Darcy siedziała nieruchomo, z dłońmi złożonymi na brzuchu, chociaż nie potrafiła powiedzieć, kiedy właściwie je tam położyła. Palce jej drżały. Wpatrywała się w odsłoniętą skórę, płaską i wyglądającą dokładnie tak samo jak jeszcze wczoraj. Nic nie wskazywało na to, że w jej wnętrzu miały znajdować się dwie małe istoty. Nie czuła ich. Nie widziała. Wiedziała jednak, że tam były, a ta świadomość rozrastała się w niej szybciej niż jakakolwiek radość.
Dwie córki.
Spróbowała powtórzyć to w głowie łagodniej, tak jak powinno się myśleć o własnych dzieciach. Córeczki. Jej małe dziewczynki. Powinna poczuć ciepło, rozczulenie, może wzruszenie podobne do tego, które ogarniało ją zawsze na widok niemowląt. Powinna natychmiast chcieć je chronić, mówić do nich, obiecywać im cały świat. Zamiast tego poczuła ucisk w gardle i tak silne pragnienie, żeby to wszystko nie było prawdą, że natychmiast cofnęła dłonie od brzucha.
Nie chciała, żeby się urodziły.
Myśl pojawiła się zbyt wyraźnie, żeby mogła udawać, że jej nie było. Darcy zacisnęła palce na materiale spódnicy, jakby mogła przytrzymać nimi własne ciało i nie pozwolić, żeby zdradziło ją jeszcze bardziej. Zrobiło jej się niedobrze. Nie przez ciążę, przynajmniej nie fizycznie. Przez siebie. Jak mogła pomyśleć coś takiego o własnych dzieciach? Nie o jakiejś niechcianej odpowiedzialności, politycznym problemie czy konsekwencji jednej nocy. O dwóch niewinnych istotach, które niczego jej nie zrobiły. Nie wybrały momentu. Nie wybrały wojny, jej wieku, pozycji ani tego, kto był ich ojcem. Nie prosiły, żeby pojawić się pod jej sercem właśnie teraz, kiedy wszystko wokół krzyczało, że nie ma dla nich miejsca.
A jednak Darcy nie potrafiła znaleźć w sobie miejsca dla nich.
Wojna rozlewała się coraz szerzej. Wrogowie wyrastali z ziemi szybciej, niż udawało się ich nazwać. Phyonix potrzebowało następczyni, która będzie trzeźwo myśleć, podejmować decyzje i w razie potrzeby walczyć, a nie głupiej, naiwnej, ciężarnej księżniczki, która budziła się rano z lękiem, czy jej dzieci przeżyją kolejny dzień, która popełniła tak ogromną głupotę dla chwili nic nieznaczącej przyjemności. Miała obowiązki, plany i ludzi, za których już odpowiadała. Nie wiedziała, czy za kilka miesięcy jej kraj nadal będzie bezpieczny, a teraz miała sprowadzić na świat dwie dziewczynki, które od pierwszego oddechu staną się częścią polityki, rodu i sukcesji Będą księżniczkami. Musiały nimi być. Byłyby jej córkami, wnuczkami Kapłanki, dziećmi następczyni tronu. Nie miało znaczenia, że zostały poczęte poza małżeństwem. Przynajmniej nie dla Darcy. Dla innych z pewnością miało. Ludzie znajdą odpowiednie słowa, by zrobić z nich skandal, ostrzeżenie albo narzędzie. Wymówkę do tego, że Lexi Parabellum i cała jej rodzina zwyczajnie nie nadawała się do tego, aby prowadzić ten kraj. Zacisnęła wargi. Będą mówić o nieprawym łożu, choć żadna z dziewczynek nie będzie miała wpływu na to, czy ich rodzice kiedykolwiek stanęli przed ołtarzem. Ona zostanie ladacznicą. Czuła, że właśnie pomogła bardzo wszystkim, którzy chcieli skrzywdzić już żyjących członków rodziny. A Ryu zapewne znienawidzi ich tytuły. Może uzna, że pałac odbiera mu córki, zanim zdąży je poznać. Może będzie chciał zabrać je do Argaru, z dala od dworu, ceremonii i obowiązków, albo w ogóle na koniec świata, z daleka od wszystkiego i wszystkich. Darcy nie mogła mu na to pozwolić, ale nie chciała też zamknąć go poza ich życiem. To będzie tragedia. Po prostu tragedia. Nie miała też pojęcia czego ona chciała. Dziewczynki będą musiały zostać księżniczkami? A może będzie mogła odmówić? Uciec i oszczędzić im tej odpowiedzialności.
