Perun I bezwzględnie prze naprzód. Pali Lerodas. Jego żołnierze panoszą się na ziemiach Mathyr, wyłapują nieczystych krwiście, gwałcą, mordują, sieją zamęt.

Helga rusza w stronę Siivet Lasku. Jej oddziały ostrzą swe zęby, idąc nie zostawiają za sobą żywej duszy.

A Argar? Co z młodym państewkiem? Argar bawi się znakomicie na tańcach w Heim, śmiejąc się pozostałym w twarz.

Czasami kwiaty więdną zanim jeszcze zdążą zakwitnąć

 Ostatecznie zdecydowała się na podróż do Marchwi. Nie była już taka pewna swojej decyzji i zdecydowanie nie ufała już tak całej tej sytuacji, ale czuła, że po prostu musiała to zrobić. Jeśli nie to po, żeby pomóc w tej okropnej wojnie to przynajmniej dla siebie. Argar był bezpieczną przystanią, ale im dłużej tutaj była tym bardziej miała wrażenie, że nie po to uciekała z Polszy, żeby spędzić całe życie w ukryciu, kryjąc się każdego dnia za innymi, którzy rąk nie bali sobie pobrudzić. Wyjechała z jednodniowym opóźnieniem. Serce coraz bardziej dawało o sobie znać w różnych momentach, więc zrobiła spory zapas ziół na ukojenie bólu. Przypadłość nawet jeśli nie śmiertelna była bardzo nieprzyjemna. Rejs statkiem nie należał do nieprzyjemnych. Każdy był dla niej bardzo miły, nikt nie naruszał jej przestrzeni i chętnie odpowiadał na każde pytanie. A ona ufała w każdy ten ciepły uśmiech. Zdążyła się dowiedzieć, że w Polszy wiele osób ma dość rasizmu i reżimu tyrana, którego przez tak wiele lat uważała za stoickiego stróża prawa. Na statku była dwójka ludzi - resztę stanowiły najróżniejsze rasy Mathyr. Na ich zleceniodawcę mówiono żartobliwie Ogrodnikiem - nawiązując do tego, że wyhodował piękną, różnorodną bandę sprzymierzeńców. Zejście na ląd nie przyniosło ulgi. Marchwia pachniała obco - ziemią, wilgocią i czymś metalicznym, czego Orianna nie potrafiła nazwać. Kolory były zbyt intensywne, dźwięki za głośne, a twarze ludzi zbyt uważne jak na jej gust. W tej uważności brakowało jej argarskiej życzliwości w oczach, która pozwalała oddychać z większym spokojem. Miała wrażenie, że każdy krok oddala ją od domu, niż powinien. Serce bolało niemal bez przerwy. Nie ostro, nie gwałtownie, ale uporczywie, jak przypomnienie, że jej ciało nie jest sprzymierzeńcem. Sięgęła po zioła coraz częściej, a kiedy zapas się skończył nie mogła zrozumieć dlaczego w całym mieście brakuje potrzebnego składnika. Niedługo później dołączyła do nich wiedźma z Fjelodd. Mimo młodej twarzy po jej spojrzeniu było widać, że kroczy po tym świecie od wielu dekad. Pracowały razem. Głównie w ciszy. Często słyszała, że jest nieduczona, albo głupia i nie rozumie co ona w ogóle tutaj robi. Pewnego razu rzuciła przed nią stare, ogromne skórzane tomiszcze, które pachniało jak najpiękniejsza pracownia alchemiczna na świecie. 

