“Kryształy mocy tworzone są przez starożytny obelisk. W jego wnętrzu zaklęty został chłopiec wywodzący się z rodu Andżeleri, znajduje się on w samym sercu Kryształowego Lasu, kontroluje całą faunę i florę tego miejsca. Aby się do niego dostać należy przejść przez rozklekotany most, ominąć rozpadającą się chatkę legendarnego pustelnika - o którym po dziś dzień krążą plotki, jakoby to wciąż żył, a jego duch miał w opiece to miejsce, a także przemierzyć dolinę krwi - która chętnie wyssie z ciebie życie. Swą wyprawę zakończysz w diabelskich sidłach - jeśli w nie wpadniesz, twe kości zostaną zmiażdżone. Na szczęśliwców czekać będzie obelisk, który zdecyduje czy jesteś godzien by posiąść kryształ. Jeśli ci się to uda - w nagrodę otrzymasz most, który przeprowadzi cię bezpiecznie na skraj lasu, w przypadku porażki - będziesz musiał sam odnaleźć drogę powrotną. - POWODZENIA!”
Zadania dla autora:
Rozklekotany Most - znajdź “coś” na blogu
Chatka Pustelnika - zagadka dla autora
Dolina Krwi - wtrąć się w dowolny wątek innych autorów
Diabelskie Sidła - zaszyfrowana wiadomość (złam kod)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Poniżej znajdzie się opis całego zadania, które otrzymałam od Adminów, a dopiero potem opowiadanie. Pogubiłam się w trakcie pisania opowiadania i szatkowanie go zadaniami źle wyglądało...
Admini:
Początek jest swobodny, nic się nie dzieje, później Sato akatują pnącza i trafia na uciekające stado dużych roślinożerców, które go tratuje.
Wtrącenie w wątek – u Ashana iAkane – Tony – co doprowadziło do wyboru obrazka – kreweta (małe obrażenia) - było ich 3 - wszystkie super słodkie ^^".
Admini
Przez większość czasu nic się nie dzieje, następnie atakują go kruki, a pod koniec łapią go Diabelskie sidła.
Kod złamany:
Zważaj na Rybcie, które nie potrzebują wody
(to był hardcore... pogrzało konkretnie główki Adminów)
Admini:
Sato doświadcza przesłyszeń, z różnych stron nawołują go znajome głosy, ale nikt go w rzeczywistości nie woła, nawoływania prowadzą go do driady-kusicielki, która zamierza go omamić i zabić, ze spotkania z nią wychodzi lekko draśnięty, niby nic, ale okazuje się, że został otruty i doświadcza halucynacji
A teraz zapraszam do czytania!!!
>.<
„I can't seem to face up to the facts, I'm tense and nervous, and I can't relax…”
Kryształowy Las przyprawiał o gęsią skórkę. Już na samym wstępie Satoru odczuł ten mrok bijący od drzew. Ciszę i złowieszczo świszczący wiatr. Przestąpił jego próg, zanurzając się w otchłani drzew pstrykając palcami w rytm piosenki „Psychokiller” Talking Heads. Dostosował swój krok pod utwór, podskakując i robiąc piruety od czasu do czasu. Nucił pod nosem nutę idąc przed siebie dość pewnym krokiem. Zebrał informacje o tym miejscu, rozmawiając z młodym gniewnym, który w tym przybytku siedział dłużej niż ktokolwiek inny mu znany. Ufał też swojej orientacji w terenie, więc od razu skierował swe kroki w jego zdaniem dobrą stronę. Kierował się na północny-zachód. Zdziwił go spokój z jakim Las przyjął go w swoje progi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Przyroda wyglądała tak jakby zamarła. Drzewa stały, wiatr mierzwił mu włosy. Gdzie były wystające korzenie? Gdzie szalone ptaki? Gdzie te groźne zwierzęta? Gdzie pnącza? Prychnął pod nosem. Czyżby głupi miał szczęście? A może po prostu była to cisza przed burzą. Nie mógł się rozpraszać. Wrócił więc do swojej nuty, skupiając się na niej.
