Pierwszą myślą był ogień. Wystarczyłoby przyłożyć dłoń do zamka i zaczekać, aż metal zmięknie. Płomień na skórze Darcy zatańczył wyżej, ale nie dotknął drzwi. Za nimi mogły znajdować się ślady, które zniknęłyby razem z osmalonym drewnem, albo ktoś, kto usłyszałby pękający rygiel i uciekł innym wyjściem. Mógł tam być również Mikael. Samo otwarcie przejścia niczego jeszcze nie rozwiązywało, jeśli za progiem czekała pułapka, tunel albo ranny chłopak, którego nie wolno było ruszać bez medyka. Z drugiej strony, jeśli nie wejdzie teraz znowu będzie odkładać wszystko w czasie. Co jeśli ktoś tam umiera i właśnie skazuje go na śmierć? Zacisnęła wargi w wąską kreskę. Z całego serca nienawidziła takich decyzji. Pokręciła głową. Musiała wyciszyć emocje. Rozsądek. Powinna być przede wszystkim rozsądna.
— No dobra — szepnęła. — To jest ta scena, kiedy idę po wsparcie — dodała niespecjalnie zadowolona z podjętej decyzji. Ostatecznie jednak uznała, że tak będzie lepiej, bezpieczniej. Nie miała leczniczych łez, nawet jeśli ktoś tam był ciężko ranny i tak mu nie pomoże, a drobne rany, z którymi mogłaby sobie poradzić i zabezpieczyć mogły zwyczajnie poczekać aż pod ręką będzie medyk, który od razu zajmie się wszystkim fachowo. Poza tym, prędzej sama się zabije niż pozwoli znowu się zaskoczyć, porwać czy zamknąć w pieprzonych kajdankach. Grupę było ciężej zaskoczyć. Przytaknęła sobie, zaczynając powtarzać wszystko w myślach, kierując się w stronę wyjścia. Potrzebowała kogoś, kto otworzy zamek bez niszczenia go, medyka na wypadek, gdyby Mikael rzeczywiście był po drugiej stronie i strażników do zamknięcia ulicy oraz możliwych wyjść. Jeżeli za drzwiami znajdowały się wyłącznie stare graty, najwyżej kilka osób straci część nocy, cóż najwyżej im to potem zrekompensuje premią albo dodatkowym dniem wolnym. Jeżeli jednak jej obawy były prawdziwe, a drzwi prowadziły gdzieś dalej, pośpiech jednej osoby mógł ostrzec sprawcę albo pozbawić chłopaka jedynej szansy na pomoc. Szansa na przeżycie była najważniejsza. Nawet jeśli chodziło teraz o jej wkręcenie samej sobie najgorszego scenariusza. Przy drzwiach rozejrzała się raz jeszcze, upewniając się, że zapamiętała położenie zamka, układ sieni i drogę do obu wyjść. Płomień zmniejszyła do małego ognika, wróciła przez kuchnię i wyszła na podwórze. Tylne drzwi przymknęła dokładnie tak, jak je zastała.
Zamiast ruszyć najkrótszą drogą do pałacu, wybrała wąskie przejście między posesjami. Chciała sprawdzić, czy ktoś obserwuje dom, a potem sprowadzić straż oraz medyka bez stawiania całej ulicy na nogi. Noc wciąż oddawała ciepło nagromadzone w kamieniu. Nad dachami unosiła się para z kanałów, a barwne płyty w ścianach odbijały ogniki z ulicznych lamp. Darcy dostrzegła cień już przy pierwszym skrzyżowaniu. Po sposobie, w jaki stawiał lewą stopę, rozpoznała Lauriego, zanim w miodowym odbiciu szkła pojawił się zarys jego twarzy. Kręcił się przy niej tak często, że poznałaby go chyba nawet po samym odgłosie kroków. Nie mówiąc już o tym, że zawsze zdawał się emanować większym ciepłem niż reszta. Nic dziwnego, skoro jego oczy przypominały rzekę lawy. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Zresztą to jemu zostawiła karteczkę. Pozwoliła mu iść za sobą jeszcze do przejścia obok warsztatu. Tam odwróciła się, pozostawiając dłonie wolne, lecz nie wysunęła ostrzy.
— Lauri, możesz już wyjść. I nie udawaj, że Cię tam nie ma. Miałeś dzisiaj być w zamku. Kazałam Ci czekać i przygotować wsparcie — powiedziała cicho, jednak na tyle głośno, żeby usłyszał ją. Strażnik wysunął się z cienia. Paradny pancerz zamienił na krótką kurtkę wzmocnioną płytkami, a znak służby schował pod szalem. Czerwone włosy miał wilgotne od pary, a kosmyki włosów uparcie opadały na czoło oraz brwi. Blizny biegnące od podbródka do nosa poruszyły się wraz z uśmiechem.
— Liczyłem, że rozpoznasz mnie wcześniej, księżniczko. Mógłbym przywyknąć do tej uwagi.
— Widziałam Cię dziś cztery razy i już sobie porozmawialiśmy uroczo, prawda? Teraz zdajesz się już przeginać pałę… — urwała. Nie. Żart z pałą goryczy nie miał tutaj sensu. Pokręciła głową, ale rozpromieniła się bardziej. — Jak bardzo mnie nie posłuchałeś? — zapytała w nadzei, że zdążył już zgarnąć przy okazji grupę zwiadowczą zanim za nią poszedł.
— No jak się targowaliśmy z czasem to uznałem, że to taka luźna sugestia, a nawet zaproszenie, żeby iść za Tobą, księżniczko. Lepsze to niż koczowanie pod… ekhem… pozwoliłem sobie znaleźć innego jelenia, żeby uprzejmie doniósł na Ciebie jak Kapłanka zakończy nocną naradę z Pierwszym Wojownikiem — wyjaśnił, uśmiechając się wymownie. Podszedł kilka kroków bliżej dziewczyny, obserwując ją oraz otoczenie. Dar zaśmiała się cicho, ale zaraz zasłoniła usta, żeby nie hałasować.
— Masz szczęście, że nikt inny tego nie słyszy. Nieładnie tak komentować nocne narady swoich przełożonych — zauważyła, uśmiechając się bardziej zaczepnie, acz policzki zaczęły ją lekko piec ze wstydu. Teraz była pewna, że jak tylko wróci do pałacu to dostatnie do wiwatu.
— Wiem. Co znalazłaś? — zapytał, a uśmiech zniknął mu z twarzy. Zastąpił go zawodowy profesjonalizm.
— Mikael nie wyjechał. Jego ubrania, książki i rzeczy do Gromu zostały w pokoju. Pod schodami są zamknięte drzwi z nowym zamkiem. Ktoś korzystał z nich niedawno. Nie otworzyłam ich sama.
Lauri już wyciągał spod kurtki krótką rurkę sygnałową.
— Wsparcie jest dwie ulice stąd. Mamy szczęście, że to akurat dzisiaj. Nikt nie zwróci uwagi na dodatkowe światła na niebie — wyjaśnił, a czerwona smuga przemknęła nisko nad dachami i pękła na trzy punkty. Biała odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast. Lauri ruszył pierwszy tylko do wylotu przejścia, potem zrównał krok z Darcy. Z sygnałem faktycznie mieli szczęście. Migracja sularów zawsze oznaczała ciągły zgiełk na ulicach, a nocą roiło się od kolorowych fajerwerek na niebie. Nie musiał kombinować z subtelnym znakiem. To też z pewnością przyspieszyło mu przygotowania. Dziewczyna spojrzała po nim z uznaniem. Naprawdę doceniała tą niesubordynację. Zwłaszcza spod jego zaradnych rąk. Po kilku minutach dołączyło do nich pięcioro ludzi w ciemnych szatach. Darcy znała całą grupę. Na jej czele szła Salla, dowódczyni nocnej zmiany, z krótko obciętymi miedzianymi włosami. Obok niej szedł Ilmari z płaską torbą medyczną. Księżniczka zwięźle opisała układ domu i to, co znalazła w pokojach. Zaznaczyła, że na ulicy nie ma jeszcze alarmu i chce, żeby tak pozostało, dopóki nie ustalą, dokąd prowadzą drzwi. Nakazała zabezpieczyć oba wejścia do budynku, nie zatrzymywać sąsiadów bez konkretnego powodu ani nie używać otwartego sygnału, który ściągnąłby gapiów. Dopiero wtedy poprosiła Sallę o ocenę najlepszego ustawienia ludzi. Dowódczyni wskazała sąsiednie podwórza.
— Proponuję zamknąć ulicę z obu stron i sprawdzić przyległe posesje, zanim otworzymy przejście. Jedna osoba przy froncie, dwie na tyłach. Reszta wchodzi z nami. Darcy spojrzała na dachy, tylne bramy i wąski kanał biegnący wzdłuż muru.
— Dobrze. Zrób tak. Nikt nie wchodzi do domu bez Twojej zgody. Lauri otworzy zamek, Ilmari schodzi z nami. Ja prowadzę do drzwi.
Salla natychmiast rozdzieliła zadania zgodnie z decyzją księżniczki, a szmaragdowooka wskazała tylne wejście i dodała ciszej:
— Dziękuję, że przyszliście tak szybko.
— Zawsze do usług — odpowiedziała Salla.
Strażnicy sprawdzili parter i piętro, nie zmieniając położenia rzeczy. Dopiero gdy z obu stron domu padło umówione stuknięcie, Darcy poleciła zejść pod schody. Lauri zdjął rękawice i otworzył wąskie etui z wytrychami.
