Ennis ruszyła najciszej jak umiała, co by rozeznać się w sytuacji. Trzech mężczyzn rzucało właśnie jakieś anegdotki w temacie swoich obserwacji, dwóch pilnowało jednego namiotu, z którego co jakiś czas było słychać ledwo stłumione dźwięki. En zacisnęła zęby… Zaczynała przypuszczać, że coś nieprzyjemnego dzieje się w tym namiocie. Tena i Nabia przykute były na łańcuchu do pala wbitego w ziemię. Jeden z Polszan właśnie dobierał się do Nabii, drugi stał przy Tenie i chociaż aktualnie nie robił nic, to harce kolegi i ogólne napalenie jednego z przybyłych sprawiły, że jego oczy szybko powędrowały w stronę “nieużywanej” kotki. Dziewczyny wyglądały jakby spędziły tu co najmniej kilka dni, były brudne… z drugiej strony, traktowania tu zbyt dobrego raczej nie uświadczyły, więc mogły tak wyglądać nie będąc tu wcale długo. W danej chwili Ennis naliczyła siedmiu typa plus namiot. Nie widziała nigdzie Zoji, co dawało myśleć, że jest w namiocie. O ile w ogóle tu jest, ale… w tym całym smrodzie, miała wrażenie, że czuje zapach dziewczyny. Nie miała jednak pewności. Ernest szedł cicho w swoją stronę, pomagając sobie swoją lornetą raz po raz, żeby zauważyć większe detale. Z bliska przy świetle wszystko było widać o wiele lepiej. Na jego twarzy nie było żadnych emocji. Bezsensowne okrucieństwo, dobieranie się do kobiety - jego zdaniem to była totalna głupota, marnowanie czasu. Gdyby chcieli wyciągnąć od nich jakiekolwiek informacje zdecydowanie w ten sposób tylko wydłużą proces, albo całkowicie stracą taką możliwość. Przystanął na dłuższą chwilę, kiedy jego oczom ukazał się zamknięty namiot. Słabo słyszał, ale łatwo było się domyśleć o czym świadczyły dźwięki. Do tego o ile namiot był zamknięty z tej strony minimalne światło pokazywało słaby zarys dwóch postaci. Przeszedł dalej, aż w końcu spotkał się z Ennis. W międzyczasie zdążył wyjąć jednoręczną kuszę, tak na wszelki wypadek. Teraz raczej już będzie trzeba się ich pozbyć. Przydałby się jednak element zaskoczenia. Spojrzał po Ennis, pierwszy raz widział u niej taki wyraz twarzy. Nie spodobało mu się to.
- Nie tego się spodziewałam… - przyznała, gdy zeszła się na nowo z Ernestem. Jasne, ogon był brany pod uwagę, ale tu wyglądało jakby ta trójka była solidnie przesłuchiwana. Uma naprawdę była aż tak głupia, myśląc, że dziewczyny mają jakieś stosowne informacje? Kilka miały… Czy coś powiedziały? Czy komuś udało się połączyć odpowiednie kropki i dojść do wniosku, że te laski od dawna z nią współpracują? Obserwowała uważnie to co działo się w obozie, czuła pewną dozę irytacji, w sumie to nie wiedziała co dokładnie czuje.
— A czego się spodziewałaś? — zapytał. Sam spodziewał się podobnego obrazka. Nie brał ich za zawodowców, więc tak myślał, że coś odwalą. Ennis zgrzytnęła lekko zębami. Nie lubiła tego rodzaju niepewności.
- Nie tego… - odparła jedynie.
— Mamy granat usypiający, możemy go odpalić, założyć maski, wybić ich i zabrać kobiety. Ockną się po kilkunastu minutach — zaproponował. Białowłosa spojrzała na Ernesta jak na idiotę.
- Granat? W lesie? Środek usypiający rozproszony na świeżym powietrzu jest nie do skontrolowania, wystarczy zmiana wiatru i dostaniemy rykoszetem… - mimo wszystko irytacja nie przysłania jej myślenia. - To sprawdza się w pomieszczeniach… - przypomniała mu i spojrzała na namiot. To był jakiś pomysł, wrzucić granat do namiotu. Już chciała coś powiedzieć, ale wtedy wejście do namiotu się poruszyło, jeden z Polszan wyszedł na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Ennis poczuła krew, bardzo dużo krwi… Krwi Zoji…
- Pierdolona… Uparta, nic nie gada… - padło i zahuczało w uszach białowłosej. Nawet nie wiedziała kiedy, ale wyrwała się do przodu, z impetem ruszając wprost na obóz. Złapała za swój teleskopowy kij, obierając sobie za cel konkretnie namiot.
- Teraz! - krzyknęła chwilę przed pojawieniem się na widoku zebranych. Dziewczyny na jej widok drastycznie zmieniły wyrazy twarzy. Nabia pierwsze co to przywaliła z główki swojemu oprawcy, a że czaszkę miała naprawdę solidną, to ten wyraźnie poczuł to uderzenie. Tena z kolei z zbitej kotki wystrzeliła na proste nogi, by doskoczyć do napaleńca i zapleść mu łańcuch na szyi, gdy ten rzucał swoje sprośne komentarze do kolegów, o tym jak ostro będzie ją brał. Duch Ernesta sam zaczął domagać się dojścia do władzy, kiedy tylko Ennis poleciała do walki. Mężczyzna wywrócił mentalnie oczami, bo profesjonalizm właśnie poszedł się jebać w odstawkę. Oddał większość kontroli nad ciałem, przymykając na chwilę oczy. Wziął wdech, wydech, a kiedy tylko na nowo wróciła mu wizja na jego twarzy gościł szeroki, zadowolony uśmiech. Chwycił po krótki sztylet, poprawił na nim chwyt, odblokował kuszę i począł się skradać, trzymając się jak największej ciemności. Zabójca nie miał zamiaru się ujawniać od razu w tym chaosie. Polszanie zaczęli reagować w różny sposób, zajęli się więźniarkami, część poleciała na Ennis, a on w tym czasie wycelował do jednego z nich, który sięgał po broń. Strzelił. Bełt wbił się w otwartą przestrzeń przy łączeniu czaszki i szyi, gdy ten był lekko pochylony w trakcie wyciągania miecza i cięcia w zakutą kobietę. Przesunął się szybkimi krokami dalej w cieniu. Wyskoczył za mężczyznę, który zdecydowanie wypił i zjadł za dużo tego wieczoru - poruszał się zbyt mozolnie. Zręcznym ruchem poderżnął mu gardło, a potem zasłonił się jego ciałem, idąc do przodu. Kuszą celował w kolejnego. Nie nie mówił. Skupił całą swoją uwagę na pozbyciu się Polszan. Martwe ciało ustabilizował sobie, łapiąc pod pachą martwego mężczyznę, zarzucił go sobie na ramię, złapał za plecy wolną dłonią, a raczej wbił sztylet, co by nie tracić go z ręki. Polszanie wyglądali na nieco zaskoczonych zaistniałą sytuacją, jednak zostali ostrzeżeni, że może dojść do ataku, a co za tym idzie, mieli wyznaczonego człowieka, gotowego ruszyć w takiej chwili na koniu, by poinformować o zajściu. Jeden z mężczyzn praktycznie od razu ruszył ku wierzchowcom, co by dopaść zwierza i wydostać się z obozu cało. Ernestowi nie umknął Polszanin pędzący ku koniom. Uśmiechnął się szerzej. W tym momencie załadowany był już kolejny bełt. Wycelował, kiedy ten galopował poza obóz. Bełt poleciał za nim, a w mroku dało się dostrzec jak koń dalej pędził, uciekinier jednak został trafiony. Przechylił się, zahaczając stopą o strzemię. Martwe ciało sunęło się po ziemi, aż w końcu na niej zostało. Ennis w tym czasie skrzyżowała swoją broń z dwójką Polszan, Nabia i Tena po znokautowaniu przeciwników starały się odeprzeć ataki, używając do tego kajdan i łańcuchów, do których były przykute. Jeden z Polszan został w namiocie, a cała reszta ruszyła do walki. Nie było ich już zbyt wielu. Trzech dość szybko zostało wyeliminowanych, jeden właśnie uciekał, jeden był w namiocie, pozostało czterech. Dwóch przy En i po jednym dla Teny i Nabii. Białowłosa skupiła się na starciu, na jej twarzy malował się specyficzny uśmiech, wirowała między mężczyznami. Jednemu udało się wymierzyć cios w żuchwę, przez co zamroczyła go na chwilę, drugiego wyeliminowała, gdy poczuł się nazbyt pewnie z końcówką kija przyłożoną do torsu. Biedak nie zdawał sobie sprawy, że broń posiada wysuwany kolec, którym zaraz został przebity. Pan Mroczek, po otrząśnięciu się, stanowił nieco większe wyzwanie niż jego poprzednik. Ennis jednak miała cel, cel który przyćmiewał nieco umysł. Nie mogła przecież pozwolić by Acair tak skończył… W tym wszystkim nie chodziło wcale o Zoje, nie o nią. Dziewczyna była tylko symbolem, w głowie Ennis za bardzo przypominała Acaira i nie powinna zginąć. Spieszno jej było do namiotu, więc wykorzystała pierwsze lepsze odsłonięcie, by dobyć w drugą rękę swój krótki miecz i śmiertelnie zranić przeciwnika. Tene i Nabie zostawiła same sobie, jako tako sobie radziły z obroną, chociaż Tena chyba była ranna, En poczuła jej krew, jednak nie dość dużo by jakkolwiek jej to zagrażało. Czarnowłosy szedł dalej przed siebie bez słowa. Chaos mu służył, ciężko było się połapać w krzykach, wszyscy próbowali coś zrobić, wystarczyło tylko zachować zimną krew, a problem zaraz będzie z głowy. Pozbył się swoich przeciwników z wprawą doświadczonego skrytobójcy. Następnie skierował się w stronę uwięzionych niebieskoskórych. Jedna z nich była ranna, ale waleczności nie można było im odmówić.
