W obliczu wojny Walwan coraz bardziej doceniał zdobywane latami doświadczenie w podróżowaniu. Dzięki swojej ciekawości znał wiele różnych traktów wędrownych, co umożliwiło mu w znacznej mierze ominąć wrogie wojska. Polszanie roznieśli się po Mathyr niczym najgorsza możliwa pleśń. Całe szczęście chociaż Fjelldodsi trzymali się szlaków przeciwnych do kierunku jego wędrówki. Samiec bowiem wracał do domu, do splądrowanego Lerodas, do rodziny, która całe szczeście nie odniosła żadnych strat w swoim składzie. Tak przynajmniej wynikało z listu, który otrzymał od ojca. Wan, aby zmniejszyć ryzyko spotkania wroga, wybrał drogę morską. Nie odwiedzał już Argaru, słyszał, że ten ma stać się niedługo głównym polem bitwy i nie chciał ryzykować ostania tam na dłużej. Po tym, co go spotkało u Helgi chciał po prostu wrócić do domu, do bliskich, do miejsc najbliższych sercu. Czuł, że coś się zmieniło, było inaczej… Czuł, że zbyt szybko nie opuści Lerodas. Prawie zginął i jego ciekawość została dość mocno utemperowana. Nie było też w nim tego wszędobylskiego luzu, znacznie bardziej zaczął zastanawiać się nad tym co będzie. Nie wybiegał myślami za daleko, ale w głowie pojawiały się trochę konkretniejsze plany. Nawet teraz, gdy płynął do rodziny, skrupulatnie zapisywał liczbę dni swojej wędrówki. Lubił to swoje zbieranie danych i właśnie na tym skupił się w swojej małej samotnej podróży.Jego wodna wędrówka zakończyła się w Wolnych Marchwiach, dopłynął do nich w trzynaście dni, później czekała go droga w górę rzeki. Nie szedł głównym traktem, znał kilka skrótów i ukrytych przejść na ziemiach niczyich. Do Lerodas dotarł po kolejnych ośmiu drogach wędrówki. Las był w opłakanym stanie, już z daleka widać było dym z dogaszanego jeszcze pożaru. Różowowłosy nie szedł nawet sprawdzać stanu własnej chaty, od razu udał się do rodzimego domu, by tam dojrzeć w progu matkę oraz Yerbe, którzy wprowadzali do przypalonej chaty kolejnych rannych. Przyjemne ciepło zawitało w jego sercu, gdy zobaczył znajome twarze. Przystanął nawet na chwilę, by powstrzymać wzruszenie i dopiero po kilku sekundach ruszył się przywitać.
- Jak ci pomóc mamo? - zapytał jej, przygotowując zwyczajowe opatrunki i siadając przy kolejce tych mniej rannych, co by nimi zająć się w pierwszej kolejności. To wtedy właśnie mignęła mu w progu znajoma czupryna, która zaraz znalazła się w objęciach matki. Flo nie zdążyła nawet odpowiedzieć na pytanie, gdy tylko poczuła znajomą woń, od razu odwróciła wzrok w stronę nadchodzącego syna i już zaraz wpadła w ramiona Walwana, by mocno go uściskać. Różowowłosy nawet się nie sprzeciwiał tym uściskom, przez chwilę miał wrażenie, że cofnął się w czasie i znowu był małym dzieciakiem, który to przyszedł do matki by się wtulić i przekazać nowiny dnia codziennego.
- Płynąc tu dojrzałem ciekawe algi, mają na liściach specyficzne pęcherzyki, które nie pękają nawet po wyciągnięciu z wody, do tego pokryte są dość interesującą substancją. Ledwo dałem radę je wyciągnąć z wody, ale mam kilka sztuk… - chciał mówić dalej, jednak matka odsunęła go na długość ramion i zaszklonym spojrzeniem zawiesiła wzrok w jego oczach. Wtedy się zamknął, a jego oczy zaszły mgłą.