— Nadal nosisz je w rękawie? — zapytała Darcy, osłaniając dłonią mały płomień, żeby światło nie uciekło na ulicę.
— Przezorny zawsze ubezpieczony. Księżniczce też by się przydały — zauważył, wyciągając dwie długie łamanki.
— Zgadzam się. Nauczysz mnie? — zapytała, obserwując jak zabiera się do pracy. Gave już jej odmówił, więc uznała, że warto poszukać innego nauczyciela.
— Chętnie — przytaknął, uśmiechając się do niej. Zaraz potem zamilkł i wziął się do pracy z zadowoloną miną na twarzy. Po kilku ruchach metalu zamek ustąpił. Strażnik odsunął się, nie dotykając klamki. Ilmari nałożył na nią czystą skórę, przekręcił i otworzył drzwi na szerokość dłoni. Z dołu napłynęło powietrze wilgotne, metaliczne i wyraźnie chłodniejsze od wnętrza domu. Najwyraźniejszy jednak był zapach stęchłej krwi. Ten Dar znała aż za dobrze. Momentalnie spoważniała. Płomień pochylił się ku szczelinie. Za progiem trzy nierówne stopnie przechodziły w wąski tunel wykuty w starym kamieniu. Nowe belki podtrzymywały fragment sklepienia, a pomiędzy nimi ktoś poprowadził cienką rurę odprowadzającą dym.
— To nie jest część domu — oceniła Salla. — Proponuję, żebym zeszła pierwsza — dodała. Lauri wskazał rysy na podłodze.
— Coś ciężkiego regularnie przeciągano w dół. Albo kogoś — rzucił, wstając na równe nogi. Schował wytrychy na powrót i poprawił broń przy pasie. Młoda Parabellum z kolei oceniła szerokość przejścia i przytaknęła.
— Dobrze. Ty pierwsza, ja za tobą. Lauri i Ilmari dalej. Pozostali pilnują domu i sprowadzają drugi zespół. Jeśli znajdziemy rozwidlenie, zatrzymujemy się i sprawdzamy obie strony — poinformowała cicho, po czym zsunęła płomień niżej, przed Sali, tak żeby dowódczyni mogła patrzeć przed siebie bez zasłaniania widoku. Sama szła z rękami wolnymi i ostrzami gotowymi pod rękawicami.
Tunel opadał łagodnie. Na początku słyszeli wodę biegnącą w kanale za ścianą, później został tylko odgłos podeszew na piasku. Stare podpory były ciemne i popękane, lecz kliny pod nimi wyglądały na świeże. Ktoś nie wykopał przejścia od zera. Oczyścił dawny korytarz, naprawił najbardziej niebezpieczne miejsca i zaczął z niego korzystać.
Po kilkunastu krokach Darcy uniosła pięść. Salla zatrzymała się natychmiast. W poprzek korytarza, niewiele nad kostką, ciągnęła się cienka nić. W świetle była prawie niewidoczna. Lauri nachylił się bez dotykania.
— Włosie moserta nasączone olejem. Prowadzi pod tę deskę — wskazał, ale nie dotykał jej, nie chcąc uruchamiać ewentualnej pułapki. Poczekał, a kiedy dostał sygnał i wszyscy cofnęli się o krok, podważył płaski kamień i odkrył glinianą bańkę umieszczoną w zagłębieniu. W środku coś cicho zaszeleściło.
— Drobne szkło — ocenił. — Nie zabije, ale w oczy wejdzie dobrze, ślepota gwarantowana — wyjaśnił. Ilmari podał mu mokrą tkaninę. Lauri owinął bańkę, odciął nić i włożył całość do skórzanego worka. Darcy patrzyła na zadrapania przy desce. Pułapkę zakładano więcej niż raz. Brzegi nacięć były świeże. Ruszyli dalej, wolniej. Korytarz rozdzielał się na dwie odnogi. Z lewej ciągnęło świeżym powietrzem i zapachem suchego drewna, z prawej dolatywała słodkawa woń ziół zmieszana z czymś ostrym. Salla zaproponowała, żeby Lauri sprawdził początek lewej odnogi, a Darcy wydała mu polecenie. Strażnik zniknął za łukiem i zaraz wrócił.
— Schody w górę. Klapa, pewnie na innym podwórzu. Są ślady butów w obie strony.
— Zabezpieczymy wyjście od góry — zdecydowała Darcy. — Teraz prawa.
Nie zdążyli zrobić dwóch kroków. Z ciemności wyskoczyła postać z twarzą owiniętą szarą tkaniną. Krótkie ostrze błysnęło nisko, wymierzone w udo Salli. Darcy zareagowała mechanicznie. Skróciła dystans, zanim napastnik zdołał wyprostować ramię. Lewym przedramieniem zbiła jego nadgarstek ku ścianie, prawą dłonią chwyciła kurtę przy łokciu i weszła biodrem pod jego środek ciężkości. Mężczyzna spróbował wyrwać rękę, jednak dziewczyna widziała napięcie w jego barku wcześniej niż ruch, korzystając z wyczuwania ciepła krwi, która w nim krążyła. Obróciła się razem z nim, docisnęła nadgarstek do kamienia i uderzyła kolanem w wewnętrzną stronę uda. Ostrze upadło. Napastnik szarpnął drugą dłonią pod płaszcz. Ostrza w rękawicy Darcy wysunęły się i zatrzymały tuż pod jego żuchwą.
— Nie radzę — powiedziała krótko. — Dłoń na ścianę — zaznaczyła, samej dociskając rękę, upuszczając mu nieco krwi. Napastnik posłuchał zaledwie na jedną sekundę. Z jego ciała buchnęły płomienie. Czarnowłosa odskoczyła, nie chcąc dać się zranić. Napastnik rzucił się w lewą odnogę. Lauri chwycił go za skraj płaszcza, a potem podciął mu nogę. Wskoczył mu na plecy, chwycił własny sztylet i przyłożył mu do tętnicy, podplając go przy tym. Salli otoczyła ich ognistą barierą.
— A teraz grzecznie, zanim zmienisz się w przekąskę dla królewskiej gamorty — syknęła dowódczyni. Darcy uśmiechnęła się dumnie. Naprawdę dobrze, że poszła po wsparcie. To była dobra decyzja.
— Skujcie go, nogi i ręce. Macie bransoletę blokującą? — zapytała zaraz po wydaniu polecenia. Kobieta przytaknęła. — Dobrze. Ją też. Salli zaprowadź go na powierzchnię, weź kogoś do pomocy na wszelki wypadek i pilnujcie. Poślijcie po kogoś kto od razu odprowadzi go do celi. Nie spuszczajcie go z oczu nawet na chwilę. Po ostatnich raportach cholera wie co mają jeszcze przygotowane. W razie konieczności zabić, wasze bezpieczeństwo stanowi priorytet. Lauri i Ilmari idą dalej ze mną — dokończyła księżniczka, po czym otrzepała się z przypalonego materiału oraz końcówek włosów. Nie miała żadnych ran, ale specyficzny zapach został już na ciele.
— Esh’tar… sha var esh’tar. Azh’ra khan! Varesh, varesh na ul’kar! — napastnik syknął, próbując się wyrwać, kiedy zakładano mu bransoletę i kajdany. Darcy zmarszczyła brwi i zacisnęła usta w wąską kreskę. Brzmiało jak piekielny, ale tylko brzmiało. Skąd? Oczy zaświeciły jej czerwienią. Podeszła do mężczyzny i spojrzała mu prosto w oczy, łapiac go agresywnie za brodę.
— Co Ty tam próbujesz pieprzyć?! — syknęła. Przejechała ostrzem po policzku. Zaraz jednak się zatrzymała. Oczy wróciły do normy. To… to co powiedział budziło w niej kolejne lęki. Kolejne problemy. Takie, które myślała, że już mają za sobą. — Zakneblujcie go. Ma nie rozmawiać z nikim poza moją rodziną. I uważajcie, nie wolno tracić czujności — wyjaśniła wszystkim. Dowódczyni przytaknęła. Okryła swoje ciało ognistą zbroją i zabrała napastnika ze sobą, kiedy nie mógł już w żaden sposób uciec. Reszta ruszyła dalej w głąb tunelu.
Prawa odnoga opadała głębiej. Pojawiły się kolejne przewody dymowe, a na ścianach zawisły małe gliniane lampy. Dwie jeszcze płonęły. Przy pierwszej stała miska z czarnym osadem i metalowa łyżka. Medyk przybliżył twarz, powąchał ostrożnie i natychmiast się odsunął.
— Nie dotykać. To drażni drogi oddechowe.
