Klaus obserwował zachodzące słońce
tuż pod Ardeą żegnając się z nią po cichu. Już dawno powinien się z niej
ewakuować, ale dopiero dziś otrzymał wiadomość, na którą czekał. „Pakunek
zabezpieczony, gotowy do przekazania”. Wreszcie. Ile można było czekać
na ruch tej cholernej Hildy. Tyle obiecywanek, wodzenia za nos, powoli tracił
nadzieję, że cokolwiek z tego się uda. Plan B kiełkował w jego głowie, włącznie
z C i D. Jeszcze ich nie odrzucał. Nie ufał tej wiedźmie w stu procentach, a
przecież zainwestował w to nie małe pokłady energii.
Chłopiec na posłanki. Nie ma co.
Przekazywanie informacji tej diablicy zaczynało go męczyć. Nie był pewien po co
była mu wiadomość o tych dwóch umierających, których nie tak dawno miał pod
swoim dachem, ale fakt że na jednym z nich zależało Ennis nie pozostawał mu
obojętny. Podsłuchiwał ich, kiedy rozmawiali i skrupulatnie przekazywał swą
wiedzę Hildzie, niektóre rzeczy pozostawiając tylko sobie. Wspomniał jej nawet
o kierunku, w którym młody zmierzał, choć szczerze wątpił, by ten z niego
wyszedł żywy.
Ten o różowym umaszczeniu też
zdawał się ją interesować. Jego rozległa wiedza najwyraźniej jej nie pasowała. Jego
samego za to niekoniecznie interesował powód, dla którego Hilda chciała ich w
swych łapach. Dodatkowo podzielił się z nią swoją własną krwią, chociaż tu też
miał wrażenie, że przecież miała „pakunek”, więc mogła sobie korzystać
do woli. Ta jednak twierdziła, że „pakunek” jest wybrakowany. Nie miał w
sobie aż tyle właściwości by stać się dobrą bronią przeciw ogniu feniksów.
Fakt, że kobiety planowały ją zrobić wcale go nie martwił. Właściwie to pomogą
w ten sposób i jemu. Wystarczy wówczas położyć łapki na takiej broni.
Uśmiechnął się pod nosem. To wszystko nie miało dla niego znaczenia. Będzie się
martwił tym później, jeśli w ogóle. W danej chwili liczył się dla niego chłopiec.
Wreszcie pozbędzie się tego problemu.
~.~
„Pod krzywą Wiedźmą” była
rozpadającą się gospodą znajdującą się na granicy z Fjelldod. Zrzeszała wiedźmy
z pod ciemnej gwiazdy, które chciały zaznać miłości w rękach kogoś, kto nie
należał do ich własnego narodu. Interesy były ich drugim imieniem. Nie pierwszy
raz wchodził do tego przybytku, by coś uzyskać, ale po raz pierwszy czuł
delikatne napięcie. Odetchnął głęboko. Gdyby coś miało pójść nie tak, spali ten
przybytek ze wszystkimi w środku włącznie z samym sobą. Jeśli tak miało być to
był gotów to zrobić. Usiadł przy wolnym stoliku w kącie pomieszczenia,
zamawiając sobie przy tym Fjelldodzki trunek, który zawsze wypalał mu gardło.
To zadziwiające jak te chłodne stwory uwielbiały się katować takim „ogniem”. Zdążył
upić łyk zanim podeszła do niego młoda kobieta. Uniósł na nią wzrok i przez
moment taksowali się nim nieufnie, zanim ta usiadła tuż obok niego.
- Twój pakunek czeka na górze –
poinformowała go chłodno, wyciągając dłoń po jego działkę.
- Cudownie – mruknął wstając. –
Najpierw pakunek, potem zapłata – mruknął sucho, patrząc po niej wyczekująco.
Ta nic na to nie odpowiedziała. Skinęła powoli głową by zaprowadzić go do
ciemnego pokoju. To tam zobaczył go po raz pierwszy. Chłopca o płonnych włosach
i niewinnych oczach. Chłopca spłodzonego z diabelnego nasienia. Zacisnął mocno
pięści. Krew się w nim zagotowała. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Podszedł
do niego szybkim krokiem i złapał za nadgarstek, podciągając do góry za rękę. Obserwował
go chłodnym spojrzeniem, nie zważając na to że malec kwili i płacze z bólu.
- Mhm nie da się go pomylić –
rzucił chłodno, kładąc na stoliku fiolkę ze swoją własną krwią oraz kopertę z
dodatkowymi informacjami dotyczącymi swoich niedawnych gości. Szarpnął
dzieciaka, biorąc go sobie pod pachę. – Jesteśmy kwita – skomentował,
wyskakując z nim przez okno.
