- W tobołku jest wszystko, odpowiednie medykamenty, maść, bandaże - zaznaczyła. Ubrana była w specjalnie przygotowany na tą okazję kostium. Ciuch zabezpieczony mocniejszymi materiałami przy istotnych tętnicach i delikatniejszych miejscach. Przy pasie miała swoje sakwy. Wszystko spod ręki Żelaznorękiego. Obejrzała się na rzekę za plecami.
Satoru zerknął na tobołek i skinął głową.
- Osobiście wolę moje własne medykamenty - stwierdził wprost, choć tobołek i tak przejął. Jak mu się skończą jego własne to wówczas pobawi się tymi od Ennis.
- Nawet jeżeli znajdziesz tylko moje ciało - tu wróciła do Satoru spojrzeniem - ciało z nie rozpieprzoną klatką piersiową, nawet wtedy po prostu mnie zabierz w bezpieczne miejsce. Wszystko Ci wyjaśnię, jeżeli rzeczywiście po mnie przyjdziesz - dodała, lekko dotykając jego palce, opuszkami własnych. Czuła ekscytację, to co planowała nadchodziło wielkimi krokami, a jednak coś sprawiało, że ciężko było tak po prostu się odwrócić i skoczyć. Pocałowała go. Nawet jeżeli rzeczywiście umrze, to chociaż znając odrobinę uczucia bycia istotną. Nie chciała umierać, miała jeszcze wiele ambitnych planów. Nie bała się umrzeć, a jednak poczuła drobne ukłucie. Nie było jednak one na tyle silne, by jakkolwiek wpłynąć na podjęte decyzje. Ochota by zrealizować plan była zbyt wielka. Pożegnała się z nim i odwróciła przodem do kanionu. Specyficzny uśmiech ozdobił jej twarz.
- Do zobaczenia - obejrzała się na niego z figlarnym błyskiem w oku. Przywołała do swoich dłoni wodę i zamknęła sakwę w wodnej bańce, tak, by ta nie zamokła w trakcie jej wodnej podróży. Skoczyła. Zniknęła pod taflą wody, a potem zaczęła płynąć pod prąd, w górę rzeki, w stronę gościnnej twierdzy Helgi. Tej, z której ją WTEDY wyrzuciła, tej, z której wyrzuciła Acaira, prosto do rzeki. Tej rzeki.
Płynęła blisko dna, tam woda była najspokojniejsza i En marnowała na walkę w prądem najmniej możliwie energii. Cel był prosty, dopłynąć w ten sposób do wysokości twierdzy. Pieszo, z jej miejsca startowego, było do budowli dobry dzień drogi, przynajmniej oficjalnym szlakiem, wodą jednak i przy umiejętnościach pływania białowłosej, czas ten skrócił się znacznie.
Kiedy dotarła na miejsce i wystawiła na zewnątrz głowę, z zadowoleniem stwierdziła, że grań nie jest za bardzo pilnowana. Nigdy nie była aż nadto. Nikt nie spodziewał się ataku z tej strony. Wartki nurt, płynięcie pod prąd, stromy brzeg. Do tego ta akcja ze spaleniem spichlerzy, ktoś wstrzelił się idealnie w moment. Złotooka znalazła sobie dogodne miejsce, kącik, gdzie nurt nie był tak szybki, gdzie głazy i skała ładnie ją przysłaniały. Co prawda w towarzystwie bałwanów produkowanych przez górską rzekę ciężko byłoby wyłapać jej biały łeb, ale wolała w tym temacie zachować ostrożność. Dała sobie czas, na odpoczynek, na lepsze rozeznanie. Patrzyła w górę, starając się ocenić jak często ktoś zerkał w dół, patrzyła szukając odpowiednich miejsc na zaczepienie ładunków. Miała trzy, musiała tylko dostosować się do tych wszystkich teorii jakie zdradził jej Ernest, a potem mogła już działać typowo po swojemu. Rozbawiony, krótki śmiech wydobył się z ust kobiety. Zapowiadała się naprawdę dobra zabawa.