— Za Tobą! — krzyknął w ich stronę, co by rozproszyć nieco towarzystwo. Sam zbliżał się od skosu, ale wykorzystał sytuacje, aby rzucić zwłoki na jednego z nich, do drugiego wycelował z kuszy. Bełt przebił się przez zbroję, ale nie był to śmiertelny traf. Ernest w tym czasie doskoczył do niego. Rzucając kuszą na ziemię. Złapał za bełt, wyrwał go, w tym samym czasie, wbijając sztylet w głęboko w gałkę oczną. Następnie pirutem zjawił się przy kolejnym, siłował się z nim chwilę, aż w końcu wyrwany wcześniej bełt znalazł się w jego tchawicy. Zamknął na chwilę oczy, oddając władzę Ernestowi. Ten świadomy sytuacji szybko chwycił po wytrych, klnąc pod nosem, za swoją kuszę. Zaczął pracować przy zamkach na łańcuchach, aby uwolnić kobiety. En utorowała sobie w końcu drogę do namiotu, wpadła do niego, obryzgana krwią przeciwników. Jedyne co tam ujrzała, to jak Polszanin wyciąga głowę Zoji z misy z wodą. Jak ciska jej martwe, uduszone ciało na ziemię… i to spojrzenie. Głowa dziewczyny bezwładnie obróciła się w bok, Ennis miała wrażenie, że jej martwy wzrok jeszcze chwilę temu pełen był nadziei. Było w tym spojrzeniu jeszcze trochę ciepła, tego specyficznego ciepła, na jakie pozwalał sobie Aci, gdy na nią patrzył… i gdy akurat się nie awanturowali. Zabił go. Ten skurwiel go zabił. "Widzisz jak się kończy, gdy się Tobie zaufa?" usłyszała głos Zoji. Zupełnie jakby ta stała tuż przy uchu. Jej morderca wyraźnie był zadowolony, dobył jeszcze miecza, ale wtedy białowłosa podniosła dłoń, a woda z misy zmieniła drastycznie swoje położenie. Zamknęła się na głowie Polszanina, tworząc przy niej wielki bąbel. Mężczyzna nie miał pojęcia co się dzieje. Wypadł z namiotu, szamocząc się na boki i próbując zdjąć wodę z głowy. Ennis wyszła za nim, wyszła i z zimnym spojrzeniem po prostu obserwowała jak gnojek walczy, jak próbuje łapać tlen i jak coraz bardziej mu go ubywa. Patrzyła na to i chociaż zjeb konał, to na jej twarzy nie było wyrazu, z obojętnością obserwowała jak się dusi, jak walczy. Przekręciła lekko głowę. Czuła o wiele mniejszą satysfakcję nich zwykle w takiej chwili. Podążała za czołgającym się już Polszaninem. Tracił siły i coraz bardziej brakowało mu oddechu, aż w końcu padł, a na twarzy białowłosej zawitał ledwo widoczny uśmiech. Kącik ust drgnął w zadowoleniu. Dopiero wtedy podniosła wzrok, przywołała wodę z trupa do własnego ciała i rozejrzała się dookoła by rozeznać sytuację. Ernestowi udało się rozpracować zamki kajdanek.
- Dziękuję… - szepnęła Tena, wyraźnie zmęczona, kiedy Ernest już ją uwolnił, uśmiechnęła się do niego słabo i złapała za ranny bok. Nabia z kolei wydawała się nad wyraz spięta, kiwnęła głową na pomoc czarnowłosego, a kiedy tylko została uwolniona pobiegła do namiotu. Ernest spojrzał za biegnącą Nabią, ale nic nie powiedział. Zamiast tego wrócił do Teny. Sięgnął do swojego plecaka. Ech i tyle było z nowej, czystej koszuli. Była lniana, naciął ją, rozdarł.
— Nie przemęczaj się, zabandażuję ranę, potem to dokładniej obejrzymy — wyjaśnił. Nie mieli pewności, że nikt tutaj jeszcze nie przyjdzie, lepiej było się stąd szybko zabierać. Zaczął opatrywać kobietę. Przestrzeń przeciął krzyk rozpaczy Nabii. Miała bardzo bliską relację z Zoją, chwilami traktowały się jak matka z córką, a teraz… Jej martwe ciało leżało na ziemi. Ennis obejrzała się na namiot, gdy lizardka wydała swój szloch, spojrzała zaraz na Tenę i powoli ruszyła w stronę jej i Ernesta. Czarnowłosy był przyzwyczajony do krzyków przez więzienie, ale mimo wszystko drgnął. Ennis zdecydowanie nie spodziewała się takiej akcji. Kiedy skończył, pomógł kotowatej wstać, przenosząc wzrok na Heimerunkę. Nic nie mówił. Później weźmie kuszę do ręki, jak reszta pokaże, że jest bardziej spokojna i sam nie będzie zajęty ranną. Tena nie musiała pytać co się stało… krzyk przyjaciółki mówił wiele. Potrzebowała chyba jednak jakiegoś upewnienia- Nie żyje? - szepnęła do Ennis, ta kiwnęła głową.
- Nie żyje - odpowiedziała dość machinalnie. "I kogo to wina?" usłyszała przy uchu, nie reagowała jednak. Kocica spojrzała po niej niepewnie, na jej twarzy zaczął się malować żal. Zoja zawsze starała się być taka urocza… Ennis spojrzała tylko na szybko, na opatrunek Teny, na Ernesta. Miała wyjątkowo pusty wzrok. Sama też nic nie powiedziała, po prostu się odwróciła na pięcie.
- Pójdę po Nabie, trzeba się zmyć - oznajmiła, kierując się w stronę namiotu. Ten jednak się rozchylił, a w wejściu stała sama Nabia, łzy płynęły jej po twarzy, była załamana, ale i wyraźnie wściekła.
- Tyle masz do powiedzenia?! - warknęła. - “Trzeba się zmyć”?! - dodała, patrząc na Ennis wściekle. Białowłosa przystanęła i spojrzała po niej.
- Znała ryzyko - odpowiedziała, za co zarobiła w twarz tak, że aż się jej lekko głowa przekręciła. Przywróciła głowę na poprzednie miejsce i skrzyżowała wzrok z Nabią. - Zrób to jeszcze raz, a skończysz jak Ruda - ostrzegła. Nabia dopadła do niej i złapała za poły koszuli, a przynajmniej próbowała, bo Ennis złapała jej nadgarstki.
- Możesz mnie od razu zabić! Od razu! Ona to wszystko dla Ciebie! Wierzyła w Ciebie! W Piranie wierzyła! - wydzierała się.
- I zobacz jak skończyła! - odpowiedziała Ennis, a Nabia zapowietrzyła się w swoim płaczu. Zaczęła powoli opadać na kolana. - Musimy iść… Ktoś może zaraz przyjść - poinformowała En.
- Ja jej tutaj nie zostawię… Nie zostawię… - szeptała Nabia. Ennis uniosła oczy do nieba. Tak… Właśnie tak kończyły się relacje i przywiązanie… Idiotycznymi pomysłami. Mieli targać trupa? Białowłosa puściła nadgarstki Nabii.
- Tena jest ranna, nie ma czasu, zwłoki nas spowolnią - oznajmiła.
- Zwłoki… tym dla Ciebie była…
- Ja pierdolę, Nabia! - wstrząsnęła nią. - Umarła! Nie będziesz nosić jej trupa! … - poszukała w pamięci jakiegoś dobrego pierdololo co by pasowało do sytuacji. - Musisz żyć… co by… Ona by chciała żebyś żyła, więc rusz dupę! - rzuciła. Nabia podniosła zapłakane spojrzenie na Ennis.
- Chociaż symbolicznie, do rzeki, spuścić z jej biegiem… Ennis… Proszę… - szepnęła. Ernest przyglądał się wszystkiemu ze stoickim spokojem, chociaż w środku czuł, że muszą się stąd zabrać jak najszybciej. - Widziałam co potrafisz… - kontynuowała, podciągając nosem. Widok jej w takim stanie tylko upewniał Ennis w przekonaniu, że relacje potrafiły zniszczyć wszystko. Gdzie podziała się ta stoicka, mądra i elokwentna Nabia? - Widziałam, władasz wodą, widziałam… - szeptała dalej. No, chociaż spostrzegawczość jej w tym wszystkim została. - Wiedziałam, że jest coś więcej, błagam… - prosiła. To było po prostu niedorzeczne. Miała zmienić bieg rzeki by zabrał trupa z namiotu, czy o co jej teraz chodziło?! Ennis złapała Nabie za ramię i szarpnęła w górę.
- Idziemy - poleciła. Ton jej głosu jasno świadczył o tym, że to nie podlega dyskusji. Nabia z kolei jakby się dostosowała, zrezygnowana i przybita pozwoliła się podnieść i podprowadzić do reszty. Zachowywała się trochę jakby była nieobecna. Tena posłała jej pokrzepiające spojrzenie, ujęła jej dłoń, nie wywołało to co prawda jakiejś wielkiej reakcji, ale byli już w czwórkę.
- Raz, dwa, zwijamy się… Kierunek, Ardea… - oznajmiła En, dalej prowadząc Nabię. Ranna nie była, ale miała wrażenie, że puszczenie jej sprawi, że ta się rozleje po ziemi. Mimo wszystko zrobiła to, gdy schylała się po kuszę Ernesta, całe szczęście Nabia ustała na nogach, chwiejnie, ale ustała. Zaraz po tym pociągnęła ją dalej.
- Nie tego się spodziewałam… - przyznała, gdy zeszła się na nowo z Ernestem. Jasne, ogon był brany pod uwagę, ale tu wyglądało jakby ta trójka była solidnie przesłuchiwana. Uma naprawdę była aż tak głupia, myśląc, że dziewczyny mają jakieś stosowne informacje? Kilka miały… Czy coś powiedziały? Czy komuś udało się połączyć odpowiednie kropki i dojść do wniosku, że te laski od dawna z nią współpracują? Obserwowała uważnie to co działo się w obozie, czuła pewną dozę irytacji, w sumie to nie wiedziała co dokładnie czuje.
— A czego się spodziewałaś? — zapytał. Sam spodziewał się podobnego obrazka. Nie brał ich za zawodowców, więc tak myślał, że coś odwalą. Ennis zgrzytnęła lekko zębami. Nie lubiła tego rodzaju niepewności.
- Nie tego… - odparła jedynie.
— Mamy granat usypiający, możemy go odpalić, założyć maski, wybić ich i zabrać kobiety. Ockną się po kilkunastu minutach — zaproponował. Białowłosa spojrzała na Ernesta jak na idiotę.
- Granat? W lesie? Środek usypiający rozproszony na świeżym powietrzu jest nie do skontrolowania, wystarczy zmiana wiatru i dostaniemy rykoszetem… - mimo wszystko irytacja nie przysłania jej myślenia. - To sprawdza się w pomieszczeniach… - przypomniała mu i spojrzała na namiot. To był jakiś pomysł, wrzucić granat do namiotu. Już chciała coś powiedzieć, ale wtedy wejście do namiotu się poruszyło, jeden z Polszan wyszedł na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Ennis poczuła krew, bardzo dużo krwi… Krwi Zoji…
- Pierdolona… Uparta, nic nie gada… - padło i zahuczało w uszach białowłosej. Nawet nie wiedziała kiedy, ale wyrwała się do przodu, z impetem ruszając wprost na obóz. Złapała za swój teleskopowy kij, obierając sobie za cel konkretnie namiot.