- Wróciłem, żyję… - teraz to on mocno ją uściskał i zamknął na chwilę oczy, wdychając jej zapach. Dopiero po chwili uniósł spojrzenie na brata. Musiał przetrzeć kilka łez z twarzy. Yerbe obserwował to powitanie z delikatnym uśmiechem na twarzy. Martwili się o niego bardzo, kiedy się nie odzywał, a i jego list nie napawał optymizmem. Teraz widząc go całego, może nie psychicznie, ale fizycznie odetchnął. Tak naprawdę odetchnął. Posłał mu lekki acz zadziorny uśmiech na stwierdzenie i wstał, by porwać go w objęcia. Nawet nie przejmując się tym, co ktoś mógłby sobie pomyśleć.
- A Ty Pierdoło jak zwykle w coś się wpakował - rzucił Wan i ruszył do niego, by również go uściskać, ranni nie przeszkadzali mu w tych wszystkich czułościach.
- Nie mogłem ci przecież pozwolić pławić się w sławie tego najbardziej poszkodowanego - rzucił zielonoskóry ściskając go mocno. - Chociaż trochę ci jej odbiorę - zaśmiał się. - Dobrze, że już jesteś.
Walwan nie oponował na to ciepłe powitanie, w sumie to zdziwiłby się, gdyby to wyglądało inaczej. Odwzajemnił objęcie brata i poklepał jego ramię, naprawdę cieszył się, że jest już w domu, nawet tak zdemolowanym. Pokręcił głową na stwierdzenie Yerbe.
- Naprawdę bym się nie pogniewał, gdybyś jednak zostawił ten temat mnie - przyznał i kiwnął do niego wdzięcznie głową. - Też dobrze Cię widzieć - oznajmił.
Flo w tym czasie wydała polecenia swoim zielarkom i zaraz pojawiła się obok synów by złapać jednego i drugiego pod ramię.
- Nie ma nawet dyskusji, wychodzimy, muszę zawiadomić resztę, że będziesz na naszej uroczystej kolacji. Saphira została wyróżniona za zasługi w trakcie natarcia, mieliśmy zamiar świętować w rodzinnym gronie. Teraz doszedł nam kolejny powód - zaczęła wyciągać chłopców w stronę drzwi wyjściowych. - Jest jeszcze sprawa Vincenzo, ale to już na głowie mojej i ojca… - kobieta westchnęła ciężko. Yerbe mógł wiedzieć, że chodzi o zaręczyny brata, ale Walwan nie miał o nich pojęcia.
- Coś nabroił? - zapytał różowo-włosy. Floriane uśmiechnęła się do niego czule, czule pogłaskała po policzku.
- Nie zawracaj sobie głowy… Musisz odpocząć. Yerbe się Tobą zajmie. Jeden i drugi ma odpocząć, na kolację stawiacie się wypoczęci. Potrzebujemy trochę odskoczni, musimy oczyścić umysły. Zielarki zajmą się rannymi, no już, sio, sio - wystawiła ich za próg, jednak nim odeszła wtuliła się w jednego, a później drugiego. Była niższa od nich, Wanowi sięgała pod brodę, ale i tak tuliła ich jak małych chłopców. Yerbe chciał odrobinę zaprotestować. Sam nie potrzebował aż tyle odpoczynku, ale ostatecznie zamknął buzię zanim protest uciekł z jego ust, bo chwila z Walwanem brzmiała po prostu dobrze. Sam również oddał przytulas matki i spojrzał po bracie kiedy ta zniknęła znów za drzwiami.
- To co? Idziemy do mnie czy do ciebie? - zainteresował się.
- Do mnie? Czyli chałupa stoi? - poczuł pewnego rodzaju ulgę, nie miał co prawda tam jakiś bardzo cennych przedmiotów, ale lubił swój dom, ten był dla niego bardzo sentymentalny. Yerbe uśmiechnął się lekko.
- Niech los Ci w szczęściu wynagrodzi - podziękował różowo-włosy.
- Tylko u ciebie jest dość tłoczno - przyznał bez bicia na moment obejmując brata ramieniem. Widział po nim ogromne zmęczenie wymalowane na twarzy, co w obliczu wojny w ogóle go nie dziwiło. - U mnie jest nieco mniej tłoku - puścił do niego oczko. Walwan odprowadził matkę wzrokiem i dopiero po chwili wrócił spojrzeniem do brata.
