Perun I wystawia nowe listy gończe, wśród których pojawiają się imiona - Akane, Gave, Emma, Natan, Morgana - chce ich żywych lub martwych.

Helga się nie zatrzymuje. Sieje zniszczenie w okolicach Ardei i Argaru. Gwałcą, jedzą kończyny, wyrywają serca. Brutalność nie zna granic!

Nikllaus zamyka bramy do Argaru. Wzmaga straż. Argar zbroi się po zęby. Przygotowuje do ostatecznego starcia.

Phyonix zrywa sojusz z Polszą wyrażając tym samym swe niezadowolenie związane z wystawionym listem gończym za swoją ukochaną córką.

"...a ciernie uczą się zatruwać"

        Piwnica była nieruchoma jak grób. Powietrze stało ciężkie i wilgotne, ogień w lampach dogasał, rzucając brudne, żółte światło, w którym wszystko wyglądało na stare, zużyte i martwe. Orianna siedziała pod ścianą z kolanami przyciśniętymi do piersi, ramionami ciasno owiniętymi wokół żeber, jakby mogła w ten sposób utrzymać siebie w całości. Nie płakała, bo płacz niczego tu nie zmieniał. Oddychała powoli i patrzyła, rozważając każdą z możliwości, która mogłaby doprowadzić do spełnienia danego sobie słowa. Drzwi za wysoko, schody skrzypią, łańcuch za krótki, stół za ciężki - a on zawsze silniejszy. Przerabiała to w głowie tyle razy, że znała odpowiedź zanim zaczęła. Siłą nie wyjdzie stąd nigdy. Nie miała mięśni ani magii, czasem ledwo stała prosto, dwa kroki biegu i przewróciłaby się sama przez ból mięśni czy serca. Uciekając, umarłaby szybciej niż zostając. Oparła głowę o mur i zamknęła oczy. Zostało jej tylko myślenie. Językiem przesunęła po zębach  - odruchowo, nerwowo  - i wtedy poczuła znajome, obce zgrubienie przy trzonowcu. Zamarła. Gładka, twarda powierzchnia. Plomba. Wspomnienie warsztatu, zapachu spirytusu i głosu Ennis, który ją do tego zainspirował. Trucizna. Ukryta w zębie, zawsze tam była, jej ostateczna forma obrony. Serce przyspieszyło, spróbowała zacisnąć szczękę i nadkruszyć wypełnienie, ale ból przeszył ją aż do oka; metal był zbyt twardy, złamie ząb prędzej niż plombę, a jeśli pęknie źle, połknie truciznę i umrze jak idiotka, którą zresztą była, zanim cokolwiek zrobi. Otworzyła oczy i zmusiła się, żeby patrzeć na piwnicę nie jak więzień, tylko jak alchemik szukający narzędzia. Wzrok zatrzymał się na podłodze przy rzeźnickim stole. Pośród brudu i zaschniętej krwi leżało coś jasnego. Przesunęła się powoli i sięgnęła dłonią. Mały odłamek kości, z jedną ostrą krawędzią. Przez ułamek sekundy zobaczyła twarz chłopca i jego szeroko otwarte oczy, a gardło ścisnęło jej się z winy i wstydu, ale palce zacisnęły się mocniej. Kość była twarda, porowata, wystarczająco szorstka, by rysować metal. Musiał nie zauważyć. Musiało zostać po tym jak znęcał się nad biednym maluchem, który nie mógł nawet błagać o pomoc. Zemdliło ją na tę myśl, ale to mogło wystarczyć. Język znów odnalazł plombę, wyczuła pod nią maleńką ampułkę – cieńszą od włosa, wypełnioną płynną śmiercią. Musiała pomyśleć, zastanowić się, aby nie zmiażdżyć, nie połknąć, tylko wykruszyć krawędź, poluzować, żeby jednym ruchem języka móc ją uwolnić, kiedy nadejdzie moment. A moment będzie tylko jeden, albo się uda, albo zginie, ale jej nie złamie. Drżącą ręką wsunęła kość do ust; smak wapna i brudu rozlał się po języku. Jeżeli ma umrzeć, to przynajmniej zawalczy o wolność. Ostrożnie, trzęsącymi się palcami zaczęła skrobać przy brzegu wypełnienia. Zgrzyt. Ból przeszył szczękę aż do skroni. Zacisnęła powieki, oddychając przez nos, i powtórzyła ruch, wolno, precyzyjnie, jak przy pracy z najbardziej trującymi składnikami. Każde skrobnięcie było jak igła w nerwie, łzy napływały do oczu, ale nie przestawała, bo on mógł wrócić w każdej chwili, a wtedy znów będzie musiała czekać na kolejną okazję pośród kolejnych łez, cierpienia i modlitw, żeby nie zorientował się, że być może ma jakąkolwiek szansę. Serce waliło jej w uszach. Nie miała siły, nie miała broni, tylko kawałek kości i bogowie tak bardzo się bała. Wzięła wdech, nie przerywając mizernej pracy. Musiała się skupić. Nie mogła się poddać. Zaczęła analizować. Spokojnie. Metodycznie. Bez emocji,a przynajmniej próbowała odrzucić każdą emocję, która próbowała przyspieszyć bicie serca, rozproszyć jej ruchy. On był ostrożny. Zawsze. Nigdy nie nachylał się nad jej twarzą, gdy miała wolne ręce. Zawsze trzymał dystans, jak myśliwy przy rannym zwierzęciu, a przerywał go tylko wtedy, kiedy miał pewność, że była zbyt przerażona. Wiedział, że ranny szczur gryzie najmocniej. Wiedział, że desperacja jest bronią. Dlatego pilnował każdego kroku. Najpierw pozbawiał ją nadziei, albo truł, żeby złamać jej ducha. Zrobić jedynie przedmiot na użytek szalonego króla.  