- Teraz! - krzyknęła chwilę przed pojawieniem się na widoku zebranych. Dziewczyny na jej widok drastycznie zmieniły wyrazy twarzy. Nabia pierwsze co to przywaliła z główki swojemu oprawcy, a że czaszkę miała naprawdę solidną, to ten wyraźnie poczuł to uderzenie. Tena z kolei z zbitej kotki wystrzeliła na proste nogi, by doskoczyć do napaleńca i zapleść mu łańcuch na szyi, gdy ten rzucał swoje sprośne komentarze do kolegów, o tym jak ostro będzie ją brał. Duch Ernesta sam zaczął domagać się dojścia do władzy, kiedy tylko Ennis poleciała do walki. Mężczyzna wywrócił mentalnie oczami, bo profesjonalizm właśnie poszedł się jebać w odstawkę. Oddał większość kontroli nad ciałem, przymykając na chwilę oczy. Wziął wdech, wydech, a kiedy tylko na nowo wróciła mu wizja na jego twarzy gościł szeroki, zadowolony uśmiech. Chwycił po krótki sztylet, poprawił na nim chwyt, odblokował kuszę i począł się skradać, trzymając się jak największej ciemności. Zabójca nie miał zamiaru się ujawniać od razu w tym chaosie. Polszanie zaczęli reagować w różny sposób, zajęli się więźniarkami, część poleciała na Ennis, a on w tym czasie wycelował do jednego z nich, który sięgał po broń. Strzelił. Bełt wbił się w otwartą przestrzeń przy łączeniu czaszki i szyi, gdy ten był lekko pochylony w trakcie wyciągania miecza i cięcia w zakutą kobietę. Przesunął się szybkimi krokami dalej w cieniu. Wyskoczył za mężczyznę, który zdecydowanie wypił i zjadł za dużo tego wieczoru - poruszał się zbyt mozolnie. Zręcznym ruchem poderżnął mu gardło, a potem zasłonił się jego ciałem, idąc do przodu. Kuszą celował w kolejnego. Nie nie mówił. Skupił całą swoją uwagę na pozbyciu się Polszan. Martwe ciało ustabilizował sobie, łapiąc pod pachą martwego mężczyznę, zarzucił go sobie na ramię, złapał za plecy wolną dłonią, a raczej wbił sztylet, co by nie tracić go z ręki. Polszanie wyglądali na nieco zaskoczonych zaistniałą sytuacją, jednak zostali ostrzeżeni, że może dojść do ataku, a co za tym idzie, mieli wyznaczonego człowieka, gotowego ruszyć w takiej chwili na koniu, by poinformować o zajściu. Jeden z mężczyzn praktycznie od razu ruszył ku wierzchowcom, co by dopaść zwierza i wydostać się z obozu cało. Ernestowi nie umknął Polszanin pędzący ku koniom. Uśmiechnął się szerzej. W tym momencie załadowany był już kolejny bełt. Wycelował, kiedy ten galopował poza obóz. Bełt poleciał za nim, a w mroku dało się dostrzec jak koń dalej pędził, uciekinier jednak został trafiony. Przechylił się, zahaczając stopą o strzemię. Martwe ciało sunęło się po ziemi, aż w końcu na niej zostało. Ennis w tym czasie skrzyżowała swoją broń z dwójką Polszan, Nabia i Tena po znokautowaniu przeciwników starały się odeprzeć ataki, używając do tego kajdan i łańcuchów, do których były przykute. Jeden z Polszan został w namiocie, a cała reszta ruszyła do walki. Nie było ich już zbyt wielu. Trzech dość szybko zostało wyeliminowanych, jeden właśnie uciekał, jeden był w namiocie, pozostało czterech. Dwóch przy En i po jednym dla Teny i Nabii. Białowłosa skupiła się na starciu, na jej twarzy malował się specyficzny uśmiech, wirowała między mężczyznami. Jednemu udało się wymierzyć cios w żuchwę, przez co zamroczyła go na chwilę, drugiego wyeliminowała, gdy poczuł się nazbyt pewnie z końcówką kija przyłożoną do torsu. Biedak nie zdawał sobie sprawy, że broń posiada wysuwany kolec, którym zaraz został przebity. Pan Mroczek, po otrząśnięciu się, stanowił nieco większe wyzwanie niż jego poprzednik. Ennis jednak miała cel, cel który przyćmiewał nieco umysł. Nie mogła przecież pozwolić by Acair tak skończył… W tym wszystkim nie chodziło wcale o Zoje, nie o nią. Dziewczyna była tylko symbolem, w głowie Ennis za bardzo przypominała Acaira i nie powinna zginąć. Spieszno jej było do namiotu, więc wykorzystała pierwsze lepsze odsłonięcie, by dobyć w drugą rękę swój krótki miecz i śmiertelnie zranić przeciwnika. Tene i Nabie zostawiła same sobie, jako tako sobie radziły z obroną, chociaż Tena chyba była ranna, En poczuła jej krew, jednak nie dość dużo by jakkolwiek jej to zagrażało. Czarnowłosy szedł dalej przed siebie bez słowa. Chaos mu służył, ciężko było się połapać w krzykach, wszyscy próbowali coś zrobić, wystarczyło tylko zachować zimną krew, a problem zaraz będzie z głowy. Pozbył się swoich przeciwników z wprawą doświadczonego skrytobójcy. Następnie skierował się w stronę uwięzionych niebieskoskórych. Jedna z nich była ranna, ale waleczności nie można było im odmówić.
— Za Tobą! — krzyknął w ich stronę, co by rozproszyć nieco towarzystwo. Sam zbliżał się od skosu, ale wykorzystał sytuacje, aby rzucić zwłoki na jednego z nich, do drugiego wycelował z kuszy. Bełt przebił się przez zbroję, ale nie był to śmiertelny traf. Ernest w tym czasie doskoczył do niego. Rzucając kuszą na ziemię. Złapał za bełt, wyrwał go, w tym samym czasie, wbijając sztylet w głęboko w gałkę oczną. Następnie pirutem zjawił się przy kolejnym, siłował się z nim chwilę, aż w końcu wyrwany wcześniej bełt znalazł się w jego tchawicy. Zamknął na chwilę oczy, oddając władzę Ernestowi. Ten świadomy sytuacji szybko chwycił po wytrych, klnąc pod nosem, za swoją kuszę. Zaczął pracować przy zamkach na łańcuchach, aby uwolnić kobiety. En utorowała sobie w końcu drogę do namiotu, wpadła do niego, obryzgana krwią przeciwników. Jedyne co tam ujrzała, to jak Polszanin wyciąga głowę Zoji z misy z wodą. Jak ciska jej martwe, uduszone ciało na ziemię… i to spojrzenie. Głowa dziewczyny bezwładnie obróciła się w bok, Ennis miała wrażenie, że jej martwy wzrok jeszcze chwilę temu pełen był nadziei. Było w tym spojrzeniu jeszcze trochę ciepła, tego specyficznego ciepła, na jakie pozwalał sobie Aci, gdy na nią patrzył… i gdy akurat się nie awanturowali. Zabił go. Ten skurwiel go zabił. "Widzisz jak się kończy, gdy się Tobie zaufa?" usłyszała głos Zoji. Zupełnie jakby ta stała tuż przy uchu. Jej morderca wyraźnie był zadowolony, dobył jeszcze miecza, ale wtedy białowłosa podniosła dłoń, a woda z misy zmieniła drastycznie swoje położenie. Zamknęła się na głowie Polszanina, tworząc przy niej wielki bąbel. Mężczyzna nie miał pojęcia co się dzieje. Wypadł z namiotu, szamocząc się na boki i próbując zdjąć wodę z głowy. Ennis wyszła za nim, wyszła i z zimnym spojrzeniem po prostu obserwowała jak gnojek walczy, jak próbuje łapać tlen i jak coraz bardziej mu go ubywa. Patrzyła na to i chociaż zjeb konał, to na jej twarzy nie było wyrazu, z obojętnością obserwowała jak się dusi, jak walczy. Przekręciła lekko głowę. Czuła o wiele mniejszą satysfakcję nich zwykle w takiej chwili. Podążała za czołgającym się już Polszaninem. Tracił siły i coraz bardziej brakowało mu oddechu, aż w końcu padł, a na twarzy białowłosej zawitał ledwo widoczny uśmiech. Kącik ust drgnął w zadowoleniu. Dopiero wtedy podniosła wzrok, przywołała wodę z trupa do własnego ciała i rozejrzała się dookoła by rozeznać sytuację. Ernestowi udało się rozpracować zamki kajdanek.
- Dziękuję… - szepnęła Tena, wyraźnie zmęczona, kiedy Ernest już ją uwolnił, uśmiechnęła się do niego słabo i złapała za ranny bok. Nabia z kolei wydawała się nad wyraz spięta, kiwnęła głową na pomoc czarnowłosego, a kiedy tylko została uwolniona pobiegła do namiotu. Ernest spojrzał za biegnącą Nabią, ale nic nie powiedział. Zamiast tego wrócił do Teny. Sięgnął do swojego plecaka. Ech i tyle było z nowej, czystej koszuli. Była lniana, naciął ją, rozdarł.
— Nie przemęczaj się, zabandażuję ranę, potem to dokładniej obejrzymy — wyjaśnił. Nie mieli pewności, że nikt tutaj jeszcze nie przyjdzie, lepiej było się stąd szybko zabierać. Zaczął opatrywać kobietę. Przestrzeń przeciął krzyk rozpaczy Nabii. Miała bardzo bliską relację z Zoją, chwilami traktowały się jak matka z córką, a teraz… Jej martwe ciało leżało na ziemi. Ennis obejrzała się na namiot, gdy lizardka wydała swój szloch, spojrzała zaraz na Tenę i powoli ruszyła w stronę jej i Ernesta. Czarnowłosy był przyzwyczajony do krzyków przez więzienie, ale mimo wszystko drgnął. Ennis zdecydowanie nie spodziewała się takiej akcji. Kiedy skończył, pomógł kotowatej wstać, przenosząc wzrok na Heimerunkę. Nic nie mówił. Później weźmie kuszę do ręki, jak reszta pokaże, że jest bardziej spokojna i sam nie będzie zajęty ranną. Tena nie musiała pytać co się stało… krzyk przyjaciółki mówił wiele. Potrzebowała chyba jednak jakiegoś upewnienia- Nie żyje? - szepnęła do Ennis, ta kiwnęła głową.