Trochę jej zeszło na odpoczynku i tych wszystkich obserwacjach, ale w końcu kiedy poczuła się już dość pewnie, złapała za krótkie ostrza do wspinaczki i zaczęła wchodzić po pionowej ścianie nieco wyżej. Nie zamierzała wspinać się za wysoko, co chwilę też zatrzymywała się i przylegała do ściany, by nie było jej zbytnio widać, w razie gdyby jednak ktoś tu zerkał. Nie potrzebowała dużo, dobre pięć metrów od poziomu tafli wody w zupełności starczy, resztę zrobi woda. Zdjęła bańkę osłaniającą jej sakwę, sięgnęła po pierwszy ładunek i wsunęła go między skały, złapała sznurek i poszła wspinaczką bardziej w bok. Tam umieściła kolejny ładunek, a potem jeszcze jeden, znowu o kilka kroków dalej. To znowu zabrało czas. W trakcie przylegała do skał dobre sześć razy, ale tylko raz ktoś spojrzał z grani w dół, jednak poszarpana skała nad jej głową dobrze ją zasłoniła. Wszystkie trzy ładunki łączył jeden sznurek, a ona, gdy już skończyła, poczekała na odpowiedni moment, chwilę, gdy kolejna fala rozbijała się o skały i jej wskok do wody był dodatkowo zagłuszony. Co prawda przy wysokości dwudziestu metrów i tak mała szansa, że ktoś usłyszałby nienaturalne chlupnięcie, ale była w kanionie, tu dźwięki rozchodziły się różnie, wolała po prostu dmuchać na zimne. Plan był zbyt cenny by go spierdolić taką pierdołą. Pod wodą uśmiechnęła się zadziornie. No dobra… Panie i Panowie, zaczynamy!
Życie na górze kanionu toczyło się całkiem normalnie. Co prawda przez spalenie spichlerzy mieszkańcy Fjelldod byli trochę bardziej drażliwi i czujnie obserwowali niebo, ale to akurat Ennis było bardzo na rękę. Rzeka płynąca tu od wieków nie była widziana jako zagrożenie, jednak kiedy z kanionu zaczęło wydobywać się specyficzne zasysanie, większość tutejszych nie wiedziała gdzie ma właściwie patrzeć i gdzie szukać źródła dźwięku. Tak, to co robiła złotooka nie było zbyt oczywiste. Może i umarlaki przeżyli już wiele, ale nie słyszała, by ktokolwiek wcześniej zatrzymał ich rzekę. Białowłosa stała ze stopami wbitymi w dno, skupiała całą swoją uwagę na tym, by zatrzymać część wody w miejscu. Druga część, ta której nie trzymała, zaczęła odrywać się od pozostałej wody, co wywołało specyficzny dźwięk, roznoszący się dookoła. Kanion za plecami Ennis zaczął pustoszeć, dno się odkryło, bo obecna woda spłynęła swoim starym torem. Z kolei woda, którą trzymała, zaczynała się napiętrzać, gdyż cały czas spływała z gór i czując przeszkodę, zaczęła napełniać kanion coraz wyżej i wyżej. Utrzymanie takiej rzeki nie było łatwe, co En zaczęła czuć mniej więcej w połowie napełnionej “misy”. Dłonie delikatnie drżały i śmiało mogła stwierdzić, że drżenie ciała poprzedniego wieczora było o wiele przyjemniejsze. Stała w wodzie, ale jej opór i siła sprawiały, że powoli zaczęło ją wypychać poza bezpieczne ramy. W wodzie przy dnie nikt jej nie widział, jeżeli opór ją wysunie, to cała będzie na widoku. Brała to jednak pod uwagę, planowała okalać się bańką wody, tak jak wcześniej sakwę. Bańka sprawiłaby, że ewentualne bełty czy strzały posłane w jej stronę traciłyby rozpęd i utykały w wodzie. Przeliczyła jednak trochę swoje możliwości. To, że zatrzymywała górską rzekę było już wystarczająco wymagające i kiedy rzeczywiście została wypchnięta na zewnątrz wodnej ściany, jedyne co dała radę stworzyć, to wodny parasol nad własną głową i ramionami. Wiedziała już, że miała widownię, ale ta w pierwszej chwili nie miała pojęcia co się właściwie dzieje, trochę im zajęło zorientowanie się w sytuacji. Spore grono obserwatorów zebrało się przy grani i dopiero gdy dojrzeli jej osobę, zrozumieli, że to może być atak, zagrożenie. Wtedy też nastał chaos. Część mieszkańców zaczęła biec do chat, by ocalić rodzinę i dobytek, część po prostu spanikowała, część dopadła