I dlatego siłą nie miała z nim żadnych szans. Przeanalizowała jego zachowanie raz jeszcze, jak schemat reakcji chemicznej. Co go przyciągało. Co go rozluźniało. Co sprawiało mu przyjemność. Opór. Strach w oczach. Szarpanie się. Splunięcia. Próby godności - to było dla niego trofeum. Ale było coś jeszcze. Cel - testowanie. Chora fascynacja tym jak bardzo ją złamał. Rozkazy, brak pytań, ślepe posłuszeństwo. Właśnie to musiała mu dać, prawda?
Całkowite poddanie. Pozbycie się własnej woli.
Ale na bogów, nie szczerze. Nigdy szczere. Udawane. Tak, udawane. Omotać go. Zacisnęła oczy, przypominając sobie kolejne lekcje o tym, jak łatwo było omatać mężczyznę, jeśli wiedziało się czego pragną. Pierwszy raz poczuła ulgę na własną bezradność oraz niemoc. Mogła to zrobić. Mogła udać, że nie ma w sobie krzty charakteru, który mógłby dalej zniszczyć. Z nieporadności do lalki Peruna wcale nie było tak daleko. Już raz taka była. Musi przestać odwracać wzrok, nie napinać ciała, nie protestować, nie odzywać się bez pytania, mówić to co chciałby usłyszeć od kogoś kogo skończył “tresować”.  Musiała być przez ten czas jak pies, który już nie gryzie. Pod językiem czuła chłodną, twardą obecność ampułki.
Udało się!
„Podejdziesz do mnie” – obiecała mu w myślach. „Podejdziesz, żeby zobaczyć swój triumf w moich oczach. I to będzie ostatnia rzecz, jaką zobaczysz”.
Myślała i rozglądała się po pomieszczeniu. Była już tak pewna swojego “doskonałego plany” morderstwa, że aż ściskało ją w piersi. Spojrzała przed siebie - brud, zaschnięta krew, obce ślady. Na krawędzi stołu wciąż widziała ciemne smugi po dziecku. To nie był tylko widok zbrodni. To był dowód na to, że i tak w pewien sposób udało mu się ją odczłowieczyć. Zabiła tą niewinną istotę. Przez chwilę miała wątpliwości czy czai się na właściwą zmorę tego świata.Pod językiem czuła ampułkę. Wystarczyłoby jedno mocniejsze ugryzienie. Trucizna spłynęłaby do gardła. Szybko. Cicho. Bez kolejnych nocy. Bez kroków na schodach. Bez jego dotyku. Bez Peruna. Bez bólu. Bez zmartwień. Ta myśl była przerażająco słodka. Mogłaby po prostu odpocząć, zniknąć, przestać czuć. Przecież była tak bardzo głodna i odwodniona. Każdy ruch bolał. Myśl o walce z nim wydawała się absurdalna. Łatwiej byłoby zasnąć i nigdy się nie obudzić. Zamknęła oczy, coraz bardziej rozważając tą możliwość. Właśnie wtedy zobaczyła twarz Emmy - jej czuły uśmiech, który w kilka sekund zmieniał się w płomienną determinację kogoś, kto próbował chronić swoich za wszelką cenę. Siostra, która widziała w niej tak wiele dobrego, wspaniała dziewczyna, dla której była ważna. Emma czekała. Nie sama. Przecież była przy nadziei. Będzie miała ze sobą tak samo bezbronną istotę jak chłopiec, którego tak bezlitośnie pozbawiła życia. Wątpliwości zniknęły przykryte przez coś cięższego. Obowiązek. To nie była już zemsta, nie dziki, ślepy gniew. Gniew spalał za szybko. To było coś zimniejszego. Trzeźwego. Musiała przeżyć dla Emmy i dla dziecka, które z pewnością nie byłoby jego ostatnią ofiarą, jeśli nie zakończy tego cyklu przemocy. Miała po co żyć, miała ludzi, których widok by ją ucieszył, których teraz tak bardzo potrzebowała. Miała też pokutę. Za niewinne życie, które nigdy nie powinno zostać tutaj odebrane. Po prostu musi się jej udać. Nie mogła zaakceptować innej opcji.