- Nie żyje - odpowiedziała dość machinalnie. "I kogo to wina?" usłyszała przy uchu, nie reagowała jednak. Kocica spojrzała po niej niepewnie, na jej twarzy zaczął się malować żal. Zoja zawsze starała się być taka urocza… Ennis spojrzała tylko na szybko, na opatrunek Teny, na Ernesta. Miała wyjątkowo pusty wzrok. Sama też nic nie powiedziała, po prostu się odwróciła na pięcie.
- Pójdę po Nabie, trzeba się zmyć - oznajmiła, kierując się w stronę namiotu. Ten jednak się rozchylił, a w wejściu stała sama Nabia, łzy płynęły jej po twarzy, była załamana, ale i wyraźnie wściekła.
- Tyle masz do powiedzenia?! - warknęła. - “Trzeba się zmyć”?! - dodała, patrząc na Ennis wściekle. Białowłosa przystanęła i spojrzała po niej.
- Znała ryzyko - odpowiedziała, za co zarobiła w twarz tak, że aż się jej lekko głowa przekręciła. Przywróciła głowę na poprzednie miejsce i skrzyżowała wzrok z Nabią. - Zrób to jeszcze raz, a skończysz jak Ruda - ostrzegła. Nabia dopadła do niej i złapała za poły koszuli, a przynajmniej próbowała, bo Ennis złapała jej nadgarstki.
- Możesz mnie od razu zabić! Od razu! Ona to wszystko dla Ciebie! Wierzyła w Ciebie! W Piranie wierzyła! - wydzierała się.
- I zobacz jak skończyła! - odpowiedziała Ennis, a Nabia zapowietrzyła się w swoim płaczu. Zaczęła powoli opadać na kolana. - Musimy iść… Ktoś może zaraz przyjść - poinformowała En.
- Ja jej tutaj nie zostawię… Nie zostawię… - szeptała Nabia. Ennis uniosła oczy do nieba. Tak… Właśnie tak kończyły się relacje i przywiązanie… Idiotycznymi pomysłami. Mieli targać trupa? Białowłosa puściła nadgarstki Nabii.
- Tena jest ranna, nie ma czasu, zwłoki nas spowolnią - oznajmiła.
- Zwłoki… tym dla Ciebie była…
- Ja pierdolę, Nabia! - wstrząsnęła nią. - Umarła! Nie będziesz nosić jej trupa! … - poszukała w pamięci jakiegoś dobrego pierdololo co by pasowało do sytuacji. - Musisz żyć… co by… Ona by chciała żebyś żyła, więc rusz dupę! - rzuciła. Nabia podniosła zapłakane spojrzenie na Ennis.
- Chociaż symbolicznie, do rzeki, spuścić z jej biegiem… Ennis… Proszę… - szepnęła. Ernest przyglądał się wszystkiemu ze stoickim spokojem, chociaż w środku czuł, że muszą się stąd zabrać jak najszybciej. - Widziałam co potrafisz… - kontynuowała, podciągając nosem. Widok jej w takim stanie tylko upewniał Ennis w przekonaniu, że relacje potrafiły zniszczyć wszystko. Gdzie podziała się ta stoicka, mądra i elokwentna Nabia? - Widziałam, władasz wodą, widziałam… - szeptała dalej. No, chociaż spostrzegawczość jej w tym wszystkim została. - Wiedziałam, że jest coś więcej, błagam… - prosiła. To było po prostu niedorzeczne. Miała zmienić bieg rzeki by zabrał trupa z namiotu, czy o co jej teraz chodziło?! Ennis złapała Nabie za ramię i szarpnęła w górę.
- Idziemy - poleciła. Ton jej głosu jasno świadczył o tym, że to nie podlega dyskusji. Nabia z kolei jakby się dostosowała, zrezygnowana i przybita pozwoliła się podnieść i podprowadzić do reszty. Zachowywała się trochę jakby była nieobecna. Tena posłała jej pokrzepiające spojrzenie, ujęła jej dłoń, nie wywołało to co prawda jakiejś wielkiej reakcji, ale byli już w czwórkę.
- Raz, dwa, zwijamy się… Kierunek, Ardea… - oznajmiła En, dalej prowadząc Nabię. Ranna nie była, ale miała wrażenie, że puszczenie jej sprawi, że ta się rozleje po ziemi. Mimo wszystko zrobiła to, gdy schylała się po kuszę Ernesta, całe szczęście Nabia ustała na nogach, chwiejnie, ale ustała. Zaraz po tym pociągnęła ją dalej.
***
Droga minęła im w ciszy. Nikt się tu specjalnie nie wychylał. Przyszło im znaleźć schronienie w niewielkim przybytku. Tam gospodyni podjęła się zszycia Teny i dała im dwa wolne pokoje. Ennis odprowadziła Nabię do jednego, a potem towarzyszyła w szyciu kocicy, co by przy okazji pozyskać od niej stosowne informacje i trochę lepiej zrozumieć zaistniałą sytuację. Kiedy już uzyskała co chciała, zostawiła kotkę, by dokończono jej szycie. Sama z kolei udała się do pokoju, który zajmował Ernest. Prawdopodobnie i ona spędzi w nim noc, a nie specjalnie miała dziś ochotę na jeszcze więcej atrakcji. Ernest nie zaczepiał żadnej z kobiet. Zajął się raczej sprawami organizacyjnymi. Opłacił pokoje, zamówił jedzenie, które zostawił w obu izbach - każdy miał swoją porcję zupy rybnej i świeżego, dzisiejszego chleba - czego innego można by się spodziewać po miasteczku położonym przy morzu? Dla niego i tak wszystko było delicjami. Sam zdążył się jako tako przemyć, zjeść, aby na koniec zabrać się za pracę przy bełtach. Wkładał w nie ostrożnie kwasowe probówki. Obok miał wyjęty schemat ubrania dla Ennis, tego który obiecał już dużo wcześniej. Zdążył tam dopisać kilka poprawek po tym co dzisiaj zobaczył. Białowłosa weszła do środka, spojrzała na czarnowłosego i widząc jak znowu coś grzebie w zabawkach, ruszyła w stronę pryczy, by po prostu się na niej rozłożyć. W milczeniu obserwowała sufit. Nie przerywał pracy, gdy kobieta weszła do pokoju. Czekał aż sama zwyczajowo go zaczepi, ale to się nie stało. Nie czuł się z tym swojsko. Zdążył przywyknąć, że to robi. To był znak, że jest u niej dobrze. Przerwał w końcu pracę, odłożył bełt, po czym spojrzał na niebieskołuską.
— Chcesz milczeć? — zapytał spokojnie. Ennis jeszcze chwilę patrzyła w sufit, w końcu jednak odwróciła głowę w stronę Ernesta i spięła mięśnie brzucha, co by podnieść się od pasa w górę i oprzeć dłonie za pośladkami.
- Mała zmiana planów - odpowiedziała. - Nie idziemy do Argaru… - zaczęła, po czym spojrzała za okno. - Jeden z ich gończych psów wybierał się do Ardei. Jutro go namierzę i oddam dziewczyny, a my możemy ruszać dalej - dodała. Brunet oglądał spokojnie kobietę, słuchając co ma do powiedzenia. Z jednej strony było mu to na rękę, szybciej zajmą się swoimi problemami. Z drugiej coś mu nie pasowało.
— Ufasz temu psu? — zapytał, chwytając bełt do ręki, zerknął na niego pobieżnie, ale zaraz wrócił spojrzeniem na białowłosą.
- Nikomu nie ufam - spojrzała na Ernesta. - Ale będzie miał wybór, zabiera je, sprawdza po swojemu przed wpuszczeniem do Argaru i korzysta z ich umiejętności lub nie korzysta, nie zabiera, a one zostają i robią co chcą - oznajmiła i zerknęła na jego przybory. - Wątpię, że je zabije. Nie są jak ja, mnie by zabił, one są inne. Nie będą go tak irytować, a na pewno w wojnie się im przydadzą - rzuciła. Ernest odłożył bełt, zastanawiając się chwilę nad słowami kobiety. Nie spuszczał jej z oczu. Nie było w nim podejrzliwości. Studiował jej mimikę, to jak się zachowuje. Nie wierzył, aby to wydarzenie w żaden sposób na nią nie wpłynęło. Zdecydowanie była przybita na swój sposób. Tak mu się przynajmniej wydawało.
— A co będą chciały zrobić? Skoro Pies nie lubi Ciebie, można założyć najgorsze. Słyszałem po Argarze, że często przypływa tam piratka, głośna, jej statek nazywa się Pirania, same kobiety. Myślę, że mogłaby je zabrać w inne, bezpieczne miejsce. Jeśli mają przydatne informacje z pewnością kartel Złotego Kła chętnie by je przyjął. Nienawidzą Polszan, Perun spalił Slavit, a oni sporo zarabiali z walk w tamtejszym kasynie. Wynagradzają każde informacje, które mogą wykorzystać żeby zajść ludziom za skórę. O ile nie jest się człowiekiem, mnie łaskawie nie zabili, ale one nie są ludźmi. Zawsze to jakaś alternatywa — wyjaśnił, patrząc jak zareaguje na te informacje. Gdyby strzygła uchem, to pewnie by to zrobiła, ale nie strzygła, chociaż zakodowała sobie w pamięci informacje o piratce i Pirani. Nie patrzyła na Ernesta, ale wyraźnie się zastanawiała nad jego słowami.
- Zobaczymy. Wiele można o mnie powiedzieć, ale słowa dotrzymuję. Mam z Argarczykami układ, te dziewczyny mają być u nich bezpieczne w zamian za przydatne usługi. Jeżeli Pies mnie oszuka, to już ja o to zadbam by Mathyr dowiedziało się o Radzie Argaru jak najwięcej smaczków. Jeżeli ich nie będzie chciał… To puszczę je wolno i same zdecydują. Kartel Złotego Kła to raczej mało zaufane miejsce, Argar chociaż sprawdziłam, więc mimo wszystko plasuje się na przedzie - oznajmiła prosto. Ernest uśmiechnął się nikle.
— Nie chodziło o Ciebie. Sam miałbym problem zaufać Argarczykom na Twoim miejscu, więc proponuję alternatywę. Kartel Złotego Kła to organizacja, o której można powiedzieć dużo złego. Nienawidzą Polszan, stąd moja propozycja. Mogą dość ciepło przyjąć Nabię i Tenę, nie namawiam też do niczego, to nie moja decyzja — wyjaśnił. — Szkoda by było, żeby coś im się stało po tym, jak udało nam się uratować dwójkę z nich — dodał, żeby nie pomyślała, że sugeruje, że troszczy się o nie. Tyle gadała o tym, że jest tylko na chwilę - wolał jej teraz nie drażnić i nie naciskać za bardzo. Ennis wzruszyła ramionami, podniosła się z pryczy, wyminęła czarnowłosego i pochyliła się nad tymi wszystkimi jego sprzętami.
