduję, kiedy pójdziemy do jaskini - stwierdził. - Nie mam ochoty cię dzisiaj bić, Rybciu - posłał jej buziaka w powietrzu i sięgnął do swojej torby, aby przyłożyć jej do głowy śmierdziela. - Ach śpij Rybeczko, jeśli mam poskładać cię, śpij słodko... - zamruczał cicho, a kiedy substancja zaczęła na nią działać i kobieta po prostu straciła przytomność. dopiero wówczas zabezpieczył najgorsze rany, zanim ostatecznie wziął ją na ręce i powoli ruszył w stronę jednej z jaskiń. Zdecydował się na taką, która znajdowała się blisko miejsca zdarzenia, w ramach myśli "najciemniej pod latarnią". Nie mniej wszedł głębiej i pozwolił sobie wybrać odłogę jaskini, która jego zdaniem była najlepsza. To tam zabrał się do prawdziwej pracy. Rozłożył swoje przybory jak i przybory Ennis, zdezynfekował sobie ręce alkoholem i gwiżdżąc pod nosem pracował ciężko nad względnym doprowadzeniem jej do stanu poskładanego. Pracował nad tym kilka długich godzin, po czym odetchnął głęboko. Poszalała, to musiał przyznać.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  59. Ernest dalej zajmował się własnym projektem, chociaż słyszał każde uderzenie młota. Nie zamierzał jednak oglądać się przy każdym dźwięku. Ennis miała pracować samodzielnie i przyjść do niego dopiero wtedy, kiedy skończy. Dopiero jej przekleństwo sprawiło, że przerwał piłowanie i spojrzał w stronę kobiety.bJedna z połówek rzeczywiście wyszła bardziej wydłużona. Zmarszczył lekko brwi, kiedy zaczęła poprawiać ją mocniejszymi uderzeniami. Jeszcze kilka podobnych prób i zamiast wyrównać kształt zwyczajnie rozciągnęłaby metal oraz odchudziła ściankę. Nie odezwał się jednak. Chciał sprawdzić, czy sama zorientuje się, kiedy należy przestać. Kiedy odłożyła młot, kącik jego ust uniósł się lekko. Podjęła właściwą decyzję.
    — Nie napierdalaj już w wypukłość — rzucił w jej stronę — Tylko osłabisz materiał. Różnicę poprawisz przy krawędziach, a pełniejszą stronę możesz później wykorzystać przy mocowaniu. Obudowa nie musi być idealnie okrągła, ma się nie rozlecieć przy noszeniu i pęknąć dopiero wtedy, kiedy sama będziesz tego chciała. Ładny wygląd zostaw na moment, gdzie będziesz miała więcej doświadczenia — wyjaśnił, po czym wrócił spojrzeniem do rusznicy. Na jej uwagę dotyczącą zobowiązań parsknął cicho i pokręcił głową z niedowierzaniem.
    — Randka nie oznacza jeszcze zobowiązania, Ennis. Szczególnie taka, po której ktoś zostaje bez języka — odpowiedział spokojnie, uśmiechając się pod nosem. — Ja jedynie proponuję kolejną wspólną rozrywkę — dodał, nie zamierzając uwzględniać faktu, że to on pierwszy użył określenia randki. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiednią atrakcją. Jaskinia, Nhulu, walka i udawanie kochanków rzeczywiście ustawiły poprzeczkę dość wysoko. Nie oznaczało to, że nie miał w rękawie kilku ciekawych, dziwnych pomysłów. Nie odzywał się przez chwilę, ignorując niektóre rzeczy. Uśmiechnął się bardziej zadziornie. Kiedy zapytała o biodra, przesunął po nich spojrzeniem. Nie próbował nawet udawać, że tego nie zrobił.
    — Aktualnie potrzebuję ich do noszenia dzwoneczków. Poza tym, projektowałem pas pod pełny zestaw waloró, a nie połowę — odpowiedział rzeczowo — Poza tym całkiem przyjemnie wyglądają, szczególnie kiedy nimi ruszasz. Szkoda byłoby psuć dobry widok — dodał z szelmowskim uśmiechem. Skinął głową, gdy oznajmiła, że wychodzi. Kiedy wyszła, odłożył własne narzędzia i podszedł do jej stanowiska. Złożył obie połówki, sprawdził krawędzie oraz grubość ścianek. Jedna część była nieco większa, ale różnica nie przekreślała pracy. Nie znalazł też żadnych pęknięć. Ennis zatrzymała się w odpowiednim momencie i właściwie ponownie zepsuła mu możliwość porządnego zjechania jej za błędy. Zaznaczył węglem miejsce, z którego powinna zebrać nadmiar, a obok położył pilnik oraz przymiar. Musiała jeszcze przygotować otwory, uchwyty i mocowania haczyków, zanim złączy całą obudowę. Jeżeli najpierw ją zamknie, tylko utrudni sobie dalszą pracę. Po kilku minutach sam wyszedł przed kuźnię. Element jego rusznicy musiał ostygnąć, więc siedzenie wewnątrz nie miało teraz większego sensu. Oparł się o ścianę przy wejściu i spojrzał po Ennis.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  60. Ernest uniósł lekko brew. Pewność była rzeczą względną, lecz nie zamierzał oddawać jej tego pola. — Jestem — odpowiedział spokojnie „Nie jesteś” Zignorował pasażera. — Twoje propozycje zwykle wymagają zgody na warunki, których wcześniej nie podajesz — zauważył z lekkim uśmiechem — Moja zapewnia wspólny zarobek, wybuchy i rozrywkę. Możesz odmówić, jeśli zemsta jest dla Ciebie ważniejsza „Powiedz, żeby się zgodziła” Kącik ust drgnął mu lekko. Nie musiał. Ennis doskonale wiedziała, co robi, zwłaszcza gdy odchodząc mocniej poruszyła biodrami. Przesunął po niej spojrzeniem bez pośpiechu. Ciało, jak zwykle, nie odpowiedziało niczym. Nie przeszkodziło mu to docenić prowokacji. — Całkiem — przyznał — Sakwy powinny być bezpieczne Ruszył za nią po chwili. Na zewnątrz oparł się o ścianę kuźni i obserwował rozgrzewkę, aż zatrzymała się o krok od niego. „Bliżej” Ernest ujął jej rękę i obrócił wnętrzem ku górze, oglądając otarcia. Kciuk zatrzymał na pulsie. Pomyślał, jak łatwo byłoby go zatrzymać. Myśl odrzucił bez zmiany wyrazu twarzy. — Jedna większa poprawka. Wyrównasz krawędzie i przygotujesz otwory przed połączeniem połówek — wyjaśnił, przesuwając kciukiem po jej dłoni — Reszta wygląda lepiej, niż zakładałem Puścił ją powoli. — Bicia po łapach nie będzie — dodał z udawanym rozczarowaniem — Chyba że pytasz o zajęcia dodatkowe...

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ernest uniósł lekko brew. Pewność była rzeczą względną, lecz nie zamierzał oddawać jej tego pola.
      — Jestem — odpowiedział spokojnie „Nie jesteś”
      Zignorował pasażera.
      — Twoje propozycje zwykle wymagają zgody na warunki, których wcześniej nie podajesz — zauważył z lekkim uśmiechem
      — Moja zapewnia wspólny zarobek, wybuchy i rozrywkę. Możesz odmówić, jeśli zemsta jest dla Ciebie ważniejsza „Powiedz, żeby się zgodziła”
      Kącik ust drgnął mu lekko. Nie musiał. Ennis doskonale wiedziała, co robi, zwłaszcza gdy odchodząc mocniej poruszyła biodrami. Przesunął po niej spojrzeniem bez pośpiechu. Ciało, jak zwykle, nie odpowiedziało niczym. Nie przeszkodziło mu to docenić prowokacji.
      — Całkiem — przyznał
      — Sakwy powinny być bezpieczne
      Ruszył za nią po chwili. Na zewnątrz oparł się o ścianę kuźni i obserwował rozgrzewkę, aż zatrzymała się o krok od niego. „Bliżej”
      Ernest ujął jej rękę i obrócił wnętrzem ku górze, oglądając otarcia. Kciuk zatrzymał na pulsie. Pomyślał, jak łatwo byłoby go zatrzymać. Myśl odrzucił bez zmiany wyrazu twarzy.
      — Jedna większa poprawka. Wyrównasz krawędzie i przygotujesz otwory przed połączeniem połówek — wyjaśnił, przesuwając kciukiem po jej dłoni
      — Reszta wygląda lepiej, niż zakładałem
      Puścił ją powoli.
      — Bicia po łapach nie będzie — dodał z udawanym rozczarowaniem
      — Chyba że pytasz o zajęcia dodatkowe

      Usuń
  61. Ernest nie odpowiedział od razu. Miała rację, bo przecież faktycznie to niczego nie gwarantowało. Na tym polegały negocjacje. Ciekawiła go trochę jej odpowiedź, ale byłby po prostu głupi, gdyby uznał ją za szczerą.
    — Każda propozycja ma warunki. Różnica polega na tym, kiedy się je przedstawia — odparł spokojnie, a kącik jego ust drgnął na ułamek sekundy. Dłoni przyglądał się dłużej. Nie była zaniedbana. Paznokcie pozostały zadbane, wyglądały schludnie, mimo że praca w kuźni nieco je pobrudziła. Bardziej interesowała go błyskotka, wciąż obecna na palcu. Przesunął po niej kciukiem. Pasowała jej, naprawdę pasowało. Wyglądała na drogą, mimo że sklecił to z najtańszych surowców jakie wtedy miał. Ruda, której użył nie była może krucha, ale wysokiej jakości też nie była.
    Dotyk Ennis jak zwykle nie wywoływał w nim żadnej większej reakcji. Istniał, ale nie mógł nigdy uznać go za niepożądany czy też wręcz przeciwnie. Uwagę chyba nawet lubił, w pewnym sensie, ale ciało En dalej nie potrafiło wywołać żadnej konkretnej reakcji. Drażniła go jednak myśl, że mogła uznać brak reakcji za jakieś swoje pokrętne zwycięstwo, czy rację odnośnie tego, że nie potrzebuje jej obok w swoich planach. Zrobił pół kroku bliżej. Była kompetentna, mądra i zdolna. Głupi chciałby pozbywać się takiego towarzystwa i szukać innego. Byłoby to nieopłacalne.
    — Nagrodę dostaniesz po ukończeniu broni. Pozwolę Ci przetestować moją zabawkę — wyjaśnił. — A jak będziesz bardzo pojętna, to może jeszcze nauczę Cię, kiedy nacisnąć, kiedy puścić i dlaczego nie dotyka się broni bez pozwolenia prowadzącego — dodał z lekkim uśmiechem, tym razem kompletnie sobie żartując. Uniósł lekko brew ku górze. „Przynajmniej ta zabawka jeszcze działa.”