— Zanim kompletnie zmarnujesz swój potencjał, lebiego. A teraz daj mi więcej tych cierni. Upewnij się, że dobrze przetoczyłaś krew, albo będziesz sprzątać wszystko w oparach aż nie padniesz — pomimo pięknego prezentu, który sprawił, że białowłosa pierwszy raz od dłuższego czasu czuła przyjemne ciepło w sercu, kobieta dalej dyrygowała nią bez cienia litości. To nic - tak sobie powtarzała z uśmiechem na ustach. Pracowała jeszcze ciężej za dnia, a wieczorami wczytywała się w sekrety, które zapierały dech w piersiach. Znała potęgę kryształów, wiedziała jakie mają zastosowanie, a jednak niektóre zaklęcia, metody oporządzania sprawiały, że nie mogła pozbyć się podnieconych wypieków z twarzy. Trafiła na niesamowitą studnię wiedzy. Pewnie nigdy tego nie sprawdzi samodzielnie, ale mogła chociaż marzyć o czymś nowym, a to dawało siłę na każdy następny poranek. W dniu otrzymania księgi wysłała do Satoru pierwszy list. Jeden znak - sei, życie. Wszystko się układa. Była z siebie dumna. Następnego dnia Lis długo wypytywał Oriannę o to co było w liście, nie wierząc, że to tylko list do ukochanego. Sam z nią flirtował tak długo, że sama popłakała się z nerwów i bólu serca. Wtedy odpuścił. A Orianna po raz kolejny była z siebie dumna. Ennis miała rację - mężczyźni byli bardzo łatwi do manipulacji. Chociaż ku jej własnemu zawodowi, ona nie potrafiła ich uwodzić, była za to świetna z robienia z siebie bezbronnej ofiary. Nawet jej najbliżsi za taką ją przecież mieli. 

Następnego dnia wiedźma zniknęła. Nie zostawiła żadnej notatki, żadnego ostrzeżenia, żadnych rzeczy, a stół alchemiczny był w dokładnie takim stanie w jakim zostawiły go dzień wcześniej. Coś było nie tak. Czuła to w trzewiach. Kobieta była okrutna, ale przynajmniej szczera. Tak jej się wydawało. Poza tym to ona dała jej dar tak po prostu, obiecanych kryształów od załogi dalej przecież nie dostała. Zwolniła z badaniami. Czasami słyszała coś o dostarczeniu i zapłacie, a to sprawiało, że serce niebezpiecznie jej przyspieszało. Zagryzła wargę tego wieczora, czytając księgę i myśląc co powinna zrobić. Musiała uciec. Perun chciał ją odzyskać, a ona nie chciała wracać do Polszy. Szanse na to, że tak wiele osób różnych ras było na rozkaz tyrana - to brzmiało nierealnie, ale co jeśli jednak tak było? Co jeśli nigdy nie powinna uciekać? Zaczęła nerwowo kreślić na stronach o zaklęciach odbierających życie znak pomocy, jakby ktokolwiek miał ją przez to usłyszeć. Żałosne. 

Każdy dzień stawał się coraz bardziej podejrzany. Raz zgubiła resztę ziół na serce. Drugiego dnia, kiedy tarła ogniste korzenie moździerz się rozleciał, a ona oparzyła się. Blizny zostaną dopóki nie będzie mogła przygotować maści na usunięcie, a na to nie było czasu. Była głupia, że dalej tutaj siedziała. Zauważała coraz więcej w ich zachowaniu. Późno, ale przynajmniej się uczyła. Każdy uśmiech wydawał jej się wyćwiczony, a każde słowo zbyt idealnie dobrane. Idealnie wiedzieli czego się bała. Słyszała też, że cały czas ktoś siedział pod jej pokojem. Wiedziała, że powinna wezwać pomoc, ale bała się mówić głośno. Bała się, że jeśli wyda jeden fałszywy dźwięk, że wtedy ktoś inny przejmie kontrolę nad sytuacją, a ona nigdy nie wróci do domu. Nocami leżała bez ruchu, nasłuchując kroków, czekając na okazję, kiedy mogłaby się wymknąć.  Siedziała skulona, z księgą na kolanach, nasłuchując własnego oddechu. Serce biło nierówno. Przeszkadzało w nasłuchiwaniu, a jednak w końcu padł ten wyrok. 

— To sam jej pilnuj, szcza pod siebie jak tylko krzywo na nią spojrzysz, nigdzie się nie ruszy!