    Skrzypienie schodów przecięło ciszę jak brzytwa. Każdy stopień pod jego ciężarem brzmiał jak odliczanie. Wsunęła język pod policzek, sprawdzając ampułkę. Szklana krawędź drażniła dziąsło, przypominając, jak kruchą powłokę zostawiła. Wystarczyło już tylko ugryźć. Wypluła kość, wcisnęła ją w słomę łóżka, na którym siedziała. Powtórzyła plan. Zaczęła myśleć o czasie. Za wcześnie - umrze. Za późno- on ją rozerwie. Drzwi otworzyły się z hukiem, do piwnicy wpadła smuga światła. Stał w progu, szeroki w barkach, spokojny, pewny siebie, jak zawsze. Nóż błysnął w jego dłoni. Ciało Orianny chciało się cofnąć, skulić, zasłonić twarz. Zmusiła je do bezruchu. Musiała wyłączyć samą siebie, a włączyć aktorkę, którą już raz udało się jej zostać. Zamiast odsunąć się, osunęła się na kolana. Głowę spuściła nisko. Dłonie położyła płasko na ziemi, jak ktoś, kto już nie ma woli walki
— Widzę, że krew dziecka dobrze ci zrobiła — wycharczał, schodząc niżej. — Stałaś się… spokojniejsza —  zatrzymał się dwa kroki od niej. Była pewna, że słyszała jego bezczelny, pozbawiony kręgosłupa moralnego uśmiech. Wciąż był za daleko. Poczuła jego zapach – pot, tytoń, surowe mięso, które jak zwykle nie należało do zwierzyny łownej czy hodowlanej. Żołądek ścisnął się boleśnie. Smak serca i każdej potrawy, która ją karmił wrócił falą mdłości. „Nie teraz. Błagam, nie teraz”. Przełknęła gorycz, zmusiła gardło do posłuszeństwa. Poruszyła nogami, rany zapiekły, ale ból pomógł. Był prawdziwy. Zakotwiczył ją.
— Miałeś rację… — wyszeptała tak cicho, że musiał się pochylić, by usłyszeć. Głos drżał, ale to tylko uwiarygadniało rolę. — Nie będę walczyć, tylko błagam, niech już nie boli — dodała, wywołując kilka łez, które przychodziły zaskakująco łatwo, kiedy myślała o tym, co mógłby zrobić z tym nożem, bądź innymi metodami, którymi się z nią bawił. Mężczyzna zamilkł. Wyraźnie zaskoczony. W ciszy niemal słyszała, jak w jego głowie pęcznieje pycha. Zrobił krok bliżej. Potem jeszcze pół. Wystarczająco, by zobaczyć jej twarz. Wystarczająco, by uwierzyć. Orianna nie podniosła wzroku od razu. Pozwoliła, by cisza trwała. By ciekawość go przyciągnęła. Pod językiem czuła chłodne szkło i własne serce bijące tak mocno, że bała się, że usłyszy. Jeszcze chwila. Jeszcze trochę. Jeszcze bliżej. Teraz nie była ofiarą. Była pułapką.  Zrobił krok. Potem drugi. Kamień pod kolanami Orianny był lodowaty, ale czuła przede wszystkim żar bijący od jego ciała. Zapach potu i starej krwi uderzył ją w twarz jak fala. Był za blisko. Bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Co powiedziałaś? — spytał. W jego głosie nie było już samego okrucieństwa. Była ciekawość. Chora, łakoma. Chciał usłyszeć potwierdzenie, że wygrał. Że zabił w niej wszystko, co ludzkie. Powoli podniosła głowę. Twarz miała pustą. Bez życia. Oczy matowe, nieobecne. Takie, jakie widziała każdego dnia w lustrze, gdy mieszkała na królewskim dworze. Płakała dalej. To, że łzy po części były cholernie szczere bardzo wszystko ułatwiało.
— Zrozumiałam… — wyszeptała. — Nic już nie ma znaczenia. Nie ma sensu walczyć.
Zaśmiał się krótko, gardłowo. Triumfalnie. Chciał zobaczyć efekt swojej pracy z bliska. Chciał zajrzeć jej w oczy i zobaczyć kolejne idealnie wykonane zlecenie. Kolejną górę złota, która pozwoli zaspokoić własne chore perwersje. Nachylił się. Szorstka dłoń zacisnęła się na jej podbródku i uniosła twarz. Jego palce pachniały metalem i tłuszczem. Jego twarz była zaledwie kilka centymetrów od jej ust. Czuła jego oddech na skórze.
— Moja mała góra złota — szepnął. Czas zwolnił. Pod językiem czuła ampułkę. Jeszcze tylko chwila. Jedna sekunda. — Będziesz grzeczna? Będziesz warzyć mikstury dla króla? Zostaniesz jego małą dziwką? — znowu zmniejszył dystans. Skręciło ją w żołądku po raz kolejny. Obrzydliwe. Docisnęła język do zęba.