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  62. Ernest uniósł lekko brew.
    — Zdążę — zapewnił ją, ale nie rozwodził się nad tym dalej. Nie teraz. Spojrzał jeszcze raz na błyskotkę. Pokręcił głową rozbawiony.
    — „Narzeczona” byłaby kłamstwem. Nie marnuję miejsca na błędne oznaczenia — odpowiedział — Myślę o tym, że bardzo Ci pasuje. Podkreśla to co trzeba i niczego w pełni nie zastępuje, bo nie musi — dodał. Zanim zabrała rękę zdążył, dla zaznaczenia swojego zdania, przesunąć opuszkami palców po jej własnych, aż po same krańce zabójczych paznokci. Zauważył pełny krok w tył i znikającą zaczepność. Nie chodziło o dotyk, ten nadal niczego w nim nie wywoływał. Drażniła go zmiana jej nastawienia. Mogła wraz z nim odrzucić propozycję, która była korzystna dla nich obojga. „Znudziła się.” Zacisnął szczękę, ale nie ruszył za nią, dopóki sama nie weszła do kuźni. Nudziła się dosyć często, a on cóż, nie zapewni jej wszystkiego czego chce. Być może gdyby się bardziej postarała, ale nie w ten sposób. Wątpił, aby ładna buzia i dotyk wystarczyły, żeby przywrócić popędy, które miał przed więzieniem. Zwłaszcza, że nie przeszkadzało mu to w pełni. Łatwiej było nie dawać się oszukać jak krew z mózgu nie odchodziła.
    — Sama oceń czy warto. Robienie co chcesz to Twoja specjalność — rzucił, samemu wracając do kuźni. Lubił ten zapach stali i płonącego pieca, topionego żelaza. Przypominał mu, że potrafił zrobić coś, co uważał za piękne. Wrócił do pracy - swojej i Ennis. W pierwszej kolejności zabrał się za wyrób En. Wziął obie połówki obudowy i złożył je krawędziami. Obrócił całość pod światło, sprawdzając szczeliny oraz miejsce, w którym jedna część pozostawała odrobinę pełniejsza.
    — Kształtu już nie poprawiaj młotem, szczególnie na zimno. Wyrównaj pilnikiem tylko punkty, przez które przechodzi światło. Zbieraj niewiele, obracaj element po każdym przejściu i za każdym razem składaj obie części ponownie — polecił. Przesunął paznokciem wzdłuż łączenia i zatrzymał go na grubszej krawędzi. — Nie próbuj uzyskać idealnej kuli kosztem grubości materiału. Ważniejsze, żeby połówki przylegały bez wciskania ich na siłę. Kiedy to osiągniesz, zepnij je tymczasowo i dopiero wtedy zaznacz otwory na obu częściach. Inaczej mocowania się rozjadą — dodał jeszcze, wskazując miejsce na uchwyt i przeciwległe punkty pod haczyki. Oddał jej elementy, po czym wrócił do własnej broni. Zacisnął lufę w zabezpieczonym imadle, przejrzał wnętrze pod światło i wyciorem usunął opiłki. Następnie przymierzył mechanizm do osady. Kilka razy poruszył spustem bez ładunku. Jedna część ocierała o krawędź gniazda. Zaznaczył ją rysikiem, rozłożył mechanizm i pilnikiem zebrał wystający fragment. Po ponownym złożeniu ruch był płynniejszy, ale sprawdził go jeszcze parę razy.
    — Gdy skończysz krawędzie, niczego trwale nie łącz. Najpierw mi je pokaż — dodał, nie odrywając spojrzenia od rusznicy — Potem zajmiemy się mocowaniami i wyważeniem — dodał, pracując dalej. Czuł przy tym przyjemny dreszcz. Jego własny projekt po prostu go zachwycał. Miał plan na to co może z tym zrobić i naprawdę nie mógł już się doczekać testowania.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  63. Ernest wrócił do rusznicy, słuchając regularnego szurania pilnika po stali. Ennis tym razem stosowała się do poleceń. Nie próbowała przyspieszać i co chwilę składała połówki, dlatego nie musiał odrywać się od własnego projektu częściej, niż było to konieczne.Ponownie osadził mechanizm w łożu. Cienką warstwą sadzy oznaczył spód metalu, docisnął go do wyżłobienia i sprawdził pozostawione ślady. W tych miejscach stal nadal była za wysoka. Zebrał je dłutkiem oraz pilnikiem, wygładził i powtórzył próbę. Dopiero kiedy mechanizm przestał się kołysać, ponownie założył spust i poruszył nim kilka razy bez ładunku. Ruch był równy, chociaż sprężyna wciąż stawiała większy opór, niż chciał.
    Nową melodię Ennis zauważył od razu. Była spokojniejsza, ale drapieżna, tak samo jak jej ruchy po kuźni. Wychwycił również spojrzenie rzucone na jego stolik. Nie zasłonił rusznicy. Jeśli była ciekawa, mogła patrzeć. Dotykać mechanizmu jeszcze jej jednak nie pozwalał. Słowa pasowały do niej bardziej, niż mogła przypuszczać, albo niż on mógł sam sobie założyć. Zaśmiał się cicho. Trzymać serce w ciemności, traktować kogoś jak nagrodę, bawić się jego umysłem, a później odrzucić, gdy przestanie być użyteczny. Tylko zapewnienia o braku uczuć uważał za zbędne. Ludzie naprawdę ich pozbawieni nie musieli tak często o tym przypominać.
    Kiedy pochyliła się nad jego ramieniem i wyszeptała fragment piosenki, przerwał pracę. „Nie zapominaj o głosie w swojej głowie. Ja Ci nie dam. Może się domyśla, hm? Jesteś bardziej pierdolnięty w końcu.” Zacisnął na moment szczękę. Odwrócił głowę i przesunął spojrzeniem po jej twarzy. Na chwilę można było pomyśleć, że był w jakiś sposób zadowolony z tego co zaśpiewała.
    — Słucham i patrzę — odpowiedział spokojnie — Pasuje Ci bardziej niż błyskotka, ale z hukiem jednak poczekaj, aż skończymy obudowę — dodał, uśmiechając się nieco bardziej bezczelnie. Nie czuł, aby ona wykorzystywała go bardziej niż on ją. Wkurwiało go jednak, że ichniejsza transakcja nie była uciążliwa, gdy się nad nią bardziej zastanowić. Przestawał więc to robić. W pewnym momencie poczuł skurcz w całym ciele. Zamknął oczy i zaśmiał się, głośniej niż zazwyczaj. Uśmiechnął się szeroko do Ennis z nieukrywaną dumą. — Zdziwiłabyś się z tym kto jest bardziej szalony, Skarbie — rzucił, a później całe napięcie w nim puściło. Nie zareagował. Patrzył po niej jeszcze przez chwilę z tą samą miną, wzruszył ramionami, a potem odłożył pilnik i dopiero wtedy wziął jej twór. Ścisnął połówki palcami, obrócił je pod światło i przesunął paznokciem wzdłuż łączenia. Szczeliny niemal zniknęły. Potem porównał oznaczenia pod otwory. Dwa leżały równo. Trzecie, przy grubszej stronie, przesunęło się odrobinę podczas spinania.
    — Krawędzie są dobre. Tego miejsca już nie ruszaj pilnikiem — pochwalił ją. — Tutaj popraw tylko oznaczenie. Przesuń je trochę do środka, inaczej uchwyt będzie ciągnął całość na bok — wyjaśnił. Wziął punktak i wskazał właściwe miejsce, nie przebijając jeszcze stali. — Najpierw zrobisz płytkie zagłębienia, żeby narzędzie nie uciekało. Otwory wykonuj pojedynczo i po każdym sprawdzaj złożenie. Potem usuniesz zadziory, założysz tymczasowe mocowania i sprawdzimy wyważenie bez właściwego wypełnienia — wyjaśnił, oddając jej bombkę.
    Spojrzał na rusznicę, a później na Ennis.
    — Jeśli nadal interesują Cię dodatkowe lekcje, po mocowaniach pokażę Ci, jak osadzić lufę i sprawdzić pracę mechanizmu. Na razie nie dotykaj mojej zabawki — odparł, a potem do poprawiania sprężyny, rozbawiony własnym doborem słów.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  64. Ernest odpowiedział jej lekkim uniesieniem brwi.
    — Jeżeli Tobie coś się omsknie, uznam to za próbę zabójstwa, nie wypadek — stwierdził z nikłym uśmiechem. Nie umknęło mu, jak dokładnie przyglądała się jego twarzy. Nie podobało mu się to. Nie był w stanie w pełni kontrolować chwili przejęcia, zawsze brał sobie ten ułamek sekundy, który go obnażał. „Zaczyna mnie widzieć.”Usłyszał śmiech w głowie. Sam się przy tym uśmiechał. Czuł nawet pewnego rodzaju bezradność. Zaśmiał się głośniej. Nie. Nie widziała ducha. Widziała objawy, nie przyczynę. Jeszcze. Zbyt uważny obserwator prędzej czy później stawał się problemem, ale Ennis pozostawała problemem znacznie bardziej użytecznym niż niebezpiecznym. Poza tym, gdyby się dowiedziała - co by pomyślała? Interesowało go to. Interesowały go te reakcje. Jej myśli. Idiotyczne i zbędne, a jednak ona wszystko przedstawiała i eskalowała tak, że lubił odrywać się od pragmatyzmu.
    Jeżeli budowała podejrzenia na zmianach jego zachowania, wystarczyło dostarczyć jej kilka fałszywych elementów. Kącik ust uniósł celowo trochę wyżej niż zazwyczaj.
    — Wątpienie jest zdrowe. Pewność rozleniwia — odparł spokojnie i wrócił do pracy. Jej spojrzenie przesunięte po nim od stóp do oczu zarejestrował, odpowiedział jej zalotnym uśmiechem, puścił jej oczko. Kiedy Ennis wykonywała otwory i zakładała mocowania, Ernest dopasowywał do rusznicy panewkę. Poprawił pilnikiem zawias pokrywki, nasmarował go i sprawdził ruch. Następnie osadził przy spuście metalowe ramię, które miało utrzymywać tlący się lont. Po naciśnięciu opadało nad panewkę, ale zatrzymywało się odrobinę za wysoko. Skrzywił się, zaznaczył rysikiem miejsce wymagające poprawki i zaczął zbierać nadmiar metalu. Przestał dopiero, gdy Ennis ponownie stanęła przy jego stole. Najpierw spojrzał na dzwonek, później podążył za jej wzrokiem w stronę rusznicy.
    — Najpierw sprawdzamy, czy ma ulubioną stronę — odpowiedział, robiąc dla jej tworu miejsce na stole.
    Rozpiął jedno z tymczasowych mocowań, ale dalszą pracę pozostawił jej.
    — Do środka włóż mechanizm, ale bez krzesiwa, podsypki i napiętej sprężyny. Miejsce właściwego ładunku zastąpisz skórzanym woreczkiem z piaskiem oraz opiłkami. Musi ważyć dokładnie tyle, co przewidziany ładunek. Wyważanie pustej obudowy niczego Ci nie powie.
    Wyciągnął wąski, zaokrąglony trzpień i ułożył go na dwóch drewnianych podstawkach.
    — Położysz dzwonek na trzpieniu i będziesz go przesuwać, aż przestanie przechylać się w którąkolwiek stronę. Zaznaczysz punkt, obrócisz obudowę o ćwierć obrotu i powtórzysz próbę. Jeśli oznaczenia nie spotkają się blisko środka, ciężar ucieka na jedną stronę.
    Postukał palcem w okolice głównego haczyka.
    — Potem zawiesimy go kolejno na każdym mocowaniu. Przy rzucie powinien obracać się równo, a po zaczepieniu ciężar ma układać się pod haczykiem, nie ciągnąć obudowy na bok. Chcesz połączyć dwie funkcje, więc idealnego środka nie uzyskasz. Szukamy kompromisu.
    Przesunął palcem po pełniejszej stronie obudowy.
    — Tego nie wyrównuj już pilnikiem. Najpierw spróbuj przesunąć mechanizm odrobinę w przeciwną stronę. Jeśli to nie wystarczy, dodamy małą przeciwwagę od wewnątrz. Później zrobisz próbne rzuty z prochem, który zaraz zrobimy.
    Oddał jej bombkę, po czym przesunął rusznicę kilka palców w jej stronę. Broń nadal pozostawała rozładowana. Uśmiechał się nikle, acz widać było, że był zainteresowany jej wytworem.
    — Skoro wciąż patrzysz, uznam, że jednak się skusiłaś — zauważył z lekkim rozbawieniem. — Albo chcesz być równie romantyczna co Twoje dzwoneczki — dodał wymownie.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  65. Satoru odpowiedział jej jedynie znaczącym uśmiechem, a potem pozwolił jej odpłynąć w niepamięć. W stan błogiej nieświadomości. Kiedy skończył pracować, usiadł obok niej i oparł się wygodniej o jaskinię. Żuł sobie mięsiwo i przymknął oczy odpoczywając. Nie odpływał, czuwał przy niej, gotów w razie czego zareagować. Sprawdzał też jej stan co jakiś czas, a kiedy dosłyszał to całe "mamo" to aż się rozczulił i pogłaskał ją lekko po głowie.
    - Mamusi tu nie ma, kochanie - szepnął. - Ale nie martw się, jak będzie potrzeba to ją ci zastąpię - dorzucił i zaśmiał się lekko na to całe "kurwa". - Mhm tej to ci jednak nie zastąpię - mruknął przy tym. - Wiesz, kurwą to mogę być, ale zbyt elitarną na twe progi. Nie wypłaciłabyś mi się - zacmokał, przytrzymując ją lekko przy podłożu. - Leż - mruknął. - Masz rozwlekłe rany - poinformował ją. - Załatałem ci bok, rany po bełtach, głowę... - wymienił. - Zdobyłem również świeżą rybę, ale zostawię na później. Na razie leż - poradził jej. 