— Spierdalaj, to Twoja warta — Orianna uśmiechnęła się do siebie. Jakże ona teraz była wdzięczna, że tak bardzo każdy ją lekceważył. Bez butów, cicho niczym dachowy kot spakowała najważniejsze mikstury, księgę i własny dziennik. Zostawiła rzeczy, które nie były niezbędne. Zioła wzięła tylko częściowo. Nie mogła jednak się powstrzymać przed zabraniem małego kawałka kryształu, którego nie udało się jeszcze oczyścić do mikstury. Wymknęła się przez okno. Każdy krok stawiała ostrożnie, nie patrząc w dół, dopóki gzyms się nie skończył, a ona widziała jedynie morską taflę. Przełknęła ślinę. Światło w oknie zapaliło się niebezpiecznie. Następnie jakieś krzyki, których nie potrafiła nazwać i trzaski. Zamknęła oczy. Była hybrydą. Byleby nie zmiażdżyć serca i jakoś to będzie. Zawinęła uważnie księgę oraz dziennik i skoczyła. Nie pierwszy raz skakała z wysokości do morza, wierzyła w siebie. Poza tym potrafiła pływać. Wystarczyło płynąć do góry, a potem w stronę lądu. Odrobina determinacji i wszystko się uda. 

Prąd zaprowadził ją na brudny, śmierdzący brzeg. Nie wiedziała czy to jeszcze Marchwie czy inna wioska. Wyszła na brzeg chwiejnym krokiem. Miała wrażenie, że zaraz straci przytomność. Serce waliło jej jak oszalałe. Zrobiła to. Naprawdę to zrobiła. Zaśmiała się zadowolona i dumna. Uciekła. Sama. Zmęczona i poobijana, ale wolna. Powoli zaczynało świtać, ale nie miała czasu na odpoczynek. Wstała cała mokra, żeby chwiejnym krokiem ruszyć w najgłośniejsze miejsce. W tłumie najłatwiej było podobno zgubić pościg, a gdyby taki miała potrzebowała właśnie zgubienia. Trafiła na środek targu. Ciężko było ukryć strach, ale jednak szła dzielnie przed siebie. Podskoczyła, kiedy ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się. Zobaczyła mężczyznę w średnim wieku o przyjaznym wyrazie twarzy. Chciała uciec, ale zachwiała się. Podtrzymał ją. 

— Co się stało? — zapytał, nie siląc się na grzeczności, chociaż jego uśmiech był wyjątkowo szczery i zatroskany. — Uciekasz? Serce wali Ci jak oszalałe — zauważył zgodnie z prawdą, bo ból tylko się nasilił. Widziała w jego ręce fiolkę z białym płynem. Nie. To nie mógł być szczęśliwy zbieg okoliczności. Musi wytrzymać ból i uciekać. Ale teraz jedyne co mogła zrobić to dać się prowadzić w jeden z ciemniejszych zaułków miasta, który nie zdążył jeszcze powitać wschodzącego słońca. 

— Zostaw mnie… — syknęła, próbując sięgnąć po truciznę, ale kiedy tylko otworzyła usta, poczuła znajomy, ziołowy smak. To nie był lek na serce. Otworzyła szerzej oczy z przerażenia. Musiała coś zrobić, musiała uciec, ale zamiast tego poczuła jedynie senność, świat przez chwilę wirował, a potem stał się czarny. Obudziła się po kilku godzinach. Tak przynajmniej myślała. Leżała na twardym podłożu. Czuła chłód pod plecami, zapach kurzu i czegoś ostrego, chemicznego. Chciała się poruszyć, ale nie mogła. Chłód rozchodził się po całym ciele jako nieprzyjemny dreszcz. Ciało było obecne, ale martwe. Oddychała. Widziała. Słyszała. Reszta nie należała do niej. Spróbowała krzyczeć, jednakże jej gardło pozostało ciche. W końcu usłyszała, że ktoś się zbliża, ale nie miała pojęcia skąd dokładnie. 

