Fjelldod jak zwykle przywitało go mroźnym klimatem. To tu dało się poczuć prawdziwy klimat świąt. Tych śnieżnobiałych i zaśnieżonych. Satoru postawił kołnierz swojego kożucha, który na tę okazję zakupił w drodze i przez chwilą napawał się widokami rozprzestrzeniającymi się przed jego oczyma. Gdyby nie to, że ten kraj nie był przyjazny przejezdnym, można by było pomyśleć, że znalazł się w zimowym raju. Oprószone śniegiem domy, drogi, na których ciężko było zatuszować swe ślady, bo twe buty zakopywały się w kępach śniegu, niezależnie od tego jak lekko stawiałeś swe stopy. Przyroda w Mathyr cały czas go zachwycała. Zanim ruszył na umówione miejsce spotkania, zrobił coś co podpowiadała mu dusza. Położył się na śniegu, robiąc przy tym aniołka. Dawno zapomnianą zabawę z dzieciństwa. Uśmiechnął się pod nosem na widok swego dzieła i palcem „domalował” rogi wystające z głowy oraz aureolę tuż nad nią. Zadowolony z efektu przyklasnął sam sobie i ruszył w stronę gospody.
Pod osłoną nocy żyło mu się zdecydowanie łatwiej. Przypominało zamierzchłe czasy, kiedy pracował głównie nocą, w dzień odsypiając lub po prostu zamieniając się w porządnego obywatela. Zapukał siedem razy do drzwi wydobywając z siebie przy tym dźwięk zranionego koguta, a te uchyliły się wówczas i wsunął się do środka.
- Pochwalony – rzucił ze swoim zwyczajowym uśmiechem. – Pokój niech będzie temu domostwu – dodał spokojnie, a kobieta znajdująca się w środku obdarzyła go srogim spojrzeniem.
- Dajże pan już spokój – westchnęła przeciągle. – Temu domostwu już nic nie pomoże – dodała prowadząc go do małego pokoiku, w którym na łóżku dogorywała jej schorowana babcia.
Satoru posłał kobiecie pełne rozbawienia spojrzenie, czochrając ją po głowie. Mimo swojego Fjelldodzkiego uroku, mała była czarująca, chociaż nie powinien nazywać małą, kobiety, która dwukrotnie jak nie trzy krotnie przewyższała go wiekiem. Z długoletnimi istotami już tak było, że człowiek nie do końca wiedział co ze sobą zrobić i jak je traktować.
- Skąd to smutne spojrzenie na świat? – zapytał jej spokojnie, odkładając swą torbę na postrzępioną czasem kanapę i wyciągnął z niej kilka fiolek. Zbliżył się do leżącej na łóżku staruszki, przez moment studiując jej posturę oraz postępującą chorobę. Fascynujące. Do tej pory myślał, że te długowieczne istoty giną jedynie przez zgniecenie ich serca, a tu zwykła zaraza dopadła starowinkę. No proszę, człowiek uczył się przez całe życie. – Ten dom jeszcze odzyska dźwięczny śmiech – powiedział spokojnie ropiejące rany starszej kobiety płynem, który uśmierzał ból i dezynfekował. Przy tym zaczął spokojnie nucić „Rotę”, bo z nią lepiej mu się żyło w tym jakże niemalże niemieckim kraju. Nie śpiewał, tylko nucił pod nosem.
Katharina przysunęła sobie krzesło obok niego wraz z misą, którą obmywała wiotkie członki swej matki, przy czym intensywnie obserwowała działania Satoru, kiwając się lekko do melodii. Skończywszy obmywanie ran, czarnowłosy zaczął na nie zakładać nowe opatrunki.
- Wiele się ostatnio dzieje w świecie. Nasi mężczyźni poszli wojować, a nam ciężko wyżyć samym. Zapasy są na wyczerpaniu – odparła odpowiadając na jego pierwsze pytanie i pokręciła zaraz lekko głową. – Dajże Pan już spokój, uwierzę w to, jeśli dotrwam i zobaczę – poinformowała go, na co Satoru wskazał nią palcem, nawet nie odrywając wzroku od jej babki i przesunął nim od jej głowy wprost na jej brzuch.
- To zacznij wierzyć, jesteś brzemienna – uśmiechnął się pod nosem, kończąc zakładać ostatni opatrunek i przeciągnął się lekko, by usiąść na podłodze, opierając się o łóżko chorej. Sięgnął znów do swojej torby, by wyciągnąć z niej miśka. Co prawda zamierzał go zabrać z powrotem do Argaru i obdarować nim Oriannę, co by przestała marudzić na to, że nie pisze do niej listów codziennie. Raptem dwa razy mu się to przytrafiło w trakcie całej podróży. Trudno, znajdzie dla niej coś innego. Posadził miśka na kolanach Katheriny. – Dla tego śmiechu, którego tak bardzo teraz potrzebujesz – stwierdził po prostu i wstał z miejsca. Podał jej jeszcze parę fiolek, wyjaśniając jak powinna zajmować się chorą i jak zwykle obiecał wrócić za jakiś czas by sprawdzić, jak się trzymają. Dopiero po tym spojrzał po Katherinie wyczekująco. – Twoja kolej waćpanna – puścił do niej oczko, na co kobieta uniosła się i zaprosiła go gestem za sobą.