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  66. Ernest nie uwierzył w to nagłe odpuszczenie tematu. Ennis nie rezygnowała z rzeczy, które ją ciekawiły. Najwyżej odkładała je na później, aż nadarzała się lepsza okazja. Sam robił podobnie, dlatego niczego nie komentował. Jeśli naprawdę ją to interesowało - miał problem. Liczył jednak, że się znudzi, jeśli duch wróci grzecznie na swoją smycz. “Nie wrócę.” Nie taki mieli układ. Męczył go tym teraz.
    — Dostaniesz całą przestrzeń, jakiej potrzebujesz, kiedy wyjdziemy z prochem na zewnątrz — odpowiedział, posyłając jej lekki uśmiech. Tego akurat był cholernie ciekawy. Wyobraźni jej nie brakowało. Aktualnie nie znał nikogo poza sobą samym, kto mógłby faktycznie przerobić proch w naprawdę piękny widok. Sama destrukcja mimo wszystko to nie wszystko. Chciał zobaczyć to jej szaleństwo w wybuchowym wydaniu.
    — Tutaj ogranicz się do błędów, które nie pozbawią nas kuźni, hm? — zaproponował z figlarnym, zaczepnym spojrzeniem. — Przynajmniej tak długo jak jest potrzebna — dodał dla doprecyzowania. Kiedy stanie się już bezużyteczna to jemu już było wszystko jedno. Obserwował, jak wyjmowała zbędne części mechanizmu i przygotowywała zastępczy ładunek. Pamiętała o przesunięciu go na stronę przeciwną do wypukłości. Nie musiał jej poprawiać. Uczyła się szybko, co oszczędzało mu powtarzania i było zdecydowanie przyjemniejsze od tłumaczenia wszystkiego po kilka razy. Na pytanie o ulubioną stronę podniósł wzrok znad rusznicy i przesunął nim po Ennis. Mogła mówić o dzwonku, ciele, charakterze albo czekać, aż sam wybierze najzabawniejszą dla niej wersję. Pytanie było celowo nieprecyzyjne. Nie zamierzał ułatwiać jej zabawy.
    — Zależy, którą mi pokażesz — odpowiedział, przechylając lekko głowę w bok. — Nie wybieram ulubionej, zanim nie sprawdzę wszystkich — dodał, uśmiechając się lekko i wrócił do Kiedy wybrała pierwszą z podanych wcześniej możliwości, parsknął cicho. — Słusznie. Romantyczne dzwonki brzmią jak chujowy interes — stwierdził — A odpowiednia informacja brzmi: możesz dotykać lufy i łoża. Mechanizmu jeszcze nie. Najpierw skończ swoją zabawkę — objaśnił. po czym pozostawił ją z próbami, a sam wrócił do ramienia utrzymującego lont. Zebrał pilnikiem odrobinę metalu z ogranicznika i nacisnął spust. Ramię opadło nad panewkę, ale nadal zatrzymywało się trochę za wysoko. Zaklął pod nosem, poprawił element i sprawdził ponownie. Nie zamierzał spierdolić ostatniego etapu jednym ruchem pilnika za dużo. Powtarzał próbę, aż metal zatrzymał się dokładnie tam, gdzie chciał. Wtedy osadził w szczękach krótki, niezapalony fragment lontu. Kątem oka śledził Ennis. Cztery razy zmieniała położenie dzwonka, zanim przestał przechylać się na jedną ze stron. Przy mocowaniach również poradziła sobie bez jego pomocy. Jeden z bocznych haczyków ciągnął obudowę odrobinę w bok, ale nie na tyle, żeby warto było wszystko rozbierać. Zauważył, kiedy oparła łokcie na blacie i zaczęła obserwować jego pracę. „Podoba Ci się, kiedy patrzy?” Nie podobało. Nie miał na ten temat zdania. Ennis nie patrzyła dla samego patrzenia. Zapamiętywała, a później wykorzystywała wiedzę po swojemu. Czasem w sposób, którego nawet on nie przewidywał. Właśnie dlatego warto było jej coś pokazywać. Tyle. Praktycznie. Czasami też wyglądało to zjawiskowo. Wtedy to on lubił patrzeć. Przekręcił jednak rusznicę tak, żeby lepiej widziała odsłonięty mechanizm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Lufę obejrzysz później. Teraz patrz na ramię i panewkę — powiedział, naciskając spust. Ramię z lontem opadło nad pustą panewkę.
      — Spust zwalnia blokadę, a sprężyna sprowadza lont nad podsypkę. Za wysoko i żar nie dosięgnie prochu. Za nisko ramię uderzy w panewkę, rozsypie podsypkę albo zdusi lont. Musi zatrzymać się dokładnie tutaj. Postukał palcem w środek panewki, po czym sięgnął po dzwonek. Obrócił go na trzpieniu i sprawdził mocowania.
      — Działa — ocenił, oddając jej twór. — Jak na pierwszą zabawkę jest dobrze — dodał. Przesunął rusznicę bliżej Ennis, zdejmując palec ze spustu. — Wyważyłaś dzwonek, więc możesz dotknąć mechanizmu — poinformował. — Naciśnij spust powoli. Powoli nie znaczy lekko. Masz wyczuć, gdzie pojawia się największy opór, a nie głaskać. Jeżeli coś się zatnie, mów — wyjaśnił, a potem odsunął dłonie, zostawiając jej dostęp do broni. Nie zamierzał prowadzić jej ręki. Chciał zobaczyć, jak sama obchodziła się z czymś, czego nie znała.
      — Jak skończysz, przygotujemy proch. Wtedy dostaniesz przestrzeń na próby i błędy.