Darcy przytaknęła. Nie musiała wiedzieć, czym była substancja, żeby zauważyć, że smugi ciągnęły się dalej, aż pod kolejne drzwi. Tam usłyszała nierówny oddech. Płytki. Urwany. Żywy. Medyk cofnął się o krok. Księżniczka uniosła trzy palce i bezgłośnie odliczyła. Na jej znak Lauri pchnął drzwi. Nikt nie zaatakował. Pomieszczenie było niskie i długie. Pod ścianą stał stół z równymi rzędami narzędzi, dalej krzesło przytwierdzone do podłogi, miedziane misy i regał wypełniony flakonami. Kilka otwartych płomieni ogrzewało kamienie ułożone wokół metalowej płyty. Na końcu izby, na cienkiej macie, leżał czerwonowłosy chłopak. Darcy rozpoznała Mikaela po włosach i krzywo zrośniętym małym palcu lewej dłoni. Reszta nie przypominała chłopaka, który kiedyś próbował przekonać ją, że na szkolenie potrzebuje najdroższych ochraniaczy w całym mieście. Był skrajnie wychudzony, miał popękane usta i skórę pokrytą pasami brudnego bandaża. Jedno ramię spoczywało pod złym kątem. Na szyi i nadgarstkach ciągnęły się płytkie nacięcia wypełnione czarną pastą. Brzegi ran pozostawały matowe i nieruchome, jakby ciało przestało wiedzieć, co powinno z nimi zrobić.
— Ilmari, do niego — poleciła Darcy. Medyk znalazł się przy Mikaelu pierwszy.
— Mikael. Jestem Ilmari, medyk straży. Nie poruszaj się. Sprawdzę oddech i kark — wyjaśnił z troską w głosie. Powieki chłopaka zadrżały. Płomień w dłoni Darcy oświetlił izbę; Mikael nawet na niego nie spojrzał. Drgnął dopiero, gdy Ilmari wyjął nożyczki i metal cicho zadźwięczał o klamrę torby. Całe jego ciało napięło się gwałtownie.
— Schowaj je — powiedziała Dar.
Ilmari odłożył narzędzie poza zasięgiem wzroku i przeszedł na drugą stronę. Darcy uklękła przy macie, lecz nie dotknęła chłopaka, dopóki medyk nie skinął głową.
— Mikael? To Darcy. Jesteśmy tutaj. Straż też.
Zielone oczy otworzyły się na wąską szczelinę. Błądziły długo po jej twarzy.
— Nie... — wychrypiał. — Nie jesteś.
— Jestem. I mam na dowód bardzo głupi szczegół. Zostawiłeś w pokoju listę do Gromu. Nadal nie wierzysz w grube skarpety — uśmiechnęła się do niego czule, chociaż w sercu miała ochotę puścić całe to miejsce z dymem, a potem poćwiartować osobiście tego, kto mu to zrobił. Mika przez moment nie reagował. Potem palce jego zdrowej ręki poruszyły się w stronę Darcy. Ostrożnie objęła jego dłoń. — Spokojnie, będzie dobrze. Obiecuję na palaszek — szepnęła, gładząc jego dłoń. Zahaczyła delikatnie o jego mały palec, pieczętując tym własną przysięgę. Ilmari badał go szybko, ale bez gwałtownych ruchów. Dotknął karku, żeber i brzucha, sprawdził źrenice, później zatrzymał palce przy czarnej paście. Jego twarz stężała.
— Potrzebuję drugiego medyka, sztywnych noszy, kamieni grzewczych i czystej wody — powiedział Ilmari do Darcy. — Jest za chłodny. Tego ze skóry nie wyciągamy tutaj.
—Lauri, sprowadź wszystko, o co prosi — poleciła dziewczyna, nie spuszczając wzroku z rannego. Strażnik biegiem ruszył po odpowiednie osoby.
— Już cię zabieramy.
— On wróci — wyszeptał chłopak. — Powiedział... że musi skończyć.
— Nie wróci do ciebie. Kto to był?
Mikael spróbował przełknąć ślinę. Ilmari zwilżył mu usta wodą i pokręcił głową, gdy Darcy chciała zadać następne pytanie.
— Jedno — polecił — Potem cisza.
Chłopak zacisnął palce na rękawicy Darcy.
— Modlił się — powiedział. — Przy każdym cięciu. Do Pierwszego. Mówił, że.. że ja mam być dowodem — wydusił z siebie, po czym splunął krwią. Darcy przestała oddychać. Najpierw pomyślała, że źle usłyszała. Potem zobaczyła ścianę za Mikaelem. Wcześniej była tylko ciemnym tłem, teraz słowa wyszły z niej jedno po drugim, namalowane czymś brunatnym. Litery miały różną wysokość, część nałożono na starsze warstwy, jakby piszący wracał do zdania wiele razy. Runy, a raczej coś je przypominało. Niektóre były identyczne do tych, których używała sama, inne wyglądały na zmyślone, inne były faktycznymi znakami używanymi w języku demonów. Pod napisem ktoś narysował wysoką, rogatą postać z mieczem. U jej stóp klęczały małe sylwetki. Na stole leżała kartka z imieniem Sangiusa przepisanym w kółko, aż atrament przebił papier. Żołądek Darcy skurczył się gwałtownie. Cofnęła głowę i ledwo zdążyła odwrócić twarz, zanim podeszła ją kwaśna ślina. Łzy napłynęły bez ostrzeżenia. Chciała powiedzieć Mikaelowi, że to kłamstwo, lecz głos utknął jej w gardle. Kamień pod jej kolanami zaczął grzać. Płomienie w glinianych lampach poderwały się wysoko, choć nikt nie dotknął knotów. Metalowa płyta jęknęła, rozszerzając się od temperatury, a róg jednej z kartek zwinął się i pociemniał. Mikael wydał cichy, przestraszony dźwięk. To wystarczyło, żeby Darcy spojrzała z powrotem na niego. Jego oczy były otwarte, lecz nieobecne. Oddychał za szybko. Nie mogła teraz wariować. Wzięła głęboki wdech. Ilmari spojrzał po niej przelotnie.
— Wasza wysokość nie chcę być bezczelny i… — księżniczka pokręciła głową. Wzięła głęboki wdech, a wszystko wróciło do normy.
— Wybacz. Skup się na Mikaelu, mów co mam zrobić — zaznaczyła, wracając wzrokiem do sieroty.
— Trzymaj go za rękę — powiedział Ilmari. — Nie mocniej. Po prostu nie puszczaj. I daj mu ciepło, marznie. Potrzebuje ciepła, żeby utrzymać go przy życiu — polecił, a dziewczyna posłuchała. Później, później porozmawia z rodzicami. Teraz liczyło się tylko to, żeby uratowali jego życie, a potencjalnego sprawcę zaprowadzili na przesłuchanie. Chciał demona? Da mu nawet kilka, najgorszy sort. Niech tylko skurwysyn poczeka. Mikalowi nie zadawała teraz już żadnych pytań. Zamiast tego przelewała na niego cały czas ciepło, a kiedy dalej czuł się niepewnie zaczęła gładzić jego dłoń i nucić spokojną melodię. Obserwowała go. Było jej niedobrze. Za dużo. Za dużo naraz. Skupiła wzrok na twarzy Mikaela. Nie na ścianie. Nie na imieniu ojca. Włosy chłopaka przykleiły się do czoła. Odgarnęła je ostrożnie, omijając ranę przy skroni.
— Zostanę przy tobie — obiecała — Teraz tylko Ty się liczysz — dodała ciszej, zabierając rękę z jego twarzy.
Wsparcie dotarło chwilę później. Dwóch strażników przyniosło wąskie nosze z usztywnionymi bokami, druga medyczka niosła ogrzane płyty owinięte tkaniną. Nie pytali, dlaczego w pomieszczeniu pachniało przegrzanym metalem ani czemu Darcy płakała. Ilmari przekazał krótki raport, po czym rozdzielił zadania medyczne. Jedna osoba stabilizowała kark, dwie miały podnieść ciało na płachcie, a Darcy przyjęła jego sugestię, żeby trzymać zdrową dłoń Mikaela i mówić mu, co robią.
— Teraz wsuną materiał pod plecy — mówiła. Głos wciąż jej drżał, ale chłopak reagował na niego lekkim naciskiem palców. — Będzie nieprzyjemnie. No, możesz ich zwyzywać, jak chcesz. Ja nikomu nie powiem.
— Powiem — mruknął Ilmari, nie odrywając wzroku od bandaża.
Darcy parsknęła krótkim, mokrym śmiechem, bardziej odruchem niż rozbawieniem.
— Dobra, on powie. Ale medycy i tak wszystko zapisują tak brzydko, że nikt nie odczyta. Poza tym, Grom czasami może sobie puścić słowny grom z jasnego nieba — spróbowała go rozśmieszyć, pocieszyć, cokolwiek. — Obiecuję, że jak wyjdziesz i wydobrzejesz to osobiście uszyję Ci te Twoje skarpetki z kieszeniami. Kilka par. Na każdy dzień tygodnia — szepnęła mu, nie odsuwając się od niego. Kącik ust Mikaela poruszył się słabo. Kiedy unieśli go na wspólne odliczanie, jęknął i zacisnął dłoń tak mocno, jak potrafił. Darcy nie próbowała zapewniać, że nie boli. Pozwoliła mu ściskać sobie dłoń, byleby było mu łatwiej. Powtarzała tylko, że jeszcze chwila, że są przy nim, że nosze już pod plecami. Ilmari umieścił ciepłe płyty po obu stronach jego tułowia, zabezpieczył złamane ramię i przykrył go dwoma kocami. Darcy zerknęła na nosze, potem na kartki i narzędzia.
— Dobrze. Zabezpieczcie izbę, tunel i wszystkie wyjścia. Nikt nie przenosi dowodów bez opisu i świadka. Resztę zorganizujcie po swojemu, jak uważacie za słuszne. Ja idę z Mikaelem — poleciła pozostałym. Straż przyjęła decyzję skinieniem i od razu wszyscy zabrali się do pracy.