— No… trochę na wartości straciłaś, ale przynajmniej można  było sobie ulżyć — usłyszała, a potem poczuła silną, twardą rękę na nagim udzie. Serce jeszcze mocniej ją zabolało, to się nie działo naprawdę. Nie mogło, na wszystkie bóstwa, niech to będzie tylko sen, ona obudzi się w Argarze, a Ennis i Satoru będą na nią krzyczeć za głupie pomysły! Co jej strzeliło do głowy. Miała ochotę płakać, ale nie mogła, każdy nerw był sparaliżowany. — Już, już, już, mała ladacznico, zaraz sobie popłaczesz, będzie zabawniej — zobaczyła tą samą twarz, ale teraz nie było tam ani krzty troski czy przyjaźni. — Chociaż muszę przyznać, strasznie mi pomogłaś tą ucieczką, naprawdę — zaśmiał się. — Najłatwiejsza robota w życiu. Myślisz, że tatuś da za Ciebie pełną cenę, jak już się zhańbiłaś? — pokręcił głową i poklepał ją po policzku. — Ale Perun pewnie da premię, jak Cię trochę jeszcze dotresujemy, co? — otworzył jej usta, przejechał sztyletem po języku, a paraliż po części zszedł. — No i ta księga i dziennik? — zacmokał zadowolony, zmieniając więzy, żeby wszystko było idealnie na widoku dla niebieskich, zimnych oczu. — Grzeczna dziewczynka, za to też dostanę niezłą sumkę — pocałował ją. Próbowała go ugryźć najmocniej jak potrafiła. Poczuła metaliczny posmak krwi, a potem piekący ból na policzku. — U, charakterek, podoba mi się — mruknął, klękając między jej nogami. — Może jednak robota będzie ciekawsza mimo wszystko. Zobaczymy jak z Tobą skończę. Zrób coś dla mnie, dobrze? Krzycz głośno — szepnął jej do ucha. Nie posłuchała. Robiła wszystko, żeby go nie posłuchać. Próbowała uciekać wzrokiem za każdym razem jak kazał jej patrzyć. Ostatecznie zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Dziękowała w duchu wszystkim bogom. Nie otwierała oczu, kiedy czucie wracało powoli  do kończyn. Ból, zapach moczu i okrucieństwa wystarczył, żeby domyśliła się co się działo. Nie miała pojęcia co miała teraz zrobić. Bała się i nie widziała dla siebie żadnej alternatywy. Mogła chociaż spróbować nie dać się złamać. Może i wierzyłaby, że jej się uda, gdyby nie była tylko głupim, delikatnym, naiwnym kwiatem, który tylko prosił się o kłopoty. 

3 komentarze:

  1. Chciałoby się powiedzieć "A nie mówiłem" - gdybym była Sato, bo tyle ostrzeżeń na nic. Podobał mi się początek opowiadania, gdzie Orianna pokazuje co potrafi, jej próby udawania i manipulacji - też są fajne. Szkoda, że wątek wiedźmy tak tylko poruszony a nie rozwinięty został. Dziwne, że ta wiedźma tak po prostu zniknęła, skoro tam uczyła Ori co nieco. Ostatnie wydarzenie sprawia, że serce się kraja. Żal mi tej dziewczyny :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego? Czemu Oriannę tak potraktowałaś? No wiesz? Jest mi smutno, że coś takiego jej się przytrafiło. Podzielam też zdanie co do wiedźmy. Chętnie poczytałabym coś więcej o wiedźmie i jej relacji z Orianną, ale w tej chwili wiedźma ma u mnie minusa, a Orianna... szczerze mówiąc głupio zrobiła idąc tak od tak sama, jeszcze w czasie wojny. Trzeba było zostać w Argarze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciężko tu nie napisać, że Orianna sama prosiła się o kłopoty, pomysł z samotnym wypadem od początku nie był dobry, ale cóż. Przykre, że za naiwność przyszło jej zapłacić aż taką karę. Pozostaje mieć nadzieję, że chociaż jakąś lekcje na przyszłość z tego wyciągnie. Czekam na kontynuację co by zobaczyć jak się z tego wygrzebuje, no i czy w ogóle się wygrzebuje.

    OdpowiedzUsuń

Use your imagination! Feel free, only +18 here!

^