- I can't sleep 'cause my bed's on fire – pozwolił sobie na głośniejszy pomruk, kiedy jakby znikąd usłyszał świst i w ostatniej chwili zdołał uniknąć pnącza, które ożyło, chyba niezbyt zadowolone z jego śpiewów. – Don’t touch me – dorzucił grożąc palcem pnączu. – I’m a real live wire – puścił oczko do kolejnego, skacząc to w prawo, a to w lewo i tańcując sobie z atakującymi go pnączami. Och co za uparte paskudy. Walczyły z nim o swoją pozycję. Walczyły dzielnie. Raz nawet złapały go za kostkę, co sprawiło że ze śmiechem runął jak długi. – Oho, ho… taka jesteś – Sato cmoknął z rozbawieniem, kiedy już odzyskał oddech. Ciął pnącze i skrzywił się mając wrażenie, że to krzyknęło z bólu. – Och nie jojcz. Sama zaczęłaś – zauważył zbierając się na nogi i ruszając szybszym krokiem w dalszą drogę, zanim pnącze zdołało się zregenerować. Usłyszał za swymi plecami zbierające się roślinki i puścił się biegiem przed siebie. - Psycho killer, qu'est-ce que c'est? – odbił się od kory jednego z drzew i złapał dyndającą lianę, która ożyła pod tym wpływem i chlustnęła nim do przodu. – Fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa… - puścił lianę i zrobił kilka koziołków na ziemi, lądując na kolczastym krzaku. Ugh. Zabolało. Zacisnął wargi. Wyciągając igiełki ze swych ramion i nóg. - …better… - wstał na równe nogi, gdy gdzieś powietrze przeciął dźwięk zbierających się do biegu kopytnych. Nie bardzo był w stanie zlokalizować dźwięk, ale kiedy go zlokalizował to zrobił wielkie oczy. Zwierzęta biegły wprost na niego. – Run, run, run, run, run, run, run… awaaaaay – rzucił się do biegu, pamiętając o tym by nie robić tego w linii prostej, ale zwierzęta i tak go dopadły. Były szybsze. Padł plackiem na ziemię przy pierwszym uderzeniu i ukrył głowę w dłoniach, po czym rozbujał się na boki i zacisnął wargi, kiedy czuł na sobie kolejne kopytne. W prawo? W lewo? Wybrał lewo. Zaczął turlać się w tę stronę starając się uniknąć większych ran i ostatecznie wylądował w jagodowych krzaczkach. Oddychał ciężko, zbierał się w sobie by po chwili podnieść się do siadu i sprawdzić wszystkie swe kończyny. – Och, och, oooch… aye, aye, aye ayeee! – kontynuował swój utwór doprowadzając się do porządku. Sięgnął do swej apteczki i powoli zdezynfekował kilka run, krzywiąc się przy tym niesamowicie i sycząc nieco. Poruszał swymi nogami i rękoma, a potem sprawdził łeb. – Wszystko na swoim miejscu. Genialnie – mruknął klepiąc się po policzkach.
>.<
- Psycho killer, qu'est-ce que c'est? – Przystanął przy rozklekotanym moście, przekręcając lekko głowę. Przykucnął z jednego boku, by podbiec co drugiego i również tam sprawdzić to samo. Gwizdnął widząc przepaść pod nim. Gdyby się tak o nie roztrzaskać to można byłoby spokojnie umrzeć. Już widział jak rozbija swoją głowę, łamie kark i kości wszystkie mu pękają. Zwilżył wargi językiem i przeciągnął się lekko, strzelając przy tym karkiem. Korzystał z okazji, bo nikt go nie gonił. Deski co prawda nie wyglądały zbyt porządnie i nawet wpadł na pomysł, że mógłby trochę ten most naprawić, ale najpierw należało po nim przejść. Wskoczył więc na niego pewnie i ruszył pędem przed siebie. Przez to, że zrobił to tak pewnie nie udało mu się uchronić przed natrętnym świszczykiem, który użarł go wprost w rękę. Sato jęknął głucho i dmuchnął sobie w grzywkę, patrząc na owad z wściekłością w oczach. – Fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa, fa – przyspieszył by dogonić owad i klasnął w obie dłonie, mordując swojego prześladowcę niczym komara. -…better – splunął w bok, przysiadając na drugiej stronie mostu i oddychając głęboko i wyraźnie. Ból zaczynał pulsować, a ręce i nogi zaczęły mu puchnąć. No pięknie. Wyglądało na to, że będzie musiał zrobić sobie przerwę na chociaż chwilę, bo te puchnące kończyny dość mocno go martwiły. Jego piękne i zgrabne nóżki oraz łapki. No żesz… zdecydowanie wolał komary, które mieli w Argarze od tych paskudztw.
Z westchnieniem położył się po drugiej stronie mostu i spojrzał w przysłonięte koronami drzew niebo. Zasłaniały słońce, a światło dopływające do tego miejsca było znikome. To sprawiało trudność w orientowaniu się co do pory dnia. Przymknął na moment oczy. No i brak światła gwiazd czy widoku słońca przyprawiał o nieprzyjemne dreszcze. Nie mniej fascynujące zjawisko. Dodawało tajemniczości temu miejscu.
- Mhm nieźle to sobie wykombinowałeś – rzucił w eter, krzywiąc się niezwykle, ale zmuszając się do siedzenia. Poruszył opuchniętymi palcami i zagryzł mocno wargi. Bolało jak diabli, ale jeśli miał tu siedzieć i czekać aż minie… to jajko mógłby znieść. Nie był przecież pewien jak długo to potrwa, a skoro tak… to wypadałoby zrobić coś produktywnego. Dźwignął się na nogi i nucąc sobie dalej pod nosem zaczął mozolnie zbierać drewno, którym zamierzał zastąpić rozwalające się deski w mostku. – Później mi za to podziękujesz – mruknął jeszcze w eter, czując jak praca przyprawia go o zimne poty i niesamowite dreszcze, a jednocześnie satysfakcję. I to dość dużą. Ostatecznie zatrzymał się po zmianie 8 desek i doczołgał się do zejścia z mostu po tych już nowych.
- Run, run, run…run, run, run, run…awaaay – dośpiewał sobie obiecując sobie małą przerwę, krótką drzemkę.
Nie był pewien jak długo spał, ale gdy w końcu doznał przebudzenia i odgonił od siebie kruki, najprawdopodobniej pragnące się nim posilić to z ulgą przyjął fakt, że opuchlizna powoli zaczynała schodzić. Skoro tak to czas najwyższy ruszać dalej. Wstał i otrzepał się. Nie było co dłużej się zabawiać na ziemi, będąc kompletnie odsłoniętym i narażonym na wszelkie żyjątka. Przeciągnął się lekko, pstryknął karkiem, skrzywił się z bólu i zmusił zesztywniałe kończyny do ruchu. Wiedział, w którą stronę powinien iść. Zdołał się nieźle przygotować w tym temacie, a jednak mimo tego miał wrażenie, że w trakcie jego snu droga zniknęła, zarosła. Spojrzał po drzewach i uniósł lekko brew.