— Nikt nie przechodzi za kredową linię bez mojego pozwolenia. Najpierw rysunek pomieszczenia, potem oznaczenia na podłodze. Każdy płomień zapisujemy tak, jak go zastaliśmy. Naczynia osobno, narzędzia osobno. Jeżeli coś trzeba zgasić dla bezpieczeństwa, najpierw świadek i notatka — zaczynali rozmawiać między sobą i rozdzielać sobie zadania. Jedna ze strażniczek wyciągnęła metalowe znaczniki i zaczęła układać je przy śladach butów. Inny mężczyzna zasłonił skórą kartkę, której krawędź Darcy niechcący nadpaliła, lecz jej nie podniósł. Ilmari poprosił o przygotowanie drogi. Nosze ruszyły. W korytarzu miejsca było tak mało, że Darcy musiała iść bokiem przy głowie Mikaela. Nie trzymała już jego ręki; pilnowała, by koc nie zsunął się na twarz. W miejscu zasypanej odnogi strażnicy postawili dodatkową podporę i rozłożyli grubą tkaninę na odłamkach. Nad nimi dobiegały kroki zespołu przeszukującego sąsiednie podwórze. Przy głównych schodach nosze trzeba było unieść niemal pionowo, nie zmieniając położenia ciała. Ilmari kierował każdym ruchem. Darcy weszła pierwsza na stopnie i odebrała górne uchwyty. Ramiona zapiekły ją od ciężaru, lecz utrzymała równy poziom. Lauri szedł tyłem niżej, osłaniając stopy Mikaela. Ani razu nie próbował jej zastąpić. Zapytał tylko, czy trzyma. Odpowiedziała, że tak. Uwierzył.
W sieni ktoś otworzył tylne drzwi. Powietrze z podwórza było gorące i suche, lecz po tunelu wydawało się świeże. Mikael drgnął pod kocem.
— Gdzie...?
— W twoim domu — odpowiedziała Darcy. — Wychodzimy kuchnią. Za chwilę będziemy na ulicy.
— Nie mój… dom… kostnica
Na podwórzu stało tylko kilka osób. Dwoje strażników zatrzymało wodę w bocznym kanale, żeby niosący nie poślizgnęli się na mokrym kamieniu. Dalej drogę osłaniał wóz z pustymi skrzyniami. Z ulicy wyglądało to jak nocna naprawa przewodu. Napastnik siedział przy Salli i innym strażniku, wierzgając co jakiś czas.
— Dobrze to zrobiliście — powiedziała Darcy do Lauriego.
— Salla zorganizowała osłonę. Ja tylko mam szal.
— To też się liczy.
Nie odpowiedział, lecz przesunął tkaninę tak, by nikt z okna nie mógł zobaczyć twarzy Mikaela.
Do lecznicy przy zachodnim murze było blisko, ale nieśli go okrężnie przez spokojniejsze uliczki. Miasto działało zwyczajnie, jakby pod jednym z domów nie znaleziono chłopaka przywiązywanego do krzesła przez bogowie wiedzą ile. Mikael odzyskiwał przytomność i tracił ją co kilka minut. Za każdym razem Darcy przedstawiała mu świat od początku. Mówiła, na której są ulicy, ile zakrętów zostało i że Ilmari cały czas idzie obok. Nie składała wielkich obietnic. Kiedy chłopak wymamrotał coś o szkoleniu, powiedziała, że Grom jeszcze nigdzie nie uciekł.
— Lista — przypomniał po chwili.
— Jest bezpieczna.
— Skarpety...
— Będą, będą skarpetki — zapewniła go, a jego usta poruszyły się prawie jak do uśmiechu.
Przed lecznicą czekał zespół uprzedzony sygnałem. Drzwi do bocznej izby stały otwarte, a na środku znajdował się niski stół z ciemnego szkła, ogrzany od spodu. Starsza uzdrowicielka nie ukłoniła się Darcy i nawet nie zwolniła na jej widok. Sprawdziła nosze, dotknęła szyi Mikaela, po czym zaczęła wydawać polecenia.
— Mokre bandaże zdejmujemy nad misą. Wszystko zachować. Przygotować płukanie, nici, szyny i trzy próbki, i łzy. Przede wszystkim łzy. Raport stanu pacjenta? — zapytała na koniec, kiedy chłopak już był w rękach całego zespołu medycznego. Ilmari zdał raport w drodze do stołu: oddech, reakcje źrenic, złamania, czas odnalezienia, czarna pasta. Uzdrowicielki natychmiast zajęły się Mikaelem. Ostrożnie zdjęły mokre bandaże, pobrały próbki czarnej pasty i zaczęły oczyszczać rany. Darcy została przy chłopaku aż do chwili, gdy poproszono ją o opuszczenie izby. Zapewniła go, że będzie czekać za drzwiami, po czym pozwoliła medyczkom pracować. Niedługo później do lecznicy przybył Lauri. Przekazał, że Salla zabezpieczyła dom oraz podziemia. Odkryto drugie wyjście z tunelu i szyb prowadzący do starego przewodu huty. Straż odnalazła ślady krwi, lecz urywały się na gorącym kamieniu. Zebrano również zeznania sąsiadów oraz zabezpieczono pisma, narzędzia i dokumenty opiekunów Mikaela. Salla proponowała sprawdzić stare plany miasta, rejestry ognistego szlaku i raporty patroli. Darcy zatwierdziła działania, ale zabroniła zamykania miasta i wyciągania pochopnych wniosków. Poleciła również sprowadzić osobę z pałacowego archiwum, która ustali pochodzenie zapisków o Sangiusie. Sama nie chciała ich teraz oglądać. Nadal nie potrafiła spokojnie myśleć o tym, że ktoś wykorzystał historię jej ojca, aby usprawiedliwić krzywdzenie dziecka. Nad ranem uzdrowicielka poinformowała ją, że Mikael przeżył zabieg. Oczyszczono większość ran, zabezpieczono złamania i przywrócono mu właściwą temperaturę. Jego stan pozostawał poważny, ale stabilny. Darcy weszła do izby tylko na chwilę. Mikael spał pod czystymi bandażami, oddychając równiej niż wcześniej. Obiecała mu cicho, że wróci. Przed opuszczeniem lecznicy poleciła, aby nikt go nie przesłuchiwał bez zgody uzdrowicielki, a pałac dostarczył wszystko, czego będzie potrzebował zespół medyczny. Lauri odprowadził ją wraz z dwoma strażnikami. Przy bramie Darcy nakazała utrzymać dom i tunel pod strażą oraz kierować wszystkie raporty bezpośrednio do Lexi, Sangiusa albo Diego. Potem ruszyła do prywatnego skrzydła pałacu. Zatrzymała się dopiero przy drzwiach swojej komnaty. Powinna iść do rodziców, ale z drugiej strony nie powinna też się przemęczać. W końcu, cholera, nie tylko o jej zdrowie teraz chodziło.
— Alex… jeśli masz jakiś celny komentarz, to nie krępuj się. Proszę — szepnęła. Sama chciała jak najszybciej porozmawiać z rodzicami. Drżała cała ze strachu i zmęczenia. Dalej było jej niedobrze. Powinna odpocząć i nie przemęczać się. Wypuściła powietrze ustami. — Poprosisz Gava, żeby pozwolił Ci porozmawiać z rodzicami, zanim… zanim nie odpocznę chwilę? — zapytała, patrząc na bok, tam gdzie zawsze wyobrażała sobie nieznośnego wujka. Sam był demonem, będzie wiedział jak to wszystko przedstawić, żeby miało ręce i nogi. Poza tym był przy wszystkim. Odpocznie i sama później powtórzy wszystko własnymi słowami.
Zamiast ruszyć najkrótszą drogą do pałacu, wybrała wąskie przejście między posesjami. Chciała sprawdzić, czy ktoś obserwuje dom, a potem sprowadzić straż oraz medyka bez stawiania całej ulicy na nogi. Noc wciąż oddawała ciepło nagromadzone w kamieniu. Nad dachami unosiła się para z kanałów, a barwne płyty w ścianach odbijały ogniki z ulicznych lamp. Darcy dostrzegła cień już przy pierwszym skrzyżowaniu. Po sposobie, w jaki stawiał lewą stopę, rozpoznała Lauriego, zanim w miodowym odbiciu szkła pojawił się zarys jego twarzy. Kręcił się przy niej tak często, że poznałaby go chyba nawet po samym odgłosie kroków. Nie mówiąc już o tym, że zawsze zdawał się emanować większym ciepłem niż reszta. Nic dziwnego, skoro jego oczy przypominały rzekę lawy. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Zresztą to jemu zostawiła karteczkę. Pozwoliła mu iść za sobą jeszcze do przejścia obok warsztatu. Tam odwróciła się, pozostawiając dłonie wolne, lecz nie wysunęła ostrzy.
— Lauri, możesz już wyjść. I nie udawaj, że Cię tam nie ma. Miałeś dzisiaj być w zamku. Kazałam Ci czekać i przygotować wsparcie — powiedziała cicho, jednak na tyle głośno, żeby usłyszał ją. Strażnik wysunął się z cienia. Paradny pancerz zamienił na krótką kurtkę wzmocnioną płytkami, a znak służby schował pod szalem. Czerwone włosy miał wilgotne od pary, a kosmyki włosów uparcie opadały na czoło oraz brwi. Blizny biegnące od podbródka do nosa poruszyły się wraz z uśmiechem.