— Będę — zapewniła go, spoglądając prosto w jego oczy. Poczuła zimną rękę na wewnętrznej stronie uda. Rozchylił usta. Zaśmiał się. Zacisnęła zęby, a następnie język, nie spuszczając z niego wzroku. Szkło pękło z suchym trzaskiem, który sam zagłuszył. Usta natychmiast wypełnił lodowaty, metaliczny jad. Język zdrętwiał, gardło zapiekło. Smak był tak intensywny, ale była przyzwyczajona. Smakowała gorszych, choć nieśmiertelnych mikstur. Czekała. Znowu się zbliżył, a wtedy ona przymknęła oczy i drżącym ruchem sama skróciła ostatnie milimetry dystansu. Przycisnęła usta do jego ust. Na ułamek sekundy poczuła jego zaskoczenie, napięcie mięśni, bezruch - a potem obrzydliwą satysfakcję. Rozchylił wargi, zachłannie, pewny, że to kolejny dowód jej upodlenia. Czekała na to. Bogowie, jak dobrze, że potrafiła całować. . Przez ułamek sekundy poczuła jego zaskoczenie. Potem satysfakcję. Rozchylił wargi zachłannie, pewny, że to kolejny dowód jej poddaństwa. Jednym, precyzyjnym ruchem języka wtłoczyła lodowaty płyn wprost do jego ust, na rozgrzane błony śluzowe, głęboko, zanim zdążył zrozumieć. Oddała mu wszystko, całą truciznę Wtłoczyła truciznę głęboko. Oprawca znieruchomiał. Jego język cofnął się nagle, szczęka się spięła - zrozumiał. Warknął nisko, odruchowo próbując się odsunąć, ale już poczuł smak. Metal. Gorycz. Jego dłoń wbiła się w jej włosy. Zacisnął palce i przyciągnął ją brutalnie z powrotem, miażdżąc jej usta swoimi, jakby chciał zmusić ją do połknięcia wszystkiego z powrotem, jakby mógł jej to oddać. Próbował ją zatrzymać. Próbował ją udusić własnym ciężarem. Panicznie szarpał głową, jak zwierzę, próbując wypluć płyn, ale już było za późno - błony śluzowe wchłaniały truciznę szybciej niż mógł cokolwiek zrobić. Orianna poczuła, jak w ustach miesza się ich ślina, jak jad wraca ku niej. Serce podskoczyło jej do gardła. Nie odejdzie z nim. Nie może. Nie z nim! Z całej siły wbiła kolano między jego nogi i odepchnęła go ramieniem. Szarpnęła się w bok. Garść włosów została w jego dłoni, ale wyrwała się. Upadła na kamień, rozcinając łokieć. Natychmiast zaczęła wypluwać ślinę, ocierać usta rękawem, dłonią, znowu rękawem. Metaliczna gorycz paliła język. Bała się przełknąć choć kroplę. On stał jeszcze chwilę. Splunął na podłogę, jakby mógł wyrzucić truciznę z gardła. Kaszlał. Zaczął się krztusić.
— Ty… suko… — wycharczał. Próbował wymiotować, wpychał palce do ust, dławił się, plując śliną i żółcią. Ale było za późno. Trucizna już krążyła. Orianna patrzyła, samej wkładając palce do ust, aby wymusić wymioty. Jej było lżej. Myślała o każdym kawałku ludzkiego mięsa, który musiała przełknąć, a zawartość żołądka kobiety błyskawicznie zaczynała wypychać się na zewnętrzny świat. Wróciła do niego wzrokiem. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Ręka sięgnęła po nóż, ale palce nie mogły już się zacisnął. Pierwszy raz zobaczyła na nim przerażenie. Zachwiał się. Runął ciężko na ziemię. Orianna podniosła się powoli, opierając o ścianę. Nabrała kilku głębszych oddechów i podeszła bliżej. Nie ufała ciszy, dlatego też  zatrzymała się poza zasięgiem jego rąk i przez chwilę tylko patrzyła. Czekała, czy klatka piersiowa się poruszy. Czy drgną palce. Czy to kolejna sztuczka, kolejny skok.
Nic.
Przykucnęła ostrożnie z boku i wyciągnęła dłoń. Dwa palce przyłożyła do jego szyi. Skóra była jeszcze ciepła, wilgotna od potu. Szukała pulsu długo, dłużej niż trzeba. Nie było nic. Dla pewności przesunęła dłoń pod jego nos. Żaden oddech nie ogrzał jej skóry. Kopnęła jego ramię. Głowa przechyliła się bezwładnie, jak u manekina. Martwy ciężar. Patrzyła na niego jeszcze chwilę, z dziwną, chłodną uwagą. Jak na puste naczynie po reakcji, która właśnie dobiegła końca. Koniec. Bogowie, koniec. Udało jej się. Zaśmiała się przez łzy. Przysunęła się jeszcze bliżej, zaczynając przeszukiwać zwłoki w poszukiwaniu kluczy. Śmiech szybko ustąpił rozpaczy. Nie mogła płakać ze szczęścia. Nie po tym wszystkim. Czuła ulgę, ale szczęście wydawało się jeszcze zbyt odległe. Niemniej miała jeszcze przed sobą życie, którego nie pozwoliła sobie odebrać. Chociaż swojego.