      Ernest

      Usuń
  67. Ernest nie odpowiedział od razu. Nie planował sprawdzać Ennis do końca życia. Po prostu nie zamierzał wybierać, jeśli ciągle pokazywała mu coś nowego. Poza tym te strony, które już znał, sprawdzały się wystarczająco dobrze, żeby dalej uwzględniać ją w swoich planach. To nie było długoterminowe. Było praktyczne. „Oczywiście.”
    — To nie moja wina, że ciągle pokazujesz coś nowego — odpowiedział spokojnie. — Na razie każda kolejna strona jest warta, hmm... dogłębnego sprawdzenia — dokończył z wymownym, szelmowskim uśmiechem, tylko po to, żeby zobaczyć, czy taka zaczepka wystarczy. Później obserwował, jak przesuwała palcami po mechanizmie. Ustawiła rusznicę poprawnie i nacisnęła spust dokładnie tak, jak polecił. Ramię opadło nad panewkę bez zacięcia. Ernest uśmiechnął się zadowolony. Nie musiał jej poprawiać. Uczyła się szybko, a to pozwalało przechodzić do ciekawszych rzeczy bez powtarzania wszystkiego po kilka razy. Lubił to. To akurat szczerze lubił. Kiedy zamruczała, uniósł lekko brew, a jego uśmiech ponownie stał się bardziej zaczepny, zadziorny, a w oczach błysnęła mu iskierka zainteresowania tym wszystkim.
    — Patrząc po reakcji, raczej Ciebie — odpowiedział na jej wcześniejsze pytanie, odbierając rusznicę. Jeszcze raz nacisnął spust, sprawdzając mechanizm po jej próbie. Nadal działał płynnie. Nie cofnął się, kiedy zbliżyła twarz do jego własnej.
    — A mówiłem, że warto się postarać — odparł na wzmiankę o współpracy. To, że zaczynała podobać jej się coraz bardziej, było dobrą informacją. Nie znudziła się i nie zamierzała jeszcze znikać. Nie musiał więc szukać kogoś nowego, uczyć go wszystkiego od początku i zastanawiać się, czy nie spierdoli pierwszej próby. Wyłącznie dlatego był zadowolony. „Cieszy Cię, że chce zostać.” Tego nie powiedziała. Stwierdziła tylko, że podobała jej się współpraca. Nie oznaczało to niczego więcej. Westchnął. Wolał, kiedy duch sam przejmował kontrolę i samodzielnie próbował dobrać się do Ennis. Najwyraźniej wizja odgryzionego języka go odstraszyła. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale zaśmiał się, chociaż sam nie chciał tego robić. Wrócił do Ennis, świadomością i obserwowaniem tego co robi.. Śledził ją wzrokiem, kiedy obchodziła go dookoła. Na liznięcie lekko napiął kark, ale nie zareagował. Dotyk nadal nie wywoływał w nim niczego konkretnego. En zdążyła już zresztą odsunąć się i wcisnąć między niego a stolik, jakby teraz najbardziej interesowały ją leżące tam części.
    — Proch — potwierdził. Nie odsunął się, żeby zrobić jej więcej miejsca. Sama tam weszła. Odłożył rusznicę na bok, po czym sięgnął ponad jej ramieniem po dzwonek. Obrócił go w dłoniach i jeszcze raz sprawdził mocowania.
    — Wyjmij woreczek z piaskiem i opiłkami. Zabierz obudowę oraz narzędzia. Resztę przygotujemy na zewnątrz — polecił, oddając jej broń. — Odmierzysz tyle, ile wyliczyłaś, a przed zamknięciem pokażesz mi ładunek. Nie będziemy otwierać prochu obok płonącego pieca —objaśnił, zaraz też zabrał zabezpieczony pojemnik i ruszył w stronę wyjścia. Obejrzał się jeszcze na Ennis z lekkim uśmiechem.
    — I tym razem nie staraj się z caaaałych sił, Skarbie. Przy prochu masz użyć dokładnie tyle, ile trzeba.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  68. Prychnął pod nosem, ciesząc się że dziewczyna nie straciła tej ostrości swego języka. To dobrze wróżyło.
    - Mhm poczekaj do wystawionego rachunku ze swoimi swierdzeniami... jeszcze przeklniesz swą gotowość zaciągania długu - uśmiechnął się do niej krzywo i przesunął wzrokiem za jej spojrzeniem, próbując dostrzec w niej to, co ją zainteresowało, ale jedyne co widział to jakieś gryzmoły. - Byłaś już tu kiedyś? - spojrzał po Ennis. Najpierw nazwała go mamą, teraz zdawała się rozpoznawać otoczenie, a on po prostu wybrał pierwszą, lepszą jaskinię tuż pod okiem wroga. - Widowisko pierwsza klasa - powiedział unosząc kciuk w górę. - Ale zabrakło mi twej finezji, kunsztu, tego cichego pola do "to nie ja" - rzucił lekkim tonem i odetchnął głęboko, gdy padło kolejne pytanie. Przeciągnął się przy tym lekko. - Nie w najbliższej przyszłości, Rybicu - poruszał zabawnie brwiami. - Moja kolej na zabawę - dodał. - A ja swych pacjentów nie wypuszczam z łapek, dopóki całkowicie się nie zagoją - dodał.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  69. Ernest parsknął cicho, krótko śmiechem.
    — Nie musisz maskować reakcji, jeśli potrafisz wybierać, które pokazujesz — zauważył spokojnie z lekkim, ale rozbawionym uśmiechem. Na kolejne słowa zatrzymał się przy wyjściu i obejrzał przez ramię. — A jednak planujesz coś po Heldze — uniósł brew ku górze dla małej zaczepki — Być może muszę zacząć myśleć nad podarkiem weselnym — dodał z szarmanckim uśmiechem, nawet się ukłonił. Czy jemu już naprawdę siadało na łeb? Zgadnij…
    Jeżeli Ennis chciała nazywać kolejne wspólne plany staraniem się na różnych płaszczyznach, nie zamierzał jej poprawiać. Szczególnie jeśli oznaczało to, że w ogóle dopuszczała jakieś później.
    Nie podobało mu się jednak spojrzenie, którym obdarzyła go po nagłym śmiechu. Przyglądała mu się uważniej, niż wymagała tego sytuacja. Nie wiedział do jakich wniosków doszła, ale była wystarczająco spostrzegawcza, żeby w końcu połączyć kilka niepasujących do siebie reakcji. „Wie.” Nie wiedziała. Mogła się najwyżej domyślać, a domysły bez potwierdzenia były bezużyteczne. Duch nie powinien przejmować jego śmiechu bez pozwolenia. Nie taki mieli układ. Poza tym co mogła podejrzewać? Że jest pierdolnięty? Sam ją o tym informował. Nigdy nie domyśli się prawdy, bo nawet dla niej powinna być zbyt nierealna i nielogiczna, aby zakładać taką możliwość.
    Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się za miejscem odpowiednim do pracy. Potrzebował równego podłoża, a także czegoś co mogłoby zająć się od pojedynczej iskry. Wybrał płaski fragment ziemi przy większym głazie i położył na nim zabezpieczony pojemnik. Nie otwierał go. Najpierw Ennis musiała przygotować obudowę i pokazać mu obliczenia. Kiedy do niego dołączyła, przesunął spojrzeniem po zabranych przez nią rzeczach, sprawdzając, czy niczego nie zostawiła. Dopiero później spojrzał na nią. Tyle razy mu trzepotała tymi rzęsami… miał ją za to pochwalić?
    — „Skarbie” po prostu pasuje. Nie widzę powodu, żeby zmieniać — wyjaśnił. Kącik jego ust drgnął nieco mocniej. — Zwarta ma być obudowa. Ty masz być dokładna. Gotowość zaraz sprawdzimy — dodał jeszcze poważniejszym tonem. Wyciągnął dłoń po dzwonek i jeszcze raz obejrzał mocowania, ale nie zaczął niczego robić za nią. Oddał go Ennis, po czym wskazał miejsce obok zamkniętego pojemnika.
    — Wyjmij zastępczy woreczek, nie naruszając wyważenia. Potem pokaż mi obliczoną masę ładunku. Jeżeli wszystko się zgadza, sama ją odmierzysz — polecił. Odsunął się o pół kroku, zostawiając jej dostęp do przygotowanego miejsca, ale nadal patrzył jej na dłonie. — Zaczynaj, Skarbie — szepnął. Obserwował ją uważnie, ale sięgnął po kieszeni, żeby sprawdzić jeszcze jeden prototyp, który sam stworzył w międzyczasie. Przyda mu się do jego zabawki.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  70. Ernest uniósł lekko brew na „Kocie”, ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
    — Maską byłoby pokazanie czegoś, czego nie czuję, a ja lubię, kiedy wybieram, ile prawdy opłaca mi się pokazać — odpowiedział spokojnie — Nie wszystko dostajesz za darmo, Skarbie — mruknął podobnie do niej, skoro już nazywała go kotem. Na jej tajemnicze „może” przesunął po niej uważnym spojrzeniem. Mogła równie dobrze dalej się z nim drażnić. Wolał przyjąć właśnie tę wersję.
    — W takim razie zacznij od uwzględnienia w planach przeżycia Helgi. Nie będę marnował weselnego podarku na trupa — stwierdził. Jej śmierć oznaczałaby znacznie więcej zmarnowanej pracy niż jeden podarek, lecz nie było potrzeby tego rozwijać.
    Na zewnątrz pozwolił jej obserwować się do woli. Sam fakt, że widziała jego gesty i reakcje, nie oznaczał jeszcze, że poprawnie je rozumiała.
    — Spokojnie, Skarbie. Na randkę do wilgotnej jaskini zabiorę Cię bez pomocy łopaty — odpowiedział z szelmowskim uśmiechem. — Chociaż podejrzewam, że i tak wykopałabyś się tylko po to, żeby mieć pretensje o marną randkę — dodał z nieco bardziej bezczelnym uśmiechem na ustach. Na wzmiankę o jego tonie pochylił się odrobinę bliżej.
    — Dobrze wiedzieć. Będę nim częściej mówił Ci, co masz robić — powiedział, tak jak rzekomo lubiła i zaszczycił ją wymownym uśmiechem. Następnie obejrzał dzwonek i oddał go Ennis, śledząc później, jak rozkładała wszystko przy pojemniku. Gdy wreszcie dostrzegła problem i spojrzała na niego pretensjonalnie, Ernest uśmiechnkł się z wyraźnym zadowoleniem.
    — Powinno — potwierdził bez najmniejszego wahania. — Najpierw ustalasz masę woreczka, potem odmierzasz tyle samo prochu górniczego i dopiero wtedy je podmieniasz. W innej kolejności całe wcześniejsze wyważanie możesz sobie wsadzić w dupę — wyjaśnił na spokojnie. Nie wyglądał też na kogoś przyłapanego na błędzie. Przeciwnie, orzechylił głowę, przyglądając jej się zaczepnie.
    — Chciałem sprawdzić, czy zrobisz coś pozbawionego sensu tylko dlatego, że powiedziałem to tym poważnym tonem, który tak Cię kręci — podsumował z zadziornym wyrazem — Dalej działasz sama, sama wszystko dokończysz, bo Twoja śliczna główka ma jeszcze śliczniejszy mózg. Sama też ocenisz, czy eksplozja Ci odpowiada — wyjaśnił i wskazał ruchem głowy zamknięty pojemnik, obok którego rozłożyła swoje rzeczy.
    — W środku jest kryształowy proch. Znacznie silniejszy od górniczego, którym załadujesz dzwonek. Nie jest przeznaczony dla Twojej zabawki. Posłuży do małej niespodzianki, kiedy skończymy jej próbę — wyjaśnił, po czym pozostawił jej proch oraz narzędzia. Uśmiechnął się przy tym tajemniczo, ale postanowił jej zdradzić o co chodzi. Wyjął z kieszeni niewielki, owalny przedmiot, który wyglądał na pierwszy rzut oka jak nic innego poza kawałkiem stali, ładnie odlanym, ale niczym więcej. A jednak w oczach Ernesta było widać ekscytację.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  71. Sato powiódł po niej spojrzeniem z zadziornym uśmiechem na twarzy i pochylił się nad nią, by lekko ucałować jej wargi.
    - Może nawet udałoby ci się spłacić ten dług... ale czy tak szybko - zacmokał. - Polemizowałbym - stwierdził zawadiackim tonem, po czym przeciągnął się lekko. - Jako, że i tak tu sobie trochę poleżymy to mam czas. Opowiadaj o tych jaskiniowych przygodach - rzucił zaraz, po czym potwierdził skinieniem głowy całkowite ozdrowienie Ennis. Pokiwał nią też, kiedy wspomniała o jego planach.- Właśnie, mam swoje plany - potwierdził. - A podnóże góry Isfell.... - wyciągnął mapę i przyjrzał się jej uważnie. - Niespecjalnie mi po drodze - mruknął po krótkiej chwili milczenia. - Heh, no cóż... nie ma wyjścia - klasnął w dłonie. - Zostajesz mą zakładniczką do twojego ozdrowienia - pokiwał głową. - Będziesz zmuszona iść tam, gdzie cię zaprowadzę - przeciągnął się lekko. - A a a - pogroził jej palcem przed nosem. - Nie przyjmuję odmowy.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  72. Ernest wzruszył lekko ramionami. Mogła nazywać to maską, jeśli tak bardziej jej pasowało. Samo znalezienie odpowiedniego słowa nie sprawiało jednak, że wiedziała o nim więcej.
    — Nazywaj to maską. Samo nazwanie niczego nie zmienia — odpowiedział spokojnie. — A gdybym pokazał Ci wszystko od razu, pewnie zdążyłabyś się już znudzić — dodał z lekkim uśmiechem. Jej śmiech na wzmiankę o trupie przyjął bez większego zdziwienia. Bardziej zaskoczyłoby go, gdyby nagle zaczęła oburzać się na podobne żarty.
    — Nadal obowiązuje. Dzisiejsza próba dzwonka nie spełnia warunków wilgotnej jaskini — odpowiedział na pytanie o randkę, przesuwając po niej spojrzeniem. Dostrzegł ruch języka, ale poza lekkim uniesieniem brwi nie dał się wciągnąć w tę zaczepkę. — A w Twoim wykonaniu „nie tylko” brzmi głównie jak ostrzeżenie — dodał z rozbawieniem. Na określenie „rasowy facet” kącik jego ust zatrzymał się na ułamek sekundy. „Rasowy.” Duch zaśmiał się w jego głowie, ale Ernest zignorował go, skupiając się na Ennis.
    — Nie zostawiam Cię. Po prostu przestaję podpowiadać, bo już nie potrzebujesz — odpowiedział spokojniej. — Jeśli mnie nie posłuchasz, najpierw sprawdzę, czy masz lepszy pomysł. Później najwyżej odsunę się trochę dalej — dodał z zaczepnym uśmiechem. Nie traktował jej jak kogoś, kto miał wyłącznie wykonywać polecenia. W takim przypadku nie potrzebowałby Ennis, a kogokolwiek, kto potrafił nie pomylić stron młotka. Jej największą zaletą było właśnie to, że myślała samodzielnie i potrafiła zakwestionować nawet jego słowa.
    — Spróbuj. Zobaczymy, które z nas pierwsze zauważy, że właśnie trwa test — odpowiedział na jej groźbę, nie odrywając od niej wzroku. Uśmiechnął się szerzej do niej. Zdecydowanie nie zamierzał jej tego ułatwiać.
    Kiedy zapytała o kryształowy proch, od razu pokręcił głową.
    — Nie. Do dzwonka wkładasz proch górniczy, dla którego wykonywałaś obliczenia. Kryształowy zostaje w pojemniku i nie bierze udziału w tej próbie — wyjaśnił. — Ta sama masa nie oznacza wyłącznie większego wybuchu. Ten proch inaczej reaguje i znacznie szybciej uwalnia całą siłę. Gdybyś chciała wykorzystać go w podobnej konstrukcji, musiałabyś zacząć obliczenia od początku — dodał, obracając między palcami stalową kulę. Zauważył, że zwróciła na nią uwagę, ale nie zdradził niczego więcej.
    — W przypadku materiałów wybuchowych obowiązek i przyjemność bywają tą samą częścią planu — zauważył na jej kolejną uwagę. Później obserwował, jak samodzielnie kończyła dzwonek, nie zaglądając jej już przez ramię. Zmarszczył brwi dopiero wtedy, kiedy pochyliła się nad kryształowym prochem.
    — Następnym razem rozpoznawaj go oczami. Wąchanie nieznanego prochu to dobry sposób, żeby już nigdy nie rozpoznawać żadnego — skomentował sucho, lecz nie przerywał jej dalszej pracy.
    Kiedy Ennis wstała z gotowym dzwonkiem i rozejrzała się za celem, Ernest uśmiechnął się szerzej. W jej oczach dostrzegł znajomy błysk, a jego własne spojrzenie odpowiedziało dokładnie tym samym. Tej reakcji nie próbował ukrywać. Naprawdę chciał już zobaczyć efekt. Nie odebrał jej jednak dzwonka ani nie sprawdził mechanizmu ponownie.
    — Cel wybierz sama. Zostaw tylko pojemnik, jego kolej przyjdzie później — powiedział, cofając się i pozostawiając jej odpowiednio dużo miejsca. — Reszta należy do Ciebie, Skarbie. — dodał z wyraźną ekscytacją tuż przy jej uchu.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  73. Ernest uniósł lekko brew na jej pytanie. Nie brzmiała jakby naprawdę była zainteresowana odpowiedzią, ale nie widział problemu w udzieleniu jej.
    — Nie. Zwykle pracowałem sam, albo z kimś kto nie różnił się niczym od narzędzia, więc wystarczało, że ja wiedziałem, co mam na myśli — odpowiedział spokojniem, wzruszając przy tym ramionami — Jeżeli pominę coś, co jest oczywiste wyłącznie dla mnie, pytaj — dodał bez większego przejęcia. Uniósł lekko brew ku górze, a potem przeniósł spojrzenie na zamknięte pudełko, a później ponownie na Ennis. Faktycznie nie mogła zobaczyć znajdującego się w środku prochu. Założył, że otworzyła pojemnik, chociaż nie miał ku temu żadnych podstaw.
    — Nie widzisz — przyznał bez oporu. — Skoro wyczułaś go przez zamknięcie, zapamiętaj zapach, ale mimo wszystko uważaj. Za długo i możesz mieć omamy — sprostował wcześniejszą uwagę. Na kolejne „Kocie” odpowiedział jedynie lekkim uśmiechem.
    — Przy materiałach wybuchowych to wyjątkowo rozsądna kolejność. Przyjemność zwykle zaczyna się chwilę po wykonaniu obowiązków — stwierdził, obserwując, jak kończyła przygotowywanie dzwonka. Nie zaglądał jej już przez ramię ani nie sprawdzał odmierzonego prochu. Potem śledził Ennis wzrokiem, kiedy tanecznym krokiem ruszyła w stronę skały oraz wyrastającego z niej drzewa. Na widok pocałunku złożonego na spróchniałej gałęzi parsknął pod nosem. Nie był pewny czy to był on sam. Tylko w części. Lubił obserwować ją w takich chwilach. Było w tym coś
    Kiedy rzuciła dzwonek między skały, Ernest skupił się już wyłącznie na miejscu, w którym zniknął. Eksplozja rozerwała obudowę, skałę oraz suche drewno, rozrzucając odłamki dokładnie tak, jak powinna. Mechanizm zadziałał przy pierwszej próbie, a ładunek nie przesunął się wystarczająco, żeby zaburzyć kierunek wybuchu. Uśmiech Ernesta poszerzył się wyraźnie. Lubił, kiedy obliczenia zamieniały się w zniszczenie, zwłaszcza tak efektowne. Poczuł przyjemny dreszcz na plecach jeszcze przed wybuchem, a w trakcie jedynie się nasiliły. Sprawiła mu tym radochę. Uwielbiał ten widok. A ona, cóż, być może dodawała temu uroku. Potrafił docenić kobiece piękno. Zwłaszcza w wydaniu, które wpisywało się w jego preferencje. Gdyby je w ogóle posiadał. Nie spodziewał się, że Ennis zaraz zawiesi mu ręce na szyi. Napiął się odruchowo, lecz nie odsunął się. Jej nieukrywana radość była dokładnie tą reakcją, której oczekiwał po pierwszej próbie. Tak? Nie? Objął ją w pasie mimowolnie i sam uśmiechnął się szerzej.
    — Mechanizm zadziałał, obudowa rozeszła się prawidłowo, a sądząc po Twojej minie, siła też Ci odpowiada — podsumował z zadowolonym uśmiechem. — Jak na pierwszy dzwonek, rzeczywiście zajebiste — przyznał, patrząc jej w oczy. Kiedy oznajmiła, że chce więcej, jego uśmiech stał się zdecydowanie szerszy.
    — Dostaniesz — zapewnił, po czym wysunął się spomiędzy jej ramion i sięgnął po własną rusznicę. Przygotowaną wcześniej stalową kulę umieścił w broni, a potem ustawił mechanizm do strzału. Teraz mogła już bez problemu domyślić się, czym był niewielki przedmiot, który wcześniej pokazał. Podał jej rękę, aby do niego podeszła.
    — Chcesz być współautkorką więcej? — zaproponował — Patrz na pudełko, Skarbie — powiedział z wyraźną ekscytacją, unosząc rusznicę. Kiedy En była już obok niego, objął ją i przysunął do siebie. Ustawił ich tak, aby oboje znajdowali się w odpowiednią stronę do celu. Złapał jej dłoń i razem z nią wycelował w zamknięty pojemnik z kryształowym prochem i wspólnie nacisnęli spust.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ramię z lontem opadło nad panewkę, a chwilę później rozległ się pierwszy prawdziwy strzał z jego nowej broni. Stalowa kula uderzyła w pudełko. Przez ułamek sekundy nie wydarzyło się nic, po czym kryształowy proch eksplodował z siłą znacznie większą niż ładunek ukryty w dzwonku. Ziemia pod pojemnikiem pękła i została rozkruszona, pozostawiając po sobie szerokie, nierówne zagłębienie. Grudy ziemi, odłamki skał oraz szczątki pudełka wystrzeliły na wszystkie strony, niszcząc najbliższy fragment okolicy. Rosnące nieopodal drzewo zatrzeszczało gwałtownie, pękło przy podstawie i runęło pod naporem fali uderzeniowej. Huk przetoczył się po całym terenie, a gęsta chmura pyłu na moment przesłoniła wszystko wokół miejsca eksplozji. Ernest opuścił rusznicę i zaśmiał się szczerze, z niemal szaleńczym zadowoleniem wypisanym na twarzy. Zanim pył zdążył opaść, spojrzał na Ennis wyraźnie podekscytowany.
      — Chciałaś jeszcze. Wystarczy? — zapytał z szerokim, zadziornym uśmiechem, uważnie obserwując jej reakcję.

      Ernest

      Usuń
    2. Było w tym coś wyzwalającego, Skarbie, hah..