— Liczyłem, że rozpoznasz mnie wcześniej, księżniczko. Mógłbym przywyknąć do tej uwagi.
— Widziałam Cię dziś cztery razy i już sobie porozmawialiśmy uroczo, prawda? Teraz zdajesz się już przeginać pałę… — urwała. Nie. Żart z pałą goryczy nie miał tutaj sensu. Pokręciła głową, ale rozpromieniła się bardziej. — Jak bardzo mnie nie posłuchałeś? — zapytała w nadzei, że zdążył już zgarnąć przy okazji grupę zwiadowczą zanim za nią poszedł.
— No jak się targowaliśmy z czasem to uznałem, że to taka luźna sugestia, a nawet zaproszenie, żeby iść za Tobą, księżniczko. Lepsze to niż koczowanie pod… ekhem… pozwoliłem sobie znaleźć innego jelenia, żeby uprzejmie doniósł na Ciebie jak Kapłanka zakończy nocną naradę z Pierwszym Wojownikiem — wyjaśnił, uśmiechając się wymownie. Podszedł kilka kroków bliżej dziewczyny, obserwując ją oraz otoczenie. Dar zaśmiała się cicho, ale zaraz zasłoniła usta, żeby nie hałasować.
— Masz szczęście, że nikt inny tego nie słyszy. Nieładnie tak komentować nocne narady swoich przełożonych — zauważyła, uśmiechając się bardziej zaczepnie, acz policzki zaczęły ją lekko piec ze wstydu. Teraz była pewna, że jak tylko wróci do pałacu to dostatnie do wiwatu.
— Wiem. Co znalazłaś? — zapytał, a uśmiech zniknął mu z twarzy. Zastąpił go zawodowy profesjonalizm.
— Mikael nie wyjechał. Jego ubrania, książki i rzeczy do Gromu zostały w pokoju. Pod schodami są zamknięte drzwi z nowym zamkiem. Ktoś korzystał z nich niedawno. Nie otworzyłam ich sama.
Lauri już wyciągał spod kurtki krótką rurkę sygnałową.
— Wsparcie jest dwie ulice stąd. Mamy szczęście, że to akurat dzisiaj. Nikt nie zwróci uwagi na dodatkowe światła na niebie — wyjaśnił, a czerwona smuga przemknęła nisko nad dachami i pękła na trzy punkty. Biała odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast. Lauri ruszył pierwszy tylko do wylotu przejścia, potem zrównał krok z Darcy. Z sygnałem faktycznie mieli szczęście. Migracja sularów zawsze oznaczała ciągły zgiełk na ulicach, a nocą roiło się od kolorowych fajerwerek na niebie. Nie musiał kombinować z subtelnym znakiem. To też z pewnością przyspieszyło mu przygotowania. Dziewczyna spojrzała po nim z uznaniem. Naprawdę doceniała tą niesubordynację. Zwłaszcza spod jego zaradnych rąk. Po kilku minutach dołączyło do nich pięcioro ludzi w ciemnych szatach. Darcy znała całą grupę. Na jej czele szła Salla, dowódczyni nocnej zmiany, z krótko obciętymi miedzianymi włosami. Obok niej szedł Ilmari z płaską torbą medyczną. Księżniczka zwięźle opisała układ domu i to, co znalazła w pokojach. Zaznaczyła, że na ulicy nie ma jeszcze alarmu i chce, żeby tak pozostało, dopóki nie ustalą, dokąd prowadzą drzwi. Nakazała zabezpieczyć oba wejścia do budynku, nie zatrzymywać sąsiadów bez konkretnego powodu ani nie używać otwartego sygnału, który ściągnąłby gapiów. Dopiero wtedy poprosiła Sallę o ocenę najlepszego ustawienia ludzi. Dowódczyni wskazała sąsiednie podwórza.
— Proponuję zamknąć ulicę z obu stron i sprawdzić przyległe posesje, zanim otworzymy przejście. Jedna osoba przy froncie, dwie na tyłach. Reszta wchodzi z nami. Darcy spojrzała na dachy, tylne bramy i wąski kanał biegnący wzdłuż muru.
— Dobrze. Zrób tak. Nikt nie wchodzi do domu bez Twojej zgody. Lauri otworzy zamek, Ilmari schodzi z nami. Ja prowadzę do drzwi.
Salla natychmiast rozdzieliła zadania zgodnie z decyzją księżniczki, a szmaragdowooka wskazała tylne wejście i dodała ciszej:
— Dziękuję, że przyszliście tak szybko.
— Zawsze do usług — odpowiedziała Salla.
Strażnicy sprawdzili parter i piętro, nie zmieniając położenia rzeczy. Dopiero gdy z obu stron domu padło umówione stuknięcie, Darcy poleciła zejść pod schody. Lauri zdjął rękawice i otworzył wąskie etui z wytrychami.
— Nadal nosisz je w rękawie? — zapytała Darcy, osłaniając dłonią mały płomień, żeby światło nie uciekło na ulicę.
— Przezorny zawsze ubezpieczony. Księżniczce też by się przydały — zauważył, wyciągając dwie długie łamanki.
— Zgadzam się. Nauczysz mnie? — zapytała, obserwując jak zabiera się do pracy. Gave już jej odmówił, więc uznała, że warto poszukać innego nauczyciela.
— Chętnie — przytaknął, uśmiechając się do niej. Zaraz potem zamilkł i wziął się do pracy z zadowoloną miną na twarzy. Po kilku ruchach metalu zamek ustąpił. Strażnik odsunął się, nie dotykając klamki. Ilmari nałożył na nią czystą skórę, przekręcił i otworzył drzwi na szerokość dłoni. Z dołu napłynęło powietrze wilgotne, metaliczne i wyraźnie chłodniejsze od wnętrza domu. Najwyraźniejszy jednak był zapach stęchłej krwi. Ten Dar znała aż za dobrze. Momentalnie spoważniała. Płomień pochylił się ku szczelinie. Za progiem trzy nierówne stopnie przechodziły w wąski tunel wykuty w starym kamieniu. Nowe belki podtrzymywały fragment sklepienia, a pomiędzy nimi ktoś poprowadził cienką rurę odprowadzającą dym.
— To nie jest część domu — oceniła Salla. — Proponuję, żebym zeszła pierwsza — dodała. Lauri wskazał rysy na podłodze.
— Coś ciężkiego regularnie przeciągano w dół. Albo kogoś — rzucił, wstając na równe nogi. Schował wytrychy na powrót i poprawił broń przy pasie. Młoda Parabellum z kolei oceniła szerokość przejścia i przytaknęła.
— Dobrze. Ty pierwsza, ja za tobą. Lauri i Ilmari dalej. Pozostali pilnują domu i sprowadzają drugi zespół. Jeśli znajdziemy rozwidlenie, zatrzymujemy się i sprawdzamy obie strony — poinformowała cicho, po czym zsunęła płomień niżej, przed Sali, tak żeby dowódczyni mogła patrzeć przed siebie bez zasłaniania widoku. Sama szła z rękami wolnymi i ostrzami gotowymi pod rękawicami.
Tunel opadał łagodnie. Na początku słyszeli wodę biegnącą w kanale za ścianą, później został tylko odgłos podeszew na piasku. Stare podpory były ciemne i popękane, lecz kliny pod nimi wyglądały na świeże. Ktoś nie wykopał przejścia od zera. Oczyścił dawny korytarz, naprawił najbardziej niebezpieczne miejsca i zaczął z niego korzystać.
Po kilkunastu krokach Darcy uniosła pięść. Salla zatrzymała się natychmiast. W poprzek korytarza, niewiele nad kostką, ciągnęła się cienka nić. W świetle była prawie niewidoczna. Lauri nachylił się bez dotykania.
— Włosie moserta nasączone olejem. Prowadzi pod tę deskę — wskazał, ale nie dotykał jej, nie chcąc uruchamiać ewentualnej pułapki. Poczekał, a kiedy dostał sygnał i wszyscy cofnęli się o krok, podważył płaski kamień i odkrył glinianą bańkę umieszczoną w zagłębieniu. W środku coś cicho zaszeleściło.
— Drobne szkło — ocenił. — Nie zabije, ale w oczy wejdzie dobrze, ślepota gwarantowana — wyjaśnił. Ilmari podał mu mokrą tkaninę. Lauri owinął bańkę, odciął nić i włożył całość do skórzanego worka. Darcy patrzyła na zadrapania przy desce. Pułapkę zakładano więcej niż raz. Brzegi nacięć były świeże. Ruszyli dalej, wolniej. Korytarz rozdzielał się na dwie odnogi. Z lewej ciągnęło świeżym powietrzem i zapachem suchego drewna, z prawej dolatywała słodkawa woń ziół zmieszana z czymś ostrym. Salla zaproponowała, żeby Lauri sprawdził początek lewej odnogi, a Darcy wydała mu polecenie. Strażnik zniknął za łukiem i zaraz wrócił.
— Schody w górę. Klapa, pewnie na innym podwórzu. Są ślady butów w obie strony.
— Zabezpieczymy wyjście od góry — zdecydowała Darcy. — Teraz prawa.