- Zorganizowaliście u mnie przytułek czy lecznicę? - zainteresował się. Obie te opcje w końcu najbardziej pasowały mu do jego własnego domu.
- U ciebie mamy przytułek - przyznał szczerze. - Lepiej nam się leczy u mamy - dodał. - Ma większą przestrzeń do tego, a u ciebie sporo ludzi jest w stanie się zmieścić. Zwłaszcza z tym dobudowanym pokojem - zauważył lekko. - Ci którzy zdołali się nieco zaleczyć u matki potem dochodzą do siebie u ciebie - rzucił swobodnie.
- Rzeczywiście, mam wrażenie, że mój dom przytułkiem stał się dużo wcześniej - stwierdził Wan z nieco poważniejszą miną. - W takim razie chodźmy do Ciebie, dawno mnie tam nie było Ty niegościnny łotrze - wypomniał mu, robiąc przy tym wymowną minę. - Mam tylko nadzieję, że ten tłum, który jest u Ciebie to nie grupa Twoich kochanek - dodał jeszcze w nieco żartobliwym tonie. Yerbe wzruszył ramionami.
- Muszę cię zmartwić, żadnych kochanek u mnie ostatnio nie ma - szepnął konspiracyjnie. - Wszystkie gdzieś mi uciekły, bo coś ostatnio nie byłem w stanie poświęcać im uwagi - odchrząknął. - Martwiłem się o ciebie, szukałem cię… rozsyłałem wieści, a ty przepadłeś jak kamfora… - objął go ramieniem, żeby lekko go przytulić i zaprosił do swojej skromnej chałupki, kiedy do niej dotarli. Na wieść o braku kochanek i braku czasu ponownie lekko się uśmiechnął i zaraz westchnął ciężko.
- A no przepadłem, nie na własne życzenie, ale niewiele miałem tam do powiedzenia - stwierdził. Przyjął objęcie i siadł wyraźnie zmęczony, gdy dotarli do wnętrza domu Yerbe.
- Twój pokój dalej stoi nietknięty - uśmiechnął się gospodarz, ale poprowadził go do salonu i zaparzył mu ziółek. Walwan uśmiechnął się do brata i wdzięcznie poklepał go po ramieniu.
- Mhm, a szkoda, dawno powinien już być zajęty… - rzucił, patrząc na drzwi do pokoju, który był tu mu przypisany. Zerknął na brata, który wziął się za zioła. - Tylko nie jakieś wyskokowe i błagam, dopilnuj by nie doszło do wrzenia, to zabija cały smak… - wpadł głębiej w fotel i przymknął na chwilę oczy. Dotarł… Żyje… Miał wrażenie, że dopiero teraz to wszystko do niego dociera, wszystko z niego schodzi. Yerbe nie skomentował tekstu o pokoju. Może i powinien, ale nie trafiła się jeszcze żadna, która chciałaby zostać na dłużej niż kilka dobrych numerków. Uniósł wysoko brew na komentarz dotyczący ziół.
- Nie pierwszy raz robię ci ziółka i wielokrotnie wspominałeś o braku wrzenia, więc to już dawno potrafię - mruknął, bez większego polotu. Skupił się na ziółkach.
- Mhm… Wybacz, wiem, że umiesz je robić… - przyznał Walwan z westchnieniem.
- Żadnych ekscesów. Na wyskokowe musiałbyś trochę przytyć, bo sama skóra i kości z ciebie - skomentował jeszcze, zanim podał mu ziółka i samemu usiadł na fotelu naprzeciw brata. Ten spojrzał po własnym ciele.
- Cóż, zawsze byłem szczupły, ale przyznaję… Ostatnio jadłem mniej niż powinienem. Śmiem jednak przypuszczać, że tutaj szybko wrócę do formy - posłał mu uśmiech.
- Mimo wszystko cieszę się, że udało ci się wrócić - przyznał szczerze Yerbe, spoglądając po bracie uważnie. Nie pytał, nie komentował, tylko obserwował.