- Jak nie chodzi o mnie, to z nimi rozmawiaj. Wiąże nas układ, nie są moją własnością. Wiedzą co im grozi za złamanie układu, mogą same zdecydować co wolą - rzuciła dość obojętnie. Dla niej aktualnie dziewczyny już zrobiły swoje, nie były potrzebne, jedyne co zostało to wywiązać się z własnej części umowy. Brunet przytaknął na słowa odnośnie dwóch pozostałych kobiet. Nie omieszka im o tym wspomnieć, gdy nadarzy się okazja. Nie miał jednak zamiaru od razu pędzić z tą informacją. Skupił wzrok na Ennis, która dalej oglądała jego dzieła.
— Aplikuję kwas w bełty. Może się przydać na Nieumarłych. Zwykłe sposoby są mało skuteczne w pozbywaniu się ich. Kwas powinien przetopić się przez pancerz, iść do serca i sparaliżować w trakcie z bólu. Albo otworzyć coś czego nie da rady ogarnąć wytrych — wyjaśnił, zmieniając temat. Pokazał jej w tym czasie miksturę, której używał. Była zabezpieczona w specjalnym pojemniku wykonanym z tego samego materiału co elementy trzymające kwas w bełcie. Spojrzała po Erneście uważniej, gdy wspomniał o nieumarłych.
- Jak dla mnie przebicie serca brzmi dość zwykle, a sprawdza się jak nic - zauważyła po czym wróciła spojrzeniem do zabawek. Złapała jeden z bełtów, by lepiej go obejrzeć. - Chyba nie bardzo rozumiem… Bełt ma kwas, który przetopi zbroję… ale zrobi to na tyle szybko by ten sam bełt wbił się w serce? Bełty z zasady nie służą po to by przebić się przez zbroję? - zapytała, przenosząc spojrzenie do oczu Ernesta. Patrzyła na niego wyczekująco. Zerknęła zaraz na fiolkę, którą jej pokazywał, odłożyła bełt i wzięła ją w palce. Ernest pokręcił głową na słowa odnośnie bełtów. Wziął jeden z nich do ręki ponownie i zaczął go przekładać między palcami, a potem zaczął wszystko Ennis tłumaczyć. Kiedy już to zrobił, przeszedł ręką do schematów projektowanych dla niej ubrań. — Widziałem też trochę jak walczysz, uznałem, że dobrze by było dodać specjalną kaburę na kij teleskopowy, myślałem też, żeby go zmniejszyć, podzielić, aby się rozkładał i blokował. Nie myślałaś, żeby nosić też ze sobą bukłak z wodą? — zagaił dalej, wracając do niej spojrzeniem. Przelała płyn z prawej strony do lewej, a kiedy pokazał jej schematy ubrań, ulokowała w nich wzrok. Jej kącik ust drgnął lekko. Wyglądało to całkiem nieźle. Słuchała co mówił, od czasu do czasu zerkając na jego twarz, potem wracała do rysunków i znowu na niego.
- Pomysł z kijem mi się podoba - oznajmiła po czym uniosła lekko brew. - A na jakie licho mi bukłak z wodą? - zapytała i wystawiła lekko dłoń w jego stronę, sprawiła, że woda z jej własnego ciała zebrała się między palcami i zaczęła opływać nieregularnymi strumykami jej rękę. - Woda jest praktycznie wszędzie, jak zechcę to wyciągnę ją z Ciebie i zostawię tu suszoną rodzynkę. Nie widzę sensu targać za sobą dodatkowych ciężarów - stwierdziła. Mężczyzna z zainteresowaniem oglądał jak ta zbiera wodę z ciała. Czyli była doświadczona w posługiwaniu się swoim kryształem. Przytaknął na jej słowa, uśmiechając się nieco szerzej.
— Pytałem, bo nie wiedziałem jak dobrze korzystasz ze swoich zdolności — odparł spokojnie. Zabrała dłoń i przestała się nią bawić.
- Nie dość dobrze, muszę jeszcze sporo poćwiczyć, ale pobór wody nie stanowi problemu. Moje ciało magazynuje wilgoć z powietrza, jedynie gdy potrzebuję wody w nadmiarze lub w suchym klimacie, wtedy pojawia się jakiś problem. Tak czy siak bukłak odpada - wyjaśniła.
— Swoją drogą... gdybyś chciała zrobić ze mnie suszoną rodzynkę już byś to zrobiła, a ja, zaufaj mi, zdaje sobie sprawę z tego jak ryzykowne jest Twoje towarzystwo od dłuższego czasu, ale jeszcze mnie nie zabiłaś. Liczę, że zostanę w Twoich łaskach — usiadł wygodniej na krześle. En spojrzała po jego twarzy.
- To nie była groźba, a stwierdzenie faktu - poprawiła go. Aktualnie nie potrzebowała zapewnień co do tego, że jest groźna. Temat pozostawania w łasce zostawiła bez komentarza. Ernest odłożył bełt, po czym wziął węgiel do pisania oraz schemat kija teleskopowego. Ennis usiadła na krześle obok, gdy zaczął kreślić coś przy schemacie kija.
— Musiałbym zrobić nowy, Twojego aktualnego nie przerobię, nie ten materiał. Kupcy z Lerodas dalej są tutaj z Terry i Oclarii też, powinienem dostać u nich materiały na zrobienie tego kija. Byłby podzielony w tych miejscach — wskazał jej na schemacie — Wyciągasz go, jednym ruchem rozkładasz, a drugim zakładasz blokadę, blokada jest w miejscu, gdzie trzymasz kij. Biorąc pod uwagę, że myślę o twarodrzewie byłby lżejszy i łatwiej byłoby go nosić, nikt by też nie wiedział, że nosisz go przy sobie. Chciałbym też do tego zmodyfikować Twój pas z sakwami, który Ci zrobiłem, raczej bez sensu robić nowy, skoro ten już się sprawdza dość dobrze. Potrzebuje jedynie bardziej personalnych ulepszeń — wyjaśnił. Słuchała i obserwowała miejsca, które wskazywał. Miała już okazję poznać fach, który miał w ręce, oparła się o oparcie krzesła i kiwnęła głową.
- Nie masz w zwyczaju robić fuszerki, więc mi odpowiada - nie miała nic do dodania w tym jego pomyśle. Spojrzała na swój kij i zaczęła rozpinać pas. Położyła go na stole i wstała z miejsca. Przeszła się po pokoju, po czym przystanęła przy oknie i spojrzała za nie. - Działaj więc… - rzuciła, obejrzała się na czarnowłosego i znowu ruszyła w stronę pryczy. Po drodze zdjęła z siebie ciuchy, miała dziś wrażenie, że zrzucając je, zrzuca też wydarzenia z dnia. Walnęła się na łóżku. - Jak Cię najdzie, to możesz pytać o te personalne ulepszenia… Wywiązałeś się z umowy, więc pytaj o co tam chcesz… - dodała, z przymkniętymi powiekami. Ułożyła też kostkę jednej nogi na kolanie drugiej i lekko machała stopą w powietrzu. Dłonie z kolei ulokowała za głową, szeroko rozkładając przy uszach ramiona.
— Dlaczego Helga Cię szkoliła? I skoro przekazała tyle potrzebnej wiedzy, czemu się Ciebie pozbyła? Nie wolałaby mieć kompetentnej osoby przy sobie? — padły dwa pierwsze pytania, a on zaczął majsterkować dalej.
- Bo tego chciałam i miałam dla niej kuszącą ofertę - odparła i uniosła kącik ust przy drugim pytaniu. - Bo to napuszona pizda, plus dla niej nie jestem zbyt kompetentna, mogłabym jej narobić sporo problemów. Takie jak ona lubią mieć czyste rączki. Do współpracy szuka tępych paziów, którzy pokornie wykonają każde polecenie. Nie kogoś kto ma własne ambicje i mógłby jej wejść w paradę - oznajmiła, dalej machając lekko stopą. Wysłuchał jej odpowiedzi. Zanotował sobie to w głowie.
— Chcesz się na niej zemścić z czystej złośliwości? — padło kolejne pytanie. Nie przerywał przy tym majsterkowania, chciał skończyć to co zaczął.
- Zabiła mnie, nie jestem pewna czy to tylko czysta złośliwość, ale jak dla mnie może być. Wylądowała na mojej czarnej liście, dla mnie to wystarczający powód by uprzykrzyć jej życie, by zabić. Zobaczymy co ostatecznie z tego wyjdzie - odpowiedziała dość obojętnym tonem. Kolejna odpowiedź… tak mówiła już, że Helga ją zabiła. A jednak żyje, niesamowicie interesujące.
— Jak przeżyłaś, skoro Cię zabiła? — zapytał. Nawet on był ciekaw jak jej się to udało. Nie sądził, aby znalazł się ktoś, kto nie byłby tego ciekaw.
- Zrobiła to nieudolnie - odparła jedynie w temacie własnej śmierci. Nie skłamała, ale nie wdawała się też w szczegóły. Aktualnie nie widziała korzyści w tym by ktokolwiek wiedział kim tak naprawdę jest.
— Gdzie nauczyłaś się walczyć, skoro byłaś prostytutką. Nie obraź się, ale to co wyrabiasz z innymi to nie są umiejętności przekazywane do zaspokajania zwykłego klienta — przy tym pytaniu uśmiechnął się już bardziej zaczepnie. Milczała chwilę, zaraz jednak odwróciła głowę w stronę Ernesta i skrzyżowała z nim spojrzenie.
- Prostytutka to tylko przykrywka. Element szkolenia, które miało mnie nauczyć, że tak czy siak jestem tylko kawałkiem ścierwa. Zadbano bym dobrze odgrywała tą rolę, ale przede wszystkim zadbano o to bym umiała dobrze zabijać - odpowiedziała, dalej bez większego wyrazu na twarzy. - A gdzie… Hm… W Heim - dodała. Skończył ostatecznie przy bełtach. Schował wszystko na odpowiednie miejsca w jego plecaku i kaburze, a następnie przestawił krzesło, żeby być przodem do niej. Ułożył się wygodniej.
— Czyli od małego uczono Cię na zabójczynię i szpiega, tak? — zapytał. Nie spuszczał wzroku z En. Wiedział, że czerpie przyjemność z zabijania. Za często o tym mówiła z tym z tym swoim specyficznym zadowoleniem oraz fascynacją. Dalej leżała na plecach, z głową skierowaną w stronę Ernesta.
- Uczono mnie dawać się wykorzystywać. Miałam wykonywać polecenia na pstryknięcie palca. Zabić, uwodzić, śledzić, przelecieć, zachęcić do współpracy z kimś, zniechęcić… zwabić tu czy tam - wróciła do patrzenia w sufit i wzruszyła ramionami.