Nie zdążyli zrobić dwóch kroków. Z ciemności wyskoczyła postać z twarzą owiniętą szarą tkaniną. Krótkie ostrze błysnęło nisko, wymierzone w udo Salli. Darcy zareagowała mechanicznie. Skróciła dystans, zanim napastnik zdołał wyprostować ramię. Lewym przedramieniem zbiła jego nadgarstek ku ścianie, prawą dłonią chwyciła kurtę przy łokciu i weszła biodrem pod jego środek ciężkości. Mężczyzna spróbował wyrwać rękę, jednak dziewczyna widziała napięcie w jego barku wcześniej niż ruch, korzystając z wyczuwania ciepła krwi, która w nim krążyła. Obróciła się razem z nim, docisnęła nadgarstek do kamienia i uderzyła kolanem w wewnętrzną stronę uda. Ostrze upadło. Napastnik szarpnął drugą dłonią pod płaszcz. Ostrza w rękawicy Darcy wysunęły się i zatrzymały tuż pod jego żuchwą.
— Nie radzę — powiedziała krótko. — Dłoń na ścianę — zaznaczyła, samej dociskając rękę, upuszczając mu nieco krwi. Napastnik posłuchał zaledwie na jedną sekundę. Z jego ciała buchnęły płomienie. Czarnowłosa odskoczyła, nie chcąc dać się zranić. Napastnik rzucił się w lewą odnogę. Lauri chwycił go za skraj płaszcza, a potem podciął mu nogę. Wskoczył mu na plecy, chwycił własny sztylet i przyłożył mu do tętnicy, podplając go przy tym. Salli otoczyła ich ognistą barierą.
— A teraz grzecznie, zanim zmienisz się w przekąskę dla królewskiej gamorty — syknęła dowódczyni. Darcy uśmiechnęła się dumnie. Naprawdę dobrze, że poszła po wsparcie. To była dobra decyzja.
— Skujcie go, nogi i ręce. Macie bransoletę blokującą? — zapytała zaraz po wydaniu polecenia. Kobieta przytaknęła. — Dobrze. Ją też. Salli zaprowadź go na powierzchnię, weź kogoś do pomocy na wszelki wypadek i pilnujcie. Poślijcie po kogoś kto od razu odprowadzi go do celi. Nie spuszczajcie go z oczu nawet na chwilę. Po ostatnich raportach cholera wie co mają jeszcze przygotowane. W razie konieczności zabić, wasze bezpieczeństwo stanowi priorytet. Lauri i Ilmari idą dalej ze mną — dokończyła księżniczka, po czym otrzepała się z przypalonego materiału oraz końcówek włosów. Nie miała żadnych ran, ale specyficzny zapach został już na ciele.
— Esh’tar… sha var esh’tar. Azh’ra khan! Varesh, varesh na ul’kar! — napastnik syknął, próbując się wyrwać, kiedy zakładano mu bransoletę i kajdany. Darcy zmarszczyła brwi i zacisnęła usta w wąską kreskę. Brzmiało jak piekielny, ale tylko brzmiało. Skąd? Oczy zaświeciły jej czerwienią. Podeszła do mężczyzny i spojrzała mu prosto w oczy, łapiac go agresywnie za brodę.
— Co Ty tam próbujesz pieprzyć?! — syknęła. Przejechała ostrzem po policzku. Zaraz jednak się zatrzymała. Oczy wróciły do normy. To… to co powiedział budziło w niej kolejne lęki. Kolejne problemy. Takie, które myślała, że już mają za sobą. — Zakneblujcie go. Ma nie rozmawiać z nikim poza moją rodziną. I uważajcie, nie wolno tracić czujności — wyjaśniła wszystkim. Dowódczyni przytaknęła. Okryła swoje ciało ognistą zbroją i zabrała napastnika ze sobą, kiedy nie mógł już w żaden sposób uciec. Reszta ruszyła dalej w głąb tunelu.
Prawa odnoga opadała głębiej. Pojawiły się kolejne przewody dymowe, a na ścianach zawisły małe gliniane lampy. Dwie jeszcze płonęły. Przy pierwszej stała miska z czarnym osadem i metalowa łyżka. Medyk przybliżył twarz, powąchał ostrożnie i natychmiast się odsunął.
— Nie dotykać. To drażni drogi oddechowe.
Darcy przytaknęła. Nie musiała wiedzieć, czym była substancja, żeby zauważyć, że smugi ciągnęły się dalej, aż pod kolejne drzwi. Tam usłyszała nierówny oddech. Płytki. Urwany. Żywy. Medyk cofnął się o krok. Księżniczka uniosła trzy palce i bezgłośnie odliczyła. Na jej znak Lauri pchnął drzwi. Nikt nie zaatakował. Pomieszczenie było niskie i długie. Pod ścianą stał stół z równymi rzędami narzędzi, dalej krzesło przytwierdzone do podłogi, miedziane misy i regał wypełniony flakonami. Kilka otwartych płomieni ogrzewało kamienie ułożone wokół metalowej płyty. Na końcu izby, na cienkiej macie, leżał czerwonowłosy chłopak. Darcy rozpoznała Mikaela po włosach i krzywo zrośniętym małym palcu lewej dłoni. Reszta nie przypominała chłopaka, który kiedyś próbował przekonać ją, że na szkolenie potrzebuje najdroższych ochraniaczy w całym mieście. Był skrajnie wychudzony, miał popękane usta i skórę pokrytą pasami brudnego bandaża. Jedno ramię spoczywało pod złym kątem. Na szyi i nadgarstkach ciągnęły się płytkie nacięcia wypełnione czarną pastą. Brzegi ran pozostawały matowe i nieruchome, jakby ciało przestało wiedzieć, co powinno z nimi zrobić.
— Ilmari, do niego — poleciła Darcy. Medyk znalazł się przy Mikaelu pierwszy.
— Mikael. Jestem Ilmari, medyk straży. Nie poruszaj się. Sprawdzę oddech i kark — wyjaśnił z troską w głosie. Powieki chłopaka zadrżały. Płomień w dłoni Darcy oświetlił izbę; Mikael nawet na niego nie spojrzał. Drgnął dopiero, gdy Ilmari wyjął nożyczki i metal cicho zadźwięczał o klamrę torby. Całe jego ciało napięło się gwałtownie.
— Schowaj je — powiedziała Dar.
Ilmari odłożył narzędzie poza zasięgiem wzroku i przeszedł na drugą stronę. Darcy uklękła przy macie, lecz nie dotknęła chłopaka, dopóki medyk nie skinął głową.
— Mikael? To Darcy. Jesteśmy tutaj. Straż też.
Zielone oczy otworzyły się na wąską szczelinę. Błądziły długo po jej twarzy.
— Nie... — wychrypiał. — Nie jesteś.
— Jestem. I mam na dowód bardzo głupi szczegół. Zostawiłeś w pokoju listę do Gromu. Nadal nie wierzysz w grube skarpety — uśmiechnęła się do niego czule, chociaż w sercu miała ochotę puścić całe to miejsce z dymem, a potem poćwiartować osobiście tego, kto mu to zrobił. Mika przez moment nie reagował. Potem palce jego zdrowej ręki poruszyły się w stronę Darcy. Ostrożnie objęła jego dłoń. — Spokojnie, będzie dobrze. Obiecuję na palaszek — szepnęła, gładząc jego dłoń. Zahaczyła delikatnie o jego mały palec, pieczętując tym własną przysięgę. Ilmari badał go szybko, ale bez gwałtownych ruchów. Dotknął karku, żeber i brzucha, sprawdził źrenice, później zatrzymał palce przy czarnej paście. Jego twarz stężała.
— Potrzebuję drugiego medyka, sztywnych noszy, kamieni grzewczych i czystej wody — powiedział Ilmari do Darcy. — Jest za chłodny. Tego ze skóry nie wyciągamy tutaj.
—Lauri, sprowadź wszystko, o co prosi — poleciła dziewczyna, nie spuszczając wzroku z rannego. Strażnik biegiem ruszył po odpowiednie osoby.
— Już cię zabieramy.
— On wróci — wyszeptał chłopak. — Powiedział... że musi skończyć.
— Nie wróci do ciebie. Kto to był?
Mikael spróbował przełknąć ślinę. Ilmari zwilżył mu usta wodą i pokręcił głową, gdy Darcy chciała zadać następne pytanie.
— Jedno — polecił — Potem cisza.
Chłopak zacisnął palce na rękawicy Darcy.
— Modlił się — powiedział. — Przy każdym cięciu. Do Pierwszego. Mówił, że.. że ja mam być dowodem — wydusił z siebie, po czym splunął krwią. Darcy przestała oddychać. Najpierw pomyślała, że źle usłyszała. Potem zobaczyła ścianę za Mikaelem. Wcześniej była tylko ciemnym tłem, teraz słowa wyszły z niej jedno po drugim, namalowane czymś brunatnym. Litery miały różną wysokość, część nałożono na starsze warstwy, jakby piszący wracał do zdania wiele razy. Runy, a raczej coś je przypominało. Niektóre były identyczne do tych, których używała sama, inne wyglądały na zmyślone, inne były faktycznymi znakami używanymi w języku demonów. Pod napisem ktoś narysował wysoką, rogatą postać z mieczem. U jej stóp klęczały małe sylwetki. Na stole leżała kartka z imieniem Sangiusa przepisanym w kółko, aż atrament przebił papier. Żołądek Darcy skurczył się gwałtownie. Cofnęła głowę i ledwo zdążyła odwrócić twarz, zanim podeszła ją kwaśna ślina. Łzy napłynęły bez ostrzeżenia. Chciała powiedzieć Mikaelowi, że to kłamstwo, lecz głos utknął jej w gardle. Kamień pod jej kolanami zaczął grzać. Płomienie w glinianych lampach poderwały się wysoko, choć nikt nie dotknął knotów. Metalowa płyta jęknęła, rozszerzając się od temperatury, a róg jednej z kartek zwinął się i pociemniał. Mikael wydał cichy, przestraszony dźwięk. To wystarczyło, żeby Darcy spojrzała z powrotem na niego. Jego oczy były otwarte, lecz nieobecne. Oddychał za szybko. Nie mogła teraz wariować. Wzięła głęboki wdech. Ilmari spojrzał po niej przelotnie.