Chciała móc porozmawiać z Ryu. Nie o ich uczuciach ani o tym, co było między nimi. O dzieciach. O strachu. O tym, gdzie będą mieszkały, jak je wychowają i czy potrafią zapewnić im choć odrobinę normalności. Chciała wiedzieć, że kiedy nie będzie umiała podjąć decyzji, on nie odwróci się i nie wyjdzie. Że nie będzie musiała obawiać się każdej trudnej rozmowy. Że będą dla siebie faktycznym wsparciem, nawet jeżeli nic innego pomiędzy nimi nie zostanie. Z kimś musiała to dźwigać, powinna z ojcem jej dzieci, prawda? Nie umiała jednak sobie tego wyobrazić. Nie umiała wyobrazić sobie ich jako rodziny. Nawet nie jako pary — tego nie próbowała. Nie potrafiła zobaczyć ich razem nad dziecięcym łóżeczkiem ani przy stole, kiedy dziewczynki zaczną zadawać pytania. Nie wiedziała, czy Ryu będzie przy niej podczas porodu, czy będzie chciał pierwszy wziąć córki na ręce, czy przestraszy się i zniknie, gdy wszystko stanie się zbyt prawdziwe. Nie wiedziała, czy ona będzie chciała, żeby tam był.
Ręce znowu zaczęły jej drżeć. Darcy uniosła je przed twarz i przez chwilę patrzyła na własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Tymi samymi dłońmi nosiła dzieci z sierocińca, siostrzeńca i całą grupę słodkich pociech z Grandszkola. Za każde z nich oddałaby życie bez zawahania. Kochała dzieci przyjaciół. Kochała swojego siostrzeńca. Kochała każde niewinne życie. Potrafiła pochylić się nad zupełnie obcym niemowlęciem i w jednej chwili uznać, że jego bezpieczeństwo jest ważniejsze niż jej własne.
Dlaczego więc, kiedy chodziło o jej dzieci, chciała, żeby ich nie było?
Zacisnęła powieki, ale łzy i tak przedostały się na policzki. Bała się, że nie pokocha ich bezwarunkowo. Że kiedy pierwszy raz weźmie je na ręce, zobaczy nie córki, tylko wszystko, czego przez nie nie mogła zrobić, że zobaczy tylko to jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby ich w ogóle nie było. Jeszcze bardziej bała się, że w głębi duszy liczyła, że ta ciąża sama się zakończy. Że pewnego dnia obudzi się, a problem zniknie, zanim ktokolwiek jeszcze się dowie. Mogłaby płakać, cierpieć i nienawidzić siebie, ale nie musiałaby zostać matką. Nie musiałaby zastanawiać się, czy jest wystarczająco dojrzała, dobra i silna. Jej życie wróciłoby do poprzedniego kształtu.Tylko, że już na samą myśl o ich utracie jej palce odruchowo wróciły na brzuch. Przycisnęła obie dłonie do skóry, jakby chciała osłonić znajdujące się pod nią życie przed własnymi myślami. Płakała teraz mocniej, cicho i ze złością, bo żadna odpowiedź nie wydawała się właściwa. Nie chciała ich narodzin, ale nie chciała również ich śmierci. Nie wiedziała, czy to oznaczało miłość, czy wyłącznie instynkt, poczucie winy i lęk przed stratą. Chciała kochać je natychmiast, czysto i bezwarunkowo. Chciała poczuć to, co podobno każda matka powinna poczuć, kiedy dowiaduje się o dziecku. Nie czuła. Czuła głównie strach.