— Kontakty, powiązania, o których możesz powiedzieć? — rzucił. Tutaj zastanawiał się bardziej czy w ogóle odpowie. Pokręciła głową.
- Mam ich sporo, ale nie zdradzam na zaś. Jak będzie potrzeba to może uchylę rąbek tajemnicy - jeszcze tego brakowało by zdradzać od tak swoje kontakty.
— Zakładam, że się z tego wyrwałaś i działasz przede wszystkim dla siebie. Inaczej nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji — zauważył oczywistość. En uniosła kącik ust, wstała do siadu, założyła nogę na nogę i spojrzała po Erneście uważnie, dalej jednak bez większego wyrazu na twarzy.
- Pewny jesteś? Może jestem psem Peruna i wabię Cię w stosowne miejsce o stosownym czasie? - rzuciła. Zaśmiał się, pokręcił głową, uśmiechając się do niej wyraźnie rozbawiony.
— Czas pokaże, jeśli nim jesteś czeka nas interesująca sprzeczka na śmierć i życie. A jesteś jego psem? Kazał Ci mnie zabić, czy wykorzystać do jakiejś brudnej roboty? Planuje zerwać sojusz ze swoją Helgusią? Wróciło mu obrzydzenie do innych? — zalał ją falą pytań, patrząc z przekorą w oczach. Wiedział, że nie działa dla króla Polszan. Znając tego szczura całkiem inaczej wykorzystałby umiejętności Ennis. To był jednak dobry żart. Ennis uśmiechnęła się ledwo widocznie na sekundę, a potem położyła dłonie przy swoich biodrach i znowu delikatnie zaczęła huśtać stopą, patrząc uważnie po Ernim. No proszę jaki rozbawiony. Udała, że zaklucza usta, dalej bacznie go obserwując. Nie udzieliła odpowiedzi na ani jedno z tych pytań. Dalej nie wierzył w te żarty o pracowaniu dla Peruna. Nie wierzył, ale gdyby jednak okazały się prawdziwe… to nie tak, że nie posiadał żadnego zabezpieczenia.
— Był ktoś komu naprawdę ufałaś?
- Tak - ufność ta jednak nie skończyła się dla niej dobrze, była głupia, naiwna… bezpodstawna.
— Zakochałaś się? Uczucia przyćmiły rzeczywistość? — zainteresował się. Nie sądził, że mogła zrobić coś tak nierozważnego - jakby szalona nie była, uważał, że ma sporo zdrowego rozsądku.
- Nie wiem co to znaczy - odpowiedziała. - Przyćmiła... Raczej genetyka… Rodzimy się z durną ufnością, że Ci, którzy nas powołali na świat są dobrzy - odparła. Wątpiła by musiała cokolwiek jaśniej mówić, by zrozumiał. Głupi nie był. Zakochanie nie wchodziło w grę, nie znała miłości, nawet matczynej, a ta podobno jest podstawą do budowania relacji opartych na uczuciach. Ernest nie miał pojęcia kto go powołał na świat, pierwsze wspomnienia to pomieszczenie, do którego przychodziła mamka, nauczycielka, którzy wpajali im podstawowe informacje o funkcjonowaniu, żeby ktoś chciał ich kupić. Być może miał szczęście dzięki temu. Nie miał żadnych klapek na oczach, które by trzeba było zdjąć.
— Gdybyś miała wybór zacząć życie od nowa, chciałabyś żeby potoczyło się inaczej? — zapytał. Widziała, że jej odpowiedzi sprawiają iż w głowie Ernesta też coś się dzieje, nie wnikała jednak co. W pewnych kwestiach zdążyła już zauważyć, że mogli mieć podobne życiowe doświadczenia. Spodziewała się wielu pytań, ale to nad wyraz filozoficzne sprawiło, że uniosła lekko brew.
- Mam wybór. Zaczęłam od nowa. Może i przy tym nie odmłodniałam, ale nie, nie chciałabym. Za bardzo mi się podoba tu, gdzie aktualnie jestem. Głupio by było chcieć to tracić - odpowiedziała. - Mam jeszcze sporo ambitnych planów i celów do zrealizowania… - dodała sama od siebie. Uśmiechnął się zaciekawiony, rozkładając się wygodniej na krześle.
— Chcesz znać się na wszystkim? Każda dziedzina? Na czym się znasz, na czym się nie znasz? — zapytał dla przedłużenia rozmowy. Przekręciła lekko głowę na bok, dalej go obserwując.
- Nie, nie na wszystkim. Na tym co mi się w życiu przyda. Nie muszę tworzyć skomplikowanych wynalazków, z Twojej dziedziny w zupełności starczy mi wiedza do stworzenia jednej zabawki. Przynajmniej na razie. Kto wie, może z czasem ambicja mi skoczy i zechcę Cię przerosnąć - uniosła kącik ust. W kwestii pytania na czym się zna, zaczęła wędrować oczyma po pomieszczeniu. Musiała się zastanowić. Wypuściła po chwili głośniej powietrze.
- Na tym jak przeżyć, jak zabić, jak zaleczyć podstawowe rany… Nie wiem czy jest coś w czym jestem nad wyraz dobra. Może seks, może knucie. Nie mam… jak to mówią… swojego konika - wzruszyła ramionami. - Zawsze miałam być plastyczna, zdolna do dostosowywania się. Biorę co potrzebuję i idę dalej. Nie dążę do miana ekspertki w czymkolwiek - oznajmiła.
— Skromna coś jesteś. Tylko seks i knucie? — zacmokał. — Uważasz szczerze, że przy niczym innym nie jesteś nad wyraz dobra? Nie uważasz się za nad wyraz dobrą zabójczynię?
- Zabijanie podciągam pod knucie. Zabijam równie dobrze co walczę o życie. Umiem po prostu dobrze kombinować, wykorzystywać to co się akurat napatoczy. Nie ważne, czy do zabijania, czy do czegoś innego - odbiła się pośladkami od stolika, ale tylko po to by znowu stanąć plecami do Ernesta. Wróciła do oglądania bełtów.
- Uważam się za mistrzynię przetrwania, ogólnie, ale prawdziwie - podsumowała. W rozmowie padło jeszcze kilka pytań, mniej lub bardziej ogólnych wypowiedzi i ustaleń co do ubrań. W końcu jednak En dopadła do swojego tobołka, by wypakować z niego suknię z Fiery, bransoletkę od Orianny oraz zawieszkę od Emmy. Suknię i bransoletę spakowała do paczki, wykorzystując do jej stworzenia płaty skór od Ernesta. - Jakieś jeszcze ostatnie pytanie na dziś? Bo wybieram się na ognisko, ale nie, nie jesteś zaproszony - rzuciła.
— Nie będę Ci czasu zajmować już jak masz plany, pobawię się ze sobą w ciszy — odparł jeszcze na sam koniec, zaczynając kredą kreślić na kawałku brązowej, garbowanej skóry linie do wycięcia. Ennis kiwnęła głową, skoro miał już materiał i mógł działać, to nie miała nic przeciwko by działał.
- Swoją drogą… - tu obejrzała się na Ernesta - … jak na kogoś kto kreuje się na tak interesownego i pragmatycznego, zadajesz dziwne pytania - podsumowała i wyszła.
— Chcesz milczeć? — zapytał spokojnie. Ennis jeszcze chwilę patrzyła w sufit, w końcu jednak odwróciła głowę w stronę Ernesta i spięła mięśnie brzucha, co by podnieść się od pasa w górę i oprzeć dłonie za pośladkami.
- Mała zmiana planów - odpowiedziała. - Nie idziemy do Argaru… - zaczęła, po czym spojrzała za okno. - Jeden z ich gończych psów wybierał się do Ardei. Jutro go namierzę i oddam dziewczyny, a my możemy ruszać dalej - dodała. Brunet oglądał spokojnie kobietę, słuchając co ma do powiedzenia. Z jednej strony było mu to na rękę, szybciej zajmą się swoimi problemami. Z drugiej coś mu nie pasowało.
— Ufasz temu psu? — zapytał, chwytając bełt do ręki, zerknął na niego pobieżnie, ale zaraz wrócił spojrzeniem na białowłosą.
- Nikomu nie ufam - spojrzała na Ernesta. - Ale będzie miał wybór, zabiera je, sprawdza po swojemu przed wpuszczeniem do Argaru i korzysta z ich umiejętności lub nie korzysta, nie zabiera, a one zostają i robią co chcą - oznajmiła i zerknęła na jego przybory. - Wątpię, że je zabije. Nie są jak ja, mnie by zabił, one są inne. Nie będą go tak irytować, a na pewno w wojnie się im przydadzą - rzuciła. Ernest odłożył bełt, zastanawiając się chwilę nad słowami kobiety. Nie spuszczał jej z oczu. Nie było w nim podejrzliwości. Studiował jej mimikę, to jak się zachowuje. Nie wierzył, aby to wydarzenie w żaden sposób na nią nie wpłynęło. Zdecydowanie była przybita na swój sposób. Tak mu się przynajmniej wydawało.
— A co będą chciały zrobić? Skoro Pies nie lubi Ciebie, można założyć najgorsze. Słyszałem po Argarze, że często przypływa tam piratka, głośna, jej statek nazywa się Pirania, same kobiety. Myślę, że mogłaby je zabrać w inne, bezpieczne miejsce. Jeśli mają przydatne informacje z pewnością kartel Złotego Kła chętnie by je przyjął. Nienawidzą Polszan, Perun spalił Slavit, a oni sporo zarabiali z walk w tamtejszym kasynie. Wynagradzają każde informacje, które mogą wykorzystać żeby zajść ludziom za skórę. O ile nie jest się człowiekiem, mnie łaskawie nie zabili, ale one nie są ludźmi. Zawsze to jakaś alternatywa — wyjaśnił, patrząc jak zareaguje na te informacje. Gdyby strzygła uchem, to pewnie by to zrobiła, ale nie strzygła, chociaż zakodowała sobie w pamięci informacje o piratce i Pirani. Nie patrzyła na Ernesta, ale wyraźnie się zastanawiała nad jego słowami.
- Zobaczymy. Wiele można o mnie powiedzieć, ale słowa dotrzymuję. Mam z Argarczykami układ, te dziewczyny mają być u nich bezpieczne w zamian za przydatne usługi. Jeżeli Pies mnie oszuka, to już ja o to zadbam by Mathyr dowiedziało się o Radzie Argaru jak najwięcej smaczków. Jeżeli ich nie będzie chciał… To puszczę je wolno i same zdecydują. Kartel Złotego Kła to raczej mało zaufane miejsce, Argar chociaż sprawdziłam, więc mimo wszystko plasuje się na przedzie - oznajmiła prosto. Ernest uśmiechnął się nikle.