— Wasza wysokość nie chcę być bezczelny i… — księżniczka pokręciła głową. Wzięła głęboki wdech, a wszystko wróciło do normy.
— Wybacz. Skup się na Mikaelu, mów co mam zrobić — zaznaczyła, wracając wzrokiem do sieroty.
— Trzymaj go za rękę — powiedział Ilmari. — Nie mocniej. Po prostu nie puszczaj. I daj mu ciepło, marznie. Potrzebuje ciepła, żeby utrzymać go przy życiu — polecił, a dziewczyna posłuchała. Później, później porozmawia z rodzicami. Teraz liczyło się tylko to, żeby uratowali jego życie, a potencjalnego sprawcę zaprowadzili na przesłuchanie. Chciał demona? Da mu nawet kilka, najgorszy sort. Niech tylko skurwysyn poczeka. Mikalowi nie zadawała teraz już żadnych pytań. Zamiast tego przelewała na niego cały czas ciepło, a kiedy dalej czuł się niepewnie zaczęła gładzić jego dłoń i nucić spokojną melodię. Obserwowała go. Było jej niedobrze. Za dużo. Za dużo naraz. Skupiła wzrok na twarzy Mikaela. Nie na ścianie. Nie na imieniu ojca. Włosy chłopaka przykleiły się do czoła. Odgarnęła je ostrożnie, omijając ranę przy skroni.
— Zostanę przy tobie — obiecała — Teraz tylko Ty się liczysz — dodała ciszej, zabierając rękę z jego twarzy.
Wsparcie dotarło chwilę później. Dwóch strażników przyniosło wąskie nosze z usztywnionymi bokami, druga medyczka niosła ogrzane płyty owinięte tkaniną. Nie pytali, dlaczego w pomieszczeniu pachniało przegrzanym metalem ani czemu Darcy płakała. Ilmari przekazał krótki raport, po czym rozdzielił zadania medyczne. Jedna osoba stabilizowała kark, dwie miały podnieść ciało na płachcie, a Darcy przyjęła jego sugestię, żeby trzymać zdrową dłoń Mikaela i mówić mu, co robią.
— Teraz wsuną materiał pod plecy — mówiła. Głos wciąż jej drżał, ale chłopak reagował na niego lekkim naciskiem palców. — Będzie nieprzyjemnie. No, możesz ich zwyzywać, jak chcesz. Ja nikomu nie powiem.
— Powiem — mruknął Ilmari, nie odrywając wzroku od bandaża.
Darcy parsknęła krótkim, mokrym śmiechem, bardziej odruchem niż rozbawieniem.
— Dobra, on powie. Ale medycy i tak wszystko zapisują tak brzydko, że nikt nie odczyta. Poza tym, Grom czasami może sobie puścić słowny grom z jasnego nieba — spróbowała go rozśmieszyć, pocieszyć, cokolwiek. — Obiecuję, że jak wyjdziesz i wydobrzejesz to osobiście uszyję Ci te Twoje skarpetki z kieszeniami. Kilka par. Na każdy dzień tygodnia — szepnęła mu, nie odsuwając się od niego. Kącik ust Mikaela poruszył się słabo. Kiedy unieśli go na wspólne odliczanie, jęknął i zacisnął dłoń tak mocno, jak potrafił. Darcy nie próbowała zapewniać, że nie boli. Pozwoliła mu ściskać sobie dłoń, byleby było mu łatwiej. Powtarzała tylko, że jeszcze chwila, że są przy nim, że nosze już pod plecami. Ilmari umieścił ciepłe płyty po obu stronach jego tułowia, zabezpieczył złamane ramię i przykrył go dwoma kocami. Darcy zerknęła na nosze, potem na kartki i narzędzia.
— Dobrze. Zabezpieczcie izbę, tunel i wszystkie wyjścia. Nikt nie przenosi dowodów bez opisu i świadka. Resztę zorganizujcie po swojemu, jak uważacie za słuszne. Ja idę z Mikaelem — poleciła pozostałym. Straż przyjęła decyzję skinieniem i od razu wszyscy zabrali się do pracy.
— Nikt nie przechodzi za kredową linię bez mojego pozwolenia. Najpierw rysunek pomieszczenia, potem oznaczenia na podłodze. Każdy płomień zapisujemy tak, jak go zastaliśmy. Naczynia osobno, narzędzia osobno. Jeżeli coś trzeba zgasić dla bezpieczeństwa, najpierw świadek i notatka — zaczynali rozmawiać między sobą i rozdzielać sobie zadania. Jedna ze strażniczek wyciągnęła metalowe znaczniki i zaczęła układać je przy śladach butów. Inny mężczyzna zasłonił skórą kartkę, której krawędź Darcy niechcący nadpaliła, lecz jej nie podniósł. Ilmari poprosił o przygotowanie drogi. Nosze ruszyły. W korytarzu miejsca było tak mało, że Darcy musiała iść bokiem przy głowie Mikaela. Nie trzymała już jego ręki; pilnowała, by koc nie zsunął się na twarz. W miejscu zasypanej odnogi strażnicy postawili dodatkową podporę i rozłożyli grubą tkaninę na odłamkach. Nad nimi dobiegały kroki zespołu przeszukującego sąsiednie podwórze. Przy głównych schodach nosze trzeba było unieść niemal pionowo, nie zmieniając położenia ciała. Ilmari kierował każdym ruchem. Darcy weszła pierwsza na stopnie i odebrała górne uchwyty. Ramiona zapiekły ją od ciężaru, lecz utrzymała równy poziom. Lauri szedł tyłem niżej, osłaniając stopy Mikaela. Ani razu nie próbował jej zastąpić. Zapytał tylko, czy trzyma. Odpowiedziała, że tak. Uwierzył.
W sieni ktoś otworzył tylne drzwi. Powietrze z podwórza było gorące i suche, lecz po tunelu wydawało się świeże. Mikael drgnął pod kocem.
— Gdzie...?
— W twoim domu — odpowiedziała Darcy. — Wychodzimy kuchnią. Za chwilę będziemy na ulicy.
— Nie mój… dom… kostnica
Na podwórzu stało tylko kilka osób. Dwoje strażników zatrzymało wodę w bocznym kanale, żeby niosący nie poślizgnęli się na mokrym kamieniu. Dalej drogę osłaniał wóz z pustymi skrzyniami. Z ulicy wyglądało to jak nocna naprawa przewodu. Napastnik siedział przy Salli i innym strażniku, wierzgając co jakiś czas.
— Dobrze to zrobiliście — powiedziała Darcy do Lauriego.
— Salla zorganizowała osłonę. Ja tylko mam szal.
— To też się liczy.
Nie odpowiedział, lecz przesunął tkaninę tak, by nikt z okna nie mógł zobaczyć twarzy Mikaela.
Do lecznicy przy zachodnim murze było blisko, ale nieśli go okrężnie przez spokojniejsze uliczki. Miasto działało zwyczajnie, jakby pod jednym z domów nie znaleziono chłopaka przywiązywanego do krzesła przez bogowie wiedzą ile. Mikael odzyskiwał przytomność i tracił ją co kilka minut. Za każdym razem Darcy przedstawiała mu świat od początku. Mówiła, na której są ulicy, ile zakrętów zostało i że Ilmari cały czas idzie obok. Nie składała wielkich obietnic. Kiedy chłopak wymamrotał coś o szkoleniu, powiedziała, że Grom jeszcze nigdzie nie uciekł.
— Lista — przypomniał po chwili.
— Jest bezpieczna.
— Skarpety...
— Będą, będą skarpetki — zapewniła go, a jego usta poruszyły się prawie jak do uśmiechu.
Przed lecznicą czekał zespół uprzedzony sygnałem. Drzwi do bocznej izby stały otwarte, a na środku znajdował się niski stół z ciemnego szkła, ogrzany od spodu. Starsza uzdrowicielka nie ukłoniła się Darcy i nawet nie zwolniła na jej widok. Sprawdziła nosze, dotknęła szyi Mikaela, po czym zaczęła wydawać polecenia.