Satoru podążył za nią do małego gabinetu, uważnie rozglądając się po całym domostwie. Chociaż nie był tu po raz pierwszy to zawsze fascynował go wystrój tego miejsca. Wyglądał tak, jakby czas się w nim zatrzymał i to już dawno temu, a przy okazji co wizytę przybywało ozdób na ścianach – ozdób z wygranych bitew czy pokonanych stworzeń. Wielokrotnie dopytywał o ten czy kolejny kieł, chcąc nauczyć się jak najwięcej. Mimo tego, że chodził po tym świecie już jakiś czas to wciąż uczył się go od początku i na nowo. Ten wciąż go zaskakiwał przez co nie czuł znudzenia.
Do małego, ciemnego pomieszczenia wszedł za Katheriną, patrząc na to jak zapala po drodze naftowe lampy. Pokój rozlśnił się przyjemną łuną złotego światła, a mężczyzna przez chwilę skupiał wzrok na wszystkim, tylko nie na stole, przy którym stanęła kobieta. Ściany pokryte były półkami z różnymi fiolkami i innymi specyfikami. Stało tu też kilka sporych, zakurzonych ksiąg, a po środku widniał czarny kociołek. Tuż pod nim wyraźnie rysowały się drewienka. Odruchowo przesunął wzrok od niego aż po górę pomieszczenia z podziwem kwitując architekturę tego domostwa po raz kolejny. Z pozoru niepozorne, szare i rozpadające się, a w praktyce całkiem przyjemny dom z ciekawymi rozwiązaniami. Zwłaszcza, gdy dach w tym, konkretnym pomieszczeniu okazał się być kominem. Satoru pokiwał głową z uznaniem i wreszcie zbliżył się do kobiety, gdy ta chrząknęła znacząco.
- Zdecydowanie wolałabym, aby pan dziś nie zostawił mnie z nieprzyjemną niespodzianką – spojrzała po nim wymownie, a Sato uśmiechnął się do niej perliście i pokazał ręce przed siebie.
- Rączki mam tutaj i dziś do niczego się nie przylepiły – rzucił z rozbawieniem, po czym spoważniał, pochylając się nad rozłożoną mapą Mathyr z zaznaczonymi na niej czerwonymi punktami. – Ohoho widzę, że pojawia się ich więcej – stwierdził beznamiętnym tonem.
- Tak, handel rośnie w siłę – zgodziła się z nim kobieta, podając mu dwie fiolki z płynem, który sama zakupiła. – Niedługo wasza przewaga stopnieje – dodała, spoglądając po nim poważnie i uśmiechnęła się złośliwie. – Nie mogę powiedzieć, że to mnie nie cieszy – rzuciła sarkastycznie, a Satoru cmoknął kilkakrotnie.
- Och waćpanna, cóżesz ja pani uczyniłem, że tak mnie nie lubisz? Ja tu z sercem do pani, sercem na dłoni… - chlipnął, wsuwając fiolki do swojej torby i unosząc na nią spojrzenie. – Wiadomo, kto zleca produkcję? – zapytał jej spokojnie, a kobieta uniosła lekko brew, by wyrwać ze swojej otwartej księgi kartkę z naniesionymi na nie współrzędnymi i to kilkoma skupiskami współrzędnych, przez co Satoru wywrócił oczyma i pokręcił głową z niedowierzaniem. – DOceniam to jak dba pani o moje zdrowie psychiczne – powachlował się karteczką. – Zdecydowanie przyda mi się coś na rozruszanie kości – dorzucił spokojnie, po czym schował i ją do swojej torby, gdzieś między ciuchy a swojego gnata. Pokłonił się jej z szacunkiem, po czym raz jeszcze powiódł spojrzeniem po mapie zapamiętując te największe skupiska, by pozdrowić jej dom po raz kolejny i ruszyć w dalszą podróż.
Do Kryształowego Lasu – najkrótszą możliwą trasą!
No widzę że każdy powoli rzuca opkami. A się nam blog rozrusza. Satoru jest jak zwykle bardzo uroczy w swoim przekrętach. XD Aczkolwiek powtarzam, ze Ori by nie pytała o listy, bo i tak oczekuje, że jej powie, że nie. XDDD Jestem ciekawa co tam dalej uknuje. Bardzo ładne opko
OdpowiedzUsuńBardzo przyjemnie się czytało, nawet na upierdliwym telefonie. :D Zapowiada się pogrom zleceniodawców. xD Jestem bardzo ciekawa co tego wyjdzie. Btw. jak Sato umrze w tym Lesie to ja oficjalnie będę przechodzić żałobę...
OdpowiedzUsuńCiekawie się czytało i szczerze mówiąc chcę więcej opowiadań z Satoru w roli głównej - bo ciekawy ma styl wypowiadania się :) No i trzymam kciuki za wyprawę do lasu. Nie może zginąć!
OdpowiedzUsuń