    Wstała i ruszyła po schodach. W kuchni znalazła balię z lodowatą, odstaną wodą. Stała nad nią chwilę, patrząc na nieruchomą taflę, w której odbijała się jej twarz - wychudzona, z zapadniętymi oczami, z włosami posklejanymi brudem i krwią. Nie wyglądała jak ona. Jakby ktoś podmienił jej ciało, zostawiając tylko zmęczone oczy. Bez wahania zaczęła zdzierać z siebie resztki szat. Materiał był sztywny, ciężki, przesiąknięty potem, krwią i śladami jego dotyku. Odklejał się od skóry powoli, z nieprzyjemnym trzaskiem. Każdy skrawek, który spadał na podłogę, był jak zrywanie strupa z żywej rany. Jakby obdzierała się z cudzej obecności. Weszła do balii. Zimno uderzyło ją tak gwałtownie, że na moment zabrakło jej tchu, ale nie cofnęła się. Chwyciła szorstką, płócienną ścierkę i zaczęła trzeć skórę. Mocno. Za mocno. Ramiona, brzuch, szyję, obojczyki. Szorowała, jakby próbowała zdjąć z siebie całą jedną warstwę ciała. Skóra szybko stała się czerwona, potem purpurowa, piekąca. Tarła dalej, uparcie, bez litości dla siebie. To nie miało boleć mniej. To miało boleć bardziej. Byleby tylko pozbyć się tego co na niej wyrył. Zanurzyła głowę pod wodę. Palce wplotła we włosy, drapiąc skórę głowy, jakby chciała wydrapać z niej zapach piwnicy. Pleśń. Łój. Krew. Jego. Kiedy wynurzyła twarz, woda była już mętna, brunatna od pyłu i zaschniętych skrzepów. Patrzyła, jak brud wiruje wokół niej jak dym. Jakby całe piekło z niej spływało. Przy udach zawahała się. Tylko na sekundę. Wyryte słowa paliły, jakby wciąż były świeże. Piętna. Podpis. Dowód, na to, że faktycznie była naiwną, głupią pizdą, która nic w życiu nie potrafi. Zaciśniętymi zębami przyłożyła ścierkę i zaczęła szorować. Zimna woda wgryzała się w rany jak sól. Piekło. Drżała, ale nie przestawała. Tarła tak długo, aż z pęknięć znów zaczęła sączyć się świeża krew, cienkimi strużkami barwiąc wodę. Wtedy pękła. Nie krzykiem. Nie histerią. Z jej gardła wydobył się tylko cichy, rwany dźwięk, bardziej zwierzęcy niż ludzki. Skomlenie kogoś, kto uciekł z potrzasku, ale zostawił w nim kawał siebie. Łzy mieszały się z wodą, a ona nawet nie próbowała ich ocierać.
— Woda zmyje krew — szlochała, dławiąc się oddechem. – Ale co zmyje smak tego serca? Ludzkiego mięsa? Co zmyje dotyk jego rąk, który czuję pod własną skórą? Jak zasłonie blizny? — nie znalazła innej odpowiedzi poza tym, żeby zerwać z siebie resztę skóry, wyrwać żołądek. Jedyne co ją przed tym powstrzymywało to fakt, że wtedy by zwyczajnie umarła, a na to nie mogła sobie pozwolić. Kiedy w końcu wyszła z balii, była roztrzęsiona, czerwona, poraniona bardziej niż wcześniej. Ale lżejsza. Jakby coś naprawdę z niej spłynęło. Gdy drżenie rąk trochę ustąpiło, zaczęła przeszukiwać dom. Nie szukała złota ani jedzenia. Szukała fragmentów Orianny - alchemiczki, lekarki, kobiety, człowieka. Czegokolwiek, co udowodni, że wciąż istnieje ktoś więcej niż tylko ciało, które przeżyło. W kącie brudnej izby, pod stertą cuchnących szmat i połamanych naczyń, znalazła swój dziennik. Podniosła go ostrożnie, jakby był czymś kruchym i żywym. Okładka była porysowana, zabrudzona, ale gdy rozchyliła pierwszą stronę, zobaczyła własne pismo - równe, precyzyjne, pełne notatek, szkiców ziół, proporcji, małych zachwytów nad światem. Jej myśli. Jej głos sprzed piwnicy. Palce zaczęły jej drżeć. Przycisnęła dziennik do piersi tak mocno, jakby bała się, że ktoś jej go wyrwie. To była kotwica. Dowód, że istniała jeszcze Orianna, która potrafiła cieszyć się tym światem. Obok leżała księga od wiedźmy, którą tak szybko straciła z życia. Ciężki, znajomy wolumin. Otworzyła ją odruchowo - zapach suszonych roślin i starego atramentu uderzył ją w nos z taką siłą, że aż zakręciło jej się w głowie. To pachniało pracownią. Domem. Bezpiecznymi wieczorami przy moździerzu. Przez chwilę miała ochotę usiąść na podłodze i tylko ją trzymać. To nie było jej, a jednak potrafiło przypomnieć o własnej pasji. Do tego te zaklęcia, pokusy. Nie mogła stracić tej księgi. Jeszcze jej się przyda, bardziej niż chciałaby to przyznać. To co w niej wyczytała - musiała to zdobyć.  W skrzyni przy ścianie znalazła swoje ubrania. Pachniały stęchlizną, kurzem i obcym domem, ale były jej. Ubieranie się było jak zakładanie zbroi. Każda warstwa oddzielała ją od stołu, łańcuchów, jego oddechu na twarzy. Stanęła na środku izby, owinięta płaszczem, z dziennikiem pod pachą i księgą przyciśniętą do boku. Wychudzona, blada, z zapadniętymi oczami. Wyglądała jak cień samej siebie. A jednak w tych oczach tliło się coś nowego. Nie strach. Nie naiwność. Coś ostrzejszego. Upartego. Pustka i obrzydzenie wciąż w niej siedziały, ciężkie jak kamienie, ale przykrywała je determinacja. Wróci do domu. Albo pójdzie do Lasu. Albo jedno i drugie. Obojętnie w jakiej kolejności. Będzie żyć. Będzie bezpieczna. Zaopiekuje się Emmą. Na bogów, Perun pewnie robił z nią dokładnie to samo. Musiała ją chronić. Musiała stać się silniejsza i chronić tą dziewczynę za wszelką cenę.