- Tak, też się cieszę… Chociaż… Biorąc pod uwagę, że wróciłem inny to… Nie wiem czy rzeczywiście będziesz miał z mojego powrotu wiele radości - odetchnął głęboko i na chwilę spojrzał w sufit. - Mam w głowie myśli, których sam po sobie za szybko bym się nie spodziewał… Trochę to… Przytłaczające. Jakby w głowie siedział kto inny, a jednak wiem, że to przecież ja - zmrużył oczy i dopiero po chwili wrócił spojrzeniem do oczu Yerbe. - Wybacz… Mogę być nieco… Dramatyczny - uśmiechnął się kącikiem ust. Yerbe słuchał go spokojnie, parząc przy tym odpowiednie ziółka. Postawił je po paru minutach na stole i sam zapadł się w swoim fotelu.
- Dramatyczna wersja ciebie to miła odmiana - spojrzał po nim spokojnie. - Wreszcie nie ja będę wiódł prym w dramatyzmie - uśmiechnął się delikatnie. - Wiesz… dla mnie nie liczy się jaki wróciłeś. Tylko to, że wróciłeś. Inny, ten sam, skrzywiony czy też nie… to nie ma znaczenia - wyjaśnił cicho. - Po prostu mi cię brakowało, martwiłem się o ciebie. Nawet raz ruszyłem na poszukiwania, ale nie zaszedłem daleko, bo bitwy tu zebrały duże żniwo - przyznał szczerze. - Musisz sobie poukładać wszystkie myśli w głowie - spojrzał po nim uważnie. - Jeśli masz ochotę się wygadać, wypłakać, zrobić cokolwiek… to służę uszami i piersią - upił trochę ziółek. Kącik ust Walwana drgnął lekko na stwierdzenie brata. Samie dalej wpatrywał się w poszczególne meble i naczynka czy przedmioty gdzieniegdzie poustawiane. Z przyjemnością przejechał palcami po materiale fotela, jaki zajmował i po prostu słuchał co Yerbe ma do powiedzenia. Kiwnął głową na te wszystkie informacje, a kiedy brat zaproponował mu własne uszy i pierś, spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.
- Chyba aktualnie mam ochotę po prostu pomilczeć. Wypić zioła w Twoim towarzystwie i… I ruszyć za jakiś czas na kolację z rodziną - przyznał przymykając oczy. - Po prostu poczuć się normalnie w aktualnej rzeczywistości - dodał i sięgnął po zioła, by wziąć łyk. - Dobre… - wydał werdykt.
- No i gdzie ten dramatyzm… - odparł Yerbe.
Jeden i drugi siedzieli ten czas w milczeniu, a kiedy w końcu przyszło się im ruszyć, wstali, by razem opuścić chatę.
- Dziękuję… Czasami takie milczenie z kimś więcej przynosi niż rozmowa - stwierdził Wan i chociaż dalej był w dość posępnym humorze, to posłał bratu lekki, krótki uśmiech. Wizja rodzinnej kolacji wbrew pozorom go cieszyła. Co prawda zawsze było na niej głośno, ale po tych chwilach milczenia nie miał nic przeciwko by przejść przez odrobinę chaosu przy stole. Na myśl o zobaczeniu twarzy rodziców, Barrosa i Saphiry cieplej robiło mu się na sercu. Midnight i Vincenzo dalej trwali w kategorii jedynie tolerowanych, ale cieszył się, że wojna nawet ich oszczędziła.
Właśnie zbliżali się do rodzimego domu, gdy drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie i z wnętrza wyszedł wściekły Vincenzo.
- Wasze obietnice, Wasz problem! Ja tego nie zrobię! - odwrócił się i krzyknął w stronę wejścia. Ojciec Walwana znalazł się zaraz na ganku.
- Dorośnij w końcu! Tu chodzi o dobro całego klanu! Dojrzeć powinieneś już naście lat temu! - rzucił za synem. Florianne stała ze zmartwionym spojrzeniem tuż za mężem i trzymała dłoń przy sercu. W oczach miała wyraźne zaniepokojenie. Walwan zmarszczył gniewnie czoło. Oczywiście, Vin nie wychodził z roli.
- Matko, Ojcze? Cóż tu się dzieje? - różowo-włosy spojrzał po całej trójce.