— Nie chodziło o Ciebie. Sam miałbym problem zaufać Argarczykom na Twoim miejscu, więc proponuję alternatywę. Kartel Złotego Kła to organizacja, o której można powiedzieć dużo złego. Nienawidzą Polszan, stąd moja propozycja. Mogą dość ciepło przyjąć Nabię i Tenę, nie namawiam też do niczego, to nie moja decyzja — wyjaśnił. — Szkoda by było, żeby coś im się stało po tym, jak udało nam się uratować dwójkę z nich — dodał, żeby nie pomyślała, że sugeruje, że troszczy się o nie. Tyle gadała o tym, że jest tylko na chwilę - wolał jej teraz nie drażnić i nie naciskać za bardzo. Ennis wzruszyła ramionami, podniosła się z pryczy, wyminęła czarnowłosego i pochyliła się nad tymi wszystkimi jego sprzętami.
- Jak nie chodzi o mnie, to z nimi rozmawiaj. Wiąże nas układ, nie są moją własnością. Wiedzą co im grozi za złamanie układu, mogą same zdecydować co wolą - rzuciła dość obojętnie. Dla niej aktualnie dziewczyny już zrobiły swoje, nie były potrzebne, jedyne co zostało to wywiązać się z własnej części umowy. Brunet przytaknął na słowa odnośnie dwóch pozostałych kobiet. Nie omieszka im o tym wspomnieć, gdy nadarzy się okazja. Nie miał jednak zamiaru od razu pędzić z tą informacją. Skupił wzrok na Ennis, która dalej oglądała jego dzieła.
— Aplikuję kwas w bełty. Może się przydać na Nieumarłych. Zwykłe sposoby są mało skuteczne w pozbywaniu się ich. Kwas powinien przetopić się przez pancerz, iść do serca i sparaliżować w trakcie z bólu. Albo otworzyć coś czego nie da rady ogarnąć wytrych — wyjaśnił, zmieniając temat. Pokazał jej w tym czasie miksturę, której używał. Była zabezpieczona w specjalnym pojemniku wykonanym z tego samego materiału co elementy trzymające kwas w bełcie. Spojrzała po Erneście uważniej, gdy wspomniał o nieumarłych.
- Jak dla mnie przebicie serca brzmi dość zwykle, a sprawdza się jak nic - zauważyła po czym wróciła spojrzeniem do zabawek. Złapała jeden z bełtów, by lepiej go obejrzeć. - Chyba nie bardzo rozumiem… Bełt ma kwas, który przetopi zbroję… ale zrobi to na tyle szybko by ten sam bełt wbił się w serce? Bełty z zasady nie służą po to by przebić się przez zbroję? - zapytała, przenosząc spojrzenie do oczu Ernesta. Patrzyła na niego wyczekująco. Zerknęła zaraz na fiolkę, którą jej pokazywał, odłożyła bełt i wzięła ją w palce. Ernest pokręcił głową na słowa odnośnie bełtów. Wziął jeden z nich do ręki ponownie i zaczął go przekładać między palcami, a potem zaczął wszystko Ennis tłumaczyć. Kiedy już to zrobił, przeszedł ręką do schematów projektowanych dla niej ubrań. — Widziałem też trochę jak walczysz, uznałem, że dobrze by było dodać specjalną kaburę na kij teleskopowy, myślałem też, żeby go zmniejszyć, podzielić, aby się rozkładał i blokował. Nie myślałaś, żeby nosić też ze sobą bukłak z wodą? — zagaił dalej, wracając do niej spojrzeniem. Przelała płyn z prawej strony do lewej, a kiedy pokazał jej schematy ubrań, ulokowała w nich wzrok. Jej kącik ust drgnął lekko. Wyglądało to całkiem nieźle. Słuchała co mówił, od czasu do czasu zerkając na jego twarz, potem wracała do rysunków i znowu na niego.
- Pomysł z kijem mi się podoba - oznajmiła po czym uniosła lekko brew. - A na jakie licho mi bukłak z wodą? - zapytała i wystawiła lekko dłoń w jego stronę, sprawiła, że woda z jej własnego ciała zebrała się między palcami i zaczęła opływać nieregularnymi strumykami jej rękę. - Woda jest praktycznie wszędzie, jak zechcę to wyciągnę ją z Ciebie i zostawię tu suszoną rodzynkę. Nie widzę sensu targać za sobą dodatkowych ciężarów - stwierdziła. Mężczyzna z zainteresowaniem oglądał jak ta zbiera wodę z ciała. Czyli była doświadczona w posługiwaniu się swoim kryształem. Przytaknął na jej słowa, uśmiechając się nieco szerzej.
— Pytałem, bo nie wiedziałem jak dobrze korzystasz ze swoich zdolności — odparł spokojnie. Zabrała dłoń i przestała się nią bawić.
- Nie dość dobrze, muszę jeszcze sporo poćwiczyć, ale pobór wody nie stanowi problemu. Moje ciało magazynuje wilgoć z powietrza, jedynie gdy potrzebuję wody w nadmiarze lub w suchym klimacie, wtedy pojawia się jakiś problem. Tak czy siak bukłak odpada - wyjaśniła.
— Swoją drogą... gdybyś chciała zrobić ze mnie suszoną rodzynkę już byś to zrobiła, a ja, zaufaj mi, zdaje sobie sprawę z tego jak ryzykowne jest Twoje towarzystwo od dłuższego czasu, ale jeszcze mnie nie zabiłaś. Liczę, że zostanę w Twoich łaskach — usiadł wygodniej na krześle. En spojrzała po jego twarzy.
- To nie była groźba, a stwierdzenie faktu - poprawiła go. Aktualnie nie potrzebowała zapewnień co do tego, że jest groźna. Temat pozostawania w łasce zostawiła bez komentarza. Ernest odłożył bełt, po czym wziął węgiel do pisania oraz schemat kija teleskopowego. Ennis usiadła na krześle obok, gdy zaczął kreślić coś przy schemacie kija.
— Musiałbym zrobić nowy, Twojego aktualnego nie przerobię, nie ten materiał. Kupcy z Lerodas dalej są tutaj z Terry i Oclarii też, powinienem dostać u nich materiały na zrobienie tego kija. Byłby podzielony w tych miejscach — wskazał jej na schemacie — Wyciągasz go, jednym ruchem rozkładasz, a drugim zakładasz blokadę, blokada jest w miejscu, gdzie trzymasz kij. Biorąc pod uwagę, że myślę o twarodrzewie byłby lżejszy i łatwiej byłoby go nosić, nikt by też nie wiedział, że nosisz go przy sobie. Chciałbym też do tego zmodyfikować Twój pas z sakwami, który Ci zrobiłem, raczej bez sensu robić nowy, skoro ten już się sprawdza dość dobrze. Potrzebuje jedynie bardziej personalnych ulepszeń — wyjaśnił. Słuchała i obserwowała miejsca, które wskazywał. Miała już okazję poznać fach, który miał w ręce, oparła się o oparcie krzesła i kiwnęła głową.
- Nie masz w zwyczaju robić fuszerki, więc mi odpowiada - nie miała nic do dodania w tym jego pomyśle. Spojrzała na swój kij i zaczęła rozpinać pas. Położyła go na stole i wstała z miejsca. Przeszła się po pokoju, po czym przystanęła przy oknie i spojrzała za nie. - Działaj więc… - rzuciła, obejrzała się na czarnowłosego i znowu ruszyła w stronę pryczy. Po drodze zdjęła z siebie ciuchy, miała dziś wrażenie, że zrzucając je, zrzuca też wydarzenia z dnia. Walnęła się na łóżku. - Jak Cię najdzie, to możesz pytać o te personalne ulepszenia… Wywiązałeś się z umowy, więc pytaj o co tam chcesz… - dodała, z przymkniętymi powiekami. Ułożyła też kostkę jednej nogi na kolanie drugiej i lekko machała stopą w powietrzu. Dłonie z kolei ulokowała za głową, szeroko rozkładając przy uszach ramiona.
— Dlaczego Helga Cię szkoliła? I skoro przekazała tyle potrzebnej wiedzy, czemu się Ciebie pozbyła? Nie wolałaby mieć kompetentnej osoby przy sobie? — padły dwa pierwsze pytania, a on zaczął majsterkować dalej.
- Bo tego chciałam i miałam dla niej kuszącą ofertę - odparła i uniosła kącik ust przy drugim pytaniu. - Bo to napuszona pizda, plus dla niej nie jestem zbyt kompetentna, mogłabym jej narobić sporo problemów. Takie jak ona lubią mieć czyste rączki. Do współpracy szuka tępych paziów, którzy pokornie wykonają każde polecenie. Nie kogoś kto ma własne ambicje i mógłby jej wejść w paradę - oznajmiła, dalej machając lekko stopą. Wysłuchał jej odpowiedzi. Zanotował sobie to w głowie.
— Chcesz się na niej zemścić z czystej złośliwości? — padło kolejne pytanie. Nie przerywał przy tym majsterkowania, chciał skończyć to co zaczął.
- Zabiła mnie, nie jestem pewna czy to tylko czysta złośliwość, ale jak dla mnie może być. Wylądowała na mojej czarnej liście, dla mnie to wystarczający powód by uprzykrzyć jej życie, by zabić. Zobaczymy co ostatecznie z tego wyjdzie - odpowiedziała dość obojętnym tonem. Kolejna odpowiedź… tak mówiła już, że Helga ją zabiła. A jednak żyje, niesamowicie interesujące.
— Jak przeżyłaś, skoro Cię zabiła? — zapytał. Nawet on był ciekaw jak jej się to udało. Nie sądził, aby znalazł się ktoś, kto nie byłby tego ciekaw.
- Zrobiła to nieudolnie - odparła jedynie w temacie własnej śmierci. Nie skłamała, ale nie wdawała się też w szczegóły. Aktualnie nie widziała korzyści w tym by ktokolwiek wiedział kim tak naprawdę jest.
— Gdzie nauczyłaś się walczyć, skoro byłaś prostytutką. Nie obraź się, ale to co wyrabiasz z innymi to nie są umiejętności przekazywane do zaspokajania zwykłego klienta — przy tym pytaniu uśmiechnął się już bardziej zaczepnie. Milczała chwilę, zaraz jednak odwróciła głowę w stronę Ernesta i skrzyżowała z nim spojrzenie.