Darcy odetchnęła kilka razy, próbując uspokoić dłonie. Nie mogła dzisiaj powiedzieć o tym nikomu. Nie potrafiłaby spojrzeć bliskim w oczy i przyznać, że część niej nie chce, żeby jej córki przyszły na świat. Wiedziała, że będą ją wspierać. Wiedziała, że są wśród nich cudowni rodzice, ludzie zdolni pokochać dzieci tak mocno, że cała reszta świata przestawała mieć znaczenie. Właśnie dlatego ich potrzebowała, nawet jeżeli jeszcze nie mogła powiedzieć im prawdy.
Dwie córki.
Spróbowała powtórzyć to w głowie łagodniej, tak jak powinno się myśleć o własnych dzieciach. Córeczki. Jej małe dziewczynki. Powinna poczuć ciepło, rozczulenie, może wzruszenie podobne do tego, które ogarniało ją zawsze na widok niemowląt. Powinna natychmiast chcieć je chronić, mówić do nich, obiecywać im cały świat. Zamiast tego poczuła ucisk w gardle i tak silne pragnienie, żeby to wszystko nie było prawdą, że natychmiast cofnęła dłonie od brzucha.
Nie chciała, żeby się urodziły.
Myśl pojawiła się zbyt wyraźnie, żeby mogła udawać, że jej nie było. Darcy zacisnęła palce na materiale spódnicy, jakby mogła przytrzymać nimi własne ciało i nie pozwolić, żeby zdradziło ją jeszcze bardziej. Zrobiło jej się niedobrze. Nie przez ciążę, przynajmniej nie fizycznie. Przez siebie. Jak mogła pomyśleć coś takiego o własnych dzieciach? Nie o jakiejś niechcianej odpowiedzialności, politycznym problemie czy konsekwencji jednej nocy. O dwóch niewinnych istotach, które niczego jej nie zrobiły. Nie wybrały momentu. Nie wybrały wojny, jej wieku, pozycji ani tego, kto był ich ojcem. Nie prosiły, żeby pojawić się pod jej sercem właśnie teraz, kiedy wszystko wokół krzyczało, że nie ma dla nich miejsca.
A jednak Darcy nie potrafiła znaleźć w sobie miejsca dla nich.
Wojna rozlewała się coraz szerzej. Wrogowie wyrastali z ziemi szybciej, niż udawało się ich nazwać. Phyonix potrzebowało następczyni, która będzie trzeźwo myśleć, podejmować decyzje i w razie potrzeby walczyć, a nie głupiej, naiwnej, ciężarnej księżniczki, która budziła się rano z lękiem, czy jej dzieci przeżyją kolejny dzień, która popełniła tak ogromną głupotę dla chwili nic nieznaczącej przyjemności. Miała obowiązki, plany i ludzi, za których już odpowiadała. Nie wiedziała, czy za kilka miesięcy jej kraj nadal będzie bezpieczny, a teraz miała sprowadzić na świat dwie dziewczynki, które od pierwszego oddechu staną się częścią polityki, rodu i sukcesji Będą księżniczkami. Musiały nimi być. Byłyby jej córkami, wnuczkami Kapłanki, dziećmi następczyni tronu. Nie miało znaczenia, że zostały poczęte poza małżeństwem. Przynajmniej nie dla Darcy. Dla innych z pewnością miało. Ludzie znajdą odpowiednie słowa, by zrobić z nich skandal, ostrzeżenie albo narzędzie. Wymówkę do tego, że Lexi Parabellum i cała jej rodzina zwyczajnie nie nadawała się do tego, aby prowadzić ten kraj. Zacisnęła wargi. Będą mówić o nieprawym łożu, choć żadna z dziewczynek nie będzie miała wpływu na to, czy ich rodzice kiedykolwiek stanęli przed ołtarzem. Ona zostanie ladacznicą. Czuła, że właśnie pomogła bardzo wszystkim, którzy chcieli skrzywdzić już żyjących członków rodziny. A Ryu zapewne znienawidzi ich tytuły. Może uzna, że pałac odbiera mu córki, zanim zdąży je poznać. Może będzie chciał zabrać je do Argaru, z dala od dworu, ceremonii i obowiązków, albo w ogóle na koniec świata, z daleka od wszystkiego i wszystkich. Darcy nie mogła mu na to pozwolić, ale nie chciała też zamknąć go poza ich życiem. To będzie tragedia. Po prostu tragedia. Nie miała też pojęcia czego ona chciała. Dziewczynki będą musiały zostać księżniczkami? A może będzie mogła odmówić? Uciec i oszczędzić im tej odpowiedzialności.