- Naprawdę? Mogłybyście chociaż przez chwilę się nie ruszać – westchnął ciężko. – Chociaż jeśli to jakaś forma seksu między wami to… proszę, droga wolna. Nie będę wam w tym przeszkadzał – zasalutował drzewcom i ukłonił się nim, by po raz kolejny nadać tempa swej wędrówce poprzez śpiew. – You start a conversation, you can’t even finish it – zanucił w podskokach mijając pierwszą lianę, która wyrosła jakby niewiadomo skąd. Okręcił się wokół własnej osi i padł plackiem na ziemię, kiedy kolejna z niesamowitą prędkością smagnęła swoim jestestwem powietrze na kilka centymetrów przed jego plecami. Fiu, fiu… uwzięły się. Zaczął więc turlać się po ziemi. – You’re talking a lot – mruknął, wstając i zmuszając nogi do biegu, by zatrzymać się w pół kroku, gdy kolejna spadła tuż przed jego nosem. – Oj… okropne jesteście – bąknął, rozkładając ręce na boku i robiąc upadek zaufania, wprost w łapy lian. - …but you’re not saying anything – wyśpiewał im swobodnie. – When I have nothing to say, my lips are sealed – puścił do nich oczko i przymknął je zaraz, po prostu pozwalając się unieść w górę i wisząc na nich. Rzecz jasna sam trzymał dwie z nich, by w razie psikusa zawisnąć a nie spaść na łeb na szyję. Puścił jedną lianę i powolnym ruchem sięgnął do swojego paska by wyciągnąć z niego sztylet. Kilkoma szybkimi ruchami zaczął je ciąć. – Say something once, why say it again? – zapytał ich, zeskakując na ziemię i teraz pędząc przez siebie na tyle na ile pozwalały mu na to jego wciąż opuchnięte nogi. Uskakiwał przed kolejnymi, tak długo aż wreszcie wpadł do Chatki Pustelnika.
- Nareszcie – odtańczył taniec zwycięstwa i padł na pryczę w pewnej dozie radości. – No dobra, dotarłem na półmetek. Nie najgorzej, brawo ja – poklepał się po policzkach i zmierzwił sobie włosy w geście pochwalenia samego siebie. Wyszczerzył się do siebie i cmoknął. Jeszcze drugie tyle i kryształ będzie mój – powiedział sobie. – Pozytywna afirmacja, am…. Am… - złożył ręce jak do stereotypowej medytacji, chwilę tak sobie „medytując”. Nie siedział zbyt długo w chatce Pustelnika. Ot kilka chwil na poprawienie swojego własnego humoru, doprowadzenie łepetyny do porządku, a także posilenie się. Kiedy to wszystko ogarnął zebrał się w sobie i ruszył dalej. Tym razem doznał sporego kawałka spokoju, przed czymś co znał z opowieści, ale szczerze mówiąc nie sądził by było aż tak piękne.
Dolina Krwi przywitała go pięknymi odorami śmierci. Kałuże gotującej się krwi parowały, a jej opary przyprawiały o zawroty głowy. Nie mniej jednak, Sato przykucnął na samym jej początku z uśmiechem na twarzy.
- Gdybyś nie była tak śmiercionośna jak powiadają… to mógłbym tu zamieszkać – stwierdził, nabierając głęboki wdech i ciesząc się zapachem posoki, zanim dźwignął się z powrotem na nogi. – A tak… przykro mi, ale nie po drodze mi z taką atmosferą – zacmokał. – No wiesz, wybacz, ale dwóch zabójców… i to jeszcze takich, a nie innych… no nie widzę tego złotko – pochylił się nieco bliżej kałuży i omal nie przepłacił tego swoim życiem. Z niej wyłoniła się koścista dłoń i pochwyciła jego koszulę. Satoru na moment stracił równowagę. Zdołał jedynie pomyśleć, że właśnie kończy swój żywot, zanim został wciągnięty do środka. Zamknął oczy zanim posoka połknęła go w całości. Poczuł mikro ukłucia. Skrzywił się nieco, bo te czuł na całym swym ciele, ale uparcie trzymał zamknięte usta. Sięgnął do pasa i dźgnął kościstą dłoń sztyletem, a potem kolejną, która złapała jego kończyny. Wierzgnął nogami i wypłynął na powierzchnię, wyłażąc z kałuży ostatkiem sił. Oddychał ciężko i chrapliwie. Przetarł oczy dłońmi, ale nie przyniosło to zamierzonego skutku. Rozsmarował jedynie posokę, więc wybuchnął śmiechem, gdy dotarł do niego absurd tej sytuacji. Przed chwilą został wciągnięty w kałużę krwi przez diabelską dłoń, a coś w środku pragnęło wyssać z niego krew, czego doświadczył do pewnego stopnia. Mikro ukłucia, nacięcia… zrobiły swoje. Czuł się dość osłabiony, ale żywy. Nad wyraz żywy i szczęśliwy.