      Usuń
  74. Ernest zamarł na ułamek sekundy, kiedy Ennis złapała zębami jego dolną wargę. To było intensywne na swój sposób, nie przypominało mu jej wcześniejszych gierek, w które wchodził mechanicznie. „Oddaj.” Usłyszał to w głowie. Może i potrzebował takiej zachęty, ale zanim zdążył cokolwiek sensownego zrobić, Ennis już go puściła i odsunęła się w stronę miejsca eksplozji, więc przesunął jedynie kciukiem po własnej wardze, odprowadzając ją wzrokiem. “Nudny, głupi. Zrobiłbym to lepiej. Brakuje Ci, kurwa, prędkości!” Przymknął na chwilę oczy. Wycedził “kurwa” przez zęby i pokręcił głową. Wkurwiał go już ten pieprzony duch. O wiele bardziej wolał ten okres, gdzie pozostował kompletnie cicho. “Nie!” Wrócił do rzeczywistości, przybierając szelmowski wyraz twarzy. Być może chociaż przyzna mu rację, że to on jest bardziej pierdolnięty
    — Szkoda — odpowiedział z lekkim, zadziornym uśmiechem. Jeśli chodzi o eksplozje, on sam chętnie by się jeszcze pobawił. — Niewiele przyjemności dorównuje eksplozją u boku odpowiedniej kobiety — rzucił, pozostawiając jej interpretację tego na ile szczere były jego słowa.
    Nie ruszył za nią od razu. Najpierw obejrzał rusznicę, obracając ją ostrożnie w dłoniach. Lufa oraz komora pozostały całe, mechanizm również nie zaciął się po pierwszym prawdziwym strzale. Piękne, doprawdy niesamowita zabawka mu z tego wyszła. Będzie musiał ją jeszcze dopieścić, ale był zachwycony możliwościami.
    — Lufa cała, komora też… — mruknął bardziej do siebie, przesuwając palcem po łączeniu — Działa… — podsumował z wyraźnym zadowoleniem i dopiero wtedy ruszył za Ennis. Nie próbował jej zatrzymywać. Sam poczekał, aż unoszący się pył trochę opadnie, a ziemia przestanie osuwać się do powstałego zagłębienia. Zatrzymał się przy krawędzi zniszczonego terenu i przesunął wzrokiem po rozkruszonej ziemi, odłamkach skał oraz powalonym drzewie. Kryształowy proch zadziałał jeszcze lepiej, niż zakładał. Kąciki ust Ernesta ponownie uniosły się wysoko.
    — Dzwonek działa, rusznica działa, pudełka nie ma, a jedno drzewo postanowiło się położyć — wyliczył z zadowoleniem — Jak na randkę bez wilgotnej jaskini, całkiem dobry wynik, nie sądzisz? —zapytał, zerkając na Ennis z szelmowskim uśmiechem. Zatrzymał na niej wzrok, ciekawy, czy poza chęcią zrobienia kolejnego wybuchu zdążyła już pomyśleć nad zmianami w konstrukcji.
    — Co poprawisz w następnym dzwonku? — zapytał, ponownie spoglądając na miejsce po eksplozji.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  75. - Technicznie rzecz ujmując wspomniałaś, używając sformułowania "znam sposoby szybko spłacające długi" - poprawił ją ruszając przy tym lekko brwiami. Słuchał tego, co mówi w stosunku do pobytu w jaskini. Przekręcił lekko głową, gdy wspomniała, że ktoś ją tu trzymał. - Helga, czy twoja matka? - zainteresował się, znów przyglądając się Ennis. - NIe jesteś podobna do Helgi, nawet jak oczy mrużę - dorzucił zaraz i pokazał jej język, bo wpadł na pomysł, że może jednak Helga była matką Ennis. Przez moment skupił wzrok na rysunkach, obserwując je uważnie. Można rzec, że talentu wielkiego do rysowania nie miała. Przynajmniej jako dziecko, ale nigdy nie rysował po ścianach jaskiń, więc nie jemu to było oceniać. - Pójdziesz, albo cię tu zostawię i dam znać tym tam głodnym, zemsty umarlakom, gdzie sobie leżysz - uśmiechnął się do niej słodko, gdy położyła głowę na jego udzie. - Sama chciałaś groźby - dorzucił po chwili, muskając dłonią jej skórę głowy. 