- Prostytutka to tylko przykrywka. Element szkolenia, które miało mnie nauczyć, że tak czy siak jestem tylko kawałkiem ścierwa. Zadbano bym dobrze odgrywała tą rolę, ale przede wszystkim zadbano o to bym umiała dobrze zabijać - odpowiedziała, dalej bez większego wyrazu na twarzy. - A gdzie… Hm… W Heim - dodała. Skończył ostatecznie przy bełtach. Schował wszystko na odpowiednie miejsca w jego plecaku i kaburze, a następnie przestawił krzesło, żeby być przodem do niej. Ułożył się wygodniej.
— Czyli od małego uczono Cię na zabójczynię i szpiega, tak? — zapytał. Nie spuszczał wzroku z En. Wiedział, że czerpie przyjemność z zabijania. Za często o tym mówiła z tym z tym swoim specyficznym zadowoleniem oraz fascynacją. Dalej leżała na plecach, z głową skierowaną w stronę Ernesta.
- Uczono mnie dawać się wykorzystywać. Miałam wykonywać polecenia na pstryknięcie palca. Zabić, uwodzić, śledzić, przelecieć, zachęcić do współpracy z kimś, zniechęcić… zwabić tu czy tam - wróciła do patrzenia w sufit i wzruszyła ramionami.
— Kontakty, powiązania, o których możesz powiedzieć? — rzucił. Tutaj zastanawiał się bardziej czy w ogóle odpowie. Pokręciła głową.
- Mam ich sporo, ale nie zdradzam na zaś. Jak będzie potrzeba to może uchylę rąbek tajemnicy - jeszcze tego brakowało by zdradzać od tak swoje kontakty.
— Zakładam, że się z tego wyrwałaś i działasz przede wszystkim dla siebie. Inaczej nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji — zauważył oczywistość. En uniosła kącik ust, wstała do siadu, założyła nogę na nogę i spojrzała po Erneście uważnie, dalej jednak bez większego wyrazu na twarzy.
- Pewny jesteś? Może jestem psem Peruna i wabię Cię w stosowne miejsce o stosownym czasie? - rzuciła. Zaśmiał się, pokręcił głową, uśmiechając się do niej wyraźnie rozbawiony.
— Czas pokaże, jeśli nim jesteś czeka nas interesująca sprzeczka na śmierć i życie. A jesteś jego psem? Kazał Ci mnie zabić, czy wykorzystać do jakiejś brudnej roboty? Planuje zerwać sojusz ze swoją Helgusią? Wróciło mu obrzydzenie do innych? — zalał ją falą pytań, patrząc z przekorą w oczach. Wiedział, że nie działa dla króla Polszan. Znając tego szczura całkiem inaczej wykorzystałby umiejętności Ennis. To był jednak dobry żart. Ennis uśmiechnęła się ledwo widocznie na sekundę, a potem położyła dłonie przy swoich biodrach i znowu delikatnie zaczęła huśtać stopą, patrząc uważnie po Ernim. No proszę jaki rozbawiony. Udała, że zaklucza usta, dalej bacznie go obserwując. Nie udzieliła odpowiedzi na ani jedno z tych pytań. Dalej nie wierzył w te żarty o pracowaniu dla Peruna. Nie wierzył, ale gdyby jednak okazały się prawdziwe… to nie tak, że nie posiadał żadnego zabezpieczenia.
— Był ktoś komu naprawdę ufałaś?
- Tak - ufność ta jednak nie skończyła się dla niej dobrze, była głupia, naiwna… bezpodstawna.
— Zakochałaś się? Uczucia przyćmiły rzeczywistość? — zainteresował się. Nie sądził, że mogła zrobić coś tak nierozważnego - jakby szalona nie była, uważał, że ma sporo zdrowego rozsądku.
- Nie wiem co to znaczy - odpowiedziała. - Przyćmiła... Raczej genetyka… Rodzimy się z durną ufnością, że Ci, którzy nas powołali na świat są dobrzy - odparła. Wątpiła by musiała cokolwiek jaśniej mówić, by zrozumiał. Głupi nie był. Zakochanie nie wchodziło w grę, nie znała miłości, nawet matczynej, a ta podobno jest podstawą do budowania relacji opartych na uczuciach. Ernest nie miał pojęcia kto go powołał na świat, pierwsze wspomnienia to pomieszczenie, do którego przychodziła mamka, nauczycielka, którzy wpajali im podstawowe informacje o funkcjonowaniu, żeby ktoś chciał ich kupić. Być może miał szczęście dzięki temu. Nie miał żadnych klapek na oczach, które by trzeba było zdjąć.
— Gdybyś miała wybór zacząć życie od nowa, chciałabyś żeby potoczyło się inaczej? — zapytał. Widziała, że jej odpowiedzi sprawiają iż w głowie Ernesta też coś się dzieje, nie wnikała jednak co. W pewnych kwestiach zdążyła już zauważyć, że mogli mieć podobne życiowe doświadczenia. Spodziewała się wielu pytań, ale to nad wyraz filozoficzne sprawiło, że uniosła lekko brew.
- Mam wybór. Zaczęłam od nowa. Może i przy tym nie odmłodniałam, ale nie, nie chciałabym. Za bardzo mi się podoba tu, gdzie aktualnie jestem. Głupio by było chcieć to tracić - odpowiedziała. - Mam jeszcze sporo ambitnych planów i celów do zrealizowania… - dodała sama od siebie. Uśmiechnął się zaciekawiony, rozkładając się wygodniej na krześle.
— Chcesz znać się na wszystkim? Każda dziedzina? Na czym się znasz, na czym się nie znasz? — zapytał dla przedłużenia rozmowy. Przekręciła lekko głowę na bok, dalej go obserwując.
- Nie, nie na wszystkim. Na tym co mi się w życiu przyda. Nie muszę tworzyć skomplikowanych wynalazków, z Twojej dziedziny w zupełności starczy mi wiedza do stworzenia jednej zabawki. Przynajmniej na razie. Kto wie, może z czasem ambicja mi skoczy i zechcę Cię przerosnąć - uniosła kącik ust. W kwestii pytania na czym się zna, zaczęła wędrować oczyma po pomieszczeniu. Musiała się zastanowić. Wypuściła po chwili głośniej powietrze.
- Na tym jak przeżyć, jak zabić, jak zaleczyć podstawowe rany… Nie wiem czy jest coś w czym jestem nad wyraz dobra. Może seks, może knucie. Nie mam… jak to mówią… swojego konika - wzruszyła ramionami. - Zawsze miałam być plastyczna, zdolna do dostosowywania się. Biorę co potrzebuję i idę dalej. Nie dążę do miana ekspertki w czymkolwiek - oznajmiła.
— Skromna coś jesteś. Tylko seks i knucie? — zacmokał. — Uważasz szczerze, że przy niczym innym nie jesteś nad wyraz dobra? Nie uważasz się za nad wyraz dobrą zabójczynię?
- Zabijanie podciągam pod knucie. Zabijam równie dobrze co walczę o życie. Umiem po prostu dobrze kombinować, wykorzystywać to co się akurat napatoczy. Nie ważne, czy do zabijania, czy do czegoś innego - odbiła się pośladkami od stolika, ale tylko po to by znowu stanąć plecami do Ernesta. Wróciła do oglądania bełtów.
- Uważam się za mistrzynię przetrwania, ogólnie, ale prawdziwie - podsumowała. W rozmowie padło jeszcze kilka pytań, mniej lub bardziej ogólnych wypowiedzi i ustaleń co do ubrań. W końcu jednak En dopadła do swojego tobołka, by wypakować z niego suknię z Fiery, bransoletkę od Orianny oraz zawieszkę od Emmy. Suknię i bransoletę spakowała do paczki, wykorzystując do jej stworzenia płaty skór od Ernesta. - Jakieś jeszcze ostatnie pytanie na dziś? Bo wybieram się na ognisko, ale nie, nie jesteś zaproszony - rzuciła.
— Nie będę Ci czasu zajmować już jak masz plany, pobawię się ze sobą w ciszy — odparł jeszcze na sam koniec, zaczynając kredą kreślić na kawałku brązowej, garbowanej skóry linie do wycięcia. Ennis kiwnęła głową, skoro miał już materiał i mógł działać, to nie miała nic przeciwko by działał.
- Swoją drogą… - tu obejrzała się na Ernesta - … jak na kogoś kto kreuje się na tak interesownego i pragmatycznego, zadajesz dziwne pytania - podsumowała i wyszła.
***
Ognisko, które planowała nie było zbyt huczne. Ot ona i mały płomień w lesie. Kiedy już zaskrzyły się pierwsze patyki, Ennis wrzuciła w płomienie zawieszkę, którą otrzymała od Emmy. Spojrzała w ogień i obserwowała jak ten pochłania upominek. Chwilę obserwowała ten proces, w ciszy, z obojętnością na twarzy. "Więź z Tobą jest jednoznaczna, to po prostu śmierć" szumiało w głowie. Białowłosa zmrużyła oczy i zerknęła do swojej sakwy. Złapała puzderko, które wręczył jej Ernest. Trzymała chwilę w dłoni ten dom najbardziej "niereformowalnej" bestii, a potem wrzuciła do ognia. Suknię z Fiery i bransoletkę od Orianny zamierzała podrzucić Japonce, która uszyła kreację. Jej się nie przyda, na pewno nie tam gdzie zmierzała. Kobieta zdecydowanie lepiej wykorzysta komplecik. Raz jeszcze zerknęła do sakwy. List... Ten pieprzony list od Satoru. Jeszcze go nie przeczytała. Nie powinna czytać, lepiej byłoby go od razu spalić, a jednak nim cisnęła papirus w płomienie, rozwinęła wiadomość. Za wiele aktualnie przecież i tak nie zmieni.
Chwilę milczała po przeczytaniu słów. Miała lekko zaciśnięte zęby. Pierwsze co zrobiła, to prychnęła pod nosem.
- Kretyn... - mruknęła i ponownie zwinęła, po czym z impetem wcisnęła w sakwę. Złapała nóż, który dostała od Satoru, złapała, kucnęła i ze złością wbiła ostrze w środek ogniska. Chwilę przytrzymała dłoń w ogniu, ale zaraz ją cofnęła, zostawiając i od niego upominek na stracenie. Miała zbyt ambitne plany, by pozwolić sobie na sentymentalne pierdolenie. Koniec z tym, pierdoli te wszystkie maski. W końcu będzie sobą, w pełni sobą, ciekawe czy prawdziwa też się tak wszystkim spodoba. Kącik jej ust drgnął lekko, patrzyła bez wyrazu w płomienie, obserwowała jak ten wszystko trawi. "Jesteś tylko na chwilę" usłyszała w głowie i trochę wyraźniej się uśmiechnęła.
The End
_______________________________________
Dziękuję Pingwinowi za grafiki i napisanie tego wątku. ^^




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Use your imagination! Feel free, only +18 here!