- Ty to masz we łbie nasrane… Gabriel! – krzyknął w eter zaśmiewając się do rozpuku, gdy ostatecznie siadał. Wziął kilka głębokich wdechów. – Psychokiller, , qu'est-ce que c'est? – zanucił dźwigając się na nogi. Okręcił się przy tym dookoła i ruszył dalej, teraz uważnie stawiając swe nogi, jeden za drugim, co by przypadkiem nie wpaść w kolejną kanalię. - Fa-fa-fa-fa, fa-fa-fa-fa-fa, fa, better… - Potarł dłonie o siebie i kiedy krew zaczęła nieco zastygać ostatecznie przetarł swą twarz, by chociaż lepiej widzieć. Włosy zaczesał do tyłu. - Run, run, run, run, run, run, run away… - wydmuchał powietrze z płuc i strzelił karkiem kilka razy, prostując się. Uniósł głowę w górę. Trzy czwarte trasy za nim, 75% za nim. Był bliżej niż dalej, a obraz Gabriela coraz bardziej zaczynał mu się malować. Zdawał się być ciekawą personą, zdecydowanie pierdolniętą w dekiel.
Nie mniej przejście przez Dolinę Krwi nie zajęło mu zbyt wiele czasu. Miał nawet wrażenie, że Kryształowy Las zaczyna mu odpuszczać. Powoli szedł dalej, z każdym krokiem czując się coraz pewniej. Zaczął nawet tańczyć na krawędzi, kiedy do jego uszu doleciały szaleńcze dźwięki. Uniósł wzrok w górę w porę by zobaczyć pikujące kruki.
- Wreszcie, już zaczynałem się nudzić… - rzucił w eter i ruszył biegiem przed siebie, ściągając z siebie swoją koszulę i odganiając się nią od przeklętych ptaszysk. – Oh-oh-oh-oh…. Aye-ya-ya-ya-ya!!! – okręcił się wokół własnej osi, gdy jeden z kruków wbił swój dziób w jego ramię. Ostatnie „ya” zmieniło się w krzyk, bo trzeba było oddać ptaszysku, że to miało siłę rażenia, a jego zębiska przyprawiły o spory ból. Zacisnął zęby i złapał ptaka w obie dłonie, łamiąc mu kark. Skoro tak chciały pogrywać to i on nie zamierzał mieć skrupułów. Nie mniej uciekał przed chmarą, bo wszystkich nie dałby rady od tak zabić. Ostatecznie zrobił o jeden krok za daleko. Ptaszyska odpuściły, ale on sam znalazł się w ramionach Diabelskich Sideł. Wrzasnął po raz kolejny bardziej z zaskoczenia niż bólu, gdy te pociągnęły go za sobą i pokryły całkowicie. Mimo półmroku panującego w Lesie, do tej pory, wszystko widział. Teraz sidła przesłoniły mu widoczność. Szamotał się w nich jak opętany, a te tylko coraz mocniej się na nim zaciskały. Zaczynało brakować mu oddechu. Walczył o każdy jeden, a pnącza ugniatały coraz mocniej. Jak tak dalej pójdzie to go zmiażdżą. Och, jaką głupotą był jeden błąd. Parsknął w myślach i zbeształ siebie. Zamknął oczy, bo i tak niczego nie widział i odetchnął. Cóż, jeśli miał tu umrzeć to będzie pogodzony z samym sobą. Pogodzony z myślą, że jednak się nie udało. I tak daleko dotarł.
Pozwolił swym myślom dryfować i odpływać na zmianę. Nie skupiał się na niczym szczególnym. To nie było doświadczenie rodem tych, co to przeżywają całe swe życie na nowo. Nie, on tego nie robił, nie widział sensu. Życie miał, jakie miał. Takie, jak sobie pościelił. Owszem zależało od wielu zmiennych i może gdyby nie one to nie byłby tym, kim był aktualnie, ale… czy to było złe? Czy on był zły? Nie… zdecydowanie nie. Uwielbiał swą osobowość. Uwielbiał to, że niewielu mogło poszczycić się zrozumieniem dla niego. Uwielbiał irytować, męczyć i drażnić innych. Śmiać się i płakać wraz z nimi, brać wiele rzeczy ze spokojem, a także stosunkiem dość ambiwalentnym do sytuacji. Nie potrzebował zgody innych na usprawiedliwienie swych działań. Gdy chciał to po prostu coś robił. Nie było w tym nic dziwnego. Przynajmniej w jego własnym mniemaniu. Tak, więc dlaczego miałby się kajać? Nie, nie. To nie było w jego stylu. Zdecydowanie nie. Wolał pozostać sobą. Do samego końca.
Tylko ten koniec nie nadszedł. Ku jego radości pnącza puściły, wypuszczając go ze swoich objęć, a on upadł na kolana i niczym papież ucałował ziemię przed sobą. O słodka Californio, jak dobrze znów widzieć tę brudną i śmierdzącą, a także zdradziecką ziemię. Wstał z miejsca i pokłonił się sidłom, jak to jego japońska kultura miała w zwyczaju. Wpół, by oddać im hołd i należyty szacunek. W końcu, gdyby nie ich widzimisię to pewnie już by nie żył. Sidłom należał się szacunek i to jeszcze jaki! To akurat nie podlegało żadnej dyskusji!
Według wszystkich historii jakich nasłuchał się o Lesie, właśnie znajdował się na ostatniej prostej do spotkania z Gabrielem. Wystarczyło uzbroić się w cierpliwość. Po kolejnym pokłonie ruszył dość niezgrabnym krokiem w tylko sobie znaną stronę licząc na to, że już niedaleko.