Chciała móc porozmawiać z Ryu. Nie o ich uczuciach ani o tym, co było między nimi. O dzieciach. O strachu. O tym, gdzie będą mieszkały, jak je wychowają i czy potrafią zapewnić im choć odrobinę normalności. Chciała wiedzieć, że kiedy nie będzie umiała podjąć decyzji, on nie odwróci się i nie wyjdzie. Że nie będzie musiała obawiać się każdej trudnej rozmowy. Że będą dla siebie faktycznym wsparciem, nawet jeżeli nic innego pomiędzy nimi nie zostanie. Z kimś musiała to dźwigać, powinna z ojcem jej dzieci, prawda? Nie umiała jednak sobie tego wyobrazić. Nie umiała wyobrazić sobie ich jako rodziny. Nawet nie jako pary — tego nie próbowała. Nie potrafiła zobaczyć ich razem nad dziecięcym łóżeczkiem ani przy stole, kiedy dziewczynki zaczną zadawać pytania. Nie wiedziała, czy Ryu będzie przy niej podczas porodu, czy będzie chciał pierwszy wziąć córki na ręce, czy przestraszy się i zniknie, gdy wszystko stanie się zbyt prawdziwe. Nie wiedziała, czy ona będzie chciała, żeby tam był.
Ręce znowu zaczęły jej drżeć. Darcy uniosła je przed twarz i przez chwilę patrzyła na własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Tymi samymi dłońmi nosiła dzieci z sierocińca, siostrzeńca i całą grupę słodkich pociech z Grandszkola. Za każde z nich oddałaby życie bez zawahania. Kochała dzieci przyjaciół. Kochała swojego siostrzeńca. Kochała każde niewinne życie. Potrafiła pochylić się nad zupełnie obcym niemowlęciem i w jednej chwili uznać, że jego bezpieczeństwo jest ważniejsze niż jej własne.
Dlaczego więc, kiedy chodziło o jej dzieci, chciała, żeby ich nie było?
Zacisnęła powieki, ale łzy i tak przedostały się na policzki. Bała się, że nie pokocha ich bezwarunkowo. Że kiedy pierwszy raz weźmie je na ręce, zobaczy nie córki, tylko wszystko, czego przez nie nie mogła zrobić, że zobaczy tylko to jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby ich w ogóle nie było. Jeszcze bardziej bała się, że w głębi duszy liczyła, że ta ciąża sama się zakończy. Że pewnego dnia obudzi się, a problem zniknie, zanim ktokolwiek jeszcze się dowie. Mogłaby płakać, cierpieć i nienawidzić siebie, ale nie musiałaby zostać matką. Nie musiałaby zastanawiać się, czy jest wystarczająco dojrzała, dobra i silna. Jej życie wróciłoby do poprzedniego kształtu.Tylko, że już na samą myśl o ich utracie jej palce odruchowo wróciły na brzuch. Przycisnęła obie dłonie do skóry, jakby chciała osłonić znajdujące się pod nią życie przed własnymi myślami. Płakała teraz mocniej, cicho i ze złością, bo żadna odpowiedź nie wydawała się właściwa. Nie chciała ich narodzin, ale nie chciała również ich śmierci. Nie wiedziała, czy to oznaczało miłość, czy wyłącznie instynkt, poczucie winy i lęk przed stratą. Chciała kochać je natychmiast, czysto i bezwarunkowo. Chciała poczuć to, co podobno każda matka powinna poczuć, kiedy dowiaduje się o dziecku. Nie czuła. Czuła głównie strach.
Darcy odetchnęła kilka razy, próbując uspokoić dłonie. Nie mogła dzisiaj powiedzieć o tym nikomu. Nie potrafiłaby spojrzeć bliskim w oczy i przyznać, że część niej nie chce, żeby jej córki przyszły na świat. Wiedziała, że będą ją wspierać. Wiedziała, że są wśród nich cudowni rodzice, ludzie zdolni pokochać dzieci tak mocno, że cała reszta świata przestawała mieć znaczenie. Właśnie dlatego ich potrzebowała, nawet jeżeli jeszcze nie mogła powiedzieć im prawdy.