    Drzwi zaskrzypiały, puszczając zardzewiałe zawiasy, a w twarz uderzyło ją prawdziwe powietrze. Czyste. Zimne. Pachnące deszczem. Aż zakłuło w płucach. Opuściła dom, który był jej więzieniem. Zmrużyła oczy w bladym świetle dnia. Przed nią rozciągał się obcy, chłodny krajobraz. Poszarpane granie gór wbijały się w ołowiane niebo jak zęby drapieżnika. Pod stopami miała jałową, kamienistą ziemię, porośniętą karłowatymi krzewami. Nie była pewna gdzie jest, ale mogła domyślać się, że nie była zbyt daleko mroźnych tundr.  Była słaba. Każdy krok sprawiał, że rany na udach pulsowały bólem, przypominając o dłucie i ostrzu. Osunęła się ciężko na zimny głaz, jakby nagle ktoś przeciął sznurki, które trzymały ją w pionie. Kolana drżały tak bardzo, że przez chwilę bała się, że po prostu przewróci się twarzą w ziemię i już nie wstanie. Serce waliło nierówno, a każdy oddech palił w gardle chłodnym powietrzem. Zacisnęła dłoń na klatce piersiowej. Nie miała pojęcia jak wrócić, gdzie iść, ale musiała to zrobić. Potrzebowała pomocy. Ta myśl była prosta, logiczna, oczywista. Sama nie dotrze daleko. Zemdleje po kilku kilometrach. Zakażenie, gorączka, pierwszy lepszy patrol, dzikie zwierzęta -  cokolwiek ją wykończy. Imię pojawiło się w jej głowie samo. Satoru. Zabolało to niemal fizycznie. Zacisnęła palce na rzemyku torby tak mocno, że pobielały jej knykcie.
—  Będzie wściekły — powiedziała do samej siebie. Mówił, że ta wyprawa to głupota. Patrzył na nią wtedy jak na dziecko, które pcha rękę do ognia. Już widziała jego twarz. Chłodną. Surową. To milczenie gorsze od krzyku. Coś ścisnęło ją w klatce piersiowej. To nie była tylko obawa. To był wstyd. Bała się, że zobaczy ją taką. Brudną. Połamaną. Z bliznami wyrytymi w ciele jak w drewnie. Bała się, że spojrzy na nią i zobaczy nie Oriannę, tylko wrak. Resztki. Dziewczynę, której nie udało się nawet obronić samej siebie. Gniew przemknął przez nią nagle, gorący i krótki. To nie była jej wina. Nikt nie mógł przygotować się na takie zło. Na człowieka, który traktował ból jak rozrywkę. A jednak… lęk przed jego osądem siedział w niej głębiej niż rozsądek. Zamknęła oczy. I wtedy pomyślała o Emmie. Jeśli tu umrze przez własną dumę, a Emma zostanie sama, nigdy nie wybaczy sobie w zaświatach. Westchnęła drżąco i wyjęła z dziennika czystą kartkę. Musiała na chwilę zamknąć oczy i uspokoić oddech, jak przed trudną operacją. Jedna kreska. Druga. Zdecydowany ruch. 助. Pomóż. Ratuj. Tasu. Rozejrzała się wokół uważniej, zmuszając umysł do pracy, nie do paniki. Między kamieniami dostrzegła kępkę drobnych, srebrzystych liści z purpurowymi nerwami. Srebrna Paproć Mathyrska. Pamiętała ją z atlasów. Uklękła, zerwała kilka listków i wsunęła je do złożonego listu. Gdyby tylko jeszcze mogła go wysłać. Po raz kolejny zaśmiała się przez łzy. Podniosła się powoli, jak staruszka, podpierając dłonią o kamień. Nogi miała miękkie, niepewne, jakby należały do kogoś innego. Owinęła się mocniej płaszczem, wciskając brodę w szorstką wełnę. Odwróciła się po raz ostatni. Dom stał za jej plecami cichy i zwyczajny. Krzywy dach. Szare deski. Małe okno. Nic, co zdradzałoby, co kryło się pod ziemią. Nic, co krzyczałoby „tu umierają ludzie”. Wyglądał nudno. Prawie żałośnie. I to było w tym najgorsze. Największy żart świata, fakt że piekło często ma dach z gontu i zwykłe drzwi. Że z zewnątrz wygląda jak każdy inny dom, albo cholerny pałac króla, który powinien dbać o swoich ludzi. Zrobiła pierwszy krok. Zachwiała się. Drugi był pewniejszy. Trzeci zabolał mniej. Nie oglądała się więcej. Szła.