Nie poruszył się za daleko, gdy usłyszał błagający o pomoc głos Orianny. Potrząsnął głową. Nie, nie było jej tu. Na pewno jej tu nie było. Przecież nie byłaby na tyle głupia, aby tu przychodzić. Nie mniej głos obijał mu się po czaszce. Stawał coraz głośniejszy, a jego pewny krok nieco zwolnił. Kolejny krzyk, jakby rozdzierano ją ze skóry. Cholera… skup się na zadaniu. Orianny tu nie ma. Kolejny krok i jeszcze jeden, a wtedy tuż po prawej strony rozbrzmiewa głos Ennis. Zacisnął mocno wargi. Jasna cholera by to wzięła. Akurat ta mogłaby wpaść na znakomity pomysł by tu wpaść. Nawet by się ucieszył, gdyby ją tu zobaczył. Zatrzymał się na moment i oparł dłonie o kolana, po czym ruszył w stronę nawoływań wiedziony przeczuciem, że daje się zwieźć na manowce. Trudno! Raz się żyje. Jeśli, choćby i procent szansy byłby, że któraś z dziewczyn była w środku i potrzebowała pomocy to mógł dać się omamić. Musiał to sprawdzić. Wzdrygnął się, kiedy kolejny głos dołączył do kakofonii jego własnego piekła. Ojca nie mogło tu być, a jednak i on krzyczał. Dźwięk wystrzałów dodatkowo go ogłuszały. To wszystko mieszało się ze sobą i męczyło. Zatrzymał się, gdy poczuł czyjś oddech na własnej szyi i spojrzał kreaturze prosto w oczy. Przez moment nie widział prawdziwego obrazu. Najpierw stał przed ojcem, potem przed zakrwawioną i półżywą Orianną, a na koniec przed Ennis w swej seksownej odsłonie. Wszystkie trzy postaci mieszały się ze sobą, przeplatały, przyprawiając go o zawrót głowy.
- We are vain and we are blind – jego wargi poruszyły się odruchowo, gdy pochylił się do Ennis, stabilizując sobie jej obraz. Sięgnął dłonią jej ust, chuchnął w jej rozwarte wargi i trafił ją wprost w tętnicę sztyletem, zanim zdołała złożyć pocałunek na jego ustach. - I hate people when they're not polite – sapnął, starając się wrócić myślami do piosenki, która do tej pory utrzymywała go przy trzeźwości umysłu. Oddychał chrapliwie. Szlag. Poczuł, jak coś rozrywa jego pierś. Były to zęby driady, która wciąż znalazła w sobie tyle mocy, aby je w nim zatopić. Zamknął oczy, czując wszechogarniający go ból. Opuścił dłonie wzdłuż tułowia i opadł na kolana.
>.<
W uszach rozbrzmiał chlust. Klęczy w kałuży krwi. Kałużę krwi, która sączyła się z bezwładnych ciał Orianny, Ennis… W czaszkach dostrzega dziury po dobrze znajomych sobie kulach, ich puste oczy patrzą na niego z wyrzutem, a przynajmniej takie odnosi wrażenie. Drżącą, zakrwawioną dłonią opuszcza ich powieki, a wtedy ich usta zaczynają się poruszać.
„To twoja wina”
Rozbrzmiewa i kołysze się w jego głowie. Z trudem odwraca od nich wzrok, przesuwa go po swoich przemoczonych czerwoną posoką spodniach, by dojrzeć jeszcze dymiącą broń w swojej dłoni. Unosi ją do góry i obserwuje. Nabiera głębokiego powietrza raz i drugi, a następnie zaciska mocniej palce na metalowym ustrojstwie. Nie może jej puścić. Jest jakby przyklejona do jego ręki. Stanowi przedłużenie jego ramienia. Wtem słyszy czyjeś kroki. Obraca się gwałtownie, a palec sam pociąga za spust.
- Nie! – krzyczy za późno, a Emma opada bezwładnie na ziemię. Zaraz za nią widzi Akane, Tonego, Gava i Ryu… jest też Kate i Michelle. Wszyscy patrzą na niego z wyrzutem. Ich usta poruszają się, układając w te same słowa:
„To twoja wina”
Nawet nie zaprzecza. Przytakuje im. Tak, jasne, że jego wina. Sam pociągnął za spust. Nie zamierza zwalać winy za to na odruch bezwarunkowy, a mimo to przy kolejnej osobie, którą okazuje się być Shi, również wystrzeliwuje. Kobieta pada bez życia, a on patrzy na swoją rękę z jeszcze większym wstrętem. Nawet nie może się zastanowić. Nie jest w stanie pomyśleć.
„Twoja wina”
Powtarza jego umysł przy kolejnych morderstwach. Pozbywa się w ten sposób własnego ojca, Morgany czy Rei. Wszystkich tych, na którym w jakiś sposób mu zależy lub zależało. Bardziej lub mniej. Pozbywa się ich wszystkich i wstaje z miejsca. Dotyka swojej głowy zakrwawioną dłonią. Przystawia do skroni lufę. Nabiera głębokiego oddechu.