Może ich ciepło okaże się zaraźliwe? Może kiedy będzie patrzyła, jak troszczą się o swoje dzieci, nauczy się wyobrażać sobie siebie w podobny sposób. Może wystarczy mówić o córkach jak o kimś upragnionym, nazywać je swoimi dziewczynkami i powtarzać, że je kocha, aż któregoś dnia przestanie zastanawiać się, czy te słowa są prawdziwe, bo po prostu będą prawdą. Chciała w to wierzyć. Chciała wierzyć, że miłości można się nauczyć, zamiast po prostu czuć. Tony powiedziałby, że teraz w ogóle nic nie czują, tak? Że to tylko zarodki. Jej niechciane małe płody. Darcy przesunęła kciukiem po skórze brzucha i przełknęła ślinę.
— Kocham was — wyszeptała. Słowa zabrzmiały obco i po części fałszywie. Nie umiała sobie uwierzyć. Naprawdę je kochała? To czemu liczyła, że nie przetrwają w jej ciele? Powtórzyła, że je kocha drugi raz, potem trzeci, coraz ciszej, aż przestała wiedzieć, czy mówi do córek, czy próbuje przekonać samą siebie. Chciała, żeby to było prawdą. Chciała obudzić się następnego dnia i już nie liczyć w najciemniejszej części własnego umysłu, że jednak nie przyjdą na świat. Nie wiedziała, czy je kochała. Wiedziała tylko, że rozpaczliwie chciała nauczyć się je kochać, zanim jej strach zrobi im pierwszą krzywdę. Wróciła wzrokiem na zbieraninę przy ognisku, butelkę pomiędzy kołem i wolne miejsce dla niej. Lekki uśmiech wkradł się na jej usta. Była bardzo wdzięczna, że ich miała. Nawet jeśli nie będzie musiała mówić szczerze czy z przekonaniem, oni będą mogli podzielić się z nią ciepłem, dotknąć, zapewnić, że nie jest sama. Jej prawdziwa rodzina… im nie potrafiła powiedzieć zdecydowanie. Nie w najbliższym czasie. Nie umiała. Diego… Diego ją znienawidzi, a nie była gotowa na to. Nie była gotowa rozstać się z więzami, które miała. Odetchnęła. Musiała się przygotować odpowiednio. Poprawiła włosy, odetchnęła głęboko i kilka razy rozluźniła napięte mięśnie twarzy. Pierwszy uśmiech wyszedł źle, zbyt sztywno. Drugi wyglądał jak ten, którego używała podczas oficjalnych spotkań. Dopiero trzeci przypominał jej codzienny uśmiech — ciepły, i wystarczająco szczery, by nikt nie zaczął zadawać pytań. Taki jak zawsze. Nie pierwszy raz ukrywała emocje, ale teraz robiła to w dobrej wierze. Chciała udawać przez chwilę, aż sami wyciągną z niej radość. Wstała i ruszyła w stronę pozostałych. Nie musiała dzisiaj udawać wszystkich emocji. Radość z ich obecności była prawdziwa. Czułość do Grimy, rozbawienie Tonym i wdzięczność wobec Gava czy Akane również. Przyszła w trakcie tłumaczenia zasad, miejsce było ewidentnie pozostawione, pomiędzy Grimą a Gavem, więc nie było sensu go nie zapełniać. Przyszła więc ze swoim codziennym ciepłym uśmiechem, kiedy mogła go już utrzymywać bez większych problemów. Po drodze na miejsce zgarnęła sobie tylko dzbanek z lemoniadą, którą sobie zrobiła, ostrzejszą i kwaśniejszą. Oparła się o ramię Gava. Wiedziała, że wszyscy wiedzieli, więc nawet nic nie mówiła. Gave zmienił trochę pozycję, obejmując ją tylko ramieniem i pomasował ją po jej własnym. Przymknęła oczy i zacisnęła usta

0 dopisków
Use your imagination! Feel free, only +18 here!