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  76. Ernest przyjrzał jej się uważniej. Do samego wysadzania rzeczywiście jej nie potrzebował. Robił to na długo przed spotkaniem z Ennis i równie dobrze potrafiłby bawić się sam. Nie wyjaśniało to jednak, dlaczego jej „dzisiaj” trochę go rozczarowało. Miał przygotowaną jeszcze jedną próbę i chciał przeprowadzić ją właśnie teraz. „Nie potrzebujesz jej. Po prostu chcesz.” Ernest zacisnął na moment szczękę. Chciał jedynie dokończyć testy, zanim wrócą do kuźni. To miało sens.
    — Do samego wysadzania? Nie — odpowiedział bez wahania, spoglądając na pozostawione przez eksplozję pobojowisko. — Szkoda tylko, że Tobie na dzisiaj już wystarczy. Z kulką chciałem sprawdzić jeszcze jedną rzecz — dodał, przesuwając kciukiem po łożu rusznicy. Trudno byłoby mu przestać lubić wybuchy, szczególnie po takim efekcie. Dopiero jej następne pytanie sprawiło, że oderwał wzrok od rozkruszonej ziemi. — Dzisiejszej dorównać mogłaby jedynie atrakcja podobnej wagi, z identycznym towarzystwem — odpowiedział, przesuwając po Ennis wymownym spojrzeniem. Zmiana jednego z warunków oznaczała inny wynik. Tyle.Na pytanie o prawdziwe zaproszenie parsknął cicho. Nie widział większej różnicy pomiędzy zapytaniem jej wcześniej a nazwaniem randką tego, co i tak już robili. Ennis najwyraźniej widziała.
    — Oficjalne zaproszenie jest dla Ciebie aż tak ważne? — zapytał, unosząc lekko brew. — Jeżeli tak, Ennis, czy pójdziesz teraz ze mną na krótką randkę wysadzić jeszcze jedną rzecz? — dodał, wykonując przed nią lekki, przesadnie uprzejmy ukłon. Szelmowski uśmiech skutecznie odbierał temu gestowi całą powagę. „No proszę.” Ernest zignorował ducha. Chciała zaproszenia, więc je dostała. Nie zmieniało to celu ani znaczenia kolejnej próby. Pomysł na obudowę zainteresował go bardziej. Mroczny uśmiech Ennis nie miał w sobie niczego niewinnego, ale bez trudu potrafił sobie wyobrazić, jak dobrze wyglądałby na jej twarzy chwilę przed wręczeniem komuś podobnego podarku. Ładna ozdoba nie wzbudzała podejrzeń. Nieświadoma ofiara mogła nawet ułatwić jej umieszczenie dzwonka dostatecznie blisko.
    — Dobry pomysł — ocenił z wyraźnym zadowoleniem. — Uroczy upominek, kilka miłych słów i ktoś, kto jeszcze się uśmiecha, kiedy pozwala Ci go przypiąć. Dopiero później rozumie, co właściwie dostał — dodał, odwzajemniając jej mroczny uśmiech. — Piękny sposób na śmierć. Aż poetycki — stwierdził. Mechanizm już działał, więc rzeczywiście obudowa pozostawiała jej najwięcej miejsca do zabawy. Był ciekawy, jak daleko posunie się w udawaniu niewinności.Ernest sięgnął do sakwy i wyjął kolejną stalową kulkę. Z zewnątrz nie różniła się niczym od poprzedniej. W jej wnętrzu zamknął jednak niewielką dawkę gatloku, własnej wybuchowej mazi i zarazem najsilniejszego znanego w Mathyr materiału wybuchowego. Chciał sprawdzić, czy sam wystrzał wystarczy, żeby gatlok zareagował. Ennis nie zamierzał o tym uprzedzać. Niespodzianka przestawała być niespodzianką, kiedy wcześniej wyjaśniało się jej działanie.
    — W takim razie? Przyjmujesz zaproszenie czy naprawdę na dzisiaj już Ci wystarczy, Skarbie? — zapytał, unosząc kulkę między palcami, żeby mogła ją zobaczyć.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  77. Ernest uśmiechnął się nieco szerzej na jej podsumowanie. Zaprzeczanie nie miało sensu. Ennis i tak uwierzyłaby we własną wersję, a zbyt gwałtowna reakcja jedynie utwierdziłaby ją w przekonaniu, że trafiła.
    — Nie psuj tego, mówiąc o tym na głos — odpowiedział z lekkim rozbawieniem. Na kolejne pytanie przekręcił nieznacznie głowę. — Nie stawiam ich na równi. Pierwsza ma więcej odwagi, druga jest po prostu praktyczniejsza — przyznał spokojnie. — Ale skoro zależało Ci na tej pierwszej, właśnie ją dostałaś — dodał z szelmowskim uśmiechem.
    Nie ponaglał jej, kiedy udawała, że musi się zastanowić. Obserwował tylko, jak przeciągała chwilę, sprawdzając, czy zacznie ją przekonywać albo okaże zniecierpliwienie. Nie zamierzał dawać jej żadnej z tych rzeczy. Odpowiedź znała od początku, a on miał wystarczająco dużo cierpliwości, żeby poczekać, aż skończy przedstawienie.
    Na wzmiankę o dzwonku przypiętym do dumnej piersi zaśmiał się cicho. Im bardziej przypominałby nagrodę, tym chętniej ofiara pokazywałaby go wszystkim dookoła. Pomysł nadal uważał za bardzo dobry.
    — To nie romantyzm, tylko estetyka — sprostował. — Śmierć jest bardzo piękna, jeśli zostanie wykonana w piękny sposób albo przez piękną osobę — odpowiedział, przesuwając po Ennis wymownym spojrzeniem. — A kiedy wchodzi jedno i drugie... wtedy robi się już poetycko — dodał, odwzajemniając jej mroczny uśmiech.
    Kiedy podeszła i sięgnęła po kulkę, Ernest nie cofnął ręki, ale też nie pozwolił jej od razu wyrwać sobie pocisku spomiędzy palców.
    — Możesz ją potrzymać, tylko delikatnie — uprzedził poważniej. — Nie ściskaj jej, nie uderzaj i nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. Jeżeli zareaguje tutaj, razem z nami zniknie spora część okolicy — dodał, dopiero wtedy ostrożnie układając kulkę na jej otwartej dłoni.
    Delikatny dotyk był bezpieczny. Gatlok znajdujący się pod stalową powłoką mógł dokonać samozapłonu dopiero pod wpływem silniejszego nacisku, uderzenia albo zbyt gwałtownego ruchu, dlatego Ernest sam przez cały czas trzymał pocisk lekko i poruszał nim powoli. Obserwował dłonie Ennis, kiedy oglądała kulkę, ale nie ingerował. Zgodnie z zapowiedzią obchodziła się z nią ostrożnie. Na komentarz o ściskaniu innych kulek uniósł jedynie brew. Wiedziała, co powiedziała, dlatego nie zamierzał dawać jej satysfakcji większą reakcją. Odebrał od niej pocisk równie delikatnie i umieścił go w wyściełanym zagłębieniu niewielkiego pudełka.
    — Wiedziałem, że chwila zastanowienia doprowadzi Cię do właściwej decyzji — stwierdził, gdy przyjęła zaproszenie. — Znam miejsce stworzone dla pięknej śmierci. Są tam też ludzie, którzy od dawna na nią pracują — dodał z wyraźnym zadowoleniem, po czym ruszył wydeptaną ścieżką prowadzącą z dala od miejsca prób.
    Nie powiedział jej, dokąd zmierzali. Dom stał na uboczu i należał do ludzi zajmujących się handlem żywym towarem. To właśnie tam wiele lat wcześniej pierwszy mistrz kowalstwa kupił Ernesta jak kolejne narzędzie przydatne do pracy. Pamiętał budynek, prowadzącą do niego drogę oraz głosy targujące się o jego cenę. Ennis nie musiała jednak poznawać tej historii. Przynajmniej jeszcze nie. Wystarczyło, że zgodziła się towarzyszyć mu przy dopisywaniu jej odpowiedniego zakończenia.
    — Chodź, Skarbie. Skoro to randka, wypada zadbać o właściwe miejsce i naprawdę piękny finał — rzucił, oglądając się na nią z szelmowskim uśmiechem, po czym poprowadził ją dalej w stronę domu handlarzy.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  78. Ernest uśmiechnął się lekko na jej zapowiedź. Nie zamierzał się z nią o to kłócić. Zaprzeczanie sprawiłoby jej jeszcze większą przyjemność, a potwierdzenia nie potrzebowała.
    — W takim razie będę równie namiętnie udawał, że nie wiem, o czym mówisz — odpowiedział z rozbawieniem. Do jej wcześniejszego żartu o innych kulkach nie wrócił. Nie sądził, żeby akurat w tej kwestii był w stanie czymkolwiek jej zaimponować. Nie przeszkadzało mu to szczególnie, jednak nie widział też powodu, żeby mówić jej o tym głośno. Nie czuł potrzeby w dalszym utwierdzeniu jej, że nie nadaje się do seksu przez impotencję. "Kłamczuszek coś ukrywa." ( Nie mogę użyć pogrubienia, to powiedział duch XD) Na pytanie o własną śmierć zastanowił się nieco dłużej. Nie planował umierać. Za bardzo cenił własne życie i nadal miał zbyt wiele rzeczy do zrobienia. Gdyby jednak ktoś zdołał doprowadzić je do końca, powinien przynajmniej zrobić to odpowiednio.
    — Jeżeli już mam umrzeć, to tak — przyznał spokojnie. — Chcę, żeby było pięknie, poetycko i najlepiej z ręki kogoś kompetentnego — dodał, przesuwając po Ennis powolnym, wymownym spojrzeniem. Zatrzymał je na jej oczach i uśmiechnął się odrobinę bardziej zadziornie. — Byłabyś zainteresowana stanowiskiem, Skarbie? — zapytał, chociaż wcale nie zamierzał ułatwiać jej zadania. Na uwagę o nieprzypadkowym miejscu parsknął cicho. Dostrzegła wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie prowadził jej do pierwszego budynku, który akurat nawinął mu się pod rękę. Nie musiała jednak wiedzieć, dlaczego wybrał właśnie ten.
    — Pierwsza oficjalna randka zasługuje na coś lepszego niż przypadkowy cel — odpowiedział, idąc dalej wydeptaną ścieżką. — Poza tym mówiłem, że znam miejsce stworzone dla pięknej śmierci. Nie zamierzam rozczarować Cię marną oprawą — dodał z lekkim uśmiechem.
    Dom pojawił się pomiędzy drzewami po kolejnych kilku minutach. Kamienna podmurówka, ciężkie okiennice i szerokie drzwi wyglądały niemal tak samo, jak w jego wspomnieniach. Właśnie za nimi pierwszy mistrz kowalstwa zapłacił handlarzom za Ernesta. Ustalił jego cenę, obejrzał dłonie i zabrał go ze sobą jak kolejne narzędzie. Ernest pamiętał drogę aż nazbyt dobrze, ale nie powiedział Ennis ani słowa. Zwolnił dopiero w osłonie drzew, skąd mieli dobry widok na budynek. Wyjął kulkę z zabezpieczenia i powolnym, precyzyjnym ruchem umieścił ją w komorze rusznicy. Nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Gatlok pozostawał ukryty pod stalową powłoką i miał zareagować dopiero podczas wystrzału.
    Kiedy Ennis zaczęła narzekać na zbyt szybki koniec randki, Ernest spojrzał po niej uważniej. Odłożył na bok myśli o domu i zbliżył się o krok. Objął ją wolnym ramieniem w pasie, przyciągając do siebie. Dłoń przesunął powoli po jednym z jej bioder, natomiast chłodny metal załadowanej lufy poprowadził wzdłuż drugiego. Robił to spokojnie, przez cały czas utrzymując wylot broni skierowany poza nich.
    — Nie powiedziałem, że musimy kończyć — zauważył z szelmowskim uśmiechem. — W takim razie jak chciałabyś przedłużyć naszą randkę, Skarbie? — zapytał, zatrzymując dłoń na jej biodrze i obserwując z bliska jej reakcję.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  79. Ernest uniósł lekko brew na jej zapowiedź, ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
    — Sprawdzaj. Może kiedyś naprawdę zacznę zaprzeczać — odpowiedział zaczepnie. Jej ofertę dotyczącą śmierci zapamiętał. Nie zamierzał zbyt szybko z niej korzystać, lecz odpowiadały mu ustalone warunki.
    — Jeśli kiedyś poproszę, wcześniej upewnię się, że jesteś w odpowiednio dobrym humorze, albo sama mnie zaskoczysz poezją — stwierdził — byleby nie zmarnować pięknej śmierci przez drobną urazę — dodał, przesuwając po niej wymownym spojrzeniem. Na uwagę o znaczeniu miejsca parsknął cicho. — Pierwsza oficjalna randka powinna zostać zapamiętana — odpowiedział spokojnie.
    — A ten dom od dawna potrzebuje odpowiedniego zakończenia — dodał, spoglądając na budynek. Nie zamierzał wyjaśniać jej niczego więcej. Kiedy zagroziła nieznośnością, kącik jego ust uniósł się nieco wyżej.
    — Zachowaj ją na wypadek, gdybym rzeczywiście zawiódł. Jeszcze nie skończyłem — rzucił z wyraźną pewnością siebie. Odpowiedź Ennis była dokładnie taka, jakiej mógł się po niej spodziewać. Ernest spojrzał na jej palec przesuwający się po guziku jego ubrania. Nie potrzebował typowej reakcji własnego ciała, żeby wiedzieć, że chciał ją pocałować. "Zareagujesz... pomogę Ci..." Przyciągnął Ennis odrobinę bliżej. Zmarszczył brwi. Cholerny duch. Nie teraz. Niech spierdala. Zaśmiał się cicho, patrząc w jej tęczówki. Nie miał pojęcia co teraz robił i po co to robił. Czuł, że traci część swojej pragmatycznej kontroli i nie miał pojęcia co o tym myśleć, a jednak nie przestawał. Dłoń przesunął po jej biodrze w stronę pośladka, powoli, lecz bez wcześniejszego wahania. Zatrzymał palce tuż przed bardziej jednoznacznym dotykiem, aczkolwiek palce już zahaczały o te przyjemne, jędrne rejony. Trzymaną w drugiej ręce rusznicę poruszył równie ostrożnie. Chłodną lufą zahaczył o materiał na jej drugim biodrze i pociągnął go lekko, jakby chciał się go pozbyć. Następnie zmniejszył ostatnią dzielącą ich twarze odległość. Zatrzymał się dopiero przy jej ustach. Był wystarczająco blisko, żeby ją pocałować, ale tego nie zrobił.
    — Mogę spróbować Cię zaskoczyć? — zapytał cicho przy jej wargach, patrząc jej prosto w oczy i czekając na zgodę.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  80. Ernest zerknął na budynek, ale nie poświęcił mu wiele uwagi.
    — Żadnej — odpowiedział bez wahania — jeżeli zamieszkał tam ktoś inny, wybrał sobie wyjątkowo pechowe miejsce — dodał spokojnie. Nie potrzebował pewności. Chciał przekonać się, co gatlok zrobi z całym budynkiem, a nazwiska znajdujących się w środku ludzi nie miały wpływu na wynik. Ruch jej opuszka pomiędzy jego palcami śledził uważnie, nie odsuwając dłoni. Dopiero krótkie „czekam” dało mu odpowiedź, której potrzebował. Poprowadził lufę głębiej pod odsunięty już materiał i zaczął powoli zsuwać go z jej biodra. Drugim ramieniem przyciągnął Ennis mocniej do siebie, po czym zamknął pozostawiony między nimi dystans. Pocałował ją zachłannie, znacznie gwałtowniej, niż sam zamierzał. Nie spodziewał się po sobie podobnej reakcji, ale nie próbował już jej powstrzymać. Najwyraźniej naprawdę zaczynał się sypać. Trudno. Później zastanowi się, co właściwie z tym zrobić. Teraz zacisnął dłoń na jej pośladku i pogłębił pocałunek, jedynie rękę trzymającą rusznicę pozostawiając pod pełną kontrolą. Krótki śmiech wyrwał mu się prosto w jej usta na myśl, że jeden nieostrożny ruch lufą mógłby sprawić, że razem z domem spłonęliby oni oraz znaczna część okolicy. Byłoby to nawet poetyckie, lecz zdecydowanie za wcześnie. Dlatego mimo całej zachłanności przesuwał broń przy jej biodrze z niemal irytującą precyzją, uważając, żeby żaden ruch nie okazał się zbyt gwałtowny.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  81. Zamiast odłożyć broń, przycisnął gładki metal tuż pod jej pępkiem, czując pod palcami jej przyspieszony, gwałtowny puls.
    — Bardzo, Skarbie — mruknął prosto w jej wargi, a na jego ustach pojawił się drapieżny uśmiech.Dotyk chłodnej stali stykającej się z jej gorącym ciałem podkręcał wszystko do granic możliwości. Jeśli miał w końcu dojść z własnej woli, puszczając wszystkie hamulce, to właśnie w ten sposób — z tą małą, śmiertelną zabawką w jej towarzystwie i dokładnie w chwili, gdy budynek naprzeciwko wreszcie trafi jasny szlag. Nie wypuszczając broni, przesuwał ją wolno i z brutalną precyzją coraz niżej, mocniej napierając na nią własnym ciałem.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  82. Wilgoć zdecydowanie mu nie przeszkadzała. Dotykał już Ennis w ten sposób, niejednokrotnie bardziej jednoznacznie jeszcze szybciej, ale wcześniej to była tylko machinalna gra, zabawa, żeby miała ochotę bardziej mu się przydać. A teraz? Zaśmiał się znowu w jej usta. Miał wrażenie, że w końcu dał się złamać, pękł i nie kontrolował tego co się dzieje. Tylko tym razem brak kontroli nie zdawał się przerażający. Przyprawiał go o przyjemne dreszcze. Ciężko było uznać guziki jego koszuli za szykowne. Faktycznie poprawił ich ubrania, ale wygląd czegoś tak trywialnego jak guziki nie bardzo go interesował. Były praktyczne i nie wyróżniały się, więc je zostawił w spokoju. Do swoich ubrań przede wszystkim doszywał kieszenie odpowiednie do chowania broni. Nie przeszkadzał jej, kiedy bawiła się jego torsem. Nie odzyskał jeszcze pełni sił, ale nie był też już takim chodzącym trupem jak w chwili, kiedy się poznali. Przyparł ją do pobliskiego drzewa, przenosząc się ustami na jej szyję. Zaciągnął się specyficznym zapachem kobiety, całując i przygryzając jej obojczyk. Lufą zaczął iść coraz wyżej, przez brzuch, między piersiami, dopóki nie zaczął rysować linii szyi, szczęki i nie zatrzymał jej tuż przy policzku. Oderwał się wtedy i spojrzał prosto w oczy kobiety, oddychając ciężko. Chwycił jedną z jej rąk i nakierował na swoje krocze, masując je przy tym posuwistymi rękami jej zgrabnymi palcami.
    — Chcesz dojść z wybuchem w tle? — zapytał, przygryzając jej ucho. Odgarnął bronią niesforne kosmyki z jej twarzy, a później przeniósł ją tak, żeby oboje mogli ją trzymać. Kurwa, zaczynała mu wadzić, ale nie podobała mu się wizja wypuszczenia jej z rąk.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  83. Sapnął, kiedy zacisnęła dłoń i odchylił lekko głowę do tyłu. W pierwszej chwili w głowie pojawiło się nieprzyjemne wspomnienie, ale szybko zaczęło znikać. Ręka Ennis zdecydowanie była inna w dotyku, delikatniejsza i na swój sposób bezpieczna. Nawet jeśli miała o wiele większe szanse pozbawić go życia niż pierdolony strażnik u Peruna. Czuł się z jednej strony jeszcze bardziej bezbronny. Nigdy nie pokazywał swoich pragnień. Przynajmniej nie bezpośrednio. Parsknął pod nosem. Gówno, a nie pragnienie. To była kolejna gierka. Tak, zdecydowanie. Dodanie lepszego efektu dla tej całej cudownej poezji, o której tak niedawno pierdolili. Nic więcej. Wrócił do niej spojrzeniem ostatecznie i pokręcił głową na jej pytanie.
    — Zdecydowanie nie… — szepnął, sięgając do jej ust, sam przygryzł jej wargę, tym razem mocniej niż ostatnio, a potem pocałował ją na tyle intensywnie, że wbił ją mocniej w to nieszczęsne drzewo. — Pytam czy Ty chcesz. To zajmie czas. Chciałaś długiej randki, tak? Gwarantuję Ci, że nie dojdę szybko po całym tym pierdolniku, a ta silniejsza eksplozja —- zaczął, odrywając się na chwilę od jej ust. Wrócił jednak do niech zaraz, a potem przeniósł się na szczękę, policzki i ucho, które ugryzł. — może wyjątkowo poczekać. Pytałaś co dorównuje atrakcjom tak? Masz przykład — wyjaśnił. Mogła też teraz strzelić, proszę bardzo. Ale nie tylko on poetycko zginie. Być może nie sięgną do domu, ale destrukcja będzie zdecydowanie poetycka. Wolną rękę zacisnął mocniej na jej pośladku i przyciągnął do siebie. Nachylił się lekko, ustami szukając kolejnego interesującego go miejsca, a cholera miała ich sporo.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  84. Ernest praktycznie od razu wyczuł zmianę. Jej dłoń zniknęła, zainteresowanie dotykiem razem z nią, a przy jego policzku pojawiła się lufa. Powinien był teraz po prostu wszystko odpuścić. Wrócić do testowania broni i tyle. Znudziła się, więc powinni iść dalej, prawda? Udowodniła, że gówno ją interesował. Zamiast tego patrzył na ostentacyjnie oblizywanie palców przez Ennis i zaczął się śmiać. Najpierw cicho, później coraz głośniej, aż sam nie był już pewny z czego się śmieje. Tym razem śmiech należał wyłącznie do niego. Duch za to nerwowo nim szarpnął. Coś zaczynało się w nim zmieniać i lokatorowi przestawało się to podobać.
    — Dorównuje — odpowiedział, kiedy już przestał się śmiać, chociaż jego rozciągnięty uśmiech zupełnie nie pasował do spokojnego tonu, jakim ją zaszczycić — Tylko pomyliłaś skutek z przyczyną — dodał, uśmiechając się jeszcze szerzej. Rozluźnił palce zaciśnięte na jej pośladku i odsunął dłoń. Nie potrzebował Ennis do wybuchu, zemsty czy zaspokojenia chuci. Właściwie do niczego nikogo nie potrzebował. Miał we wszystkim rację. To po chuj się dalej przy nim kręciła i nęciła? Właśnie w tym tkwił cały pieprzony problem. Nie potrzebował jej, a mimo to chciał, żeby była przy wszystkim. Nagle przestało mu się podobać, że to rozumiał. Dał się złapać. Nie był pewny w co, ale był złapany. Miał już po prostu dość. Znowu się zaśmiał, czując chłód lufy na swoim ciele. Broń, ona, to miejsce - wszystko przywołało znacznie więcej wspomnień niż powinno. On nie powinien w ogóle się tym przejmować. Tak działa świat. Głosy targujące się o jego cenę, cudze dłonie sprawdzające, czy zakupione ciało nadawało się do pracy, strażnika Peruna i kolejne chwile, w których pozostawał jedynie rzeczą przeznaczoną do użycia. Wszystko nałożyło się na stojący za nim dom, dotyk Ennis oraz broń, którą sam stworzył. Pragmatyczne wyjaśnienia rozsypały się szybciej niż ziemia po wcześniejszej eksplozji. Świat po prostu był kurewsko okrutny i nie było w nim nikogo, kto mógłby to jakkolwiek zmienić czy go zrozumieć. „Odsuń się.” Duch po raz pierwszy brzmiał na naprawdę zaniepokojonego. Ramię Ernesta drgnęło bez jego woli, a dłoń poderwała się w stronę rusznicy, próbując odtrącić lufę. Mężczyzna nie pozwolił na to. Uderzył przedramieniem o pień i przycisnął je do drewna, zatrzymując ruch współlokatora. „Oddaj mi ciało! Wyciągnę nas z tego! Nie taki mieliśmy układ. Masz dotrzymać obietnicy, a nie podkładać się pod własną broń. Masz jeszcze żyć!”
    — Zamknij się — wycedził Ernest z szerokim uśmiechem na ustach, nie odrywając wzroku od Ennis. Nie było już jasne, czy odpowiadał duchowi, jej, czy wszystkim głosom, które właśnie wróciły. Zdjął drugą dłoń z rusznicy, pozostawiając broń całkowicie w rękach kobiety. Kark szarpnął mu się, próbując odsunąć głowę od lufy, ale Ernest naparł policzkiem na metal jeszcze mocniej i przesunął się tak, żeby za jego plecami znajdował się budynek.
    — W tym domu mnie kupiono — powiedział nagle, spoglądając na niego tylko przelotnie, jego wzrok utkwił przede wszystkim w niej — Sprzedano do tej samej kuźni, gdzie robiliśmy zabaweczki — dodał. Uśmiechnął się szerzej, niemal gorączkowo. Zginąć od własnego wynalazku, z ręki TEJ kobiety, i puścić tą budę z dymem. W tej jednej chwili miało to więcej sensu niż wszystkie plany, których dotąd tak kurczowo się trzymał. „NIE! Nie ma sensu!” Duch ponownie spróbował szarpnąć jego ciałem, tym razem zmuszając nogę do cofnięcia się. Ernest zablokował kolano i pozostał przy lufie. Przesunął głową tak, aby lufa znajdowała się pod podbródkiem. Mruknął cicho, przybliżając się do niej.
    — Obiecałaś mi poetycką śmierć — przypomniał jej z tym samym obłąkanym błyskiem w oczach — piękniejszej okazji już nie dostaniesz. Zginiemy razem w trakcie pierwszej oficjalnej randki — zauważył, po czym znowu się zaśmiał, ale tym razem ciszej — No dalej, Skarbie. Strzel — zachęcił ją, ignorując głos, który coraz rozpaczliwiej próbował odzyskać kontrolę nad ich ciałem — Chciałaś zdjąć jakąś maskę? Proszę bardzo... cel, pal...