„Twoja wina”
Pociąga za spust, raz, drugi, trzeci, dziesiąty… ale broń nie wypala. Słyszy tylko charakterystyczne kliknięcie. Nie no, jasne! Akurat teraz musiały się skończyć naboje. Wybucha śmiechem, dość opętańczym śmiechem. Pada z powrotem na kolana i uderza dłońmi o głowę.
Szlag! Szlag! Szlag!
Jego życie to fala niekończącej się ironii!
>.<
Nagle nabiera głębokiego powietrza i wpada do wody. Młóci dłońmi na wszystkie strony, zanim jest w stanie się uspokoić i odnaleźć stopami grunt. Płytko, ma wody po kolana, nie więcej. Wynurza się z niej i wychodzi na brzeg, a tam pada plackiem i patrzy w niebo. Gwiazdy wyglądają tu przepięknie. Gdzieś pojawia się myśl, że nie powinien ich widzieć, bo Las przesłaniał niebo. Nabiera kilka głębszych oddechów. Drzewa mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Mają w sobie coś magicznego, wręcz kryształowego. Marszczy brwi. Chwila… Kryształowego? Siada gwałtownie i obraca się, by go zobaczyć. Tego przeklętego Gabriela, który na wieki został piękny i młody. Podnosi się na nogi i rusza w jego stronę, by położyć krwawą dłoń na jego obronnej bryle.
- Psychokiller – wydusił z siebie i zaśmiał się głośno, opierając czoło o jego więzienie. – Mhm jednak nie udało ci się mnie zniszczyć… choć przyznaję było blisko – sapnął, zginając się i przed nim w pół w oznace szacunku dla niego samego.
- Jeszcze nawet nie zacząłem próbować Cię zniszczyć… Satoru - usłyszał w odpowiedzi, ale bardziej w głowie niż z ust ciała zamkniętego w krysztale, to zdawało się nieruchome.
- Mhm jesteś lepszy w te zabawy ode mnie - skomentował Sato, nawet przez chwilę nie dziwiąc się znajomością jego własnego imienia przez tego osobnika. Skoro właził mu do głowy i wyciągał takie rzeczy to nic dziwnego, że wyciągnął i całą resztę. - Chciałbym poznać twe sposoby na niszczenie ludzi w takim razie - stwierdził, siadając przed kryształem i oddychając głęboko. - Może mnie czymś zainspirujesz…
- Chcesz zniszczyć ludzi? - zapytał kryształ.
- A ty nie? - Sato odparł pytaniem na pytanie, unosząc lekko brew.
- Nie dzielę się tym czego chcę z obcymi - odpowiedział.
- To jest nas dwoje, a właściwie to troje - Sato skinął lekko głową. - Choć w sumie na pewno znalazłoby się więcej tak skrytych osób - rzucił łagodnie. już
- Jest wielu takich - przyznał. - Ile ludzi, tyle charakterów, nie mam konkretnych sposobów, dobieram co chcę dla indywidualnego przypadku - odpowiedział mu obelisk.
- Mhm… właściwie nie musisz za dużo dobierać, ludzie sami się niszczą. Nie potrzebują do tego ingerencji osób trzecich - Sato sięgnął do swojej torby i w pierwszej kolejności sprawdził swą spluwę. Sprawdził, ile w niej zostało naboi i odetchnął głęboko. Ich liczba zgadzała się.
- Ty też się niszczysz? - zapytał.
- Hm? Ja? - uniósł lekko spojrzenie na obelisk i odkorkował butelkę whiskey. - Już dawno jestem zniszczony - poinformował go, pociągając porządny łyk trunku. - Twoje zdrowie.
- Zniszczeni tu nie docierają - zauważył. - Zdychają jak muchy przy pierwszej lepszej przeszkodzie. Nie ma w nich woli walki - odpowiedział.
- Doceniam, że chcesz podnieść mnie na duchu - mężczyzna klepnął obelisk dłonią w pieszczotliwym geście. - Ale wiesz jak to jest w matematyce? Wyjątek potwierdza regułę… jakiś błąd w systemie ci się wkradł i oto jestem…
- Możliwe - odparł jedynie kryształ.
- Mhm - Sato rozprostował nogi i odchylił się do tyłu, by popatrzeć w gwiazdy. Przez dłuższą chwilę milczał, oddychał i popijał swój trunek. - Żałuj, że nie możesz spróbować - mruknął. - Argardzka robocizna - pokiwał głową. - Klasa w prostej postaci.
- Próbowałem, znośna - usłyszał w odpowiedzi.
- O proszę - zerknął z zaciekawieniem na Gabriela. - Kiedy?
- Po co tu jesteś? - padło pytanie zamiast odpowiedzi.
- Po kryształ - padła prosta odpowiedź. - Ale słyszałem, że zanim się go otrzyma to wypada uciąć sobie z tobą pogawędkę. Wiesz… pomyślałem, że whiskey będzie do tego odpowiednia.
- Nawet mi jej nie polałeś - zauważył.
- Proszę cię… - Sato popatrzył na niego sceptycznie. - Jak miałbyś ją wypić? To marnotrawstwo w czystej postaci - pomachał mu butelką przed kryształem.
- Zdziwiłbyś się - głos był nieco rozbawiony. - Po co Ci kryształ? - tu wrócił do normalnego tonu.
- Czekaj - czarnowłosy wstał gwałtownie i obszedł obelisk dookoła, studiując go dokładnie i zastanawiając się nad tym całym częstowaniem go whiskey. - Mówisz? - znów stanął tuż przed nim. - Mniejsza o kryształ, zaraz o nim porozmawiamy - machnął ręką. - Najpierw mi powiedz jak polać, żebyś się napić mógł.