do stromej ściany kanionu i zaczęła schodzić w dół, by przeszkodzić niebieskołuskiej. Ta najbardziej trzeźwa część zaczęła po prostu sięgać po broń i próbowali w nią trafić, Włócznie, kusze, strzały. Salwa pocisków poleciała w jej stronę, dalej to jednak było dwadzieścia metrów w dół, więc znaczna część po prostu nie doleciała. Bełty okazały się tu najbardziej skuteczne. En warknęła gardłowo, gdy jeden z nich trafił w stopę, drugi chwilę później w łydkę, a potem jeszcze jeden, trochę wyżej. Krzyknęła, dalej uparcie utrzymując ścianę wody, ale czuła, że traci bardzo szybko energię. Potem przyszła kolejna strzała, ta trafiła w udo. Białowłosej zrobiło się słabo. Teraz, musiała działać teraz! Zniosła w życiu tyle bólu, tyle tortur, że nie zamierzała dać za wygraną. Nie pokonają jej pieprzone bełty! Wiedziała już, że noga będzie w kiepskim stanie, ale aktualnie nie bardzo się tym przejmowała. Wiedziała co zaraz nastąpi i wolała skupić się na tym by po prostu przeżyć. Odwróciła się tyłem do wodnej ściany, którą cały czas trzymała, zapierała się jakby o nią plecami, jakby chciała jeszcze chwilę utrzymać. Woda była już u celu, już przy samej krawędzi kanionu, co wywoływało na górze jeszcze większą panikę. Ennis sięgnęła po swoją kuszę, kuszę, która załadowana była wybuchowym bełtem. Nakierowała ją na fragment skały, gdzie znajdowały się wcześniej podłożone ładunki. Pierwsi Fjelldodsi dotarli właśnie na dno kanionu, byli gotowi dopaść do niej i ją po prostu zabić, ale nie… Ennis wystrzeliła, bełt trafił w ładunki i wywołał potężną eksplozje. W tej samej chwili ona odpuściła napór, przestała trzymać wodę.
Kanion, który jeszcze przed chwilą był pełen wody, nagle stracił magiczne podparcie. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, potem jednak cała nazbierana powierzchnia rzeki zaczęła opadać. Nie opadała pojedyncza fala, opadała cała masa wody, miliony ton ruszyły jednocześnie w dół. Zaczęto słyszeć głuche dudnienie. Sekundę później kolumna wody nabrała prędkości, powietrze zostało gwałtownie zassane za opadającą wodą, po kanionie rozbrzmiał huk, który przypominał grzmot pioruna. W kolejnej sekundzie woda uderzyła w dno rzeki, cała energia przeszła w gwałtowne ściskanie i przemieszczanie wody, w górę wystrzeliły gejzery wysokie na kilkanaście, a miejscami kilkadziesiąt metrów. Białe fontanny mieszały się z przybrzeżnym lodem, błotem i kamieniami. W górę wyrwała się ściana mgły. Fala ciśnienia zaczęła biec wzdłuż rzeki, w obu kierunkach, woda zaczęła odbijać się od ścian kanionu, kanion zmienił się w gigantyczny kocioł z wirami mającymi po kilkanaście metrów średnicy. W czwartej sekundzie pojawiły się efekty wcześniejszej eksplozji. Skała pod twierdzą popękała, a drgania od uderzeń wody przeszły przez całą grań. Po okolicy rozniosły się pojedyncze i głębokie trzaski. Pojawiały się pierwsze długie szczeliny, nie na murach, na skale. Grunt zaczął się rozsuwać, a ludzie stracili go spod stóp. Odpadł pierwszy fragment klifu, a mury twierdzy zaczęły pękać, budowla przechyliła się w stronę przepaści. Nie minęło dziesięć sekund, a woda u podstawy klifu osiągnęła największą gwałtowność, wpadła w szczeliny pozostawione przez eksplozję, ciśnienie rozpychało skałę od środka, rozległ się kolejny huk i grań przestała być jednym blokiem. Cały bok twierdzy zaczął się osuwać, powoli, a potem coraz szybciej w dół. Ziemia dosłownie odjeżdżała spod nóg mieszkańców, a chwilę po tym cała twierdza osunęła się do koryta rzeki. Blok skalny wpadł do wzburzonej rzeki, a to wywołało drugie gigantyczne uderzenie. Powstała nowa fala, jeszcze większe gejzery wystrzeliły nad kanion, wzbiły drobniejsze kamienie w górę, a te spadły na okolicę w postaci deszczu. Trzydzieści sekund po wybuchu, po twierdzy