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  85. Ernest nie odpowiedział na jej pytanie. Nie potrafił powiedzieć, co dokładnie pomyliła, bo sam nie rozumiał już tego, co działo się w jego głowie. Nie zamierzał również potwierdzać jej słów o zdjętej masce. Pozwolił Ennis ścisnąć swoje policzki, oblizać usta i przez cały czas patrzył jej prosto w oczy z tym samym szerokim uśmiechem. Na głośne „BAM” nie drgnął, tylko zaśmiał się mocniej i sam kłapnął zębami tuż przed jej nosem. Kiedy przeniosła lufę spod jego podbródka na ramię, jego kark szarpnął się po raz ostatni, a dłoń drgnęła w stronę broni. Duch spróbował jeszcze raz odsunąć ich od rusznicy, ale po chwili całkowicie przestał. Nie odezwał się, nie poruszył jego ciałem i nie podjął następnej próby. Ernest również niczego nie skomentował. Gdy Ennis ugryzła go w dolną wargę, złapał ją mocno w pasie i obrócił ich oboje przodem do budynku. Przyciągnął kobietę plecami do swojego torsu i przytulił ją do siebie, pozostawiając broń w jej rękach.
    — Patrz, Skarbie — szepnął przy jej uchu, nadal śmiejąc się pod nosem. Ennis nacisnęła spust. Kulka uderzyła w budynek, a zamknięty w niej gatlok eksplodował natychmiast. Wybuch rozerwał ściany, wyrzucił w powietrze kamienie, drewno oraz fragmenty dachu i zatrząsł ziemią pod ich nogami. Chwilę później z ruin buchnął ogień, a spomiędzy trzasku płomieni i walących się elementów zaczęły przebijać różne krzyki. Fala uderzeniowa szarpnęła nimi obojgiem, ale Ernest nie wypuścił Ennis z ramion. Przycisnął ją do siebie mocniej i zaśmiał się głośno, czując jak po jego ciele przechodzą kolejne przyjemne dreszcze. Ekscytacja mieszała się z podnieceniem, czystą radością i satysfakcją na widok eksplozji oraz zniszczenia, jakie wywołał gatlok. Powinien sprawdzić rusznicę, ocenić efekt i pomyśleć o tym, jak szybko muszą stąd zniknąć, ale tym razem miał to wszystko w dupie. Najwyraźniej naprawdę coś w nim pękło, tylko nie czuł, jakby ponownie się rozpadał. Przeciwnie, razem z kolejną częścią kontroli pozbył się ciężaru, którego wcześniej nawet nie zauważał. Nie musiał natychmiast tłumaczyć każdej reakcji użytecznością, układać następnego planu ani zastanawiać się, co na tym zyska. Mógł zrobić coś wyłącznie dlatego, że miał na to ochotę, pozwolić sobie czuć wszystko bez szukania właściwego powodu i przez chwilę nie przejmować się żadnymi konsekwencjami. To poczucie wolności było niebezpieczne, ale podobało mu się zdecydowanie bardziej, niż powinno. Duch dalej milczał, a Ernest śmiał się, obserwując rozrastający się pożar. Przesunął twarz bliżej szyi Ennis i nie rozluźnił objęcia.
    — Piękniejsza? — zapytał przy jej uchu, spoglądając na płonące ruiny.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  86. Ernest nie rozluźnił objęcia, jedynie przesunął ramię nieco niżej, pozwalając jej obrócić się bokiem do jego torsu. Śledził wzrokiem kciuk przesuwający się po swoich ustach, a gdy Ennis zbliżyła się do jego ucha, przekręcił lekko głowę w jej stronę. Nie komentował jej dotyku, bardziej niż cichym, zadowolonym mruknięciem, nie próbował przejąć kontroli i najwidoczniej całkowicie odpuścił sobie dalszą walkę. Ernestowi odpowiadała ta cisza. Kiedy wspomniała o swoim ślicznym umyśle, parsknął cicho i spojrzał na nią z rozbawieniem.
    — Pamiętam. Regularnie dbasz o to, żebym nie zapomniał — odpowiedział, wracając wzrokiem do płonącego gruzowiska. Jej pewność siebie nie brzmiała jak zwykła przechwałka. Rzucała mu wyzwanie, a on nie zamierzał udawać, że go nie usłyszał. Uśmiechnął się szerzej na myśl o tym, jakie mogli tam urządzić. — Skoro stać Cię na coś piękniejszego, możemy to sprawdzić we Fjelldodd — zaproponował spokojnie, chociaż rozbawienie nadal pobrzmiewało w jego głosie. Przesunął dłonią po jej boku i przyciągnął ją trochę mocniej.
    — Zrobimy konkurs, zobaczymy, po kim zostanie większy rozpierdol — wyjaśnił, zerkając na Ennis z zadziornym uśmiechem. Nie zamierzał dawać jej forów tylko dlatego, że dopiero zaczynała tworzyć własne zabawki. Sama twierdziła, że jej śliczny umysł stać na więcej, więc mogła to udowodnić na odpowiednio dużym celu.
    —Wchodzisz w to, Skarbie? — zapytał, unosząc lekko brew.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  87. Ernest parsknął cicho na jej zapewnienie.
    — Oczywiście. Wszystko wychodzi Ci zupełnie przypadkiem — odpowiedział z wyraźnym powątpiewaniem, ale nie zamierzał dalej podważać jej wersji. Przesunął wzrokiem za palcami Ennis, kiedy zaczęły wędrować od jego spodni po nagi brzuch i klatkę piersiową. Mięśnie napięły się lekko pod jej dotykiem, lecz nie próbował odsunąć jej dłoni. Nadal trzymał kobietę blisko siebie, zerkając od czasu do czasu na płonące gruzowisko. Uśmiechnął się szerzej, gdy przyjęła jego propozycję.
    — Materiały dostaniesz, ale własne zabawki zaprojektujesz sama — zaznaczył spokojnie — Jeżeli zacznę Ci podpowiadać, będziesz próbowała pokonać mnie moimi własnymi pomysłami. To byłoby trochę żałosne, nawet jak na początkującą — dodał z zadziornym uśmiechem i przesunął dłonią po jej boku. Uśmiechnął się szerzej i ucałował ją krotko, a potem ugryzł w wargę i polizał to samo miejsce zadowolony. Cały czas oddychał szybciej wyraźnie podniecony całą sytuacją i wizją przyszłości. Świat w ogniu, eskplozjach... Perun po środku. I Helga.
    — Wygrywa ten, po kim zostanie więcej chaosu, Skarbie. Tylko nie zgiń w trakcie, nie chce wygrać walkowerem — dodał, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. Po chwili spojrzał na zniszczony dom. Uśmiechnął się inaczej, bardziej mrocznie, a jednocześnie błogo. Cudowny widok.
    — Yhym... Dziękuję — szepnął, opierając głowę i jej ramię.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  88. Ernest parsknął cicho, kiedy sprostowała sprawę przypadku, ale już się z nią o to nie kłócił.
    —Yhym... Genialna — szepnął, uśmiechając się wymownie.
    — Pytaj. Tylko nie licz, że przy okazji wyciągniesz ze mnie gotowy projekt — odpowiedział na wzmiankę o prowizorycznych zabawkach. Na jej kolejne zapewnienie uśmiechnął się szerzej. Naprawdę sądziła, że mogła wygrać? Jej pomysł mógł być dobry, ale Ernest nawet nie brał pod uwagę własnej przegranej. W kulce znajdowała się niewielka ilość gatloku, a wystarczyła, żeby zniszczyć cały budynek. On miał go znacznie więcej. Wystarczająco dużo, żeby puścić z dymem nie tylko zamek tej kurwy Helgi. Fjelldodd mogło być początkiem, pierwszym miejscem, w którym naprawdę sprawdzi możliwości gatloku. Później przyjdzie pora na następne cele i znacznie większe zniszczenia. Ciekawe, czy nieumarli potrafili przeżyć rozerwanie na strzępy. Złożenie ich ponownie mogło okazać się odrobinę trudniejsze, szczególnie jeżeli rozsypie fragmenty wystarczająco daleko od siebie. Duch zamruczał w jego głowie z wyraźnym zadowoleniem na tę wizję. Najwyraźniej jemu również podobała się perspektywa większej ilości ognia, wybuchów i szczątków rozsianych po całej twierdzy. — Jeszcze zobaczymy, Skarbie — odpowiedział Ennis z pewnym siebie uśmiechem. Jej brak obietnicy skwitował lekkim uniesieniem brwi.
    — Śmierć przed ogłoszeniem wyników uznam za próbę uniknięcia przegranej — stwierdził jedynie. Zauważył, że zatrzymała dłoń przed wsunięciem jej niżej, ale nie skomentował tego. Dopiero pytanie sprawiło, że oderwał wzrok od gruzowiska i spojrzał na Ennis. — Za całokształt, Skarbie. Dużo by wymieniać, a tak pięknie krzyczą... nawet nie wiedzą, że to nasza wina.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  89. Na opowieść o próbie samobójczej parsknął cicho, ale zaraz spojrzał na nią nieco uważniej. Poprawił jej włosy, uśmiechając się zadziornie.
    — Mnie będzie, kurwa, obchodziło — powiedział i zaśmiał się — będę kurewsko tęsknił za Twoim ciętym językiem, więc znajdę Twojego ducha i zmuszę go, żeby dalej działał mi na nerwy. Poza tym miałaś zabić mnie, nie siebie. Nie zmieniaj warunków umowy, Skarbie — dodał z szerszym, może nawet bardziej szczerym uśmiechem. Nie zamierzał odbierać jej prawa do ryzykowania, ale zdecydowanie wolał, żeby jednak przeżyła Fjelldodd. Kiedy zaproponowała uświadomienie ocalałych, przytaknął bez zastanowienia.
    — Trzeba. Nie wypada pozwolić im umrzeć bez wiedzy, komu zawdzięczają słodkie, ostatnie chwile — stwierdził spokojnie. Zanim Ennis zdążyła całkiem się odsunąć, przyciągnął ją jeszcze na moment i pocałował lekko w policzek, z niewinnym wyrazem twarzy. Zwyczajnie miał na to ochotę. Za to wszystko co popierdoliła mu w głowie. Następnie wstał razem z nią. Nie próbował się ubierać ani doprowadzać rozerwanej koszuli do porządku. Odebrał rusznicę, nabił ją nowymi pociskami, a następnie sprawdził granaty oraz sztylet umieszczony przy pasie. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Ruszył z Ennis w stronę zniszczonego budynku, obserwując płomienie i próbując wychwycić dochodzące spomiędzy ruin głosy.
    — Jak muzyka — rzucił z zadowolonym uśmiechem.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  90. Ernest spojrzał na nią, kiedy zainteresowała się duchami, a jego uśmiech ponownie stał się bardziej zadziorny.
    — Zgadnij — odpowiedział, po czym uniósł rusznicę i przyłożył sobie lufę do skroni. Niemal od razu jego głowa gwałtownie szarpnęła się w przeciwną stronę, odsuwając od broni. Ernest zaśmiał się pod nosem i opuścił rusznicę, nie zamierzając udzielać jej żadnych dodatkowych wyjaśnień. Odpowiedź powinna być wystarczająco czytelna. Kiedy nazwała go zakochanym gówniarzem, wzruszył lekko ramionami.
    — Jeszcze nie rozerwałaś mi gardła, więc kto wie — stwierdził beztrosko, jakby rzeczywiście stanowiło to jedyne kryterium. Ruszył za Ennis w stronę ruin, nucąc sobie coś cicho pod nosem. Melodia brzmiała wyjątkowo pogodnie jak na otaczające ich płomienie, jęki oraz zapach palonych ciał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Na uwagę o brakującym odgłosie pieprzącej się pary spojrzał po niej z lekkim uśmiechem
    — Być może. Chcesz? — zapytał bez większego wahania, po czym wrócił wzrokiem do drogi. Przechodził przez gruzowisko bez szczególnej ostrożności, stawiając buty również na spalonych zwłokach, jeżeli akurat znajdowały się na najwygodniejszej trasie. Dogorywającego mężczyznę pozostawił zgodnie z decyzją Ennis. Rozejrzał się uważniej po pozostałościach budynku, próbując dopasować układ fundamentów do tego, który pamiętał. Jedna część gruzowiska szczególnie zwróciła jego uwagę. Właśnie tam powinno znajdować się zejście do piwnicy, teraz całkowicie przykryte kamieniami oraz fragmentami zawalonej ściany. Sięgnął do pasa po jeden z granatów, przygotował go i rzucił pomiędzy większe fragmenty gruzu. Zaraz cofnął się na bezpieczniejszą odległość. Eksplozja rozrzuciła pozostałości ściany, odsłaniając ciemną szczelinę oraz część prowadzących w dół schodów. Ernest spojrzał na powstałe przejście z zadowolonym uśmiechem.
    — Haaalooo... — rzucił i ruszył w stronę piwnicy.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  91. Ernest zaśmiał się pod nosem, kiedy stwierdziła, że drażnił się z duchem.
    — Z nim, z Tobą i ze sobą — odpowiedział beztrosko. — w dupie mam już to wszystko... — dodał, rozglądając się po gruzowisku. Dostrzegł ruch pomiędzy resztkami jednej ze ścian. Jakiś mężczyzna próbował wykorzystać ich rozmowę, żeby po cichu wydostać się z ruin i uciec w stronę drzew. Ernest uniósł rusznicę, wycelował i strzelił bez żadnego ostrzeżenia. Uciekinier runął pomiędzy kawałki drewna, a uśmiech czarnowłosego wyraźnie się poszerzył. Przysunął lufę bliżej twarzy i zaciągnął się zapachem unoszącego się z niej prochu. Dopiero pytanie Ennis sprawiło, że ponownie na nią spojrzał. Zaszła już kawałek dalej, więc ruszył za nią i zastąpił jej drogę. Zsunął z ramion rozerwaną koszulę i rzucił ją gdzieś na bok, pozostając przed kobietą z nagim torsem. Poprawił kilka jasnych kosmyków przy jej twarzy, przez cały czas patrząc jej prosto w oczy.
    — Takie użyteczne rzeczy jak ja zwykle rżnie się z dwóch powodów — odpowiedział spokojnie. — żeby przywołać je do porządku i upokorzyć albo żeby zaspokoić własną chcicę — wyjaśnił, przesuwając palcami po jej włosach. Uśmiechnął się przy tym nieco bardziej zadziornie. — Moja przyszła żonka też nie pokusi się przecież o nic więcej niż to drugie — dodał, po czym nachylił się i pocałował ją prosto w usta. Oderwał się po chwili i ponownie się zaśmiał, zostawiając jej wolną drogę. Ruszył dalej pomiędzy spalonymi ciałami i resztkami budynku. Ciekawe, jak by to było, gdyby ktoś naprawdę widział w nim faktycznego człowieka. W to akurat dalej nie uwierzy. Jedna z leżących niedaleko osób poruszyła się i spróbowała odpełznąć w stronę ocalałego fragmentu ściany. Ernest wzruszył ramionami, podszedł bliżej i wbił jej sztylet w gardło. Wyciągnął ostrze, wytarł je o ubranie trupa i wsunął z powrotem za pas, po czym dołączył do Ennis przy odsłoniętym zejściu. Na jej pytanie spojrzał w ciemność piwnicy.
    — Między innymi — odpowiedział bez większego przejęcia. — Całe życie gdzieś mnie trzymano. Zależało tylko od tego, kto akurat płacił więcej — dodał, po czym ruszył pierwszy w dół schodów.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  92. - Ach... nie pamiętasz - zacmokał unosząc lekko brew. - No co ty nie powiesz - chwycił jej nos w dwa palce i wytarmosił go lekko. - Kłamczucha - puścił w jej stronę buziaka prychając zaraz pod nosem. Co za wredny babsztyl! Nawet w takim stanie kręciła jak tylko mogła. Słuchał jej z zainteresowaniem, kiedy wspomniała o swym pochodzeniu. To że nie była spokrewniona z Helgą nawet mu odpowiadało, a sprawę serca, zastanowił się chwilę. - A co gdybym jednak cię pochował? - zapytał jej. - No wiesz tak głęboko... byłabyś w stanie wypełznąć na powierzchnię zanim zabrakłoby ci powietrza? - zainteresował się. - Nie bierzemy pod uwagę żadnych wodnych umiejek - dodał zaraz. - No wiesz, jesteś typowym Fjeldosem i chowam cię głęboko pod ziemią, odradzasz się, ale... co dalej? - zainteresował się, w głowie już tworząc sobie plan. Warto byłoby to wypróbować na typowym Fjeldosku. - Ależ moja jest bardzo wiarygodna - uśmiechnął się do niej słodko. - Aczkolwiek, nie ukrywam... nie zakładałem twej odmowy - przyznał ze śmiechem.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
  93. Ernest uniósł lekko brew, kiedy z całego jego „wszystko” wyciągnęła akurat rezygnację z Helgi.
    — Idę — odpowiedział bez wahania. — Chcę rozpieprzyć jeszcze wiele rzeczy, a ta kurwa nadal zajmuje wysokie miejsce na mojej liście. To się nie zmieniło — dodał spokojnie. Za bardzo zależało mu na doprowadzeniu własnych planów do końca. Poza tym o ile granie na nerwach duchowi było przyjemne przy tych małych, niewinnych próbach samobójczych, tak miał zamiar dotrzymać danego słowa. Dodatkowo, chętnie wkurwi jednego z władców tej pierdolonej krainy, pierwsza poczuje jak ładnie potrafi się bawić spuszczony ze smyczy. Wszyscy bekną za te 5 lat straconych w celi Peruna.
    Po pocałunku przyglądał jej się przez chwilę, a pytanie o pewność starło z jego twarzy część wcześniejszego rozbawienia. Niemniej uśmiechnął się do niej wymownie, a potem wzruszył ramionami.
    — Jestem pewien, że nikt nie zechce naprawdę mnie. Ludzie chcą tego, co potrafię zrobić, stworzyć albo im dać. To nie to samo — odpowiedział bez większego przejęcia, jakby w ogóle go to nie ruszało — Ty miałaś okazję zwyczajnie się ze mną wyruchać i odmówiłaś, więc najwyraźniej samego rżnięcia też nie chcesz — zauważył, zmieniając wyraz twarzy na bardziej szelmowski, uniósł wymownie brew ku górze i puścił jej oczko — Gdybyś faktycznie chciała mnie, a nie tylko sprawdzić, czy ja mogę chcieć Ciebie, zdecydowałbym się. Wtedy może wyglądałoby to inaczej — dodał dosadnie, nachylając się niego w jej stronę, ale dalej trzymał dość duży dystans. Zostawił ją z tą odpowiedzią i domysłami co miał konkretnie na myśli i czy w ogóle mówił prawdę. Nie próbował też zatrzymywać jej, kiedy postanowiła nie wyprowadzać go z błędu i odeszła. Przedstawił własny wniosek. Mogła zrobić z nim, co chciała.
    Przyglądął się kątem oka jak sama dobija kolejnego niedobitka z uroczym wyrazem twarzy. Naprawdę ślicznie wyglądała, kiedy się tak znęcała. Oj, bo jeszcze naprawdę mu zależy. A może już zależy? Ernest zaśmiał się na ten komentarz, po raz kolejny przyłożył sobie lufę do skroni, a potem odbezpieczył broń.
    — Smacznego — rzucił do niej, widząc jak kosztuje krwi. Poruszył lekko brwiami i zaśmiał się, kiedy uznała, że smakuje chujowo. Duch oczywiście zaczął szarpać się w jego organiźmie, ale przestał, kiedy mężczyzna odstawił broń od skroni.
    Po zejściu na dół przechadzał się powoli po pomieszczeniu, zaglądając za beczki, otwierając schowki i sprawdzając kraty. Od czasu do czasu zatrzymywał się, nasłuchując czy nic nie czai się w ciemności. Za każdym razem odpowiadała mu jednak cisza. Interesujące. Wrócił myślami do Ennis, kiedy tylko usłyszał jej głos. Odwrócił się do niej.
    — Wszystko — odpowiedział na jej wyliczenie, wzruszając ramionami — Beczki, schowki, klatki, łańcuchy. Lepsze salony trafiały się wtedy, kiedy zależało im, żeby towar dobrze wyglądał. Wszystko zależało od miejsca, właściciela i ceny, jaką zamierzali dostać — wyjaśnił bez większych emocji, otwierając kolejne ciężkie drzwi. — Dlaczego właściwie jesteś taka ciekawa? — zapytał, nie oglądając się na nią. Za drzwiami znalazł następne pomieszczenie. Tym razem zatrzymał się na dłużej. Na ziemi leżało kilka niewielkich ciał. Ernest przykucnął przy pierwszym dziecku i przyłożył palce do szyi, później sprawdził kolejne, chociaż już po ich wyglądzie wiedział, że niczego nie znajdzie. Zwłoki były świeże, ale żadne z dzieci nie oddychało. Zero pulsu, nic. Przeszedł jeszcze pomiędzy nimi i zajrzał w każdy kąt, upewniając się, że nikogo nie przeoczył. Dopiero wtedy wyprostował się powoli. Normalnie jakby miał deja vu. Prawie. Te dzieciaki wyglądały wyjątkowo blado, nie miały widocznych sporych ran, ale coś tutaj było nie tak. Czemu tak je tutaj zostawili? Podszedł po świecę i odpalił ją, żeby lepiej rozejrzeć się po pomieszczeniu. Miał wrażenie, że czuje nieco zaschniętej krwi, ale pewny nie był.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  94. Ernest nie skomentował ani pewności, z jaką stwierdziła, że jej chciał, ani możliwości, że kiedyś mogłaby zechcieć właśnie jego. Sam w pełni nie był pewny czego chciał, jedynie mniej więcej, więc jej komentarz zaszczycił skromnym, acz wymownym uśmiechem. Być może niestety, też zdecydowanie więcej, niż zamierzał, więc nie widział powodu, żeby dalej rozkładać przed nią własne myśli. Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora. Albo nie.
    — Pozostałe wyznania zostawię na następną randkę — odpowiedział jedynie z nieco szerszym uśmiechem, kiedy przyznała, że korzystała z jego szczerości.
    Chwycenie za nadgarstek zatrzymało go natychmiast. Nie wyrwał ręki, nie kwestionował też polecenia. Zmiana w zachowaniu Ennis mówiła sama za siebie. Zazwyczaj nie przejmowała się aż tak ryzykiem, więc coś poważnego musiało być na rzeczy. Spojrzał we wskazanym kierunku, lecz ponad ciałami widział jedynie ciemność. Dopiero grzechoczący warkot zdradził, że rzeczywiście coś znajdowało się w tamtym kierunku. O kurwa…
    Ernest zaczął cofać się razem z nią, powoli przenosząc ciężar z nogi na nogę. Wolną dłoń przesunął bliżej broni, ale jeszcze po nią nie sięgnął. Gwałtowny ruch mógłby sprowokować bestię, a nie wiedział nawet, z czym dokładnie mieli do czynienia. Nie zamierzał jednak pozwolić, żeby brak tej wiedzy wysłał ich do trumny. Chociaż, może, może? Powstrzymał śmiech, nie robiąc jeszcze niczego głupiego.
    — Uważasz, że mamy szansę ubić tę bestię? — zapytał cicho, nie spuszczając wzroku z ciemności nad wejściem. — Na wszelki wypadek, gdyby spokojne wycofanie nie przypadło jej do gustu. Jeżeli tak, powiedz mi, gdzie celować — dodał szeptając najciszej jak potrafił.