— Mokre bandaże zdejmujemy nad misą. Wszystko zachować. Przygotować płukanie, nici, szyny i trzy próbki, i łzy. Przede wszystkim łzy. Raport stanu pacjenta? — zapytała na koniec, kiedy chłopak już był w rękach całego zespołu medycznego. Ilmari zdał raport w drodze do stołu: oddech, reakcje źrenic, złamania, czas odnalezienia, czarna pasta. Uzdrowicielki natychmiast zajęły się Mikaelem. Ostrożnie zdjęły mokre bandaże, pobrały próbki czarnej pasty i zaczęły oczyszczać rany. Darcy została przy chłopaku aż do chwili, gdy poproszono ją o opuszczenie izby. Zapewniła go, że będzie czekać za drzwiami, po czym pozwoliła medyczkom pracować. Niedługo później do lecznicy przybył Lauri. Przekazał, że Salla zabezpieczyła dom oraz podziemia. Odkryto drugie wyjście z tunelu i szyb prowadzący do starego przewodu huty. Straż odnalazła ślady krwi, lecz urywały się na gorącym kamieniu. Zebrano również zeznania sąsiadów oraz zabezpieczono pisma, narzędzia i dokumenty opiekunów Mikaela. Salla proponowała sprawdzić stare plany miasta, rejestry ognistego szlaku i raporty patroli. Darcy zatwierdziła działania, ale zabroniła zamykania miasta i wyciągania pochopnych wniosków. Poleciła również sprowadzić osobę z pałacowego archiwum, która ustali pochodzenie zapisków o Sangiusie. Sama nie chciała ich teraz oglądać. Nadal nie potrafiła spokojnie myśleć o tym, że ktoś wykorzystał historię jej ojca, aby usprawiedliwić krzywdzenie dziecka. Nad ranem uzdrowicielka poinformowała ją, że Mikael przeżył zabieg. Oczyszczono większość ran, zabezpieczono złamania i przywrócono mu właściwą temperaturę. Jego stan pozostawał poważny, ale stabilny. Darcy weszła do izby tylko na chwilę. Mikael spał pod czystymi bandażami, oddychając równiej niż wcześniej. Obiecała mu cicho, że wróci. Przed opuszczeniem lecznicy poleciła, aby nikt go nie przesłuchiwał bez zgody uzdrowicielki, a pałac dostarczył wszystko, czego będzie potrzebował zespół medyczny. Lauri odprowadził ją wraz z dwoma strażnikami. Przy bramie Darcy nakazała utrzymać dom i tunel pod strażą oraz kierować wszystkie raporty bezpośrednio do Lexi, Sangiusa albo Diego. Potem ruszyła do prywatnego skrzydła pałacu. Zatrzymała się dopiero przy drzwiach swojej komnaty. Powinna iść do rodziców, ale z drugiej strony nie powinna też się przemęczać. W końcu, cholera, nie tylko o jej zdrowie teraz chodziło.
— Alex… jeśli masz jakiś celny komentarz, to nie krępuj się. Proszę — szepnęła. Sama chciała jak najszybciej porozmawiać z rodzicami. Drżała cała ze strachu i zmęczenia. Dalej było jej niedobrze. Powinna odpocząć i nie przemęczać się. Wypuściła powietrze ustami. — Poprosisz Gava, żeby pozwolił Ci porozmawiać z rodzicami, zanim… zanim nie odpocznę chwilę? — zapytała, patrząc na bok, tam gdzie zawsze wyobrażała sobie nieznośnego wujka. Sam był demonem, będzie wiedział jak to wszystko przedstawić, żeby miało ręce i nogi. Poza tym był przy wszystkim. Odpocznie i sama później powtórzy wszystko własnymi słowami.
~ * ~
Ashan wypił pierwszy kieliszek, bo chciał przestać myśleć. Drugi, bo pierwszy nie zadziałał. Przy trzecim uznał, że metoda ma naukowe podstawy, tylko dawka była źle dobrana. Tak pewnie powiedziałby Tony, naukowiec od siedmiu boleści, którego teraz mu brakowało. Jego albo innego gadulstwa. Siedział na niskim murze nad ogrodowym kanałem i obracał szkło między palcami. Woda przesuwała się czarną wstęgą pod mostkiem, łapiąc odbicia lamp. Zdążył się już upalić, odwiedzić spiżarnię, zabrać butelkę najmocniejszego alkoholu jaką miał i wrócił do ogrodów. Do swojej komnaty nie chciał wracać. Łóżko stało tam dokładnie tak, jak je zostawił, pościel była czysta, okno otwarte. Wszystko wyglądało niewinnie. To tylko sprawiało, że pokój wydawał się bardziej podejrzany. Zwłaszcza teraz. Ashan dopił alkohol i odstawił kieliszek na mur. Chybił o kilka centymetrów. Naczynie spadło w kępkę kwiatów, cudem się nie tłukąc— Sukces — mruknął. — Prawie — dodał, wzruszając ramionami. Ashan przez chwilę rozważał położenie się na kamieniu. Mur był ciepły, ogród pusty, a godność i tak od dawna miała z nim luźną umowę, zwłaszcza w opinii ukochanego brata. Co tam jeden przytyk w tę czy w tamtą. Potem zobaczył światło przesuwające się wysoko w prywatnym skrzydle. Oho. Ktoś przerywał starszym gody. Zaśmiał się pod nosem. Ale zaraz będzie opierdol. Wyprostował się, zarządzając w głowie taktyczny odwrót, zanim poleci na niego jakieś łóżko czy coś innego. Ziemia przechyliła się uprzejmie w lewo, więc Ashan poczekał, aż wróci na miejsce. Podniósł kieliszek, schował go do kieszeni i ruszył alejką prowadzącą od stajni. Nie do komnaty. Nigdy do komnaty. O. Jak wytrzeźwieje znajdzie sobie nowy pokój. Problem rozwiązany.
— Latarnia mego geniuszu… świeci jasno jak psu jajca — pochwalił samego siebie, idąc dalej dziarskim krokiem. Przy zagrodach mosertów paliła się jedna lampa. Nocny stajenny siedział na stołku z głową opartą o ścianę. Otworzył oczy, kiedy książę wszedł pod dach.
— Panie?
— Nie.
Mężczyzna zamrugał.
— Nie... co?
— Cokolwiek zamierzałeś. Nie pytaj, nie kłaniaj się, nie biegnij po medyka. Szczególnie nie biegnij po matkę.
— Nie zamierzałem.
— Doskonały pracownik — Ashan mruknął, podchodząc bliżej. Objął go ramieniem i poklepał z aprobatą. — No ze świecą szukać takich jak Ty. Masz podwyżkę — uśmiechnął się do niego, po czym odsunął się. Zaczął nucić sobie pod nosem, śmiejąc się przy tym.
— Wypij trochę przed kolacją, Żeby móc spokojnie zasnąć, Jeśli jeszcze cię nie bierze, Powiedz, co ty na to szczerze, A Ashani na to szczerze: Ja wohl, ja wohl, ich liebe Alkohol, Ja wohl, ja wohl, ich liebe Alkohol! — stajenny popatrzył na jego nierówny krok, ale pozostał na miejscu. Widok śpiewającego, pijanego księcia, który właśnie go przytulił oraz dał podwyżkę sprawił, że miał dziwne, nieprzyjemne ciarki na plecach. Aż sam miał ochotę napić się czegoś mocniejszego. Z drugiej strony im dłużej patrzył na Ashana, tym bardziej skłaniał się ku temu, że to zły pomysł. Ashan z kolei zdążył już wejść między boksy. Pachniało suchą paszą, skórą uprzęży i zwierzęcym ciepłem. Kilka mosertów uniosło łby. Mosert Ashana stał najdalej, z długimi rogami rzucającymi cienie na ścianę. Książę otworzył furtkę i wszedł bez siodła, szczotki ani przysmaku. Zwierzę powąchało jego pierś, później twarz. Cofnęło pysk z wyraźną oceną.
— Tak, wiem… — Ashan oparł dłoń o jego szyję. — Pachnę jak gówno, ale Ty mnie dalej kochasz, nie? No kurwa pewnie, że tak, Veli, mój Veli… co z Ciebie będzie po niedzieli… — zanucił znowu. Mosert trącił go mocno w ramię. Ashan zachwiał się i złapał sierści.
— Bez przemocy. Jestem księciem — uniósł jedną rękę w geście obronnym, a potem pogroził mu palcem. Kolejne parsknięcie zabrzmiało podejrzanie lekceważąco. — Tak, zgadza się. Najebałem się — przytaknął mu. Ashan przesunął palcami pod żuchwą zwierzęcia, znalazł znajome miejsce i podrapał. Mosert opuścił łeb. Ten prosty ruch nie wymagał wyjaśnień. Coś trapiło jego człowieka, więc nie prawił mu dalej żadnych wykładów. Nadstawił się za to do dalszych pieszczot. Ashan stał tak dłuższą chwilę. Odurzenie stępiło brzegi myśli, lecz nie wyrzuciło ich z głowy. To akurat było irytujące. Ktoś płacił uczciwie za trucie organizmu i mógłby oczekiwać pełnej usługi.
— Beznadziejny interes — powiedział — Jebane geny. Zaraz będę trzeźwy… — jęknął. Przeszedł w głąb boksu i usiadł w czystej słomie, opierając plecy o przegrodę. Zwierzę odwróciło się ku niemu. Ashan nie zawołał. Nie poklepał miejsca obok. Po prostu położył dłoń na ziemi i zamknął oczy.
Po chwili usłyszał ciężkie ugięcie nóg. Mosert ułożył się przy nim, blisko, ale nie na tyle, by go przygnieść. Ciepły bok dotknął ramienia Ashana. Książę odetchnął i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak wysoko trzymał barki. Wsunął palce w grubą sierść. Mosert przesunął pysk po jego włosach. Ashan skrzywił się.
— Nie liż — mruknął, a zwierzę polizało go po skroni.
— Wspaniale. Właśnie tego brakowało do idealnego obrazka.
.png)



0 dopisków
Use your imagination! Feel free, only +18 here!