~*~

    Drzwi zatrzasnęły się za nią głucho, a echo uderzenia długo niosło się po kamiennym korytarzu. Szła bez pośpiechu, chłodna i niewzruszona, dopóki nagle nie stanęła w pół kroku. Powietrze się zmieniło. Dla innych byłby to tylko przeciąg, zapach śniegu z północy, ale ona poczuła coś więcej - delikatne szarpnięcie gdzieś głęboko pod żebrami, jakby niewidzialna nić została naprężona. Skręciła do małej komnaty i podniosła oparty o ścianę portret. Twarz jej siostry patrzyła na nią z farby łagodnym, naiwnie ciepłym uśmiechem. Cynthia. Przez chwilę milczała, ścierając kciukiem kurz z ramy.
— No proszę… — mruknęła pod nosem. — Twoja córka jednak potrafi gryźć — przymknęła oczy, wyczuwając w oddali chłód, krew, upór i ten znajomy, głupi rodzaj determinacji. Dziewczyna oddalała się, coraz bliżej mroźnych krain.
— Ma chociaż namiastkę charakteru — dodała ciszej. — Nie zdechła w kącie — odstawiła portret. Jej twarz znów stwardniała. — Teraz zobaczymy, czy podejmie właściwe decyzje — spojrzała w stronę ciemniejącego horyzontu, siadając na parapecie okna. Obserwowała zimowy krajobraz.  — Las czeka Dziecinko.