    Ernest

    OdpowiedzUsuń
  95. Sato popatrzył po niej tak jakby faktycznie zastanawiał się nad tym całym naliczaniem mu za te gesty i ostatecznie wzruszył ramionami, obdarzając ją seksownym uśmiechem.
    - To chyba powinienem zwiększyć ilość gestów, co byś miała co oddawać - rzucił lekkim tonem, odruchowo głaszcząc ją lekko po głowie. Oparł się wygodniej o ścianę jaskini i przymknął na moment oczy. - Mhm brzmi jak ty - zgodził się z nią co do tego wygrzebywania się spod ziemi. Zastanawiał się jednak, czy to dotyczyło również pozostałych Fjeldosów. Czy ich przetrwania wola była równie mocna co jej... Nie odpowiedział je na sprawę zabrania tego co było najważniejsze i zostawienia jej na łasce Helgi. Zamiast tego tylko gwizdnął lekko, po czym spojrzał po niej poważnie.
    - Jak na to, jak to wszystko wyglądało...zaskakująco łagodnie oberwałaś - poinformował ją swobodnie. - Noga musi się zagoić, jednak może się okazać, że nie będzie tak sprawna jak na początku. Żeby do takiej sprawności dojść czeka cię dłuższa kuracja - przyznał spokojnie. - Ale z twoja wolą walki na pewno do niej dotrzesz, a może nawet sprawisz że będzie znacznie lepsza - uśmiechnął się zadziornie. - Ruszymy jutro, chyba że okaże się że twój stan się pogorszy. Wtedy szacuję jeszcze jedną dobę tu - skinął lekko głową. - A co planuję... - zerknął po niej i wzruszył ramionami. - Dowiesz się w swoim czasie. Na chwilę obecną, planuję wydostać się z obszarów Fjeldodd - poinformował ją.

    Sato

    OdpowiedzUsuń
Puść wodze wyobraźni! Czuj się wolny i leć w morenki!

Use your imagination! Feel free, only +18 here!