~.~
To było proste zadanie.
Wystarczyło zrzucić malucha z wysokości. Utopić. Spalić żywym ogniem. Przebić
mu serce. Zgnieść serce. Wyrwać wnętrzności z tego małego ciałka, a jednak siedział
tu z nim teraz, przy delikatnym ognisku i obserwował spode łba. Nie był w
stanie podnieść ręki na to małe dziecko. Dziecko, do którego przecież nie żywił
żadnych uczuć. Dziecko, które było mu obce… ale czym różniłby się od Sangiusa,
gdyby go po prostu zabił? Czy nie byłby wówczas dzieciobójcą? Zacisnął mocno
wargi, podając chłopcu pieczoną flądrę i samemu wsuwając jej jeszcze kawałek. Dobrze,
odzyskał chłopca, nie groził mu już, ale nie zamierzał go niańczyć. Przez myśl
przeszło mu, by podrzucić dzieciaka Ennis. Niech się nim martwi. Spłodziła go,
pozbyła się problemu a tu zonk. Problem powrócił. Tak, to byłaby całkiem niezła
zemsta, ale z drugiej strony… nie miał żadnej pewności, że ta ponownie
dzieciaka nie przeszmugluje albo jeszcze gorzej… zacznie na nim
eksperymentować. Zacisnął powieki. Cóż, pozostawała jedna osoba, której mógł
podrzucić bachora i chociaż miała powiązanie z Ennis to do Lerodas skierował
swe kroki. Jeśli przeżył Las to właśnie tam spodziewał się go znaleźć.
~.~
Acaira nietrudno było wybawić z
kryjówki. Wystarczyła wiadomość od niejakiej „E”, by pojawił się na umówionym
miejscu. Wyglądał jakoś inaczej. Miał więcej zawziętości w swoim spojrzeniu,
choć może Klausowi tylko się to wydawało. Trudno było cokolwiek dostrzec w tych
pozbawionych białek oczach. Wyłonił się z cienia drzew po dłuższej chwili,
trzymając bachora blisko siebie.
- Naiwny jesteś myśląc, że Ennis
przyszła by do ciebie prosić o pomoc – powiedział na przywitanie. Acair
zacisnął dłoń na swoim kamieniu ukrytym w kieszeni.
- Ennis się tak nie kontaktuje –
poinformował go chłodno. – Przyszedłem świadom tego, że mogę wpakować się w
kłopoty – wzruszył ramionami i cofnął się o krok, dopiero po chwili dostrzegając
malca. Na pierwszy rzut oka nie miał w sobie nic z Ennis, ale tych oczu nie
dało się z nikim innym pomylić. Uśmiech rozświetlił jego twarz, ale zaraz
ściągnął wargi ze sobą. – Zostaw go – rzucił chłodno. – Nic ci nie zrobił –
zacisnął palce mocniej na kamyku, a lód pojawił się na kilka centymetrów od
butów Klausa. Lodowe szpikulce oczywiście.
- Ho, ho, ho… ktoś tu zdobył
sobie zabaweczkę – Klaus podgrzał swą temperaturę ciała i przestąpił parę
kroków topiąc pod swoimi butami lód. – Po to tu jestem – wepchnął dzieciaka
Acairowi w ramiona. – Zabierz mi go z oczu i nawet się nie waż oddawać go
szanownej mateczce – warknął chłodno. – Straciła do niego prawa, kiedy się go
pozbyła – dorzucił jeszcze wzbijając się w powietrze. – Ach, i jeszcze jedno –
mruknął jakby dopiero teraz o tym sobie przypominając. – Wiedźmy wiedzą gdzie
jesteś – poinformował go na odchodnym, zostawiając bachora w rękach Acaira.
O kurde, o ile spodziewałam się, że Klaus nie zabije młodego, o tyle nie sądziłam, że podrzuci go Acairowi! xD Nie do końca rozumiem co on tym ruchem zyskał, ale może tego dowiem się za jakiś czas. ^^ Bardzo ciekawe opowiadanie.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że mały trafił w ręce Axela i chociaż nie wierzyłam, że Klaus go zabije to cieszę się, że moje podejrzenia w tym wypadku się sprawdziły. Fajnie, że coś tam się ci wreszcie udało ruszyć.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że Axel jest już bezpieczny u kogoś, kto go pokocha, a Klausa... no jakoś za nim nie przepadam. Niech tam szczeźnie!
OdpowiedzUsuń