- O proszę, syn marnotrawny wraca do domu, cały stół na Twoją cześć syto zastawiony! - warknął Vin w stronę Walwana.
- Dobrze wiesz, że to nieprawda… - Florianne poczuła się wyraźnie dotknięta tym komentarzem. Wan zlekceważył brata, ojciec również na chwilę zwrócił wzrok ku Walwanowi, by uściskać go na powitanie.
- Dobrze Cię widzieć synu - zacisnął swoje silne palce na ramionach Wana i klepnął go jednorazowo w policzek. - Zmizerniałeś, ale jadła u nas pod dostatkiem, raz, dwa wrócisz do formy pod troskliwym okiem matki - obdarzył Wana ciepłym spojrzeniem, jednak zaraz zerknął na jego brata znad ramienia samca. Zawód malował się w jego oczach, gdy patrzył na Vincenzo. - Bratem się nie przejmuj, to ja mam z nim do pogadania - zaznaczył i gestem zaprosił go do środka. Yerbe również uściskał ciepło. - Ciebie również dobrze widzieć synu, tęskno już mi było za oglądaniem Waszego duetu - przyznał samiec. Yerbe ojca również uściskał, kiedy ten tak łagodnie go potraktował.
- Mi też - przyznał swobodnie.
- Więcej w Tobie wyrozumiałości dla tego zielonego stwora niż dla z krwi syna!! - warknął Vin.
- Zważaj na słowa chwoście! - Wan tym razem tego nie wytrzymał. Swoim wybuchem zaskoczył zarówno Vincenzo, jak i rodziców. Cała trójka spojrzała po nim zaskoczona. Brat zaraz jednak zaskoczenie przerodził w pogardliwe spojrzenie, splunął w bok. Yerbe potrafił bronić się sam, ale szczerze mówiąc takie komentarze w wykonaniu Vina nie robiły na nim żadnego wrażenia. Zwłaszcza, gdy były wystosowane w stosunku do jego osoby. Mimo to uniósł lekko brew na tę obronę Wana i objął brata ramieniem.
- Wiedziałem, że mnie kochasz, ale żeby aż tak? - uśmiechnął się do niego i poczochrał po włosach, widząc spojrzenie matki. Posłał w jej stronę porozumiewawcze spojrzenie. Jego zdaniem warto było nie robić z igły widły. Przynajmniej w danej chwili. Walwan musiał swoje przetrawić samodzielnie i dopiero potem będzie można cokolwiek wyrokować.
- Zaiste, pamiętny to będzie powrót wielkiego Walwana - rzucił z kpiną w głosie Vin i odwrócił się na pięcie, ruszając cholera go wiedziała gdzie. Wan odprowadził go wzrokiem, po czym wziął dwa wdechy na uspokojenie i spojrzał po matce, by zaraz po tym objąć ją troskliwie. Jak on nienawidził, gdy ten przerośnięty jełop wbijał kolejne szpile w serce ich rodzicielki. Zniewagi w stronę Yerbe również niesamowicie go drażniły. Florianne uściskała syna, ale spojrzała po mężu i Yerbe dość porozumiewawczo. Dla niej jasne było, że Wan przeżyć musiał coś bardzo ciężkiego.
- Walwan! - zaraz dało się słyszeć głos młodej Saphi i dziewczyna przybiegła przywitać braci, Barros również do nich wyszedł, wraz ze swoją żoną, która ewidentnie była przy nadziei. Midnight jeszcze nie było, ale ona mało kiedy przychodziła na czas. Zwykle miała jakieś niesamowicie ważne usprawiedliwienie na swe spóźnienie, w końcu lubiła podkreślać to jak istotna jest w tutejszym społeczeństwie.
- Witaj bracie - Barros powitał Walwana i zaraz wskazał na swoją małżonkę. - Nie dane Wam było się poznać, Fleur, Walwan - przedstawił ich sobie. Wan musiał przyznać, że Fleur była dość nietypowej urody, ale patrząc na to jak wielkie powodzenie miał jego młodszy brat, wcale go to nie dziwiło.
- Miło mi w końcu poznać, szkoda, że opuściłem wesele, zapewne było bardzo udane - uśmiechnął się łagodnie do kobiety.