~*~

List przyniesiono o świcie. Papier był wilgotny od mgły, zmięty od drogi, zapieczętowany woskiem zwiadowców z Wolnych Marchwi. Jeremi rozpoznał znak od razu. Nie czekał. Zerwał pieczęć paznokciem. Czytał stojąc.
„Cel opuścił Marchwie. Widziana w towarzystwie jednego mężczyzny. Podróżowali bez straży. Rozpoznanie potwierdzone. Tożsamość: Luto Czarny Rzeźnik, zwany także Psem Peruna. Najemnik. Handlarz ludźmi. Trop urywa się w lasach na północnym wschodzie.”
Dłoń z listem zesztywniała. Znał to imię. Wszyscy znali. Człowiek, po którym zostawały tylko puste domy i zakopane doły. Ten, który sprzedawał żywy towar Perunowi jak bydło.Papier zadrżał lekko między jego palcami.
— Nie… — wyrwało mu się ciszej, niż zamierzał. Nie był wściekły. Przynajmniej nie teraz. W tej chwili czuł coś gorszego. Strach, bo jeśli to był Luto… to Orianna nie była niesiona do Peruna, nie była też ciągnięta, ani zakuta. Poczuł chłodny dreszcz na plecach na samą myśl o tym co zostanie z jego córki.  Zgiął list wpół tak mocno, że pergamin prawie pękł. W kominku trzaskał ogień. Pomarańczowe światło tańczyło po ścianach jak cienie duchów.
— Gdzie była eskorta? — zapytał spokojnie. Zbyt spokojnie. Jeden ze zwiadowców przełknął ślinę. 
— Panie… stracili trop. Twierdzili, że… że nagle po prostu zniknęła. Wyparowała. Jak to wiedźmy mają w zwyczaju. Że kobieta od jegomości ją zabrała czarami — wyjaśnił. Jeremi patrzył w ogień, nie mówiąc nic przez dłuższą chwilę.
— Nazwiska.
— Panie…?
— Nazwiska tych, którzy mieli ją doprowadzić do mojego domu.
Padły trzy. Zapamiętał je bez wysiłku.
— Nabić na pal — powiedział beznamiętnie. — Dziś — zwiadowcy zamarli. Jeden próbował coś powiedzieć, ale spojrzenie Jeremiego wystarczyło. Rozkaz był wyrokiem. Gdy został sam, podszedł bliżej ognia. Płomienie odbijały się w jego oczach. Zacisnął pięści.
— Pieprzony Perunie… — wychrypiał. — Za mało ci było?! — ogień strzelił iskrami. — Zabrałeś mi Cynthię! Moimi rękami! Teraz bierzesz ją —  głos mu zadrżał, ale nie od słabości. Od wściekłości. — A ja jej potrzebuję — syknął, bo taka była prawda. Potrzebował jej. Nie jako symbolu po starym romansie. Nie jako córki. Jako broni. Pionka na politycznej mapie, który miał pomóc mu zmienić ten kraj w faktycznie silne imperium, które nie będzie podążać za bandą debili z klapkami na oczach. Patrzył w płomienie jeszcze długo, jakby chciał w nich zobaczyć twarz Peruna i własnoręcznie ją spalić.  — Niemir! — krzyknął, przywołując syna. Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

6 komentarzy:

  1. No! Teraz to miałam wrażenie, że rzeczywiście czytam opowiadanie o tej postaci. Ten sposób z trucizną to trochę mi się gryzie, ale to już pisałam Ci prywatnie więc uznajmy, że przymykam oko. xD Ogólnie przyjemnie się czytało i trzymam kciuki co by Orianna nie trafiła ani w ręce ojca, ani w niczyje inne. ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam nadzieję, że nie wpadnie, ale zobaczymy co tam na wojnie wyjdzie. Dziękuję za opinię. Co do trucizny ja to poprawię na dniach. XD

      Usuń
  2. Zacznę od pozytywów. Wreszcie Orianna jest wolna i widać rzeczywiście ją w tej kreacji. Nie jest to wymuszone. Pięknie opisałaś jej emocje, a także obawy. Rozumiem że list dopiero wysłała i nie wiadomo, kiedy on dotrze do Satoru, ale miejmy nadzieję, że do tego czasu Orianna się nie da i nie trafi w ręce ojca ani Peruna ani kogokolwiek tam nie wymyślisz.
    Teraz trochę negatywów, dlaczego Orianna tak bardzo bała się, że trucizna się rozleje po jej buzi, skoro potem sama ją rozlała? Przy tak opisywanym "trzasku szkła" choć kropla powinna gdzieś tam zapodziać się w gardle, zwłaszcza osobie nie wyćwiczonej na tym polu. Tak się starała, by wydłubać truciznę bez szwanku, a potem trach i jednak w buzi ją ma. No to mi trochę się nie klei. No i powracamy do sprawy chłopca... do jasnej anielki... wystarczyło gościa zadźgać zamiast chłopca w pierwszej części! No dobra to już pozrzędziłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię. Co do trucizny chodzi o czas w ustach, jak wyżej dopracuje ten aspekt jeszcze najwyżej. Cieszę się za to, że teraz było czuć Oriannę. Tą część pod nią najłatwiej się akurat pisało :D

      Usuń
  3. Ładnie poradziłaś sobie z tą trucizną! Ja to bym co prawda zęba wyrwała i się nie pierdzieliła a potem wsunęła całą ampułkę mu do ust, co by sam rozgryzł (opisałaś że to cieńsze od włosa), ale ogólnie nie było źle. Co prawda zgadzam się trochę, że nierozsądnym było rozgryzać w ustach, ale ważne że przeżyła. Wspominki o Ennis, Emmie i Sato - świetne - i świetna gra na emocjach. No jeśli czekać na list... to ona sobie długo poczeka :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię, ale Orianna najpierw list to musi wysłać, a potem dopiero dotrze. Kobita na razie nie wie nawet, gdzie jest, się tuła po Mathyr i szuka cywilizacji. Zobaczymy co z tej tułaczki wyjdzie. XD

      Usuń

Use your imagination! Feel free, only +18 here!

^