pozostała tylko poszarpana krawędź. W kanionie leżała góra rumowiska, powstała prowizoryczna tama, ale woda powoli znalazła w niej ujście. Na lądzie w te same trzydzieści sekund rozegrał się równie duży dramat. Z kanionu cały czas dochodziły hałasy, grzmoty i głębokie ryki. Z ziemi unosił się kurz, ściany chat skrzypiały. Cała okolica została przykryta wodną mgłą, na osadę spadł pierwszy deszcz odłamków skalnych. Ziemia ciągle drżała, powstały pęknięcia i szczeliny. Zachwiany grunt zniszczył część chat, te popękały i przechyliły się na różne strony. Spadek pierwszego fragmentu grani zabrał ze sobą do wody kilka domostw, gdy upadła twierdza, chmura pyłu wzbiła się ponad dachy, a widoczność gwałtownie spadła. Wtedy do osady dotarła pierwsza fala wody, nie tsunami, ale szeroki jęzor wzburzonej wody, który przelał się przez krawędź kanionu podczas zapadania się mas wodnych. Miał kilka metrów wysokości, pędził z ogromną siłą, przewracał płoty, rozbijał domy, porywał mieszkańców. Razem z wodą leciały głazy, niektóre wielkości beczki, inne wielkości konia. Uderzały w budynki, miażdżyły mieszkańców. W dwudziestej sekundzie z nieba znowu spadł kamienisty deszcz, powietrze wypełnił pył, para wodna i śnieg poderwany z ziemi, widoczność spadła jeszcze bardziej. W końcu jednak fala odpłynęła do kanionu, wróciła na właściwie tory, ale zostawiła po sobie błoto, lód, połamane belki i ciała. Część z budynków zaczęła zwalać się dopiero po odpływie. Tam gdzie wcześniej znajdowała się tętniąca życiem osada, pozostał krajobraz przypominający teren po wielkim osuwisku. Szkody rozchodziły się na powierzchni około dwustu metrów od koryta kanionu.
Trzydzieści sekund. Tyle starczyło by rozegrał się największy dramat. Oczywiście efekt tego ataku nie przeszedł zaraz po nich, nie… Przez najbliższą godzinę fragmenty grani dalej jeszcze opadały. Małe, ale jednak. Kurz opadł dopiero po kilkunastu minutach, a Ennis… Prawdę mówiąc nie miała pojęcia jakim cudem to wszystko przeżyła. Przeżyła i zachowała świadomość, przynajmniej teraz, kiedy leżała gdzieś między skałami, wciśnięta w ich odłamki, jakby nurt zepchnął ją na bok, by nie brała udziału w całej tej akcji. Czuła ból nogi, bełty dalej w niej trwały, czuła ból klatki piersiowej. Zdecydowanie miała połamane żebra. Czuła krew na twarzy. Wyglądało na to, że głowę też o coś sobie rozwaliła. Nie była w stanie stwierdzić o co… czuła też krew spływającą z nosa, zdecydowanie przesadziła ze zdolnościami, ale… widząc krajobraz przed sobą, widząc tą ruinę wiedziała, że było warto. Wyczerpana oparła głowę o pobliską skałę, nie miała pojęcia czy to adrenalina, czy co innego sprawiało, że jeszcze nie zemdlała, ale była, żyła… cały czas. Nie mogła się ruszyć, a jednak śmiech i tak opuścił jej usta.
- Żryj to suko - rzuciła zadowolona, zanurzona do połowy w wodzie, obserwując osuwisko jakie wywołała.


Już Ci mówiłam co Ernest poczuje na ten piękny widok. XD Bardzo przyjemnie czytało się opowiadanie. Mam nadzieję, że Ennis nam tutaj jeszcze przeżyje i będzie można popisać wąteczki. W razie czego może trafić na Oriannę, która tym bardziej pomoże jej z czasem dojść do siebie (tak, chcę z nią więcej wątków XD). Grafika podglądowa na końcu mi z pewnością pomogła jeszcze lepiej sobie to wyobrazić. Bardzo ładnie opisałaś nienawiść do Helgi, to, że w końcu En chce żyć, że jest to w końcu mocniej pokazane no i jak ładnie i w miarę rozsądnie podchodzi do tego ataku. Z pewnością to będzie katastrofa, o której będą pokoleniami opowiadać. Gratulacje ^^
OdpowiedzUsuńBardzo podobało mi się jak opisałaś nienawiść do Helgi, a także samą końcową akcję. Pewnego rodzaju zimną satysfakcję Ennis. Kupiło mnie to, a początkowa scena z Satoru - mimo wszystko rozgrzała serce.
OdpowiedzUsuń