- Och tak, z resztą brat zapewne Ci opowie - tu spojrzała na Yerbe. - Wyjątkowo dobrze bawił się z moimi dróżkami, do dziś niezmiernie miło go wspominają - uśmiechnęła się nieco zaczepnie, podobnie jak Barros na ten odrobinkę niestosowny komentarz. Taka właśnie była Fleur, dość niestosowna i właśnie to w niej pokochał najbardziej. Walwan również spojrzał po Yerbe.
- No proszę, tak to się bawisz beze mnie na weselach… - udał rozczarowanie i pokręcił głową. Zielono-skóry po komentarzu Fleur uśmiechnął się pod nosem, siedział już przy stole. - No co? Za dwóch musiałem flirtować, to roboty po pachy - zauważył, swoim niekulturalnym zwyczajem maczając już chleb w sosiwie pieczeniowym i wsuwając sobie trochę do buzi. - Ale zupełnie nie rozumiem tych zachwytów w stosunku do mojej osoby - dodał niezwykle “skromnie” i uśmiechnął się do brata, by bezgłośnie dodać. - Gra nie warta świeczki.
Walwan przy odpowiedzi brata wobec “zarzutu” Fleur uśmiechnął się pod nosem i poklepał ramię zielonoskórego.
- Musiałeś, no tak, bez tego by się nie obeszło - podsumował pogodnie i zaraz usadził zad na swoim miejscu przy stole.
Kolacja mijała w dość pogodnej atmosferze, jednak po rodzicach Wan widział, że coś się dzieje, coś ich trapi. Nic nie mówili, starali się nic nie pokazywać, ale co chwila zerkali na siebie w ten specyficzny sposób lub odchodzili niby po coś i szeptali w kącie. O ile jego rodzeństwo szczebiotało między sobą radośnie, o tyle sam różowo-włosy skupiał się bardziej na słuchaniu. Zależało kto mówił, bo o ile o postępach Saphi mógł posłuchać, o tyle Mid i jej “bo moje to wyszło najlepiej” puszczał mimo uszu. W końcu jednak nie wytrzymał i gdy rodzice po raz kolejny odeszli porozmawiać cichaczem przy spiżarni, wstał i zbliżył się do nich.
- Co się dzieje? - spojrzał po ojcu, a dopiero po chwili po matce.
- Wan, nic pilnego, a już na pewno nie na Twoją głowę… - zaczęła Florianne.
- Nie na moją? A co z nią jest nie tak? - spojrzał po rodzicach pytająco. Ojciec położył mu rękę na ramieniu.
- To co Cię spotkało… - chciał coś powiedzieć.
- Niewola i tortury nie zabrały mi zdrowego rozsądku - wtrącił różowo-włosy. - Chcecie pomóc, to nie traktujcie mnie teraz jak ułomnego. Wbrew pozorom więcej mam teraz spraw przemyślanych niż wcześniej, więc błagam… darujcie - zaznaczył spokojnie patrząc po jednym i drugim. Rodzice wymienili się spojrzeniami. Milczeli… Nigdy tego nie rozumiał, matka z ojcem nic nie mówili, a jednak miało się wrażenie, że rozmawiają samym spojrzeniem. - A więc…? - przerwał to milczenie. - Co się dzieje? - powtórzył swoje pytanie. Ojciec pomasował skronie i spojrzał na Walwana. Florianne przytaknęła głową mężowi.
- Chodzi o Vincenzo - zaznaczył.
- Tego już się domyśliłem. Co znowu zrobił? - zapytał.
- W ramach sojuszu, został obiecany jednej z sióstr klanu Namatu, w obliczu wojny to ważny sojusz dla nas, a on na dwa dni przed oficjalnymi zaręczynami oświadcza, że tego nie zrobi - matka załamała ręce. Walwan spojrzał po rodzicach zaskoczony.
- Obiecaliście Vincenzo dla siostry jednego z najważniejszych rodów Lerodasu? - nie wyobrażał sobie swojego brata z … damą. Namatu był klanem z silnymi powiązaniami samych Armonii, o ile nie po krwi, to łączyły ich więzy przyjaźni. Wśród Anguli klan Namatu był jednym z ważniejszych i jego brat, ten przygłup, miał być mężem kogoś z tego rodu? Nie mógł wyjść ze zdziwienia.