- Dlaczego jednak chcesz się podzielić? - zapytał Gabriel.
- A dlaczego nie? - znów odparł mu pytaniem na pytanie. - Jak wspominałem, nie polałem ci tylko dlatego, że uważałem to za marnotrawstwo czystej dobroci, ale skoro twierdzisz, że dałbyś radę się napić… to ta zagadka bardzo mnie intryguje - dodał swobodnie.
- Z doświadczenia wiem, że odpowiadanie na tego typu zagadki nie jest dla mnie dobre. Nie musisz znać odpowiedzi - zauważył.
- Hej to chcesz się napić czy nie? - zapytał go Sato. - Bo zaczynam gubić się w twych zeznaniach…
- Nie zależy mi, raczej nie różni się od innych tego typu trunków - stwierdził kryształ.
- Mówiłeś, że już go próbowałeś - westchnął przy tym Satoru. - Oj Baryłko… Gabrysiu… - cmoknął z dezaprobatą i sięgnął po kubek, by postawić go przed kryształem. Polał do niego trochę trunku. - Smacznego. Wypijesz później.
Nastała chwila ciszy.
- A więc? Po co Ci kryształ? - padło w końcu powtórzone pytanie.
- Ależ z ciebie niecierpliwiec - Satoru usiadł z powrotem i ponownie łyknął sobie trunku, po czym wygrzebał z torby kawałek czerstwego już chleba. Wsunął go sobie do buzi. - Hm… po co? - zapytał sam siebie i spojrzał po Gabrielu. - Oczywistą odpowiedzią jest obrona - stwierdził wprost. - Wiesz, jestem tylko bezbronnym człowiekiem, niczego nadzwyczajnego sobą nie reprezentuję - zauważył. - Można mnie zgnieść jak robaczka, a wojna tuż za progiem… chciałbym mieć szansę na przeżycie.
- Bezbronnym człowiekiem? - powtórzył po nim z wyraźną wątpliwością w głosie.
- W obliczu śmierci każdy jest bezbronny - zauważył cicho Satoru.
- Mówiłeś o wojnie, nie śmierci - wytknął mu kryształ.
- Mówiłem o obronie podczas wojny - poprawił go mężczyzna. - Wojna przynosi ze sobą żniwo śmierci - westchnął ciężko. - Tylko głupiec nie boi się śmierci, a chociaż mam się za niespełna rozumu… to głupcem siebie nie nazwę - dorzucił do kotła.
- Chcesz kryształ, bo boisz się śmierci? - Gabriel nie czuł się przekonany tego typu odpowiedzią.
- Chcesz odpowiedzi to ci ją podaję na tacy - Satoru spojrzał po nim uważnie.
- Nie jest prawdziwa, a mnie nie interesuje byle jaka odpowiedź - oznajmił Gabriel.
- W każdej odpowiedzi jest ziarnko prawdy - mężczyzna wzruszył ramionami i położył się na ziemi, przymykając oczy.
- Nie jestem kurą Satoru, mnie ziarnka nie interesują - usłyszał.
- Nie? - uniósł lekko jedną powiekę. - A szkoda, dobry by rosół z ciebie wyszedł - przeciągnął się lekko i odetchnął głęboko. - Wiesz, przyszedłem tu z myślą, że mogę nie wyjść żywy z tej wyprawy - mruknął. - Przyszedłem, bo właściwie nie miałem niczego do stracenia, a twój Las… twój Las jest fascynujący - obrócił się na bok, by na niego spojrzeć. - Te wszystkie liany, stada zwierząt, paskudne szkodniki, kruki… driady - uśmiechnął się lekko. - Pięknie tu masz, tak sielsko. Wszystko do siebie pasuje, choć z pozoru zdawać by się mogło, że nic nie pasuje. To jak niedopasowane do siebie puzzle, które jednak idą ze sobą w parze - zerknął na niego. - Sam jestem takim niedopasowanym puzzlem - skomentował. - Nigdzie nie pasuję, a jednak w pewnym sensie chcę chronić coś co wydaje się być mi znajome - dodał. - Do tego potrzebuję twojego kryształu.
- Musisz mówić jaśniej, jestem w końcu tylko kawałkiem kamienia, prawda? - odparł.
- Nie - pokręcił głową Satoru. - Rzekomo potrafisz pić, a kawałki kamienia tego nie robią…
- To nie sprawia, że rozumiem Twoje zagadkowe wyjaśnienia. Po co Ci kryształ Satoru? Pytam po raz ostatni - zapewnił.
- Rozmawiasz ze mną w mej głowie - zauważył Satoru. - Jestem pewien, że moje wyjaśnienie jest dla ciebie zrozumiałe - odetchnął głęboko. - Droczysz się teraz ze mną, samemu nie chcąc na głos mówić o swych ubytkach - mruknął. - Nie każdy potrafi się uzewnętrzniać. Jestem z tych, którzy tego nie robią - pokręcił głową. - Bo uzewnętrznienie się doprowadziłoby do całkowitego rozpadu… - zacisnął mocno pięści i odwrócił wzrok. - …na to nie mogę sobie pozwolić, Gabrielu - przyznał. - Nie mogę pozwolić się sobie rozłożyć na kawałki. Zbyt wiele trudu kosztuje mnie trzymanie ich w ryzach - zamknął oczy i odetchnął głęboko. - Jest coś co chcę chronić, coś co ma dla mnie wartość, można rzec sentyment… pragnę również tego o czym wspominałem wcześniej, pragnę użyć kryształu do obrony - wzruszył ramionami. - Ale nie wykluczam też ataku - dodał szczerze. - I wiesz ten twój Las pokazał mi, że współżycie różnych mas i ras jest możliwe… chciałbym, żeby kiedyś ta cała kraina przejrzała na oczy i też to zobaczyła.