- Właściwie to obiecaliśmy syna… - przyznał ojciec.
- Ciebie nie było, a naglił nas czas, wiesz jak Namatu patrzą na te wszystkie symboliczne zaćmienia, nowie i pełnie… - dodała matka.
- No więc ja ją wezmę - oznajmił Walwan i teraz to rodzice wysoko unieśli brwi.
- Ty? - Maron był wyraźnie zaskoczony, Florianne zresztą też.
- A co? Jestem gorszy od Vincenzo? - Walwan spojrzał po rodzicach z pewnym rozbawieniem na twarzy.
- Żartujesz? Propozycji względem Ciebie mamy kilkanaście, ale zawsze dość jasno zaznaczałeś, że poświęcasz się nauce oraz odkrywaniu, że… - rzuciła zaskoczona matka.
- Ty byłbyś kandydatem idealnym - dodał ojciec, wchodząc jej w zdanie.
- Wiem co mówiłem mamo, ale… - wzruszył ramionami. - Tam w niewoli… Bałem się, że jedyne co po mnie pozostanie to księgi… I o ile kiedyś ta wizja mnie budowała, o tyle tam nie brzmiała tak dumnie jak myśl o posiadaniu rodziny… - przyznał i wypuścił głośno powietrze. - Dlatego tak… Za dwa dni poznam swoją narzeczoną - oznajmił dość stanowczo. Małżeństwo, nawet aranżowane, to w końcu też całkiem sporo tematów do odkrywania. A Namatu… Musiał przyznać, że kobiety z tego rodu bywały wyjątkowo urodziwe. Więc… Nawet jeżeli ewentualna małżonka nie uraczy go rozmową, to może przynajmniej nacieszy ją oczy?
- Poważnie? - Yerbe oczywiście nie mógł wytrzymać i podszedł bliżej by podsłuchać co też tam cała trójka szepcze. - Braciszku… - położył mu rękę na czole. - …tobie chyba w główkę przygrzało za mocno - powiedział stanowczo. - Aranżowane małżeństwo? Ty? - uniósł lekko brew. - Udusisz się w nim powsinogo - skomentował i zacmokał. - Nie popadajmy w paranoję. Czy naprawdę, Wan, musi płacić taką cenę za Vina? - spojrzał po rodzicach. - Wszystko rozumiem, ale nie coś takiego - skomentował i spojrzał po Walwanie. - I zamknij tę swoją jadaczkę - rzucił do Walwana. - Bo dzisiaj pleciesz trzy po trzy. Chcesz kobietę to won i zdobywaj wybrankę swojego serca, pokaż jej że ją kochasz, zakręć się i wysil się trochę. Z tego wówczas wyjdzie piękna miłość, a nie… wchodzisz w aranżacje staruszków - prychnął pod nosem. - A podobno to ja leniwy jestem - zacmokał z niedowierzaniem.
Walwan spojrzał niepoważnie po Yerbe.
- Już zdecydowałem - oznajmił na te wszystkie podsumowania brata. Rodzice spojrzeli po jednym i po drugim.
- Do niczego nie będziemy zmuszać, to jest Twoja decyzja - zaznaczyła matka.
- Poradzimy sobie bez tego sojuszu, będzie ciężej, ale damy radę - dodał Maron.
- Zdecydowałem - odparł Walwan, kręcąc głową i odwrócił się na pięcie, by ruszyć w stronę stołu. - Za dwa dni poznaję narzeczoną - powtórzył, po czym usiadł na swoim miejscu i nałożył sobie sałatki.
- Zdecydowałeś… - Yerbe spojrzał po nim. - Gówno zdecydowałeś - złapał talerz pełen sałatki Walwana i strzelił mu nią w łeb. - Zdecydowałeś… moja dupa - wywrócił oczyma. - Nawet trzech sekund nie poświęciłeś na zastanowienie się nad swoją decyzją - spojrzał na niego poważnie. - Rozumiem, że przyrodzenie cię już ciśnie, ale bez przesady. Swoją decyzją możesz unieszczęśliwić nie tylko samego siebie ale i tę biedną dziewczynę.
Walwan przymknął oczy gdy sałatka wylądowała mu na twarzy. Otrzepał się zaraz i spojrzał na brata.
- Tak właściwie to moja dupa, nie Twoja - zauważył. - Próbujesz zastąpić Vina na kolacji? - rzucił w odpowiedzi.
- Vina nie da się zastąpić - wywrócił oczyma Yerbe, nie czując się jakoś specjalnie urażonym. Uśmiechnął się do brata słodko i złapał go paluchami za nochal. - Próbuję odnaleźć rozsądek w twoim głupawym łbie…
Walwan odepchnął jego rękę od swojego nosa.
- Tam go nie znajdziesz - poinformował rzeczowym tonem.
- To może w uszach będzie - Yerbe dmuchnął mu do ucha i krzyknął do niego krótko. - A nie, też pusto… pusto aż śwista.
- Skończyłeś? Cokolwiek teraz powiesz, nie zmienię zdania - oznajmił i ustawił swój talerz na miejscu po czym ponownie nałożył sobie sałatki.
- Dobrze - Yerbe wstał od stołu. - W takim razie pozostaje mi tylko jedno - dodał i zawrócił na pięcie. - Dziękuję za kolację - ukłonił się rodzicom i opuścił pomieszczenie. Wystarczyło tylko zniechęcić dziołchę. Jako, że powracający Walwan z frontu jeszcze nie dał się poznać to łatwo dałoby się przekonać, że ten wrócił odmieniony, świrnięty. Co w gruncie rzeczy nie było nawet aż taką nieprawdą. Co za dureń zgadzał się na takie pierdzielenie staruszków? Idiota i debil. Pokręcił lekko głową i ruszył w stronę domostwa kolejnych świrusów.
Mimo podjęcia wszelkich prób, Yerbe nie został potraktowany poważnie. To Maron jako głowa rodziny i ich rodu odpowiadał za rozmowy o sprawach tak ważnych jak aranżacja małżeństwa. O ile samiec nie namawiał syna, o tyle Wan uparł się, że obietnica nie zostanie złamana i już dwa dni później poznał dwie siostry z klanu Namatu - Haime oraz Feier, obie wyjątkowo urodziwe oraz skromne na pierwszy rzut oka. Wanowi przyszło spędzić po jednym dniu z każdą, z osobna. Po tym czasie pozostało zdecydować. Samiec ostatecznie wybrał Feier jako swoją narzeczoną i tym oto sposobem w rodzinach zaczęto planować wesele przyszłej pary młodej.
__________________________________________________________________________
Dziękuję Natsu za udział w tym opowiadaniu! ^^
A nie ma za co xD
OdpowiedzUsuńYerbe nie weźmie udziału w weselu, jeśli do tego dojdzie. W tym temacie jest na brata wściekły. ^^
Wiem i się mu nie dziwię. :P
UsuńO matko, ale żeby zaraz ratować rodziców przez zgodę na małżeństwo? Walwan... co ci na głowę padło? Rozumiem przewartościowanie sobie życia, ale... żeby aż tak? Jestem ciekawa co z tego wyjdzie.
OdpowiedzUsuńStraszne rzeczy się dzieją ostatnio tym postaciom na blogu. Biorąc pod uwagę wasz rozmach Walwan wychodzi najlepiej, aczkolwiek nie wiem co mam sądzić o tym małżeństwie. Boje się, że to się na nim zaraz jakoś odbije znowu.
OdpowiedzUsuńNie, nie, nie. Nie zgadzam się na śluby z jakąś kobietką! Walwan w moim serduszku już zawsze będzie należał tylko do Acaira! Nie podoba mi się to, co się stało z Walwanem, ale opowiadanie naprawdę klimatyczne i czytało się szybko - nie będę kłamać, już wcześniej je czytałam :P Yerbe również uwielbiam. Kojarzy mi się z takim misiakiem do tulenia i tu ma rację. Niech ten Walwik nasz klepnie się w łepetynę i opamięta!
OdpowiedzUsuń