- To Ty przyszedłeś do mnie w jakiejś sprawie, nie ja do Ciebie Satoru, ja Ci nic nie muszę mówić - przypomniał mu po czym mruknął wyraźnie się zastanawiając. - Bez uzewnętrznienia się i ukazania słabości, kryształ nie będzie dla Ciebie osiągalny. Co jest dla Ciebie tak ważne, tak sentymentalne, że chcesz to chronić? - zapytał, by ostatecznie stwierdzić czy osobnik godzien jest błyskotki.
- Mhm nie musisz to prawda, a ja nie oczekuję, że coś powiesz. Nie nalegałem i nie drążyłem tematu zbyt długo - zauważył spokojnie Sato. - Po prostu łatwiej byłoby się nagiąć, gdybyś i ty pokazał choć nutkę dobrej woli, serducha, ciepła… zwał jak zwał - zaśmiał się cicho i westchnął ciężko siadając z powrotem. Polał mu jeszcze trochę whiskey, co by o suchym pysku Gabriela nie zostawiać, a resztę butelki schował do swej torby. - Dzieci - poinformował go bez specjalnej wesołości w głosie. - Argardzką młodzież… na piersi wychowaną - uśmiechnął się pod nosem i odetchnął głęboko. - I tę Mathyrską, którą udało mi się tu poznać - dodał myśląc o Oriannie. - I tę jedną Rybę, która bez wody dość długo potrafi unosić się na powierzchni - dokończył. - Ot i cała zagadka - spojrzał po nim łagodnie.
Gabriel milczał dłuższą chwilę.
- Już kiedyś pokazałem dobrą wolę i serce, wtedy nie postąpiłem słusznie - przyznał. - Dziś jednak myślę, że decyzja moja słuszną będzie - dodał po chwili, a przy nogach Satoru powoli zaczął wyrastać kryształ. Las z kolei zaczął się powoli otwierać i tworzyć most, prowadzący do wyjścia.
Satoru uniósł wysoko brew patrząc na ten kryształ mieniący się wszystkimi kolorami tęczy. Zaraz też przeniósł wzrok na most i skrzywił się wyraźnie. To już? Tyle jeśli chodziło o pogawędkę z Gabrielem? Znów zerknął na mężczyznę zaklętego w krysztale i chwycił kryształ w dłoń. Zacisnął na nim swe palce.
- Wpadnę za jakiś czas na pogaduchy - stwierdził. - Przyniosę ci wtedy lepszy trunek - rzucił zawadiacko. - Tylko kubka nie zgub, drugiego nie poświęcę - dodał jeszcze, po czym skłonił się mu i ruszył w stronę mostu.
- Zobaczymy - odpowiedział Gabriel, ponownie lekko rozbawionym głosem. Kubek z kolei otoczyły korzenie pobliskich roślin i już zaraz ten stał pusty.
- Oho… upiłem Las… - Satoru pokręcił głową z rozbawieniem, wskakując na most, zanim ten zacznie się kolibać z przedawkowania procentów. - Następnym razem przyniosę wam więcej… gdybym tylko wiedział - pokręcił głową i jeszcze pomachał Gabrielowi na do widzenia, zanim nie ruszył biegiem, na tyle na ile jeszcze sił w nogach miał, w stronę wyjścia z Kryształowego Lasu.

Fa, fa, fa, fa, ale Orianna to dorosła kobieta, a nie młodzież przepraszam bardzo. XD Opowiadanie cudowne, nie spodziewałam się niczego innego po Sato, naprawdę, poza elementem, gdzie mi serducho ścisnęło, kiedy zaczął strzelać do wszystkich - naprawdę mocne, szczerze zrobiło mi się go szkoda, że był postawiony w takiej wizji. Cieszę się też, że zdobył kryształ i wyszedł z tego bez szwanku. Gratuluję świetnego opka! <3
OdpowiedzUsuńDzięki :) No dla niego to Ori dalej jest młodzieżą xD Może nie aż tak bez szwanku, ale udało się :)
UsuńWarto było czekać, opowiadanie i zdobycie kryształu bardzo w stylu Satoru. ^^ Fajnie zobaczyć w końcu tą jego inną odsłonę, tą którą mało kiedy pokazuje. Bardzo przyjemnie się czytało, uśmiech większość czasu nie znikał mi z twarzy, a przy strzelance oczy się na serio zaszkliły. Dużo emocji, wyszło super! :D
OdpowiedzUsuńDzięki :) Będzie musiał wrócić kiedyś do Lasu na pogaduchy z Gabrielem xD
UsuńCzytało się świetnie. Wreszcie można poczuć klimat samego Satoru. Niesamowity gość, a rozmowa z Gabrielem rozbawiła mnie niesamowicie. Fragment ze strzelaniem do znanych twarzy - mocny i przejmujący. Super!
OdpowiedzUsuń